Śni mi się szkoła. Jak zwykle, w ramach walki z nudą, gadam na lekcji matematyki. Paplam do koleżanki, jak opętana. Śmiejemy się, dokładnie tak, jak za dawnych lat.
I zgodnie ze zwyczajem, ponoszę konsekwencje za nieszczęśliwie zakurzoną cnotę belferki. Jak śmiem śmiać się z pierdółek, dla poprawienia nastroju?!
Moja rozbuchana młodość jest zbrodnią. Dostaję więc karę.
Znienawidzona przez całe liceum matematyca, Królowa Śniegu, rzuca mi w twarz kartką A4, podpisaną własnoręcznie i podatowaną, aby przypadkiem nie przyszedł mi z pomocą jakiś gotowiec. Mam napisać sto razy: „jeśli jeszcze raz będę zakłócać porządek lekcji, spuchną mi stopy”. Nie dziwi mnie treść zdania, które mam powielić. Przyjmuję zadanie na klatę.
Musiałam zostać w kozie. Siedzę i piszę właśnie moją karę po raz setny, gdy nagle łamie mi się ołówek, a drzazga, z siłą superbohatera, wkłuwa mi się w prawą stopę.
Noga puchnie w oczach i boli.
Po chwili uchodzą ze mnie wszystkie siły, a Królowa Śniegu wrzeszczy nade mną- nie do zniesienia: Pisz! Pisz! Pisz!
!!!
– Śpisz? Śpisz? Śpisz?! Jowi, śpisz? Powiedz, że śpisz! Śpisz? Śpisz? Kochana…
Co jest? Przecieram oczy. Podnosi się kurtyna powiek. Wychodzi słońce i znika Królowa Śniegu. Gdzie jestem? Obracam głowę w prawo i w lewo. Światło kłuje mnie w sam środek źrenic.
Trawa! Trzymam w zaciśniętej pięści zielone źdźbła i grudkę ziemi.
Aha, Boryna nadal żyje… Łapię nareszcie kontakt. Zasłabłam przez tę nogę, albo zasnęłam z niepokoju, co mi się zdarza.
Wow! Wracam do życia, a tu dopiero jazda! Jazda na jawie. I to bez trzymanki.
No bo co się okazuje?
Ano. Leżę romantycznie na łące, a Aureli z przejęciem zerżniętym z TV Romantica, bierze mnie w ramiona i krzyczy. Taki ton miewają wenezuelscy kochankowie, gdy w serialu, zbliżają się do pierwszego pocałunku. „Por favor, por favor!!!
– Ajjjjj Aułc!!!! Co mi robisz do cholery?! Moja nooogaaa!- krzyczę.
– Nic, ratuję cię! Co zrobiłaś w nogę? Pamiętasz? Halo, Jowi, powtarzaj za mną?! W Szcze brze szy nie chrząszcz…
– Nie panikuj, człowieku- przerwałam mu- nie wiem co zrobiłam, chyba kopnęłłłaaa
– Kopnęła w moją bramę!
Pan Staszek wszedł w moje pole widzenia. Moje drugie spotkanie z ojczymem Marty, odbywało się właśnie w perspektywie, której zapewne oboje się nie spodziewaliśmy. Nadal leżałam na trawie, a on, zmieszany, podszedł na tyle blisko, by z pochyloną głową, spojrzeć mi niepewnie w oczy. Zrobiło mi się głupio. Stał nade mną zmartwiony, jak nad własnym dzieckiem. Ale nie dało się też ukryć, że jest zbity z tropu. Pewnie niecodziennie ktoś uznaje go za zagrożenie i nie dbając o kończyny, rzuca się do ucieczki.
Spokojne rysy, łagodna postura. Uczciwy i uczuciowy człowiek. Co mi odbija? Zamiast porozmawiać z nim o Marcie, palę za sobą mosty. Coś padło mi na głowę. Pewnie wysiłek. Ale nikt nie ostrzegał, że jogging może wywoływać zmiany w osobowości. Zachciało mi się śmiać.
Wyobraziłam sobie jak komicznie musiałam wyglądać; z rozwianym fryzem i biustem! Nie ma jak nadwaga w szalonym galopie i chwila urojonej grozy wpisana w mimikę.
Zobaczyłam oczyma wyobraźni kopniętą czterdziestolatkę, uciekającą co sił w nogach przed zmyśloną furią. Wpadłam w histeryczny śmiech. Aż dostałam czkawki.
Pan Stanisław zdębiał po raz drugi. Jednym uchem słyszałam jak uspokajał Aurelego, że nic wielkiego się nie stało, że na pewno to tylko złamanie, a to się da wyleczyć. Co prawda, to prawda. Aureli troszkę spanikował. Szarpał mną w romantycznym szale, jak na planie Titanica, nieświadomie budząc w mojej nodze ten cholerny ból. A ja, mimo tępego szarpania w kostce, śmiałam się do rozpuku.
Aureli, początkowo sądząc, że wydaję jakieś jęki z powodu swojej nogi, nagle zorientował się, że Pan Stanisław patrzy na mnie wymownie. Zostałam więc wypuszczona z romantycznej przystani, jaką był uścisk Aurelego i zgromiona jego wzrokiem.
– Uderzyłaś się w głowę, czy jak? – zapytał mój ukochany i z kucek stanął na swoje dwie prokuratorskie nogi, tuż obok pana Staszka.
Zmrużyłam oczy i gdy już miałam uwierzyć, że moje odczucia rozmijają się z rozsądkiem ogólnie przyjętym na tym świecie, nagle usłyszałam jeszcze głośniejszy rechot nad sobą.
– Pani godzi się na zabranie do szpitala? Pani jest nietrzeźwa?- niecienki , pytający śmiech pracownika pogotowia kierował się, ku mojemu zdumieniu, nie do mnie, a do mojego lubego.
Leżałam sobie spokojnie, a powieki zamykały się znów same. A niech ich, skoro chcą o mnie decydować, beze mnie… Znów zobaczyłam starą kumpelę z ławki i zaczęłam jej paplać do ucha.