Niby zwyczajnie przestąpiły próg domu, pozorując swobodę, z jaką wraca się pod znajomy dach. Zdobywszy miękki ląd chodniczków rozrzuconych po podłodze przedpokoju, spojrzały sobie w oczy z ulgą. Obie włożyły ogromną pracę w to, żeby nie ujawnić, w jak wielkim popłochu uciekały tu ich wnętrza. Ryzyko bycia zauważonym przez Pobożników było spore. Któż nie zwróciłby uwagi, na dwie postaci skradające się po ciemku przy murze Świątyni, w dniu, gdy niemal cała wieś wespół składa Bogu dziękczynienia za dary urodzone przez ziemię?
A jednak zaryzykowały.
Drzwi wejściowe nie potrzebowały pomocy, mimo tego Stara Kowalowa, nie zdając sobie sprawy z tego, co właśnie wyraża jej ciało, dopchała kolanem ich drewniane skrzydło do futryny. Dla pewności- westchnęła i poświęcając tkliwy staw kolanowy, przekręcała klucz w zamku tak długo, aż postawił opór nie do sforsowania.
Kazimiera nie przystawszy nawet na chwilę, milcząco wspinała się po schodach domu przyjaciółki. Nie odwracała wzroku, była już zapatrzona w sen. Najwyraźniej postanowiła spędzić noc na piętrze. Kowalowa zauważyła to kątem oka, mocując się w przedpokoju ze starym, przykusym swetrem, w którym dopiero co buszowała po ciemnym obejściu. Nie potrzebowała wyjaśnień. Przywykła do zwyczajów Kazimiery, a od pewnego czasu, na swój sposób, kultywowała je nawet. Krzesła i posłania jej domu, kolejno doznawały zaszczytu bycia poważanymi przez Kazię. Zauroczenie jednym miejscem trwało zwykle kilka tygodni, po czym gość znajdował sobie inne i tak w koło. Tym sposobem, nocując tu często, Kazimiera Mizia ustawicznie zwiedzała cały dom i w zasadzie to ona była najczęstszym bywalcem wystygłych od życia pokoi na piętrze. Odkąd Kowal nieboszczyk zamknął oczy, a syn przeniósł się do Wrocławia, nikt nie mieszkał nad schodami. Owszem, Stara Kowalowa regularnie odświeżała okna, podłogi, wycierała kurze i zmieniała pościele w dwóch sypialniach, ale nie ma co kryć – codzienność dawno już porzuciła te przestrzenie. Dobrze więc, że Kazimiera Mizia co jakiś czas lokowała się to w jednym, to w drugim łóżku. Zupełnie jakby nie mogła się zdecydować w jakich okolicznościach lubi spać. Sypialnia małżeńska była zaciemniona. W oknie rozrosły się fikusy, przejmując dla siebie światło dzienne. Z kolei pokój ich syna, Norberta był jasny, przejrzysty, ścisły jak jego umysł. Tak to już się toczyło, pomyślała czule śledząc znikającą u szczytu schodów przyjaciółkę – dawno polubione przez Kazimierę miejsca zawsze wracały w końcu do łask, by za czas jakiś stracić je ponownie.
Stara Kowalowa była przekonana, że jej dom współistniał z rytmem nadawanym przez Kazię; śledząc kolejne, oswajane i porzucane przez nią meble, zrównywał z nią krok.
W samozwańczym odruchu, tęskna za małżeńskim łożem, pomyślała, by może pójść za Kazią, ale już wraz z pierwszą, obejrzaną z bliska myślą na ten temat, zmieniła zdanie. Zdecydowanie odpuści sobie wspinanie się po schodach, oj tak! Wciąż czuła w stawach spacer po ogrodzie, a i w karku zagnieździło się niemałe, kłujące spięcie. Nie sądziła, że aż tak odchoruje kolejne święto Pobożników. Wolałaby móc powiedzieć, że to, co czuła, było czystą złością na hałas dobiegający z placu Świątyni, podczas, gdy ona potrzebuje sobie spokojnie mieszkać. To oczywiście także, ale w głębi ducha przecież obawiała się tych ludzi. Bała się, że ośmielą się znów kiedyś przekroczyć granice jej świętego spokoju. Był to strach czystej wody, dziki i niemyślący, dlatego też nie znajdywał potwierdzenia w faktach. Pobożnicy uważali Starą Kowalową za zbłąkaną owcę, owszem, ale i ale roznoszącą przy tym niebezpiecznego wirusa swobody. Oficjalnie zatem – wszyscy w duchu miłości wyczekiwali na jej refleksję i powrót na Świątynne pastwiska, de facto nikt jej do tego nie zachęcał. Utrzymywali z nią stosunki oparte na życzliwości, po trosze wdzięczności za jej oko zwrócone na budynek Świątyni. Pech, że to ona akurat mieszkała w chałupce przyklejonej do miejsca, które stanowiło centrum ich życia! Ale, Niech Najjaśniejszy Poświadczy- nie pragnęli wciągać jej z powrotem w swoje intymności sakralne! Zgrzeszyła mową tyle razy i nie dając się skarcić latami wygłaszała krytyczne uwagi pod kątem swoich braci w wierze, iż Ojcowie uznali ją za niegodną zaszczytu Pobożnika, splamioną Naskórkowym, nie duchowym myśleniem. Niby to wiedziała, znała przecież zasady, na których wyrosła Świątynia, może nawet lepiej od samych Ojców.
Więc czego się nadal boisz, głupia? Im śmielej myślisz, tym bezpieczniejsza jesteś! – zapytała siebie i odruchowo dodała sobie otuchy. Cztery, obielone ściany kuchni przyjęły jej zwierzenia i pochyliły się nad nią, niczym matka nad kołyską malca. Napięcie w szyi topniało, mięśnie wreszcie zapominały o świadomej pracy, a ona, zanim się spostrzegła, zapadła w głęboki sen na wersalce w kuchni. Nie rozkładała jej, tyle co łokieć posłużył jej za poduszkę, a kapa zasłaniająca zdarte obicie – za nakrycie. Pod kuchennym piecem paliło się tu nieprzerwanie, przez cały rok. Jak dotąd, od dziesięcioleci ogień nie zgasł nawet na minutę, co najwyżej tliło się biednie przy świtaniu. No, ale wcześniej była tu ich trójka – strażników domowego ogniska. Teraz czuwała nad ciepłem tylko ona, ociężała starucha, jak nazywała samą siebie. Odkąd zamieszkała w pojedynkę, najsolidniej podkładała do pieca na noc, tuż przed spoczynkiem. Ledwie więc domknęła powieki, a przyjemnie rozpuchło się jej ciężkie ciało. Oj, jakże błoga była korzyść z prawa ciążenia! We śnie jej postać ciągnęło gdzieś do wnętrza ziemi. Wraz ze spotkaniem się powiek, nie potrzebowała się już za wiele poruszać. Pozwalała się przyciągać, zniewalać, aż w końcu traciła swoją fizyczność z oczu. Ten ostatni moment, gdy czuła, że ciało wymyka się już jej świadomości, a świadomość ciału, sprawiał jej niebywałą przyjemność.
Gdy ciało śpi, głowa rusza na zwiady. Tym razem, głowa Kowalowej ruszyła w sen odważnie, niczym silna gwardia na podbój nowych ziem; zasiedlała kolejne fantazje. Śniła o młodości. Ale nie tej minionej, prawdziwie przeżytej. Zupełnie nie! Tym razem, nareszcie wyśniła sobie młodość współczesną, spreparowaną, wykreowaną. Z racji wieku, nie miała możliwości, by przeżyć coś tak fantastycznego, ani nawet podobnego temu. A jakże ją kusiło, a jakże o tym marzyła! Jej młode lata – owszem, dość urocze, jednakowoż na wskroś naturalne, nieretuszowalne. Przaśne policzki, okrągłe uda, pulchny brzuszek spod sukienki wciętej w pasie. Wszystko, co odświętne, uszyła sobie sama, wszystko, co było w niej ładne- wydaje się jej dziś tak zwykłe, tak codzienne, jak pszenna bułka. Ech, gdyby choć przez jeden dzień mogła być młoda właśnie, teraz gdy do roku dwutysięcznego przykleiło się już dwadzieścia dwa lata! Te dzisiejsze dziewczyny szalone, pachnące, wycinające się, pozujące! Mają milion możliwości, by wreszcie zrobić sobie dobre zdjęcie, a przede wszystkim takie, na którym nie przypominają siebie. Mogą więc igrać z własną fantazją, mając przecież dowód w postaci zdjęcia, że są lepsze niż w rzeczywistości. Ech! Gdyby tak zmylić samą siebie jak one, nie uwierzyć odbiciu w lustrze, a spojrzeniu aparatu na sylwetkę z góry, spod schowanej brody! Ona miała zazwyczaj jedną szansę pozując fotografowi. Co wyszło, to wyszło. Człowiek i z tego się cieszył, że go uwieczniono, złapano na czarno- białym papierze fotograficznym jakiś grymas, nawet tę krągłość i wiejskość twarzy… Gdyby jej młode lata działy się teraz, to ho ho! Już ona wiedziałaby co zrobić! Pozostawiłaby światu swoje najsmuklejsze, najładniejsze zdjęcia. Takie, co to nikt znający ją za życia- nie powiązałby jej z nimi! Było coś fascynującego w dziewczynach uciekających od samych siebie. Zaprzeczających swoim proporcjom, wypryskom na twarzy, zmarszczkom. Rozumiała jak wielkie cierpienie kryje się za taką postawą, jak wielka nieakceptacja. Jednocześnie zaś nie potrafiła zignorować przeczuć, że ma do czynienia z nową, nierozpoznaną jeszcze twarzą artyzmu i głębi czyhającej w kobiecym sposobie obchodzenia się z tym, co najboleśniejsze. Nie dajmy przetrwać bolesnej prawdzie o naszej codzienności – zdawał się krzyczeć Instagram. – Nie rejestrujmy życia, które jest pełne niedoskonałości. Ignorujmy rozczarowanie, wyprodukujmy tyle doskonałych zdjęć, aż zasłonimy nimi okopcone chmury.
No i ta pokusa, ta możliwość bycia kimś, kogo historia nie rozszyfruje, nie przypisze do konkretnej rodziny, biografii! Wspaniała, niedostępna dla niej perspektywa zatarcia po sobie śladów tysiącem nieprawdziwych zdjęć – pobudzała staruszkę i ekscytowała.
Raz w tygodniu, zwykle w niedzielne poranki włączała sobie Internet w komórce. W dni powszednie denerwował ją i wolała wtedy ignorować jego istnienie, ale w niedzielne poranki, przy przesłodzonej, parzonej kawie błogosławiła sieć. Nic więc dziwnego, że dzisiejsza noc upomniała się wreszcie o Internetowe fantazje, solidnie i regularne podkarmiane. Instagram fascynował ją. Odkąd Norbert kupił jej smartfon i założył konto na Instagramie, świat otworzył przed nią drzwi, o jakich istnieniu nie mogła mieć pojęcia żyjąc w wiejskim domku zrośniętym z murem Świątyni.
Klikała w aplikację Instagrama rozczerwieniając serce i policzki. Z podekscytowania zasychało jej w gardle, pod powiekami pojawiał się piasek. Oddychaj marzycielko! – zwracała się do siebie opiekuńczo – na dłuższą metę, z takim nastawieniem serce ci wysiądzie do końca roku – uśmiechała się do swojego rozgorączkowania. Zaczęła obserwować dziewczyny propagujące zdrowy tryb życia. Fitnesski, dietetyczki, kilka aktorek. O losie, one dzieci wychowują, ćwiczą te wszystkie wygibasy i gotują sobie jak na królewski bal! Nie wiedziała, że tak można żyć…
– Zawsze to już o włos mój świat szerszy jest od dziś – powiedziała sobie zamykając w szufladzie, wyłączoną na kolejny tydzień komórkę. Zanotowała w zeszycie kilka przepisów na owsiane ciasteczka i placki z buraka i kaszy. Ćwiczenia sobie daruje. Nie z jej otyłością, nie z tym bólem absolutnie każdego stawu.
Tak, tak było dziś o poranku. Skończyła przeglądać Instagram z chwilą, gdy ucichły Psalmuszki w Świątyni.
Naturalnym wręcz wydawał się gest, na który zdobył się dzisiejszy sen. Po kilku godzinach napięć, obolałego wędrowania po ogrodzie i pozornego kontrolowania wzmożonej aktywności Pobożników, przeniósł ją z dala od udręk. Znalazła się w okolicznościach wymarzonej przez siebie młodości. No! Jest dokładnie tak jak chciała. Stara Kowalowa, stojąc przed wielkim lustrem szczyci się młodością, szczupłością, a jeszcze szczuplejszą stwarza ją aparat w smartfonie. Brawo, brawo – ekscytuje się tym co widzi pod powiekami. Telefon błyszczy w kolorowym etui, dokładnie jak u dziewcząt z Instagrama. Ona dumnie trzyma go w smukłych palcach. Pisząc swoje posty pod zdjęciami, gra długimi, czerwonymi paznokciami o klawiaturę. O losie, jaka jestem piękna! Jaka zgrabna! – myśli sobie Stara Kowalowa, głaszcząc na płaskim brzuchu różowy, obcisły sweterek. Ma na sobie jeansy! Nigdy w życiu nie miała na sobie jeansów, tak samo, jak nigdy nie miała tak smukłych nóg, palców i pomalowanych paznokci. Idealnie! – mówi sobie i rozgląda się wokół. Pokój młodej kobietki – wycięty z amerykańskich filmów, nie brak niczego! Na miękkim łóżku sterta kolorowych poduch! Zachwyt, zachwyt! Chciałaby poczuć zapach słodkich perfum, bo jeśli to spełnienie marzeń – będzie skąpana w kwiecistej nucie. Niczym początkująca, pączkująca kobieta, urodzona z dodatkowym życiem, jakim obdarza każdego Internet rozmarza się. Nabiera powietrza, podnosi zgrabny biuścik. Wokół niej pachnie intensywnie i naturalnie. Zaraz, czemu akurat trawą?!
– Kazia! Musiałaś?! – zajęczała rozczarowana. No tak, coś tak pospolitego jak zapach trawy, musiało okazał się mostem powrotnym do realności.
Kazimiera siedziała na oparciu kanapy, zwieszając nad Kowalową swój przenikliwy wzrok. Czy to możliwe, że ona widzi moje sny i potrafi je odpędzić? – wymamrotała przebudzona, tracąc na dobre wyśnioną sylwetkę. Widok obrzękniętej dłoni przypomniał jej datę urodzin i nieszczęsne cechy fizyczne oddziedziczone wbrew swojej woli po „dupiastej” matce i całej galerii jej kobiecych przodków.
Pierwszy haust powietrza natarczywie doniósł, że Kazimiera wróciła z ogrodu. Przyniosła zapach zieleni odurzonej wczesno – poranną rosą. Kowalowa usiadła, bo aż zamuliło ją od siłą narzuconego jej poranka. W podświadomości wciąż jeszcze wyczekiwała zapachu słodkich perfum.
Pod piecem jako tako, jeszcze się tliło – ustaliła dla porządku. Początkowo spoglądała na Kazimierę z wyrzutem. Coś jednak nie pasowało do scenariusza spisanego naprędce i w rozdrażnieniu. Mizia niczego się nie domagała, a wręcz przeciwnie; w skupieniu nasłuchiwała i wypatrywała czegoś zza okien. Spięła się cała, zesztywniała przy tym. Ach tak! Kowalowa zorientowała się, że tym razem niesłusznie przypisała Kazi nietakt. Zdarzało się, że Kazimiera Mizia budziła ją nieelegancko; po czym opętana wyzwoleniem i egoizmem silniejszej od siebie natury, domagała się uwagi. Ale to nie to, nie dziś. Stara Kowalowa wsłuchała się uważnie. Ktoś zmierzał w stronę domu grając butami o piaszczystą ścieżkę przy murze. Dopiero teraz to do niej dotarło. No tak! Kazimiera pojawiła się obok, by w porę ją ostrzec, ale zamiast tego pochłonęło ją nieufne nasłuchiwanie. Kazia usłyszała to dudnienie butów o wiele wcześniej zapewne, jak to Kazia.
Furtka zaśpiewała żałośnie na zardzewiałych zębach. Męski, regularny chód robił się coraz donioślejszy. Wysoka sylwetka, kierując się w stronę drzwi, rzuciła cień na malwy pełniące w rozkwicie rolę zasłon w oknach. Tylko nie to! – pomyślała zbierając brzuch i bolące kolano z kanapy. Nasłali na mnie Ojca Dawida!