Dawniej po prostu opowiadało się o ludziach. Za takie opowiadanie, o wiele bardziej niż dziś, odpowiadało się też przed Bogiem. Ludzie bali się Boga mocniej i bardziej naturalnie. Opowiadało się nie tylko o tych, którzy już nie żyli, albo mieszkali gdzieś daleko. Nie tylko o tych, o których pisały książki. Raczej mam na myśli to, że z pasją i uczciwością, jak do szczerej modlitwy, zabierano się za opowiadanie o kimś. Nawet o takim, co mieszkał za płotem. Czasem było to złośliwe, bo wiadomo, że i tak czasem trzeba, jeśli nie da się inaczej pomieścić kogoś w swojej głowie. Ale przede wszystkim chodziło o takie miękkie bajanie o drugim człowieku. O wybudowanie mu niewielkiego pomnika ze słów. Tylko z przesady buduje się ludziom pomniki bohaterskie, kamienne. Ten zaś słowny pomnik, o którym mowa, powinien był przypominać mech. Taki mech, co wiadomo, że kiedyś znika zamrożony, przysypany śniegiem. Ale jednocześnie taki, co wszyscy po nim zawodzą : ”jaka szkoda, tutaj kiedyś leżał mech, co oddychał tym samym, co i my, powietrzem. Znaliśmy, znaliśmy, niejednośmy przegadali, przepłakali razem”.

O Wydmuszcze opowiadano, że jest podszyta wiatrem, jak lichy płaszcz, w jakim to większość naszych rodziców została po wojnie. Mówiło się też, że kocha tylko psy i lisy. Kiedyś widziano ją w lesie z lisem, który niósł w pysku kwiat żonkila. Lis szedł obok niej i ze zrozumieniem , od czasu do czasu, zadzierał głowę, bo spojrzeć jej w oczy. Gdy zapytano ją, co to za dziwy wyprawia, opowiedziała, że jej dziwy i jej sprawa. Cała Wydmuszka. Ludziom nic do jej życia. Wszyscy to wiedzieli, że nic im do niej.

Po wojnie chodziły różne historie na temat jej dawnego życia. Ale kto to wie na pewno. Wtedy każdy mógł przedstawić się po swojemu, powiedzieć cokolwiek o sobie. Było do wyboru: albo, jak niektórzy, wracać do przedwojennego życia i ciągnąć go jak kulę u nogi, albo zacząć nowe, na nowej ziemi. Jak w bajce. Choć z bajką to miało wyłącznie tyle wspólnego, że było zmyślone. Bo tak poza tym, to po wojnie bajkowo nie było. Ciążyła nawet przeszłość wyssana z palca.

Wydmuszka prawdopodobnie odcięła kulę u nogi i zaczęła żyć jak w bajce. Nie ona jedna. Z tym, że ona, nigdy, do końca życia, nie puściła pary z ust. Ani najcieńszej. Innym zdarzało się przy gorzałce, po ciężkiej robocie. Coś tam popłakali, że mieli dziecko, męża, żonę, gospodarstwo. Nawet kochankę. Oczywiście płakano też za majątkami, albo przekrzykiwano się nimi w sąsiedzkich kłótniach, gdy zabrakło argumentów. „Ja zostawiłem majątek, o jakim ci się nie śniło, dziadu ty ”- krzyczał jeden do drugiego, choć obaj biedni, że dna nie widać. Ale tak to było. A Wydmuszka chciała być znikąd. I była podszyta wiatrem.

Ale widzisz. Ten wiatr to naprawdę za nią chodził. Ludzie mówili, że odkąd się pojawiła na gospodarstwie, które, nie wiedzieć czemu, przydzielono jej samuteńkiej, niezamężnej, niedzieciatej, już wtedy ciągnęła za sobą wiatr i już wtedy była stara. Nie było człowieka, któryby znał młodą Wydmuszkę. Za to, zdawało się, że ta długoletnia starość, przejdzie, prostą drogą, w wieczność. Tak długo Wydmuszka była stara, to sobie pomyśl tylko. Niektórzy wierzyli, że gdy na pogrzebie prosi się Boga o „wieczne odpoczywanie”, to tak naprawdę, prosi się o to, czego zaznaje za życia Wydmuszka. Zdaniem tych ludzi, Wydmuszka trwała już w swojej wiecznej starości, jak w odpoczynku. Ja sama poznałam jeszcze takich, co byli przekonani, że Wydmuszka nie zmarła, tylko poszła mieszkać gdzieś na inną wieś. Bo Wydmuszka żyje w wiecznym odpoczynku starości. A w takim stanie zostaje się na zawsze.

Ona sama, zapytana, dlaczego przedstawia się takim imieniem, odpowiadała sycząc: jestem pusta w środku, a wokół mnie wiatr hula i robi ze mną co chce, a ja z nim! Nie miała Wydmuszka cierpliwości do ludzi. Ale dzięki niej, zaczęłam myśleć w dzieciństwie o zwierzętach. Nie tak, że chcę je mieć, co oczywiście przyszło potem naturalnie. Mam na myśli świadomość współistnienia z nimi, próby zrozumienia ich świata, ich odczuć, potrzeb.

Urodzić się już na wolności, z takim wojennym jeszcze znakiem na głowie, jako dziecko tych, którzy ocaleli, nie było łatwe. My nie wiedzieliśmy tego, co wiedzieli oni. Wszystkie domy pełne były opowieści tych, którzy na ileś potrafili „o tym” mówić, na ileś chcieli. U nas też nie brakowało wojny na co dzień. Ale opowieść to nie to samo, co wspomnienie. Nie wiedziałam więc, że moi rodzice nie potrafią żyć zupełnie spokojnie. Oczywiście starali się bardzo, ale nie pozwolili sobie na spokój, na czerpanie radości z roli, z przyrody, którą dostawało się za dożywotniego towarzysza, zaraz po przydziale domu po Niemcach. Dziś młodzi nic swojego nie mają, czego nie pożyczą od banku. Straszne czasy przyszły dla większości. Kiedyś przynajmniej miało się ten kawałek ziemi, żeby dzieciom obdzielić. Dziś w klatce betonowej się ludzie rodzą i na klatkę zapracować całe życie nie mogą. Okropne. A wtedy, wiecznie stara Wydmuszka nawet, dostała dom otoczony sporą łąką. I kawał pola do obrabiania. Miała swoje ziemniaki, pszenicę, len. Pamiętam jaki ogród wzbudziła do życia za swoim domem. Czasem trafię gdzieś na reprodukcję martwej natury jakiegoś barokowego malarza. Tam, zwykle na stoliku przewleczonym aksamitem, leżą wyborne owoce, niektóre nadkrawane jakby przed chwilą. Takie samo miałam uczucie, gdy jako dziecko przyglądałam się z ukrycia ogrodowi Wydmuszki. Kiedyś widziałam jak pieląc, ugryzła kawałek wiszącego na pędzie pomidorka. Nie dziwiło mnie to, sama bym to zrobiła. Miała Wydmuszka rękę do wszystkiego, tylko nie do ludzi, można by powiedzieć. Ale to nie do końca prawda.

Wydmuszka zwróciła moją dziecięcą uwagę czymś, co chyba nie zajmowało wtedy niczyjej głowy. Ona przygarnęła psy, które przetrwały zarówno wojnę, jak i wygnanie ich właścicieli. Ludzie mówili, że nie warto trzymać przy życiu niemieckie psy.Miały błąkać się, aż padną z głodu. Ale Wydmuszka nie robiła sobie z tego gadania za wiele. W domu mieszkało z nią kilka, a i kilka też dochodziło. Wszystkie różniły się od naszych łańcuchowych burków. No, nie patrz tak na mnie. Kiedyś tak było. Łańcuch to była norma. Nikt nie wychylał się poza takie myślenie. Z wyjątkiem Wydmuszki. Jej psy chodziły z nią po wsi. Przy nodze. Czasem szła z jednym, czasem z innym. Zdarzało się, że szło z nią aż cztery. Dwa po bokach, jeden przed nią i jeden za nią. Wszystkie czyste, zadbane, wypasione i posłuszne. Kundle i owczarki. Jakie chcesz. Stare, młode, łaciate. Wszystkie tak samo oddane. Przyglądałam się temu z zaciekawieniem. Na początku nie umiałam sobie wyobrazić co takiego łączy Wydmuszkę z jej zwierzętami. Przedstawiano mi przecież świat w wiejskiej soczewce. Proporcje były takie: najwyżej jest krowa do dojenia, czasem na mięso, potem świnia do jedzenia, koń do pracy, a psy do pilnowania domu. Pies nie daje jedzenia. Kot łapie myszy, a pies szczeka. Proste, ale popatrz jakie ubogie, jakie ograbione spojrzenie. Emocjonalna zaćma. Ludzie sobie z biedy i rozpędu odbierali przyjemność życia. Ale to było po wojnie. Oni sami ledwie zrzucali łańcuchy. Czasem, w otoczce wieczornych opowieści rodziców i sąsiadów, wyobrażałam sobie, że niektórzy z nich, wciąż ciągną za sobą łańcuchy . Jak otwierali usta, słychać było dźwięk porastającego szronem metalu. Takiego, co po zderzeniu z ciałem, posiniaczy swoją masą i lodem jednocześnie. Bolało to, co mówili.

Tymczasem Wydmuszka nie zwierzała się. Chadzała z psami po wsi. I wierz mi, albo nie, ale czułam ten wiatr, który jej towarzyszył. To nie był jakiś huragan, ale powiewy wiatru, nawet w upał. Miłe latem, zimą przeszywające. Jesienią jakby zgrywała się z powiewami, które przelatywały przez wieś. Nie przeszkadzał jej wiatr. Faktycznie robiła z nim co chciała, a on z nią.

Wtedy to było zwyczajem, że ludzie przesiadywali wieczorami po cudzych domach. Rozmawiało się, piło, jadło cokolwiek. Byle być razem. A po żniwach znów wieczory coraz dłuższe, to i chłopy mogli popić, pograć w karty. Chyba jedynym domem, w którym nigdy nikt nie przesiadywał, był dom Wydmuszki. Nawet jeśli ktoś chciałby podejść, psy nie pozwoliłby. Nigdy nikogo nie ugryzły, ale dawały jasno do zrozumienia, że wstęp wzbroniony nie na żarty. To już wiesz czemu nie skubnęłam nigdy nawet pomidorka z ogrodu Wydmuszki. Nie było szans. Psia czujność już wtedy dawała mi do myślenia. I lojalność. One wiedziały, że ta kobieta dała im drugie życie. A ja, jakimś cudem wiedziałam, że one wiedzą. Może na tym polega fenomen więzi ze zwierzętami. Czujemy, nie wiedzieć jak, coś, co one czują.

Powiedziałam ci wcześniej, że nie do końca prawdą jest to, że Wydmuszka znała się na wszystkim, poza ludźmi. Dopiero kiedy dorastałam, mama opowiedziała mi o kilku kolegach i koleżankach z mojej szkoły. Widzisz, dzieci są ufne i jak to się dziś modnie mówi, tolerancyjne. W klasie na przykład miałam takiego Jasia garbatego, że strach. Nikt nie śmiał się z niego. Pomagaliśmy mu czasem założyć tornister, ale nikt nie drwił, nie wyzywał. On był złoty blondynek, miał niebieskie oczy. Jedynak. Dla nas to wszystko, łącznie z garbem, to była całość. I już.

W drugiej klasie zaczęła przychodzić z nim na lekcje dziewczynka w naszym wieku, czarna jak wrona. Cerę miała śniadą, oczy i włosy , jak farbowane najciemniejszym węglem. Przepiękna. Aż znać było białe baldachimy paznokci, na śniadych i smukłych paluszkach jej dłoni. Byłam nią oczarowana. Niemniej kilku chłopców ze szkoły. Miała na imię Ada, rzadkie wtedy imię dla dziewczynki. Jaś przedstawiał ją jako swoją siostrę. Ktoś zadał kilka pytań, ale ucichło. Ada i Jaś, Jaś i Ada. I tyle. Siostra to siostra.

Bawiliśmy się, śmialiśmy, wydurnialiśmy. Jak to dzieci. Żaby, rowy, jabłonki. Wszystko było wtedy nasze. Byliśmy władcami świata, jak niemal każde wtedy dziecko, chowane w miarę spokojnym domu. Mieliśmy pracę w polu i przy zwierzętach. A do tego, wszystkie fajne zabawy, nawet w mróz, odbywały się na dworze. Byliśmy wtedy upojeni tlenem. Nie to, co teraz. Strach myśleć.

Co ważne, nie trzymały się nas sprawy dorosłych. Nawet jeśli plotkowano w domu, nas to nużyło. Albo nie kleiło się do nas, nie wiem. Stąd też moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się od mamusi, że przepiękna Ada, była kupiona przez rodziców Jasia. Za kawałek pola pod lasem. Podobno było całkiem dobre pod ziemniaki i pod rzepak nawet.

Wyobraź sobie, że ta Wydmuszka przedziwna, pomagała powojennym ludziom. Na swój sposób, fakt. Ale podobno kobiety były jej bardzo wdzięczne. Nie przyjmowała pieniędzy, jedynie kości i mięso. Oczywiście dla psów. I to nie za jednorazową zapłatą. Umawiała się, że będzie raz w miesiącu przychodzić i zabierać co się tam dla niej odłoży. Nie była to wielka waluta wtedy, takie kości i kawałek mięsa. Od zwierząt aż roiło się u gospodarzy. Ale jeśli takich miejsc miała Wydmuszka na wsi kilka i za rzeką następnych parę, psy mogły być spokojne o swój zdrowy wygląd i witalność. Mamusia mówiła mi, że ludzie dziwowali nad tymi psami, że jedzą lepiej od ludzi. Ale jak to mawiała Wydmuszka: jej dziwy i jej sprawa. Co fakt, to fakt. Niczyje dziwy nie przypominały tych Wydmuszkowych.

To nie był handel ludźmi, taki o jakim dziś się słyszy. Niektóre kobiety rodziły i nie były w stanie wyżywić kolejnego dziecka. Wiesz jak to chłop. Czasem jak pił, to robił dzieci, jak kluski lane. Raz zamoczył i gotowe. Z kolei, po wojnie wiele kobiet nie mogło urodzić. A ludzie napiętnowali. Na starość nikt nie poda szklanki wody… Znasz to zresztą, choć tobie mówią tego znacznie, znacznie mniej. Inne czasy. Wierz mi.

Nikt nie wiedział, moja mamusia także, jak to się zaczęło. Czy faktycznie przypadkiem gdzieś Wydmuszka usłyszała, że ktoś pragnie dziecka. Mogło tak być. Wynajmowała czasem od ludzi konia, albo brony. Przy takich transakcjach, mogła usłyszeć co nieco i zadziałać. Wielodzietnych, biednych rodzin, nie brakowało. Wydmuszka podrzucała takim mięso, które miała dla psów. Może raz któryś, po prostu, pomogła biednej kobiecie oddać dziecko w dobre ręce. A potem tak jej zostało. Możliwe. Bardzo możliwe. Potem to już wystarczyło stanąć wieczorem przed jej płotem. Najpierw psy wyglądały przez okno, potem zaraz ona wychodziła na drogę. Zawsze z jedną z suk przy nodze. Stawała dość blisko, by móc usłyszeć szept. Ale nie za blisko, raczej bokiem. Prędzej pies spojrzał interesantce w oczy, niż ona. Mówiło się w czym rzecz. Byle krótko, by jej nie zniecierpliwić. Nie pytała o nic. Trzeba było samemu wyjaśnić, czy lepiej chłopca, dziewczynkę, blondyna , szatyna… (Większości jednak było wszystko jedno, to się do dziś nie zmieniło.) Potakiwała i odchodziła do siebie. Za jakiś czas zjawiała się z zawiniątkiem. Zawsze tak, żeby nikt, poza nową matką, nie zauważył jej. Mówili o niej, że przez mieszkanie z psami pod jednym dachem, sama stałą się czujna jak ciężarna suka. To możliwe. Dziś sama wiem, ile nauczyłam się od naszych zwierząt.

Wojna wracała do ludzi w snach. Na wrażliwszych odciskała swoje piętno dopiero po latach. Dręczyła bardziej na wolności, w spokoju i cieple, niż wtedy, w głodzie i upodleniu. Wspomnienia zabiły wiele osób. Ludzie odbierali sobie życie. Zostawały dzieci. Tak Ada trafiła do rodziców garbatego Jasia. Wydmuszka znalazła jej nowy dom, gdy matka i ojciec dziewczynki, odebrali sobie życie. Mieszkali dwie wsie dalej. Wydmuszka zachodziła tam czasem ze swoją świtą. Miała tam też swoje sprawy.

Majątek po nieżyjącym małżeństwie moga przejąć jedyna, żyjąca krewna. Była nią mama tej zdesperowanej kobiety. Wydmuszka miała z nią ciężko, bo nie chciała oddać dziecka. Upatrywała w Adzie robotnicę i chciała zabronić jej nauki. Wreszcie zgodziła się ją sprzedać, Chciwa Małpa. A rodzice Jasia, usłyszawszy o tej historii, nalegali, by pomóc Adzie.

Wydmuszka pomogła, choć nasyczała coś niezrozumiałego na tę „babcię” Ady, dobijając haniebnego targu.

Tak.Nie wszystko układa się bez kłopotu. Czasem ktoś chciał za dziecko pieniędzy, czasem pola. Mówi się, że w grze czasem zaginie nam jakiś fragment układanki.

W życiu podobnie.

To, że ktoś nie może wychować dziecka, nie oznacza jeszcze, że zaraz zjawi się inny, kto zapragnie je przyjąć. Kiedyś wrzucono za płot Wydmuszki małego chłopca. Zauważyła go szybko, dzięki sukom, które zaprowadziły ją do niego. Środek zimy, a chłopiec ledwie okutany kocami. Próbował się uwolnić, bo już umiał chodzić, trzymając się ścian i mebli. Wyciągał więc rączki w powietrze, próbując chwycić coś stabilnego i wstać. Nie uśmiechało mu się to skrępowanie. Nie płakał jednak, widocznie tak bardzo był wystraszony. Wzięła go do siebie. Długi czas nikt nie kwapił się go przyjąć pod swój dach, choć podobno Wydmuszka poinformowała sołtysa o porzuconym dziecku, które można przygarnąć. Sama zastanawiam się jak to wtedy było. Nie zdążyłam już zapytać mamusi. Czy nie działały żadne instytucje, które by to jakoś regulowały? Ludzie po prostu zapisywali w urzędzie dzieci jako swoje i tyle? Chyba tak. Zresztą, mamusia opowiadała dużo gorsze historie, które nie doczekały się już nigdy uregulowania. Ta akurat, nie miała w sobie złych treści. Chcę w to wierzyć. Wierzę, bo jakoś mam w niej pośredni udział.

Ten chłopiec dostał imię od Wydmuszki. Franio. Kilka lat spacerował z nią i z psami po wsi. Karmiła go najlepszymi z warzyw i gotowała mu najlepsze kąski mięsa. Widać to było po nim. Ubierała go pięknie, chyba słono płaciła jakiemuś krawcowi spoza wsi. Franio chodził zawsze czysty, zdrowy, aż miło. I patrzył na Wydmuszkę tak, jak patrzyły na nią jej psy. Z nimi za to bawił się w najlepsze. Podobno widziano nieraz jak stare psiska okazywały mu zrozumienie, jakby rozumiejąc, że to dzieciak i może potarmosić ucho, wyrwać sierść. Ludzie wtedy dziwili się temu. Nie dawali szansy swoim psom, a one zapewne zachowałyby się podobnie wobec ich dzieci. W każdym razie, ludzie na swój sposób podziwiali Wydmuszkę i jej ludzki odruch wobec Franka. Podejrzewano, że Franek jest dzieckiem kobiety z sąsiedniej wsi. Miała oszaleć i odebrać sobie życie. Ale tego już nikt nigdy nie potwierdził, a przynajmniej mamusia nie była pewna.

Kiedyś dzieci musiały chować się same. Zwłaszcza te, które jeszcze nie mogły pomóc. Rodzice znikali w polu, w stajniach i stodołach. Franuś spędzał czas głównie z psami. Wydmuszka mimo chęci, miała sporo pracy w polu. Na ogród to jeszcze, bo było blisko, mogła zabrać chłopca. Ale na pole to już kawałek drogi , sama ledwie wracała piechotą. Zostawiała go z najczujniejszymi sukami. Wiedziała, że nie pozwolą mu zrobić sobie krzywdy. I tak było.

Franek oczarowywał sobą. Niektórzy wychodzili na podwórko, gdy Wydmuszka z Franiem i psią eskortą, przechadzali się po wsi. Kobiety zachodziły w głowę, czy Wydmuszka sama szyła sobie, zawsze skrojone na miarę, jednolite sukienki, czy też zamawiała, jak ubranka dla małego. Byli zjawiskiem, jak na te czasy. Chodzili odświętni, w dni powszednie. Niepokojące było jednak to, że chłopiec niewiele mówił. Ale też i nie dziwota. Wydmuszka za cały rok może jakieś pięć zdań wypowiadała do ludzi. Z czasem też psy rozumiały ją bez słów, więc jakim cudem dzieciak miał się nauczyć. Nie dziwota, ano nie dziwota. Nikt też nie robił z tego sprawy. To były inne czasy. Wolnoć Tomku, w swoim… A dziwy Wydmuszkowe, były jedynie jej sprawą. Wszyscy tę lekcję zdawali się pojmować. Amen.

Każdy starał się jakoś żyć. A na wojnie przecież widziano głównie nieludzką kaźń. Co miało ludzi bardziej zgorszyć? Dziecko, które bawi się z psami? Zadbane, uśmiechnięte, ruchliwe? Dziś byłaby telewizja, prasa. Sama pomyśl. Cały ten cyrk.

W tym samym czasie jakoś , najstarszy z synów Stróża ożenił się hucznie. Krótko po ślubie okazało się, że żona nie urodzi mu dzieci, bo ma poważnie chore jajniki. Wywoził ją do lekarzy, do szpitali, gdzie się dało. Ale wrócił któregoś razu z odwiedzin u niej i tylko pił, aż spadł z krzesła. Jego rodzice to byli dobrzy i mądrzy ludzie. Szybko udali się do Wydmuszki. Uparła się wydać Franka, zamiast szukać im niemowlaka. Było niełatwo, bo rodzice Jaśka Stróża martwili się, że młode małżeństwo nie poradzi sobie z takim przypadkiem, jakim, bądź co bądź, był mały Franio. Śliczny chłopiec, ale już z przeszłością. I psią rodziną.

Wyobraź sobie, że gdy obradowali tak we troje w ciepłą, sierpniową noc, mały Franek przydreptał przed płot, w towarzystwie jednej suki. Złapał pana Stróża za wskazującego palca u lewej dłoni i wyświergolił:

– Weszta mnie i chodź ta!

I stało się. Stróżówie zaniemówili. Franek, po kilku sekundach, był już ich wnukiem. Stanęli jak wryci przyglądając się mu ze łzami w oczach. A ten mamrotał coś do suki, jakby coś jej tłumaczył. Potem podniósł główkę i uśmiechnął się do Wydmuszki.

– On będzie kochał wszystkich, ale swoje serce odda jednemu człowiekowi. Bo wychowały go suki- wysyczała Wydmuszka.

Wcisnęła Stróżowej garść banknotów do kieszeni swetra i zniknęła za płotem. Przy jej nodze poszła też posłuszna suka.

Frankowi było najlepiej na świecie w nowej rodzinie. Rozwijał się przepięknie. Nowa mama uwielbiała go, a tata wychowywał uważnie. Ludzie na wsi sekundowali tej sielance. Franuś przywiązał się mocno. Ale Wydmuszka, spacerując po wsi ze swoją wierną zgrają, wiedziała jedno. Serce Franka nadal nie zostało jeszcze nikomu poświęcone. Otoczony kochającymi ludźmi, do nikogo jeszcze tak naprawdę nie należał. Mamusia opowiadała mi o tym charakterystycznym spojrzeniu Wydmuszki, gdy patrzyła w stronę gospodarstwa Stróżów. Uśmiechała się ukradkiem, ale kręciła głową lekko, jakby zaprzeczała temu, co widzi. To jeszcze nie to. To jeszcze nie to. Jeszcze nie.

To samo spojrzenie miała podobno na naszym ślubie.

Mamusia wyznała mi to na tydzień przed swoją śmiercią. Zawsze bacznie obserwowała, pojawiającą się znikąd, zupełnie jak wiatr, Wydmuszkę.

Twój tata zaraz po ślubie zaczął znikać. Na kilka godzin, kilkanaście. Potem nie było go nawet tydzień. Miał romans dwie wioski dalej. Czułam, a ludzie swoje też donieśli. To nie trwało długo. Rok, może dwa. Ona zmarła na raka. Wtedy to było rzadkie. Młodzi ludzie nie umierali na raka. Rak atakował na starość. A jednak. W dzień jej pogrzebu, nie powiedział do mnie ani słowa. Wyszedł, widziano go na cmentarzu za drzewem. Nie brał udziału w pogrzebie. Ona była młodą mężatką, tak jak i ja. Gdyby stanął przy jej szlochającym mężu, mógłby wzbudzić sensację.

Twój ojciec przyrzekał mi, że nigdy z nią nie spał. Uwierzyłam, że tylko przebywali ze sobą. Ale czy jej mąż uwierzyłby? Zwłaszcza widząc go, pogrążonego bez reszty, nad trumną swojej żony? A może o wszystkim wiedział? Nie wiem.

Pogrzeb przebiegł zgodnie z planem. 
Twój ojciec wrócił do domu dopiero po miesiącu. 
Moja mamusia cierpiała w ciszy patrząc na mój ból. Miała żal do zięcia. A potem rozchorowała się i powiedziała wszystko. Ulżyło mi. Jego serce należy do tej, która nie żyje. Powtarzałam to sobie. Nie mogło należeć do nikogo więcej. Nigdy już nie będzie do nikogo innego należeć. Pod tym względem mam go dla siebie, rozumiejąc to.

To na jej grób jeździ od lat. Zostaje w tamtych okolicach tygodniami. Mówię ludziom, że dostał sanatorium, bo co mam mówić. Kiedy wyjechaliśmy do miasta, bo dali nam pracę w fabryce, nie było wolnego, którego nie wykorzystałby na odwiedzenie tamtego cmentarza. Przywykłam, bo on mnie kocha i szanuje. Jedyne, co wiem, co musiałam zaakceptować, to to, że jego serce nie mogło należeć do mnie. Tak samo jak serce Dido. On od szczeniaka kocha tylko Franka. I chodzi za nim krok, w krok. Czasem jedynie myślę, że z mojego męża wychodzi ten mały Franio i na chwilę to on idzie posłusznie za Dido, przewodnikiem ich tajemniczego stada.

Latem, kiedy tata wrócił stamtąd, ośmieliłam się go zapytać, co dzieje się z domem po Wydmuszce. Domyślił się, że chcę znać okoliczności jej śmierci. Wiedziałam o tym od kilku lat.

– Pytałem. Nikt nie wierzy, że zmarła. Nie znaleziono jej ciała, nikt też nie widział psów- mówił wyciszonym głosem- teraz stoi tam nowy dom, zbudowany na starych fundamentach. I podobno nie radzą sobie z przeciągami. Mimo szczelnych okien.

Przytuliłam go wtedy i razem popłakaliśmy sobie. A ja czułam, jakbym kochała się pierwszy raz. Mimo, że więcej w tym uścisku było braterstwa, niż małżeństwa, a my siedzieliśmy wtuleni, ale szczelnie ubrani. Ja go kocham takiego, jaki jest w tej opowieści. Za to także, że zgodził się żebyśmy mieli ciebie.

I to mi musi wystarczyć.

– Ale on cie okłamał, mamo…- wtrąciła, z niedowierzaniem Jowi.

-Tak. Sypiał z tamtą kobietą- odparłam- ale czy mogę się temu dziwić? Ja, stara już kobieta?- zapytałam mrużąc oczy od kolejnego haustu nalewki.

– A, ta… no- jąkało moje pijane dziecko- ta, co tu dzwoniła kilka miesięcy temu, to…?

– Twoja siostra. Marta.

Jowi znów to zrobiła. Poddała się łzom cała. Nalałam jeszcze jeden kieliszek i wypiłam do dna.

-Chodź, moja maleńka-wyszeptałam, biorąc ją w ramiona i podnosząc z fotela- śpisz dziś z mamą.

Wróciłam jeszcze wypuścić kociarnię na dwór. W drogę, moje kochane. Niech wiatr robi z wami co chce.