– Myślisz, że dlaczego wtedy rano wparowałam do Ciebie o nieludzkiej porze? Naprawdę uwierzyłaś, że wstrząsnęła mną śmierć nieznanej nikomu kobiety z „Leśnego Zacisza”?- płakała Majka.
– Jesteś porąbana! Więc JASNE, że uwierzyłam!- odparowałam jej.
– Chciałam ciiii wtedy wszystko powiedzieć, ale dostałam ostrzeżenie od twojej mamyyyyy, żebyyyy nieeeee mówić- jęczała. Napisałam ci w mailu tyle ile mogłam, by choć trochę poznała swoją siostręęęę….Byś zaczęła drążyć temat…
– Jakie ostrzeżenie? Co ty pleciesz? Nie wybielaj się!- syczałam.
Myśli, że jak przyjechała taki kawał drogi, to przebaczę jej z marszu. Taaa, od razu! A figę! Wszystko, co osiągnęła od dramatycznego przyjazdu z Kowalówki, to odwodnienie. Zalała łzami pół narzuty, którą Tamara tak pięknie dobrała do koloru ścian! Poetycki szloch! Nie uniosę tego! Namotała i ryczy! To ja powinnam płakać nad swoim zakłamanym życiem!!!
– Daj mi kluczyki, bo postawiłaś swoje auto na połowie drogi, jak ostatnia łajza!- rzuciłam oschle. Niech poczuje jak to jest być sponiewieraną.
Majka, zwinięta w kłębek, poiła łóżko wyciekami z nosa, oczu i buzi. Jak zwykle, oddała się w pełni swojej aktualnej pasji. A, że był nią właśnie histeryczny płacz…
Uniosła prawą dłoń i nie pokazując twarzy, wskazała na wielgachną, lnianą torebkę, leżącą obok łóżka w iście histerycznej pozie. Kluczyki, ostatnimi siłami trzymały się obrzeży, rzuconej w emocjach torby. Wzięłam je i miałam wyjść, by wjechać autem Majki na podwórko, ale coś przykuło moją uwagę.
– Zaraz, to jest …? – zapytałam, wskazując palcem na notesik, który wysunął się widocznie wtedy, gdy chwytając kluczyki, poruszyłam lnianym workiem.
Majka wyła w najlepsze.
– Majka, skąd masz…? Majka! Do cholery!- wrzasnęłam tak, że płaczek żydowski zerwał się na równe nogi.
Złapałam notesik i otworzyłam go, nie wierząc w to, co widzę.
– Skąd TO MASZ? Gadaj! –nie spuszczałam jej z oczu, jak wściekły pies.
– To od Marty, twojej siostry. Ofiarowała mi …- wyjąkała mokro, co poczułam na swojej twarzy.
Wszystko co mam po siostrze, to adresownik wyrwany Aurelemu… A Majka, obca osoba, ma swój, wręczony jej, przez Martę, osobiście!!! To autorski projekt, nie sądzę, by moja siostra dawała go każdemu. Pełno w nim- jej osobistych symboli, ukrytych w miniaturkach obrazów. I ta miękka skórka okładki, przecudnie zielona… Taka intymna.
Nie wierzę! Majka dostała coś od mojej siostry! MO-JEJ…
Tak pragnęłam być tą osobą, która dostała coś poufnego po siostrze… Adresownik wydawał się idealnym listem, pełnym zaszyfrowanych tajemnic, odszyfrowywanych tylko przez kogoś bliskiego…
Czy jest jakaś logika w tym świecie? Jakaś sprawiedliwość?! Moja siostra odebrała sobie życie, choć podobno, bardzo chciała mnie poznać! Mieszkała tak blisko mnie, a śledziła mnie i wolała oglądać z daleka! Co mogłoby ją powstrzymać? Co jest wystarczającym argumentem, by porzucić wszystko, co jest sensem życia? Rodzinę? Malarstwo?
Naprawdę mama? Moja ciepła, opanowana, jak sądziłam, mama?
– Posłuchaj Majka- podniosłam głos- lepiej będzie, jak sobie pojedziesz!
– Nie proszęęęęęę, nie każ mi jechać, musimy sobie wyjaśnić- zanosiła się od płaczu.
Cholera! Jeszcze mi jej szkoda! Ja nie mogę! Zaraz mi się tu udusi, chyba nie nadąża z oddychaniem!
Patrzyłam przez chwilę jak rozpaczliwy płacz szarpie znienacka jej szczuplusieńkim ciałem.
Ale co mnie to obchodzi?! Dlaczego, do cholery, tak mi jej żal, prawdziwie żal?!
Wybiegłam przed dom. Wystukałam numer Aurelego.
Odebrał w pośpiechu. W tle usłyszałam silniki wielu aut i głos Maksymiliana, rozmawiającego z kimś po niemiecku.
– Aureli, powiedz mi do cholery, jak to możliwe, że wątpię w intencje mojej matki?!
Nie odpowiadał, ale słyszałam jego oddech.
– A z kolei Majka… bo, wyobraź sobie, przyjechała tu za mną ta artystyczna kłamczucha… i ona nadal wydaje mi się bliska, bez cienia wątpliwości, ufam jej- rzucałam jak z karabinu. – Powiedz, jak wy… to robicie w pracy, że podchodzicie z dystansem do ludzi, nie dając im się szantażować emocjonalnie?!
– Jowi, Kochana, nie mogę teraz rozmawiać. Przemyślę co powiedziałaś i porozmawiamy o tym, obiecuję.
Wyłączył się.
Zostałam z tym wyznaniem na podwórku Tamary, które to nagle obudziło we mnie jakiś potworny smutek. Co ja mówię? Jak mogę mówić coś tak niesprawiedliwego o własnej mamie? I to obcemu facetowi… Dlaczego, do cholery, tak właśnie czuję?!
Nie zdążyłam się rozpłakać. Na szczęście. Tamara uratowała moje postrzeganie samej siebie, rozmazującej się ciągle, jak ostatnia księżniczka. Objęła mnie swoimi pachnącymi ramionami. Wzięła moją komórkę. Poczułam jej głowę na swoim ramieniu. Musiała usłyszeć to, co mówiłam do Aurelego. Złapała mnie za rękę i zaprowadziła do kuchni.
Przy stole siedziała już Maja.
– Zdaje się, że każdy, w promilu kilometra, słyszał moje lamenty telefoniczne- powiedziałam niby żartem, by poradzić sobie z atmosferą.
Maja podeszła i przytulia mnie niepewnie. Wróciło znajome ciepło. Odwzajemniłam.
– Coś ty sobie myślała? – wyszeptałam jej do ucha.
– Nie chciałam ci zaszkodzić- powiedziała cicho- twoja mama mówiła, że Marta chce skłócić waszą rodzinę. Uwierzyłam jej…
Usiadłyśmy. Tamara podała słodką kawę z mlekiem. Poprosiłam, by została z nami.
– Tamaro, proszę, powiedz mi, co ty o tym sądzisz?
– O co właściwie pytasz, Jowi?
– Pytam o to, jak widzisz nas i cała tę historię?- mówiąc to, wskazałam najpierw na siebie, potem na Maję. Robiąc ten gest, poczułam, że zamykam nim jakiś rozdział. Ja i Maja. Przynajmniej to sobie wyjaśnijmy…
Tamara zamyśliła się. Usiadła prosto, rozsupłała swoje zgrabne nogi, chwilkę wcześniej elegancko założone jedna na drugą. Położyła dłonie na kolanach i rzekła:
– Widzę dziewczynki okłamywane przez dorosłych.
-Masz na myśli mnie i Majkę?
– Nie tylko – odpowiedziała-także Martę. Bo widzicie- westchnęła- nawet tak silna przyjaźń jak wasza, została pokaleczona przez zwykłe kłamstwo. Myślę, że ktoś chciał wykorzystać waszą więź do swojego celu, ubierając zwykłe krętactwo, w tak zwaną, dobrą intencję chronienia Jowi…
-Ale, dla dobra… To było kłamstwo dla dobra… – Maja wtrąciła przepraszającym tonem.
– Nie , nie ma kłamstw dla dobra, Majka- powiedziała stanowczo, choć ciepło- Ja nie mam prawa się odzywać, choć sama poczułam się bardzo, bardzo źle z tym, że Martusia ukryła przede mną tak wiele. Musze pogodzić się z tym, że osoba, z którą łączyła mnie relacja szczególna, z jakiegoś powodu, mówiła mi bezpieczną prawdę. A tak w praktyce- była to nieprawda o relacjach ze swoim biologicznym tatą Frankiem…
Jak to możliwe, że pozwoliła mi myśleć, że to on jest wszystkiemu winien? Sama nie wiem co sądzić, dziewczęta. Jestem tylko pewna, że ona także została mocno oszukana, a nawet zastraszona.
Jesteśmy małe, okłamane dziewczynki- mówiła- ktoś dorosły dał nam kawałek fałszywego świata na odczepnego. By móc robić swoje, bez naszych pytań… Bo, jak wiecie, małe dzieci ciągle pytają…
Tamara zamilkła. Zamyśliła się. Posmutniała.
– Wiesz Tamaro- zdobyłam się na kilka słów- tak jak mówił Aurelian, najważniejsze osoby nie żyją. Tylko one mogłyby nam, poza milczącą mamą, powiedzieć co działo się w ich życiu przez ostatnie lata. Jeśli to co mówi Maja jest prawdą…- ugryzłam się w język.
– Przepraszam- zaczęłam jeszcze raz- Jeśli weźmiemy pod uwagę to co mówi Maja, oznaczałoby to, że mama próbowała kontrolować to, co dzieje się w naszym domu… To znaczy… Blokowała tatę, by nie mógł rozwinąć skrzydeł, jako ojciec Marty. Powstrzymywała kogo się dało, bym ja nie poczuła się zagrożona przez nową rodzinę taty… Dla mojego dobra.
Dla mojego dobra… Jakie to głupie! A teraz nie chce ze mną rozmawiać! Mamusia…
Próbuję to sobie układać, dziewczyny-tłumaczyłam się, chyba bardziej przed samą sobą, niż przed nimi-ale wydaje mi się to za proste, za płaskie.
– Ale tak było- wyjąkała Majka, której oczy podpuchły, jak u Eskimoski z krwi i kości. – Twoja mama często, przypadkiem niby, ale przypominała mi o tym, że nie mogę ci powiedzieć o Marcie. Jeśli naprawdę udawało się jej robić tak z innymi, potencjalnymi informatorami… wygrała. Czasem nawet- dodała- dzwoniła do mnie na komórkę, pytając co u mnie, a jednocześnie, zawsze wchodziła na temat Marty.
– Moja mama dzwoniła do Ciebie?- zjeżyłam się, słysząc kolejną nowinę.
– Nooo takk- przytaknęła. Ustawiałam twojej mamie taryfę „do trzech numerów za darmo” i prosiła, by mój numer był jednym z nich.
– Ale co? Na stacjonarnym telefonie tak się da?!- zirytowałam się, sądząc, że Maja coś miesza w stresie, do czego ma skłonności.
– No nie, na jej komórce. Próbowałam ci przecież mówić, że dostałam ostrzeżenie od twojej mamy, gdy rankiem przyszłam powiedzieć ci o śmierci Marty- dławiła się Maja. To był właśnie sms, który wysłała do mnie, gdy tylko usiadłam u ciebie w kuchni czekając, aż przyrządzisz kawę.
– Mama ma swoja komórkę?! –zdębiałam.
– No ma, przecież sama trzymałam ją w ręku. Mogę ci nawet model przytoczyć.- zarzekała się.
Wybiegłam z kuchni przed dom. Sądziłam, że zatrzymam się i wezmę głęboki oddech, ale jakaś siła odpychała mnie od źródła mojego bólu, którym niestety, niechcący była Maja.
Minęłam otwartą furtkę i niefortunnie zaparkowane auto Majki. Po chwili żegnał mnie przekreślony znak „Smółkowo”.
Biegłam przed siebie, ściskając cały czas, nieświadomie, adresownik, który Marta ofiarowała Majce.
Nie wiem ile minęło czasu. Nic mnie nie obchodzi, co myśli sobie Majka i czy Tamara odchodzi od zmysłów. Chcę biec.
Gówno prawda. Martwię się co sobie pomyślą, czy zrozumieją, że muszę uwolnić się od tego, co wlazło we mnie, gdy usłyszałam kolejna rewelację na temat mamy.
Nie wiedziałam, że mogę tyle przebiec.
Zatrzymał mnie znajomy widok. Widok z mojej wyobraźni. Nigdy przecież nie widziałam domu, w którym wychowała się Marta… Z opowieści Tamary, zapamiętałam tylko, że to ostatni domek na wsi, „dwie wsie od Smółkowa”, które to potem scaliły się w jedną. Pasowałoby. To na pewno tu. Koniec wsi, las, zadbane obejście.
– Dzień dobry, pani do mnie?!- męski głos dobiegł mi zza pleców.
Co miałam odpowiedzieć? Od nieznanej mi liczby minut, stałam twarzą zwrócona ku bramie prowadzącej na podwórko okalające dom Tabisiów. Dopiero teraz zauważyłam, że na murku, w który wbudowane były niewidoczne elementy bramy, przyklejono klepsydrę.
„Marta Tabiś, przeżywszy lat czterdzieści… zginęła śmiercią tragiiii …”
Okropne uczucie. Nie będę tego czytać. Odwróciłam się szybko. Co będzie to będzie. Uśmiechnęłam się nieudolnie. Wyciągnęłam rękę.
– Witam, nazywam się Jowita Stróż.
– Ach, tak tak, oczywiście- zareagował zmieszany- Ja-skierował na siebie wskazujący palec- to Stanisław Tabiś, ojciec, ojczym właściwie tej no … Chce pani wejść? Nalegam. Odwzajemnił uścisk dłoni , uchylił bramę i wskazał kierunek.
Usiedliśmy przed domem, na ławeczce. Pan Stanisław, spokojny i smutny, zdążył mi powiedzieć, że właśnie wrócił z Kowalówki, gdzie dopełnił ostatnich formalności pogrzebowych. Tyle co zaparkował auto i nie wchodził jeszcze do domu, bo przypomniał sobie, że w skrzynkach pocztowych, które to zbiorczo ustawiono pośrodku wsi, może coś na niego czekać. Niczego nie było, za to, jak stwierdził, odświeżył się i przespacerował po podróży.
– Zrobię nam herbaty i przyniosę stolik. Posiedzimy przed domem- zaproponował.
Cała orkiestra zamków dzielących pana Staszka od wnętrza domu, odegrała swój koncert. Zniknął za ciężkimi, pięknie odrestaurowanymi, niemieckimi drzwiami. Usłyszałam jak wchodzi po schodach i otwiera okno na piętrze, kilka metrów nad moją głową. To pewnie kuchnia, pomyślałam.
Nie było go dłuższą chwilę. Doszłam do siebie. Byłam zlana potem, ale rześka. Zagapiłam się na piękny ogródek kwiatowy przed domem Tabisiów i ujmującą, sielankową okolicę. Mogłabym tak mieszkać na starość. Z dala od miasta, od wszystkiego. Choć możliwe, że rozniosłoby mnie w drobny mak, bo czasem cisza doprowadza mnie do większego szału, niż stres.
Nie. To jednak marzenie jakiejś filmowej bohaterki, którą kiedyś chciałam przypominać. Nie moje. Znów mnie poniosło.
Adresownik wpił mi się w skórę dłoni. Otworzyłam pięść. Zajrzałam. Poza podpisem: „Własność Maja Cwajg”, wszystko wydało się identyczne, jak w tym, który mam od Aurelego. Ale nie! Zaraz… Na ostatniej stronie jest miniatura obrazu, którego w moim notesiku nie ma.
Środek ilustracji to dziwny znaczek. Chiński, arabski, nie wiem… A, nie! Jest z tyłu opis:
„Alef (א) – pierwsza litera alfabetów semickich, m.in. fenickiego, aramejskiego,arabskiego, hebrajskiego, syryjskiego, odpowiadająca liczbie 1.
W mistycznych nurtach judaizmu graficzna forma alef symbolizuje nieskończoność oraz Boga, a także jedność.”
Aha. Czyli na końcu polskiego alfabetu Marta dokleiła pierwszą literę alfabetu hebrajskiego. Dziwnie, ale ok. W końcu dotarła do naszych Wydmuszkowych korzeni…. Ale zaraz, co przedstawia ten obrazek?
Ta literka, jak ona tam… alef, w centrum obrazu … Hmmm. Wydaje się trójwymiarowa, faktycznie trochę jak jakiś mistyczny znak. A na niej coś zwisającego hmmmm…. Co to? Wygląda jak spaghetti. Dziwne, dziwne. Litera zwieszona na niczym, lśni jakoś tak niepokojąco. I co? Makaron? Nie, no bez kitu. Co to jest?
Przysunęłam obrazek tak blisko oczu, że zawadziłam o niego rzęsami.
O JA PIKOLĘ! To są tasiemki jasnych włosów, przewiązane wstążkami, o których mówi ciągle Maksymilian, to jest, pies gończy!!! Włosy Marty, znalezione po jej śmierci… O ja nie mogę!
– Co tam oglądasz?- dobiegł mnie głos pana Staszka.
Ale skąd? Nie ma go obok…
A! No tak! Podniosłam głowę do góry. Wisiał w oknie. Miał dziwną minę. Bardzo dziwną. A może tak z góry wygląda? Nie. Jest zły i próbuje to ukryć.
Wpatrywał się w to, co usiłowałam ukryć w dłoniach. Schyliłam głowę i wbiłam wzrok w ziemię.
– Nie, nic takiego…- wydukałam.
– Zaraz do ciebie zejdę. Nigdzie się nie ruszaj- mruknął, jakby nagle zniknął ten miły pan, który posadził mnie na ławeczce przed domem. –Zostań tam!- rzucił komendę.
Zniknął za otwartym na oścież oknem. Usłyszałam otwieranie jakiejś skrzypiącej szafki i buszowanie w papierach. Nerwowe. I to jak nerwowe!
Nic się nie dzieje, Jowi, spokojnie. Nic się nie dzieje. To czemu on tak patrzył? To czemu teraz tak rzuca tymi papierzyskami, że świszczą mi w uszach, nawet zza grubych murów?
Ucichło. Nie uspokoiło mnie to. Drzewa zaczęły skrzypieć, ptaki drażnić, powietrze podduszać.
Sparaliżowało mnie. Rozejrzałam się. Nagle ten piękny krajobraz i bajkowe otoczenie, stały się przerażające. Cisza wypełniająca podwórze i ciemności szczelnie pozamykanych pomieszczeń gospodarczych- przemówiły głosami ciemnych postaci z dziecięcych baśni.
A jestem przecież dziewczynką, zdaniem Tamary.
Dlaczego on patrzył na mnie w taki sposób? Może wzbudziłam podejrzenia swoim dziwnym zachowaniem a resztę sobie dośpiewuję? Ale musiał tak patrzeć i rozkazywać?!
Poczułam, że muszę uciekać. Jak najszybciej! Zacisnęłam notesik w dłoni i jednym krokiem chciałam zacząć bieg. Byłam gotowa przeskoczyć przez tę bramę, gdybym nie mogła jej otworzyć jakimś cudem.
Dupa.
Pan Staszek wyszedł z tacą i nieruchoma twarzą. Patrzył: to na czubki szklanek, wypełnione przesadnie ciepłą Earl Gray, to na mnie. Jeszcze jest czas, pomyślałam. Póki nie postawi tej herbaty i nie zacznie rozmowy.
– Przepraszam, ja muszę lecieć!- krzyknęłam i zrobiłam, co planowałam.
Dobiegłam do drugiego końca wsi. Pole. Wszędzie szczere pola!!! Cholera, nie schowam się tu, w razie, gdyby pan Staszek zamierzał mnie dogonić. Poza tym, żeby trafić do domu, musiałabym przeciąć pole na skos, lub wrócić koło jego domu. Nie. Nie ma mowy. Nie mam sił na zderzanie się ze wszystkim naraz. Chyba dostaję już obłędu od nadmiaru wrażeń. Spotkanie człowieka, który przez tyle lat troszczył się o moją siostrę, zabolało mnie. Nie wspomnę o wzmiance pogrzebowej, niby mimochodem. Jakby Marta odebrała sobie życie mimochodem… Przestraszyłam się. Sama nie wiem czego. Tracę rozum?
Usiadłam za krzakiem dzikiej róży. Uspokoiłam się, odpuszczając panu Staszkowi i wszystkim podejrzewanym, przez moją skrzywdzoną psychikę, ludziom.
Tak jak czułam.
Coś stało mi się z kolanem. Nie dość, że skacząc przez bramę, uderzyłam nim z całej siły, to jeszcze przecięłam skórę.
Spuchłooooo! Nie dam rady iść. Ani komórki, ani pieniędzy przy sobie… Ani jednego, możliwego kroku do wykonania… Mogę jeszcze pełzać.
Dobrze, że przynajmniej nie wybrałaś się na ten jogging w szpilkach, księżniczko.
Okręcam nogę, by ją obejrzeć na ile się da.
Pękła podeszwa no-we-go adidasa. Wrrr. Super, pierwszy raz użyłam sportowych butów zgodnie z ich przeznaczaniem i klapa. Zdobyłam je z zamiarem rozpoczęcia treningów wyszczuplających sylwetkę, która to miała stać się moją nową pasją. Jak widać, tak przyziemnej pasji także mieć nie będę, bo los nie zamierza mi sprzyjać, nawet w obliczu żałoby po ojcu i siostrze. Nie wspomnę o świństewkach przyjaciółki i własnej, cholera, by ją… matki!!! AAAAAA boliiii!
Noga wylewa mi się z buta, puchnie też w kostce.
Brawo Jowi. Skretyniałaś do szpiku kości.
Miało być jak w Hollywood, a umrzesz jak Boryna, z polnym kamieniem odciśniętym na policzku.