Wszystko wokół traci zmysły. Pogodę też obłąkały bezwzględności frontów atmosferycznych. Wczoraj deszcz i wichura, a teraz widzę, że przespałam kilka godzin śnieżnego konfetti. Zima, zima, zima! Pada, pada śnieg! Swoją drogą, pięknie tu jest. Biel wyciąga kontury z ogrodu i podwórka. Mieliśmy sporo szczęścia, że kuzyn mamy ofiarował nam ten dom. Tak jak mama wczoraj mówiła: „człowiek rodzi się w klatce i na klatkę całe życie zarobić nie może”. Kiedy się urodziłam, rodzice mieszkali już w mieście. Z mieszkania w betonowej klitce z rodzicami, uciekłabym ze dwadzieścia lat temu. Do swojej klatki na kredyt, co najwyżej. Musiałabym zostawić mamę. Swoją drogą, ciekawe, czy ona nie wolałaby tego. Nie powie przecież. Cholera! Tak jak nie przyzna, że ojciec zniszczył ją w proch. A opowieść o nim, którą stara się żyć, to naprawdę brzytwa, której chwyta się tonący. Mama kaleczy się tą brzytwą codziennie od nowa. Sądzę, że trwanie przy ojcu jest efektem codziennej, wycieńczającej walki ze sobą. Tylko o co?

Stąd jej ciągły głód. Jak w depresji. 

Odkąd Marek stwierdził, że „musi się zastanowić czego chce” i wyjechał (podobno sam) na Teneryfę…
Ja też wyjadłabym z pierzem wszystkie kury na wsi i popiła Odrą.
Nosowska śpiewała kiedyś „niekochane dzieci tulą misie”. Coś tym jest. Tyle, że ja zjadłabym każdą zabawkę, gdyby była jadalna. Mam tak od dziecka. Nieszczęście powiększa mi żołądek. A głowa mówi do mnie: jedz, bo tracisz siły.

Mama jest głodna od zawsze. Od mojego zawsze, ma się rozumieć. A moje zawsze, ma już czterdzieści lat. Dla historii, to już jakiś argument.

Kochana mama. Ma przynajmniej ten dom i może go sobie pełnoprawnie, zazdrośnie strzec. Należy wyłącznie do niej, jeśli patrzeć na to przez pryzmat symboliki. Nie zmieniła nazwiska, biorąc ślub z ojcem. Tym sposobem, jest jedyną osobą w tym domu, noszącą nazwisko Kołodziej. A dom należał niegdyś do Władka Kołodzieja właśnie. Ja oczywiście dostałam nazwisko ojca, Stróż. Dobrze, że nie Anioł…

Przepastny jest ten dar, swoją drogą. Na piętrze trzy pokoje, kuchnia, łazienka. Na parterze cztery pokoje, korytarz wielki jak smok i taka sama kuchnia. Na dokładkę łazienka przy sypialni mamy i łazienka ojca. Dobry los, czasem nawet dla mnie jest dobry. I dla mojej rodziny, poklejonej z jakiś ulotnych wycinków, zupełnie jak list z pogróżkami.

Kuzyn mamy, wujek Władek, pochował za życia żonę i dwóch synów. Rak. Sam na koniec postanowił nie czekać, że choroba wyręczy go z żalu.

Tak więc rak i samobójstwo. Żniwa, które towarzyszą nam, jak widać, od pokoleń. Biologiczna matka ojca… ciekawe, czy naprawdę… dlaczego… Nie! Nie chcę o tym myśleć! Nie sam się osłabić tkliwą historią jak mama! Zmiana tematu. Jowita, jesteś tu i teraz. W domu na wsi zapisanym w testamencie „kochanej kuzynce, Marii Kołodziej”. Skup się.

Ok. Jestem tu i teraz. Patrzę przez okno maminej sypialni. Widzę ogród. Forsycja na wpół gotowa do porodu, ugina się w szoku pod białym puchem. Odwracam się od okna i rozglądam. Pokój graniczący z tą sypialnią, także, niepisaną umową, należy do mamy. A w nim: stary jak świat kredens, który mieści w sobie wszystko, co sobie umyślisz w nim schować… Kredens po teściowej, tak mocno kochanej przez mamę. Nie poznałam babci Anny, bo ojciec ‘wolał jeździć tam sam’. Po ślubie moich rodziców, babcia Anna straciła rozum, czego podobno dziadek bardzo się wstydził. Wpuszczał do domu tylko Franka, mojego ojca. Nigdy nie wezwał do niej żadnej pomocy. Bał się, że wieś nie da im spokoju, że ludzie pogorszą jej stan. Co fakt to fakt. Kiedyś człowiek chorujący psychicznie, zostawał nim na zawsze. A psychiatrzy chyba, słowo daję, chodzili bez pracy. Kto ośmieliłby się pójść do psychiatry? Przy takim linczu społecznym…

Dziadka widziałam parę razy w życiu. Nie lubił zostawiać żony samej, nawet na silnych lekach. Po jej śmierci, na stypie ogłosił, że umrze jeszcze tej nocy. Jak obwieścił, tak zrobił. Rano znaleziono go w łóżku. Był lekko uśmiechnięty, jakby ucieszył się na widok nadchodzącego snu śmierci.

Kredens przyjechał do nas na wielkiej przyczepie. Było to dwa dni po pogrzebie babci i jeden, po skromnym jak on sam, pochówku dziadka. Na obu uroczystościach, oczywiście, był tylko ojciec. Wrócił z kredensem i kilkoma dalekimi krewnymi do pomocy. (Tak dalekimi, że do dziś bezimiennymi. Wnieśli kredens i pojechali z powrotem setki kilometrów, życząc nam, ni mniej , ni więcej, jak „wszystkiego dobrego”) Mebel omal nie połamał kilku kręgosłupów w rodzinie. Wyniesienie go z domu dziadków i zataszczenie na przyczepę, to jedno. Dowiezienie go tu i przetransportowanie do wnętrza domu, to druga sprawa.

Kto dziś może sobie pozwolić na takie metry. A ogród? Luksus, zwłaszcza w rękach mamy. Urodziła tam wszystko, co można było powołać do życia. A raczej, trzymała dosłownie za rękę, obradzającą ziemię. Wczoraj tak zachwalała Wydmuszkę… Nie chciałam jej przerywać. Przecież ogród mamy, dla mnie też jest cudem. I gdyby nie to, że nie umiem tak opowiadać, nadałabym mu tyle samo powagi i zachwytu, co ona, ogrodowi Wydmuszkowemu.

Dobra. Muszę wyjść stąd niepostrzeżenie. Auto ojca podjechało koło szóstej. Usłyszałam silnik Forda zrywając się ze snu, bo zgrał mi się przez moment z moim Punto, którym pędziłam przez plażę, śniąc na swoje nieszczęście o tfu, Teneryfie. Nie ma strachu raczej, że się na niego natknę. Pewnie już śpi w najlepsze, bo z tamtej strony domu cichosza i ani mru mru . A właśnie… koty. Trudno, wpuszczę je drzwiami prowadzącymi z korytarza na dwór. Keczup otwiera drzwi, oddzielające korytarz od kuchni, bez kłopotu. Wystarczy więc, że wykonam dwukrotnie tylko jeden gest. Wskakując z korytarza na schody prowadzące do mnie, muszę otworzyć cichutko drzwi wejściowe. Potem już tylko ponownie je zamknąć. Jak koty zechcą skorzystać to okej, jak nie, niech czekają, aż mama wstanie.

Póki co, śpi jak dziecko. Wczoraj miała swój dzień. Dobrze, że wiem o ojcu choć trochę. Chłopiec, który żył z Wydmuszką to piękna historia. Ale ten facet mieszkający z nami, to jakiś żart. Wymaga od mamy więcej, niż więźniowie Auschwitz od swoich rodzin. Nie jestem zwolennikiem tłumaczenia wszystkiego traumami z dzieciństwa. Ok. Muszę się stąd wydostać.

O ludy. Nie ma to jak wyjść bosą stopą z miękkich dywanów mamy, na zimne płytki w korytarzu… Tak musi czuć się każdy noworodek wyciągany z brzucha, prosto w nieprzytulność szpitala. Brrr, gdzie ja podziałam kapcie. No tak, troszkę się wczoraj spiłam. Ale powodów nie brakowało. Szkoda, że w nocy zrzuciłam ciepłe skarpety, którymi mama poratowała mnie po zmoknięciu. Byłyby jak znalazł.

Weź teraz jeszcze,człowieku, otwórz drzwi na dwór. Prosto na gołe stopy i przemokłą wczoraj głowę. Szaleństwo. Ja nie umiem nie narażać się na choroby. Ale nie wrócę przecież do mamy. Musiałabym przejść przez pokój z kredensem, wejść na palcach do jej sypialni i zacząć poszukiwania pod kołdrą, albo zajrzeć za łóżko, gdzie najpewniej poleciały skarpety. Nie ma mowy, obudziłabym mamę.

Ok. Jeden sprawny skok i jestem na wycieraczce przy drzwiach wejściowych. Potem tylko przekręcić zamek, wpuścić to kocie tałatajstwo i zamknąć z powrotem drzwi. Biorę zamach. Jestem. Trochę za głośno. Uderzyłam kolanem w drzwi, ale nikt od tego z łóżka nie wstał. Jest dobrze. Koty rozdarły się po drugiej stronie. Już, już, muszę tylko sprawnie przycisnąć drzwi i lekko podnieść klamkę, żeby ten porąbany zamek zadziałał.

Widocznie za długo czekały pod oknem w kuchni i stwierdziły, że może z tej strony domu się prędzej uda. Już zmarzluchy, już otwieram. Proszę! Otworzyłam drzwi na szerokość kilku kocich zadów. Nawet po dwa naraz wlecą, jak zechcą. Sama skryłam się w kącie, przytrzymując nogą drzwi na odmierzoną szerokość i nie pozwalając sobie na bezpośrednie spotkanie z dworem. Keczup, Dama, Filemon, Miłka, Resor i Bandyta. Są wszystkie!

Kątem oka widzę już starania Keczupa, próbującego skoczyć, raz a dobrze, na klamkę kuchennych drzwi. Pozostałe sierściuchy już kotłują się, by w sekundę wskoczyć do kuchni i zająć najlepsze miejsca. Kochany, czerwony, wariat. Jedyny w swoim rodzaju. Przychodzi mi na myśl dzień, w którym ojciec przyniósł go za pazuchą. Ktoś z wrocławską rejestracją podjechał pod nasz dom i rzucił czerwoną kulkę. A właściwie, pomidorową. Ludzie wyczuwają nasze nastawienie. Albo czują to coś, co znajomi nazywają Frankowym instynktem. Po opowieści mamy, przyznaję, że może faktycznie coś w tym jest. Mój ojciec nie ma uczuć. Za to ma instynkt. I nie odtrąci zwierząt bez powodu. Nie to, co ludzi…

Co jest do cholery?! Nie mogę domknąć drzwi. Wycieraczkę w całości zawładnęłam dla swoich stóp, co więc przeszkadza? No nie, znów muszę wykazać się głupotą totalną i jednak wychylić się na mróz. Jak znam życie, przeleżę jednak wolne dni w łóżku.

Postanawiam zaryzykować połowicznie. Robię krok do przodu lewą nogą, ale nie stawiam stopy na kaflach. Utrzymuję ją nieco ponad podłogą. Trzymam się klamki tak, by nie stracić równowagi. Próbuję wykręcić stopę i zbadać nią to, co utknęło między drzwiami a framugą.

Nagle dostaję kopa w moją biedną kostkę!

Co jest?! Z sercem w gardle próbuję docisnąć drzwi i jak najszybciej zamknąć się bezpiecznie w środku. Ojciec nie zamknął bramy? Mam czarne wizje wszystkich meneli świata chcących zadźgać mnie na śniegu za pięć złotych, których zresztą nie mogę mieć w dresach, w których spałam. Panie Boże, popatrz tu i pomóż, no!

Czuję, że zalewa mnie lodowata krew i pędzi przeze mnie z przyspieszeniem. Chcę zostawić drzwi i uciec do mamy. To tylko kilka kroków. Planuję, jak mogę przemieścić się najszybciej. Wyobrażam sobie strategię. Po pierwsze. Pokój z kredensem. Wyjmę nóż do tortów, zawsze jest w pierwszej szufladzie od lewej. Potem zbudzę krzykiem mamę. Ona coś poradzi.

Mam już plan, potrzebuję bodźca. Jak na złość, po tamtej stronie drzwi słyszę ciszę. I jak to ja, ostatnia naiwna, przestaję się mniej bać, gdy to do mnie dociera. Zbir nie może być cichy, mówię sobie kilka razy w myślach. Jeśli jest cichy, to słaby z niego zbir. Dam radę. 
Nie wychylam się. Rozszerzam nogi i ramiona, przylegam do drzwi. Całym ciałem będzie łatwiej zatamować, w razie czego.

– Kto tam- pytam cicho i mocno, odchylając głowę od drzwi, żeby nie stłumiły głosu za bardzo. Boję się jednak, jak cholera. Trudno. I tak poza mamą, najprawdopodobniej mnie nie kocha.

– Jowi, to ty?

Nie wierzę! Słyszę głos Majki!

Szybki proces myślowy. O ile, jakiś wielki koleś w kominiarce, nie trzyma jej z nożem na gardle po drugiej stronie drzwi, to jestem w cholernym szoku. Ale za to, w takim wypadku, jestem bezpieczna. I chyba się wścieknę, ostrzegam uczciwie samą siebie.

Wychodzę całym, nieszczęśliwym przez moją głupotę, ciałem, wprost na mróz, który wbija się we mnie natychmiast milionem niewidzialnych igieł. Majka stoi skruszona na schodkach. Cofnęła się pewnie po kopnięciu mnie, tak samo jak ja, czekając na rozwój wydarzeń z ukrycia. Wygląda jak Eskimos. Skąd ona bierze te dziwne ubrania, doprawdy. Rozbroiła mnie, spuszczam z tonu.

Nakazuję jej milczenie i wciągam ją za rękę do korytarza i wskazuję schody.

– Idziemy do mnie, ale cicho, Eskimosie- szepczę- na paluszkach!

Śmiać mi się chcę, bo niby jak Majka ma iść na palcach, skoro założyła, jakimś cudem chyba zdobyte, prawdziwie polarne, wielkie buty emu. No nie do wiary. Ten dziwoląg nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Człapie teraz spięta, by jak najciszej wejść do mojego mieszkania. Jaka ona ładna, nawet przed ósmą rano, w śnieżycę. To niesprawiedliwe. Robi wszystko żeby się oszpecić, a i tak jest piękna.

Uff. Widok i zapach mojej kuchni uspokaja mnie, otula czymś przyjemnym. Zamykam drzwi po cichu, wyszukuję kapcie dla nas obu. Rozbieram Majkę i wskazuję jej ławeczkę przy oknie, za stołem. Wstawiam czajnik, zasypuję dwie kawy. Nie muszę pytać czego się napije. Ile to już kaw wypiłam z Majką? Znamy się od dwudziestu lat. Jej rodzice uciekli z Wrocławia dokładnie tego roku, w którym myśmy sprowadzili się do smutnego domu, po wymarłej rodzinie wujostwa.

Na początku było mi jej żal. Sądziłam, że muszę ją polubić, bo na pewno nie ma przyjaciół. Jakoś tak już mam, że wydaje mi się, że jestem wzorem przeciętności, a więc i akceptowalności. I jeśli ktoś odbiega sporo od obranych przeze mnie (bezwiednie, bądź, co bądź) gustów, zwyczajów czy zachowań, to z pewnością ma kłopoty społeczne. Nic tak bardzo nie zdziwiło mnie jak to, że za Majką ludzie szaleją. Dziś już to rozumiem. Wtedy, wyglądała mi na dziecko zahukane i dziwne do granic możliwości. Ale wybaczam sobie, ona naprawdę wygląda nadal bardzo młodo, a przecież otwieramy właśnie czwarte dziesięciolecie swojego życia. Dziś też pomyliłabym się do Majki. Widząc ją po raz pierwszy, pomyślałabym, że ma za dużo kasy żeby być normalna. Albo jest za zdolna. Bo fakt. Majka potrafi wszystko. To znaczy: wszystko, za co się weźmie, staje się jej pasją. A co rozbrajające, natychmiast staje się w tym bardzo dobra. Ostatnio strzyże ludzi po domach. Na szczęście za pół darmo, za koszt farby, albo ciepłą kawę. Inaczej wiejska fryzjerka Danusia, wyłupiłaby jej oczy. Bo wieś ma swoje prawa. Nieważne, ze Danusia strzyże od trzydziestu lat z górką, na jeden model. I najchętniej robiłaby trwałą. Jak leci. O modelowaniu zapomnij.

A Majka kocha włosy. Gada do nich. Ot, jednego dnia pomyślała, że pojeździ do Wrocławia za darmo sprzątać u znajomej fryzjerki i podpatrzy jak się strzyże. W moment została praktykantką i miała swoje klientki. Ale nie przyjęła posady, nie o to chodziło. Chciała tylko „złapać to”, jak mówiła. Mieć w rękach jeszcze jedną moc.

Coś w tym jest.

Jak robiła mi pasemka, dłonie pachniały jej tak, że miałam ochotę zabrać je i schować pod poduszkę. Orientalnie, ale tak też jak zapewne pachnie dobro, o ile ma zapach. Niełatwy zapach , ale dobro nie może być łatwe. Zwłaszcza w tym świecie.

Ta chwila też jest odpowiednia do zdefiniowania Majki. Będzie teraz tak w ciszy i bezruchu siedzieć, dopóki nie zapytam, po co przyszła o w pół do ósmej, w zwykły dzień, niezapowiedziana. Co przecież nie było do tej pory normą. Ja pracuję na zmiany, których nigdy nie zapamięta moja przyjaciółka. Nie dlatego, że brak jej rozumu, ale dlatego, że pewne ramy, po prostu nigdy nie trzymały się jej artystycznej głowy. Wolała napisać sms, albo (czego nie naznoszę) e-mail i czekać nawet tydzień na odpowiedź, zamiast przyjść, jak człowiek. Ja tam po prostu do niej przychodzę, licząc się z tym, że tak czy siak, coś jej przerwę. Ona nie przestaje tworzyć, uczyć się i rozmyślać. Nigdy. I na szczęście nie ma mi za złe, że wpadam znienacka. Zapewne na moją korzyść działa fakt, że potrafię sama obsłużyć się w czyimś domu. Tak zrobiłam goszcząc u zamyślonej Majki po raz pierwszy, nie mogąc doczekać się kawy, kiedy to moja, wówczas jeszcze przyszła, przyjaciółka, nie mogła przestać opowiadać mi o cieniu, który na ścianę rzucił jej kot. I tak jak ochrzciłam naszą znajomość, parząc w domu jej rodziców kawę dla mnie i całej zamyślonej rodziny, tak mi zostało do dziś. Tyle, że rodzice Majki od dziesięciu lat nie mieszkają w Polsce.

– Proszę Eskimosie, oto twoja kawa- powiedziałam rezolutnie. Stres już minął, choć nadal drżały mi trochę nogi. – Chyba nie muszę dodawać, że ciekawi mnie skąd się tu wzięłaś i dlaczego chciałaś mojej śmierci z przerażenia?- zażartowałam.

Majka nie mogła już być bardziej zebrana w sobie. Miała na to sporo czasu, choćby stojąc przed drzwiami, zanim przestała być moim potencjalnym mordercą. Wzięła ledwie zauważalny łyk kawy.

– Ta nowa- zaczęła- ta kobieta, która kupiła dom niedaleko mnie- ledwie ciągnęła Majka.

– No wiem- dałam znak, że wiem o kogo chodzi. – Ta paniusia, co z nikim tu nie gada- dodałam- co z nią?

– Powiesiła się. Wczoraj listonosz nie dał za wygraną, bo od dwóch dni chodził do niej z poleconym- Majka wyrzucała z siebie na wydechu- koło południa odcięli ją. Straż, policja, prokurator. Wszystko pod moimi oknami- wyliczała-dzwoniłam do ciebie kilka razy, ale masz wyłączony telefon. Próbowałam pisać stojąc przed waszą bramą, którą, nota bene, przeskoczyłam. Ale nic nie dochodziło, więc chciałam jakoś wspiąć się do twojego okna, bo…- mówiła- nie radzę sobie z takimi sytuacjami, Jowi, sama wiesz.

Przytuliłam Majkę, choć korciło mnie, by nadal pytać. Jeszcze niedawno byłyśmy w szoku, że ta nowa, dowiedziawszy się jakimś cudem, że Majka strzyże w domach, poprosiła o ścięcie swoich lśniących włosów. Na bardzo krótko, jak niegdyś Mia Farow. Nie było czasu nawet tego obgadać, a przecież tak chciałam wiedzieć cokolwiek. Jak urządziła dom, jaka jest, czy zyskuje przy bliższym poznaniu. No, ale nie teraz. Wiem, że nie wypada. To się będzie działo. Oj to się będzie działo… Pewnie posterunkowy zaraz rozniesie po wsi smaczne szczegóły. On jak on, ale jego żona na pewno sobie tego nie daruje.

Spędziłyśmy cały dzień razem. Majka pisała coś na moim laptopie, ze słuchawkami na uszach, bo nie mogłam znieść puszczanych przez nią w koło, zawodzących skrzypiec. Podstawiałam jej pod nos miseczki z owocami, potem z zupą. A ten skrzypek na dachu, grzecznie zjadał, nie odrywając oczu od ekranu komputera. Mama nie przychodziła, na pewno zorientowała się, że mam gościa. A ja, nie mogłam udawać, że nie mam komórki wyłączonej na amen. Musiałam upewnić się czy na pewno dostałam wolne. U nas to różnie bywa. Zamiecha, jakich niemało, gdy jest się kierownikiem dyskontu.

MUSIAŁAM włączyć telefon. Już podczas rozmowy z Jarkiem, który upewnił mnie, że wszystkim się zajmie podczas mojego wypoczynku, komórka wierzgała mi przy uchu. Wibracja za wibracją, zlatywały powiadomienia. Nie miałam tyle siły, by nie sprawdzić.

Nalałam sobie zupy i zasiadłam sama przy stole. Eskimos jadł w kucki, obłąkany pisaniem i rozżaleniem żydowskich skrzypiec.

Ok. Łyk zupy za jeden sms. Numer nieznany i to jeszcze sprzed kilku dni. No tak, wyłączałam ostatnio komórkę co kilka godzin i na kilka godzin. Kto wie ile wiadomości jeszcze krąży w sieci, bo nie miało jak dotrzeć? Kolejny nieznany, jeszcze sprzed deszczowej przechadzki. Spałam wtedy po nocce a poncho w szafie. No tak. Nie było zasięgu. Może i lepiej, bo czuję, że to znów oferta banku. Dalej. Znów nieznany. Bez przesady. Trzecia łyżka. Marek. Dzwonił zaraz po tym jak wyłączyłam w deszczu. Ok. Dalej. Marek. Marek. Marek. Nie mam już zupy, skończyła się na zawiadomieniach, że dzwonił jak opętany. Jest ich jeszcze siedem. Przegryzę je czekoladą truskawkową. Gdzieś ją tu miałam.

No kurcze. Nieznany zwęszył, że mam zasięg i dzwoni. Pierniczę kredyty. Wyłączam tę smycz.