– Pani Mario- wyznał znienacka i zupełnie po ludzku, pies gończy – Jestem tu, żeby panią zrozumieć- oświadczył łzawo i chwycił panią Marię za dłoń.
Wyrwała się.
Wszyscy się zmieszaliśmy.
Ja, wydało mi się, najbardziej.
Próbowałem na nich spojrzeć tak, jak gdybym żadnego z nich nie znał. Jak gdyby Maksymilian nie był maskotką naszego wydziału dochodzeniowo- śledczego, a pani Maria- matką kobiety, która mnie bardzo interesuje.
Maria Kołodziej- podejrzana. Maksymilian Nać- śledczy.
Tęgawa kobieta, około siedemdziesiątki, siedziała od dłuższego czasu, z nogami spuszczonymi z łóżka szpitalnego. Stopy, uparcie wspierane o chłodne kafle podłogi, zmieniły kolor na niebezpiecznie kojarzący się z najchłodniejszą salą w szpitalu. Brrr.
Nici z obiektywizmu.
Już martwię się o Jowitę! Choćby o to, że jej mama przeziębi się, a to pospołu z niewydolnością serca, przysporzy także córce, kolejnych zmartwień. Ostatnie kilkadziesiąt godzin tej rodziny to jakiś cyrk, albo jak pisał Bułhakow; bujda na resorach. Niewiarygodne… A jednak!
Wyznanie Maksa , mające przerwać ciszę, która to, stresowała go o wiele bardziej, niż jego rozmówczynię, rozbawiło mnie, gdy raz jeszcze powtórzyłem je sobie w myślach.
Ha! A to ci! Znam gościa jakiś czas, co prawda nie prywatnie, ale sądziłem, że służbowo wiem o nim wszystko. Z jakiegoś powodu, właśnie zatracił swoje profesjonalne podejście do sprawy. Widziałem go w kilkunastu akcjach, w które, z uporem maniaka brnął, nie dając upustu emocjom. Miałem dotąd wrażenie, że liczą się dla niego, wyłącznie poszlaki, dowody rzeczowe i śledztwo prowadzone po, nawet najbardziej absurdalnych, projekcjach myślowych.
Czasem wyobrażaliśmy sobie z chłopakami, jak może wyglądać mieszkanie psa gończego, o wdzięcznym nazwisku Nać, które to, oczywiście, na stałe, zastąpiło nam drugi człon, czołowego, polskiego przekleństwa. He He!
Obstawialiśmy, prawdę mówiąc, wyłącznie mieszkanie z obsesyjnie troskliwą mamusią. Wszystko nam pasowało: sztucznie postarzony przez późne macierzyństwo matki, Maksymilian, ośmiesza się, niezauważenie dla samego siebie. Za to, ponad własne siły, próbuje zadowolić mamę, będąc poważnym i karykaturalnie „gorliwym” w swojej pracy…
Można bardzo się pomylić. A jednak!
Wczoraj, nie wiedząc, że śledczy jest już w drodze do Smółkowa, próbowałem odszukać go pod adresem, podanym w jego papierach. Chciałem poinformować Maksa o nowych poszlakach i zapewnić, że następnego dnia, to jest- dziś właśnie, zjawię się w wyżej wymienionej miejscowości, by w myśl decyzji szefostwa, pomóc mu w przesłuchaniu.
Zaparkowałem pod przedwojenną willą, sądząc, że jej właściciele, zapytani o nazwisko, skierują mnie jednak na osiedle cztero- piętrowców, wybudowane nieopodal. Domofon skryty w bramie porośniętej bluszczem, zaprosił mnie do środka.
Niespodzianka! K…. Nać!
Maksymilian Nać, syn niebywale nowoczesnych i naturalnie wyluzowanych ludzi, pozostawał dla mnie, od tej chwili, jeszcze większą zagadką. Piękne wnętrze nastrojowego domu, podzielonego na część zamieszkiwaną przez syna i jego uroczych rodziców, wprawiło mnie w dobry nastrój. Szybko zorientowałem się, że państwo Nać nie żyją przesadnie życiem swojego jedynaka. Właśnie szykują się do kolejnej, dalekiej podróży, o czym donosili oni sami i liczne walizki, na pół spakowane. Salon, wypełniony stylowymi pamiątkami światowego pochodzenia, uświadomił mi, że podróże nie są nowym zwyczaj tego domu.
Szczupli i ubrani w neutralne kolory skromnych, ale dobrych ubrań, państwo Alina i Wiesław Naciowie, wydali mi się wzorem wegetariańskiego stylu życia. Zdrowo i z pasją, jak na szyldzie jednego ze sklepów ze zdrową żywnością. Młodzi duchem, a wręcz, młodsi od swojego potomka… Na pytanie o syna, długo zachodzili w głowę, jak najstosowniej o tej porze, skontaktować się z nim. Początkowo wysłano więc sms, ale gdy okazał się bezskuteczny, zaleciłem jednak się próbę przeprowadzenia krótkiej rozmowy przez komórkę.
Wahali się.
Umową obustronną było, nie odwiedzanie się bez uprzedzenia, mimo, że mieszkali w tym samym domu. Maksymilian, jak się okazało, miał swoje odrębne wejście, od strony ogrodu, którędy to, piął się na górę schodkami, do sporego mieszkania, które dzielił wyłącznie z kotem, o czym donieśli mi jego rodzice, pesząc się, czy nie przekraczają aby granic niezobowiązującej rozmowy.
Słyszałem jak śledczy odebrał pospiesznie telefon i na wskroś służbowo, poinformował matkę, że jest w drodze do Smółkowa. Faktycznie, nie było w tym ciapowatości, o którą go podejrzewaliśmy. Wszystko wskazuje na to, że Maksymilian Nać, wychował się w domu pełnym akceptacji i jego obecny sposób bycia, jest jego świadomą drogą. Muszę przyznać, że to doświadczenie pomogło mi spojrzeć na niego inaczej. W jakiś sposób też, pouczyło mnie w ludzkiej głupocie powierzchownego myślenia, której stałem się ofiarą.
Ukontentowany, że przykrą wiadomość, Jowi usłyszy z ust Nacia, wróciłem do domu, spakować się na spokojnie i przygotować do drogi, w którą miałem ruszyć o świcie, dnia następnego. To jest: dzisiaj.
Niestety, zaczęło się i romantycznie, i dramatycznie. Przywitałem Jowi w szpitalu. Pani Maria, zanim jeszcze usłyszała wiadomość o śmierci męża, zasłabła. Stan przedzawałowy, oceniony na nadmiar wrażeń ostatnich dni, nie sprzyjał nam. Maksymilian jechał tu także, z wszelkimi pozwoleniami z góry, by przesłuchać panią Marię, tym razem nie tylko przez telefon i smsy.
Trwałem właśnie w tej dziwnej dla mnie sytuacji, kiedy to pies gończy, okazał się kimś innym, niż sądziłem, a mama mojej Jowi… ech… sam już nie wiem, kim ona się okazuje…
– Nie wiem, co chce pan usłyszeć- odpowiedziała właśnie, nie ukrywając złości.
– Chciałbym poprosić panią, by opowiedziała mi, jakiego typu znajomość, łączyła panią z Martą Tabiś, znaną także jako Marta Stróż- powiedział łagodnie Maks.
– Nic mnie z nią nie łączyło, bo jej nie znałam.
– Czyżby?
– Z całą pewnością- podkreśliła ostro Maria Kołodziej, wpatrując się w swoje zmarznięte stopy. Marta to córka mojego męża-mówiła twardo. Ukrywał ją przede mną i przed naszą córką, Jowitą- wyłuszczyła, po czym spojrzała na chwilę, w stronę kąta, w który wtopiła się Jowi.
– Jest pani pewna, pani Mario?- pytał.
– Czego? Że Marta to córka mojego męża?- podniosła głos Maria- O co mnie pan, tak naprawdę, pyta?
– Proszę spokojnie- odpowiedział, sięgając po kilka, kilkuletnich przynajmniej, zeszytów. – Chciałbym, żeby pani nie spieszyła się z oświadczeniami. Rozumiem, że z jakiegoś powodu, może pani utrzymywać pewne zeznania. Ludzie robią to z różnych przyczyn, a ja tego nie oceniam… – przełknął nerwowo ślinę. Może lepiej byłoby, gdyby pani Jowita wyszła?- zapytał, próbując spojrzeć Marii w oczy.
Przykucnął przed nią, jak przed oświadczynami.
– Pani Mario- wyszeptał- wyprosimy córkę?
Maria Kołodziej, jeszcze wczoraj wydawała mi się oczywista. Pierwsze spotkanie z nią, zapamiętałem bardzo ciepło. Opiekuńcza matka, gościnna pani domu, dokładnie taka, u jakiej, wydawałoby się, nigdy nie gaśnie płomień domowego ogniska. Gdy kończy przyrządzać śniadanie, rozgrzewa już garnki na obiad, potem kolacje i piekarnik z podwieczorkiem…
Zachowywała niespotykany spokój podczas przesłuchania, na pół pijanej, Jowi. Byłem pełen podziwu i mnie samemu, jej opanowanie pomagało, muszę przyznać. Co prawda, odwiedziny prokuratora, zazwyczaj wzbudzały w członkach całej rodziny, o wiele większe emocje, niż tam… Ale dodałem ten wniosek do swojego bagażu zawodowych doświadczeń, nie przypisując mu niczego ponad to.
Pomyliłem się co do Maksymiliana Nacia.
Pomyliłem się też, co do pani Marii. Nie była oazą domowego spokoju i ukojenia matczynych pieleszy. Pozostawała w swojej głuszy, póki nikt nie przekraczał granic, za którymi się kryła. Teraz, Maks pytał o zbyt wiele i nie chciał łykać kąsków, które podrzucała mu na odczepnego. Zdenerwowała się i kazała Jowi wyjść.
Czyżby i córkę zszokowała nowa twarz matki? Zjeżyła się pod dyktaturą matki i czmychnęła, próbując tłumić szok.
– O co panu chodzi?- Maria pytała śledczego, wiedząc o co, według mnie.
– Mam przed sobą kilka zeszytów- wyjaśniał. Są to dzienniki pani Marty, jeszcze z dzieciństwa i lat nastoletnich.
Śledczy położył „spracowane” bruliony na stoliku, obok łóżka Marii. Jeden z nich wziął w dłonie i otworzył na zaznaczonym wcześniej, karteczką indeksującą, miejscu. Zaczął czytać, gdy tylko Jowi zniknęła za drzwiami, które zamknęła „na niby”, co zauważyłem tylko ja.
Dostałam dziś dwa prezenty- pisała mała Marta, chwiejnym, kulfoniastym pismem. Jeden, to odwiedziny mojego taty Franka. Dzięki niemu, nauczyłam się rozpoznawać dźwięki wydawane przez kilka rodzajów ptaków. Chodziliśmy długo po lesie i zwiedzaliśmy okolicę piechotą. Tata Franek nauczył mnie przygotować się do takich kilkugodzinnych wypraw. Wcześniej ugotowaliśmy jajka na twardo i narobiliśmy do nich kanapek. Umiem już zaparzyć kawę INKĘ w termosie!
Drugi prezent to lalka szmacianka od Marii, żony taty Franka. Uszyta, podobno, własnoręcznie. Nazwałam ją Maria, na jej cześć.
No to masz babo placek!- pomyślałem.
Nać zatrzymał się, spodziewając się, zapewne, że Maria Kołodziej, zalana łzami po koniuszki zmarzniętych stóp, powie cokolwiek. Bynajmniej.
Milczała.
Chlipanie, które obaj chcieliśmy usłyszeć, dobiegło zza drzwi.
Jowi! Zapomniałem o niej! Dałem wzrokiem znak koledze i wyszedłem na korytarz.
– Chcę tam wejść- zakomunikowała zdecydowanie, emanując zza rozpaczy, siłą, która u kobiet zawsze mnie zaskakuje, pojawiając się bez uprzedzenia.
Nie zdążyłem skonsultować tego z Naciem. Jowi weszła do szpitalnej sali pewnym krokiem.
– Mamo, do cholery! O co tu chodzi? – krzyknęła, stojąc naprzeciw matki.
– Nie wiem o co!- Maria podniosła głos- Nie krzycz na mnie! I tak już mam dość! Zmarł mój mąż, nie zauważyłaś?! Ciągle coś! – krzyczała, patrząc w rozkojarzeniu w oczy swojej córki.
Niestety, nagłe ruchy rękami, zwłaszcza tą, do której podpięta była kroplówka, nie wyszły Marii na dobre. Przerwała krzyk grymasem bólu na twarzy.
– Chcecie mnie wykończyć- powiedziała, trzymając się za łokieć.
– Mamo- nie odpuszczała Jowi- jak to możliwe, że Marta pisała o tobie w swoim dzienniku? No jak?!
– Spokojnie Jowi- wtrąciłem się, gdy Maksa przytkało.
Przeszło mi przez myśl, że może nie wytrzymać tego, co wyskoczy z puszki Pandory, którą stało się to przesłuchanie.
– Zacznijmy od początku- powiedziałem. Na spokojnie, moi drodzy. Pani Mario- zwróciłem się serdecznie- czy to możliwe, że zapomniała pani o tym, że przekazywała przez męża, prezent dla jego córki, Marty?
– Odpowiadam raz jeszcze- wycedziła- nie znałam Marty.
– Ale może domyślała się pani jej istnienia?- pytałem na jednym tonie- W końcu ciężko w małżeństwie ukryć takie rzeczy- łgałem, nie mając pojęcia o czym mówię.
– Myśli pan, że zna klucz do każdego małżeństwa?- zapytała podirytowana- Nic wam nie powiem!- postawiła dosadną kropkę nad i.
– Mamo- zawyła Jowi- czego nie chcesz powiedzieć? – błagała nie kontrolując łez, biedaczka. Mówiła za głośno, by być skuteczną. – Czy to znaczy, że jest w ogóle o czym mówić?! Mamo?!
– To moje sprawy! Dajcie mi spokój! Nic, podkreślam, nic nie powiem!
Pielęgniarki dłużej czekać nie mogły. To zrozumiałe. Wparowały, gdy temperatura rozmowy była już wyższa, aniżeli stan pani Kołodziej, by na to pozwalał.
Wziąłem Jowi za rękę, a drugą pociągnąłem Nacia za łokieć.
– Zabieraj zeszyty i idziemy- zakomunikowałem oschle, czyli tak, jak należy w sytuacji, gdy górę próbują brać emocje.
– Jutro wrócimy do rozmowy, Pani Mario- rzuciłem jej, niemniej oficjalnie.