Jasne. Musiało zacząć padać akurat teraz. Od domu dzieli mnie trzydzieści minut ścieżki przez pole Dyrcza. Nie mam szans na to, że ktoś mnie podwiezie. Będę tak mokła gorliwie, bo przecież jaki kłopot zwykły katar i deprechę zamienić na zapalenie płuc i załamanie nerwowe? Mama na pewno odchodzi od zmysłów wymyślając najgorsze scenariusze. Tak, mamuś, wyjdę naprzeciw twoim zmorom i rzucę się wilkom pod kły. Ale nawet wilki zdesperowane tak, by zaatakować człowieka, dziś ominęłyby wyłącznie mnie. To pewne. Za bardzo sama tego chcę, by coś mnie rozszarpało, zjadło i wylizało ostatnią kroplę krwi. A tak łatwo to nie ma. Może gdybym przemierzała tę ścieżkę na skrzydłach spełnionej miłości, a dzień byłby przepiękny jak z obrazu Sierko- Filipowskiej… Tak, wtedy na pewno coś by mnie trafiło. Żeby nie było, Jowita! Żeby nie było, że idzie ci zbyt miło! Miło, co za dziwne słowo. Nie pasuje do mnie. Pewnie dlatego go nie zaznaję.

Cholera, błoto. Moje prawie nowe welury! Ojciec by wiedział jak je doczyścić. Ale nie ma mowy, wara mu od moich butów!

Skąd nagle tyle chmur i to ciemnych jak smoła? Wiatr, który nie ma gdzie się zatrzymać w szczerym polu, robi wokół mnie tańce, jak na rurze. Eksponuje swoje wdzięki. Mam je już w bolącym uchu i w przemoczonych ramionach i plecach. Chciałam pójść na przedwiosenny spacer, jak w cholernym serialu. Wzięłam poncho, legginsy i welury. No to mam. Ranczo zamieniłam na Titanica. I jak znam życie, to ja będę tą osobą, która musi przetrwać i pamiętać tragedię. A jak. Przede mną jeszcze jakieś dwadzieścia minut. Dobrze, że nie ma ojca, bo mama wysłałaby go po mnie. Wolę już stracić buty, a wraz z nimi moje nowe, ludowe poncho. No i zdrowie. Swoją droga, ciekawe gdzie go dziś koła poniosły. Dobry duch wsi, myślałby kto. Jak słyszę te ochy i achy na jego temat, to niedobrze mi. To podłe porównanie, ale powszechne jest zdziwienie, gdy zbrodniarzem okazuje się ktoś szanowany przez otoczenie. Wiem, to przesada, ale to jedyna analogia, która przychodzi mi do głowy. Nie miał prawa nam tego robić. Nieważne, że nie byłam nigdy mężczyzną z niełatwym dzieciństwem. Jestem za to czterdziestolatką, która żyła w przekonaniu, że jej ojciec, jakikolwiek by nie był, jest lojalny. To kto z nas więcej stracił? On kilkanaście lat szmacenia przez rodziców. Ja, całą tożsamość. A dzieciństwo uważam za nieważne. Uznaję tylko tę jego część, w której byłam tylko ja i mama.

Jak to możliwe, że w tej ulewie znów mam zwidy i słyszę moją komórkę? Odkąd czekam na jego telefon, mózg odgrywa mi ten upragniony sygnał, jakby chciał mnie oszukać chociaż na chwilę. Nawet mózg wie, że właśnie tego potrzebuję. Kłamstwa, w które uwierzę i którym się znieczulę. No nie, jeszcze tak mnie psychoza nie położyła na łopatki. Słyszę dzwonek i czuję wibracje. Na biodrze. Co jest?

Ano jest i komórka. Zapomniałam , że ukryłam ją przed samą sobą w poncho. Brawo, Jowi, chciałaś sceny jak z serialu, masz hollywoodzkie, tanie jak barszcz, zdziwienie. Ona myśli, że nie ma komórki ze sobą, a on nagle dzwoni. Mówi: obróć się, stoję za tobą.

Tak. Jasne. Wróciłby z Teneryfy żeby stanąć po kostki w błocie. Szczere pole pod Wrocławiem, o tak! Idealna sceneria na zwrot akcji w romansie. Sama siebie rozśmieszyłam. Choć jest to śmiech przez potworny stres. Boję się myśleć co będzie nocą. Tydzień nocek pod rząd, chronił mnie przed nocnymi analizami. Jestem jak pieprzona sowa. Gdy ginie światło słoneczne, zaczynam lepiej słyszeć, widzieć i czuć. I poluję. Głównie na siebie. Dręcząc się do świtu.

To naprawdę on. Deszcz wbija się w ekran telefonu. Zniekształca jego zdjęcie i tęczowy komunikat: ”dr Marek dzwoni”. Nie odbieraj, nie odbieraj. Czuję, że w podekscytowaniu idę coraz szybciej. Dzięki, Marek. Przynajmniej tyle możesz dla mnie zrobić. Przytrzymuję przycisk z boku ekranu. Telefon wyłączony. Nie ma mnie, Panie doktorze. Lecz pan się sam…

Mama stoi przed bramą. Trzyma wielki parasol i uśmiecha się.

– Ty to masz szczęście, dziecko- przekrzykuje afrykańskie rytmy wybijane przez deszcz na parasolu- chodź do domu, zrobiłam ci ciepłej herbaty.

Przytula mnie, z poncho leje się po korytarzu, następnie wzdłuż kuchni i aż do samej łazienki. Cofam się przekroczywszy jej próg.

– Ale ojca nie ma?- pytam spod byka.

-Nie ma i nie będzie. Dzwonił, że musi zostać na noc u sołtysów- mama odpowiada natychmiast- idź pod ciepły prysznic, położyłam ci tam dresy i ciepłe skarpety. A potem obiad. To jednak u mnie?- pyta.

– Ok- krzyczę i zrzucam z siebie ciężkie ubrania.

Ciepła woda rozluźnia mięśnie i odkrywa ból. Nieświadomie, w ciągu dnia, zaciskam całe plecy z nerwów. Boli mnie szyja, ramiona. Jakbym szykowała się na jakąś wojnę. Ten olejek do atopowej skóry jest taki miękki w dotyku. Będę pachnieć mamą. Może to mnie jakoś zrównoważy psychicznie. Dopiero teraz dociera do mnie jaka jestem obolała. Jakby łazienka mamy pozwalała mi na szczerość przed samą sobą. Czuję się jakby ktoś obił mnie porządnie. Nie widać siniaków, ale boli przy dotykaniu. Siadam w wannie. Odchylam głowę. Mięśnie odpuszczają jeszcze bardziej. Boli, ale czuję ulgę. Nosiłam głowę jak w kołnierzu ortopedycznym. Teraz przynajmniej wiem, że na pewno ją mam. Nie czuję się nawet chora. Może trochę zmarznięta. Muszę włączyć komórkę i upewnić się, czy na pewno mam dwa dni wolnego. Muszę też zmienić numer. To postanowione. Nie będę narażać się na wieczny stres czekania na telefon, a potem odrzucania połączeń.

Chociaż… Punkt dla niego. Nadal dzwoni. Zależy mu. Pocieszam się, wskakując w miękki, pluszowy dres. Patrzę przelotem w lustro. I z czego się cieszysz, głupia? Nawet jeśli jakoś zależy mu na waszej relacji, to jest to radość z konającego wroga, który, mimo, że wojna skończona, on nadal wymachuje szabelką. Game over. Dobrze o tym wiesz. Nie. Poprawiłam samą siebie, zamykając za sobą drzwi łazienki. Nie chcesz tego wiedzieć.

Mama czekała przy stole. Lniany obrus w grochy. Surowe tło i ta zieleń pierwsza, wiosenna. Kochana mama. Siedzi teraz i przeżuwa piętkę chleba. Czyta Bajki Aleksandra Puszkina. Wymieszała je już ze wszystkimi kuchennymi zapachami. Nie wyglądają na zniszczone. Pięknie zdobiona okładka, nadal przyciąga wzrok złotymi wykończeniami. Jednak ta książka jest jak mama. Doświadczona. Jakby ktoś przerobił na niej wiele, nie zawsze dobrze kończących się scenariuszy. A nie wszystko da się przykryć obrusem i ładnie nakrytym stołem, mamo.

Popatrzyłam na nią. Siedziała i uśmiechała się, przesuwając opuszkami po soczystej ilustracji. Usiadłam na fotelu ojca i zadeklamowałam z pamięci:

– Tam dziwy są: jest upiór leśny,
Siedzi wśród drzew rusałka blada;
Tam zwierz widziany tylko z rzadka,
Wyciska ślady ciężkim krokiem;

Dokończyłyśmy chórem, spotykając swoje dłonie w połowie stołu.

Na kurzych nóżkach stoi chatka,

Co nie ma wcale drzwi ni okien;

Wzruszyłam się.

– Mamuś, ty zostałaś w moim dzieciństwie- powiedziałam patrząc jej w oczy.

– Dlatego płaczesz? –zapytała.

– Płaczę, bo ja z niego musiałam uciekać- wyjąkałam.

Mama zawsze zmiękczała mnie swoją obecnością. Ale nie chciałam już płakać. Na dziś wystarczy. Jesteśmy same, na dworze nastrojowo, przedburzowo. Mama tak pięknie przystroiła kuchnię do obiadu. Nawet zapaliła kilka podgrzewaczy i porozstawiała po kuchni. Zamiast palić główne światło, zostawiła zapalone lampki na drzwiami pokoju ojca i te nad oknem. Otrzeźwiłam się.

– No to jedzmy- rzuciłam z udawanym luzem.

-Tak, ale musisz mi powiedzieć czy zamierzasz w nieskończoność karać ojca. Ja wiem, że może dziś myślisz o czymś, kimś ekm, innym, ale …- zawiesiła głos.

– Mamuś, nie wiem. Naprawdę, nie wiem.

Zawiesiłam się, próbując nastroić się na rozmowę, która nie zburzy tego wyjątkowego wieczoru. Tak rzadko mamy czas tylko dla siebie. Odkąd wydało się, że ojciec nawywijał, wyniosłam się do siebie na górę. Na dobre. Tylko mnie to zmobilizowało żeby zacząć używać wreszcie swojej kuchni i łazienki. Przetarłam dla siebie nowe szlaki w życiu. Zaczęłam sama sobie gotować i dobrze na tym wyszłam. Umiem nareszcie robić taki rosół, jaki lubię. Nie za słony, nie za tłusty. Mama oczywiście po kryjomu zostawia mi (u szczytu schodów prowadzących z ich korytarza do mojego mieszkania) każdego dnia cokolwiek, bym nie zapomniała jej smaków. A tak serio, myślę, że uznała to za sposób na utrzymanie łączności między górą a dołem domu. Ona zostawiała dla mnie jedzenie w jednokolorowych pojemnikach, ja je opróżniałam, myłam i odnosiłam na dolny, wspólny korytarz. Muszę tamtędy przejść, by wyjść albo wejść do domu. Jedzenie załatwia wszystko, według mamy. To znaczy, ona nie wie, że tak myśli. Ja to wiem, bo patrzę na nią od czterdziestu lat. Niemalże dzień w dzień. Może zająć się czymś innym, niż sobą, tylko wtedy, kiedy coś je. Teraz ssie piętkę chleba, z czego nie zdaje sobie nawet sprawy.

Tak. Mama została w moim dzieciństwie. Ale mieszka też w swoim. Hoduje tam swoje strachy i nie daje im umrzeć. Dosładza też lukrowane szczęście rodzinne, dawno stęchłe od środka. Nieużywane. Przepraszam cię, mamo, za moje myśli. Próbuję nie powiedzieć tego na głos. Uśmiecham się. Biorę oddech. Mama dotarła już do bajki o rybaku i złotej rybce.

– A ty przebaczyłaś ojcu?- zapytałam na pozór bez emocji.

– Nie miałam czego przebaczać. Czułam, że nie żyje ze mną. Poza tymi chwilami, tymi… przed ślubem. Wtedy zabiegał o mnie naprawdę- odpowiada jak na egzaminie.

Jest spokojna, a ja nie wierzę w to, co słyszę. Patrzy mi w oczy podnosząc czasem wzrok znad bajek. Pół roku temu zadzwonił telefon, po którym powinien się mojej mamie zawalić świat. Mój się zawalił. Ojcu, to ja z kolei odebrałam tyle spokoju ile mogłam. Czułam jakąś satysfakcję widząc, że boi się mnie spotkać. A ona co? Matka Teresa? Facet utrzymywał ją w fikcji tyle lat, a ona czterdzieści lat teatru, daruje mu ot tak, po prostu?

-Mamuś, albo nie kochasz ojca, nie kochałaś nigdy, albo jesteś jakaś upośledzona, za przeproszeniem.

-Kocham go. Ale niemniej kocham wszystko, co żyje, Jowi. Może kiedyś mnie zrozumiesz- ciągnęła- Jestem mu wdzięczna, że mnie nie opuścił. Bo jednego czego się bałam, to tego, że kiedyś wyjedzie i nie wróci z gór.

To nie jest moja matka. Niemożliwe żeby była tak pokorna, tak beznamiętnie poddana. Mam jej piękne zdjęcia z młodości. Zanim się urodziłam, byli ze sobą jakiś czas. Skoro wiedziała, dlaczego nie odeszła od ojca ,zanim pojawiłam się na świecie? Co takiego miał w sobie Franek Stróż, że rzuciła dla niego uniesienia, które należą się młodości? Co dał jej w zamian za tę miłość, która ciągnie nas w młodości najmocniej, za eros? Mogła mieć wielu z taką urodą. Przecież powojenni mężczyźni byli zupełnie inni, niż dzisiejsi. Nie trzeba było wybierać między zaradnym płazińcem a czułym lękojadem. No okej, jest jeszcze kilka typów pomiędzy. Jeden z nich to mój, pfu, doktor Marek… Albo były mojej koleżanki z pracy, Ilony. Co prawda ksiądz, ale dał radę jak miała załamanie nerwowe. W jakim ja świecie żyję…

– Mamuś- mówię błagalnie- rani mnie to twoje niewolnictwo. Mówisz jakbyś nie zasługiwała na to, o czym marzy każdy NORMALNY, powtarzam, NORMALNY człowiek!

Mama wsuwa bajki Puszkina między śpiącego Keczupa, a boczne oparcie jej fotela. Sama siedzi na krześle i na chwilę chowa twarz w dłoniach.

– Powiem ci jak było- mówi zdecydowanie i wkłada do ust spory kawałek kurczaka. Zagryza go sałatką ogórkową, którą przyrządza identycznie od lat – Ale musisz przynieść nalewkę. Najlepiej karmelówkę. W zielonych butelkach są te najmocniejsze- rzuciła, a ja w sekundę znalazłam się w piwnicy, przy półkach z nalewkami ojca.