To zdecydowanie najdziwniejsze chwile mojego życia. Mogę powiedzieć to już dziś, choć mam nadzieję pożyć lat jeszcze, przynajmniej tyle samo co do tej pory. Maksymilian nie był tym, za kogo go uważałem. Rzecz jasna, opinia aktualna to zdecydowanie zaskoczenie In plus. O małżeństwie Kołodziej- Stróż, nie wspominam już nawet. Zakodowałem, że tak w mojej, jak i ich córki umyśle, ci państwo zamienili się rolami. Uważany za dobrego, wskoczył na miejsce toksycznego i odwrotnie.
Ale sama Jowi też dała mi do wiwatu. Zaczynam niepokoić się, czy nadążę za nią, czego chcę przecież bardzo. Ale czy nie będę kłócił się z rozumem, próbując pojąć źródła jej zachowań? Weźmy na przykład ten śmiech. Lekarz potwierdził przed chwilą, że nie było wstrząśnienia mózgu. Ale mogła być w szoku. Choć raczej szok ustępuje po jakimś czasie. Tymczasem Jowi, z gipsem ciężkim i masywnym leżąc na szpitalnym łóżku, cieszy się niemiłosiernie.
Nic dziwnego, że ratownicy medyczni uznali ją za nietrzeźwą. Sam, widząc ja pierwszy raz, kazałbym jej chuchnąć.
Co mam począć, nie wiem. Maria Kołodziej, wypisawszy się na własne żądanie, rozpłynęła się. Wysłałem chłopaków do Kowalówki, ale nikt nie otworzył im drzwi. Po podwórku biegał podobno, zupełnie zadbany pies, nieżyjącego już Franciszka Stróża. Jest to jakiś ślad. Rzecz jasna, dla policji, żaden. Poprosiłem, by sołtys zajął się psiakiem. Zameldował telefonicznie, że załatwione.
Co do Marii K….
Trzeba przyznać, że spotkałem najciekawszą i najbardziej niepokojącą kobietę w swoim życiu.
Zawodowo- wymarzoną.
Życiowo- wyniszczającą.
Niestety, właśnie wymyka mi się z rąk. Nie mam właściwie żadnego prawa nachodzić jej w domu. Mogę mieć jednocześnie wielką nadzieję, że chłopaki z lokalnej policji nie puszczą pary z ust. Mamy w końcu jakieś swoje wzajemne zobowiązania. Ja też umiem pomóc komu trzeba. Dyskretnie, jeśli sprawa tego wymaga. Ale pamiętajmy: formalnie nie ma żadnej sprawy. Rozpłynęła się.
A ja swoje wiem.
– Posłuchaj Maks, pójdę teraz do oddziałowej- rzuciłem w stronę towarzysza niedoli, przysypiającego na szpitalnych krzesełkach poczekalni. Mamy za sobą trochę zwrotów akcji w całej tej gmatwaninie dowodów. Rozmowa z Naczelnym Rabinem Śląska, urzędującym we wrocławskiej synagodze, nie należała do najłatwiejszych. Maks doskonale radzi sobie z niemiecko- angielskim miksem, podlanym hebrajszczyzną, którym to dysponuje ów przystojny absolwent Uniwersytetu w Jerozolimie.
Nać przetarł oczy, ale przegrał z powracającą drzemką. Minąłem toalety dla personelu i w błękitnej wnęce korytarza odnalazłem wąskie drzwi z napisem: dyżurka.
Widok niskich kobiet z obfitym biustem przeraża mnie odkąd pamiętam. Mam, nietypowe może, ale jednak, wrażenie, że kobiety te wkładają ogrom trudu, by dźwigać ten ozdobny wykwit przed sobą. Patrząc w ich oczy, zawsze doszukuję się cierpienia. Nie chcąc jednak przed nimi tego obnażyć, robię szereg głupich min i skrętów oczami. Zakończonych oczywiście katastrofą w kontaktach międzyludzkich, z wyżej wymienioną grupą kobiet.
Krótko mówiąc, wychodzę na zidiociałego zboczeńca, próbującego nie patrzeć na piersi, a w rzeczywistości wgapiającego się w nie nerwowym spojrzeniem psychola.
Zapukałem. Drzwi otworzyły się, nie wiedząc jak, bo kobieta, która ukazała się moim oczom, zdawała się być na sto procent pochłonięta czymś nie cierpiącym zwłoki.
– Mówić szybko o co chodzi- powiedziała piskliwie wzorcowa przedstawicielka gatunku.
– Z oddziałową proszę. To znaczy- wyłkałem, przełykając głośno ślinę- czy mógłbym porozmawiać z siostrą oddziałową?
– To nie koncert życzeń- rzuciła, nie podnosząc na mnie wzroku.
Jakie te kobieta ma małe dłonie! Byłem uratowany. Śledziłem, jak sprytnie rozkłada w kilkudziesięciu kieliszeczkach leki, zerkając, niby bezwiednie, na długą listę zapisaną maczkiem. Co za spryt i koordynacja, pomyślałem.
– Co się pan tak patrzy na te leki, jak wół w malowane wrota. Mówić o co chodzi!
Zbliżała się do ostatniej serii rozdania. W ruch poszła niebieska tabletka. W myślach przypisałem ją do nasennych, albo uspokajających. Noc, niebieski, ocean, sen. Postawiłbym te słowa na jednej półce skojarzeń i odczuć. Mam przekonanie, że sen, sam w sobie, jest koloru niebieskiego i jak ocean, może na chwile zafarbować się pulsującą krwią jakiegoś stworzenia, ale nie na długo. Szybko robi się znów neutralny.
– To pani jest, tak? – zapytałem, nie odklejając źrenic od dłoni siejącej niebieską pastylkę w głębi pojemniczków, udekorowanych kolorową mozaiką tabletek.
– Gadać, nie marudzić!
– Chcę zapytać o Jowitę Stróż, moją narzeczoną. Jestem prokuratorem. Aurelian Dobrucki- mówiąc to, wyprostowałem się, jak struna, podnosząc swoją wiarygodność.
W moim mniemaniu, oczywiście.
– Panie, coś pan kręcisz i nie gap się na moje cycki, do jasnej Anielki! – wybuchła, odwracając się w moja stronę całą swoja okazałością, na co już moje oczy były bezradne.
– Przepraszam najmocniej, taki tik nerwowy- wydukałem, płonąc ze wstydu.
– No przecież widzę, że czub, tłumaczyć nie trzeba! Z Jowitą nienajgorzej, ale poleży do jutra. Jutro przyjść, zabrać do domu, teraz niech odpocznie. Fajna dziewczyna, ale zaślepiona chyba, skoro taką niedojdę przygarnęła!
Skończywszy pogadankę, oddziałowa wypełniła dyżurkę swoim donośnym śmiechem, a ja uciekałem ile sił w nogach, dając Makysmowi znak na migi, żeby brał również swoje nogi za pas. Natychmiast!