Jak wiecie, zmieniłam nazwisko. Z „Tabiś” na „Hen”- oświadczyła Tamara.

Nie, nigdy nie miałam męża. W szkole podstawowej, byliśmy dziećmi pijaków. Gorszymi od innych. Nawet kiedy byłam nastolatką, nie dawałam sobie prawa do zakochania, jak to być powinno. Czułam się gorsza, odrażająca. Dopiero kiedy odnalazła się daleka ciocia, która wzięła nas do Zielonej Góry i pozwoliła skończyć szkoły, nabrałam trochę pewności siebie. Poszliśmy też oboje na studia, dzięki jej pieniądzom.

Ciocię poznaliśmy zaraz po tym, jak Wydmuszka przyłapała mojego tatę, który próbował sprzedać mnie koledze od chlania, na noc. Miałam wtedy trzynaście lat, a Wydmuszka pojawiła się nie wiadomo skąd. Otoczona psami, warczącymi na ojca i na tego obleśnego mężczyznę. Część psów pilnowała taty i tego człowieka, a druga grupa poszła po Staszka, siedzącego w domu z, niczego nieświadomą, pijaną mamą.

Wydmuszka zaprowadziła nas na koniec wsi. U jednej pani wykupiła nam spanie i mnóstwo, pamiętam, smacznego jedzenia. Nie mogłam spać, tak objadłam się na noc. Potem rano od nowa. Ta pani, staruszeczka, zrobiła najlepszą jajecznicę na świecie. Miała też swojski chleb. I masło. A potem pojawiła się ciocia. I zabrała nas.

Jakiś pan wiózł nas na wozie do Zielonej Góry. Z żalem opuszczałam dom tamtej opłaconej staruszki, która miała też dla nas serce, poza jedzeniem. Gdy wieś się skończyła, zobaczyłam pośrodku czyjegoś pola, Wydmuszkę. Stała wyprostowana, wpatrzona w nas. Obok, w rzędzie, stały wszystkie jej psy . I wiał wiatr. Aż zerwało mi czapkę.

Spojrzałam ze strachem na ciocię. Nauczona, że należy mi się lanie, przełknęłam ślinę, gdy ta, po prostu, pogładziła mnie po głowie i założyła kaptur, który miałam przy kurtce. Widziałam też, jak ukradkiem macha Wydmuszce i skłania głowę, jakby w podziękowaniu.

Ciocia była bardzo dobra. Nie miała żadnej rodziny, poza nami. Z trudem przeżyła wojnę. Zaraz potem bardzo dobrze wyszła za mąż, stąd finansowe możliwości. Nie mieli dzieci, więc nasze pojawienie się w poniemieckiej willi w Zielonej Górze, było dla niej jak nowe życie. Oboje, z wujkiem, dbali o nas. Z dumą pokazywali znajomym. Brakowało nam kościoła, bo oboje byli niewierzący, ale z czasem przywykliśmy. Ja, modliłam się skrycie, każdej niedzieli. Staszek podziwiał niebo na letnim tarasie i czułam, że też nie zapomniał…

Niczego nam nie brakowało. Z domu bez wszystkich drzwi, bez płotu i sadu, trafiliśmy do pałacu.

Skończyliśmy studia. Ja, przez wiele lat grałam w teatrze. W Warszawie i Krakowie. Żyłam na walizkach, bo wędrowaliśmy ze spektaklami. Kochałam to. Dziś czytam, jak to ludzie męczyli się w tamtym ustroju. Ja miałam co jeść i mogłam wciąż być kimś innym. Pozbywałam się tamtego nimbu pijackiego. I jeszcze płacili mi za to. Byłam szczęśliwa. Wtedy przybrałam nowe nazwisko i całkowicie odcięłam się od dzieciństwa. Kłamię, nie można całkowicie. Formalnie, że tak powiem. To brzmi prawdopodobniej; odcięłam się formalnie.

Rodzice się zapili, gdy Staszek kończył inżyniera. Ciocia zadbała o to, by ominął nas pogrzeb, na który nie mięliśmy sił. Podobno wspominali o nas ciągle, w pijackich łkaniach. Tak mawiali sąsiedzi.

Potem Staszek wyjechał do Poznania na rok i po powrocie, zdecydował, że ze swoją, przywiezioną stamtąd, narzeczoną, potem żoną, będą mieszkać w naszej rodzinnej wsi.

Kupił dom po tej staruszce, która wtedy, tak nas cudownie nakarmiła. Jej synowie szukali kogoś od kilku lat, kto solidnie zająłby się obejściem. Staszek miał dobrą pracę. Był inżynierem budownictwa i często po powrocie z Zielonej Góry, o niczym innym nie marzył, jak udoskonalać swój dom i wszystko co kupił razem z nim. Doglądał sadu, miał swoje ziemniaki i cały warzywny ogród. W jakiś sposób odwrócił swoje dzieciństwo. Zatarł je, nowym rozdziałem w życiu. Na tej samej wsi. Żona nie musiała pracować.

To dlatego nie chciał się poddać, gdy okazało się, że ukochana go zdradza. Z jakimś Frankiem, co to mieszka dwie wioski dalej… Staszek potrzebował nowego życia. I postanowił trzymać się go. Ale rak odebrał mu żonę, która sercem i tak nie należała już do niego. Pozostała maleńka córeczka, o której wiedział jedno; że bardzo ją kocha. Wbrew temu, co wielu sądziło, wiedział także, że nie jest to jego dziecko.

Kiedy ciocia zmarła, a wujek niedługo po niej, dostaliśmy bardzo duże pieniądze. Podzieliliśmy je na pół. Sprzedaż wilii, dała nam zabezpieczenie na wiele lat. Staszek wszystko wkładał w Martę. Ja grałam, bawiłam się, romansowałam. W tamtych latach, wykorzystałam cały swój limit towarzyski. Dziś nie umiałabym tak żyć. Ale wtedy… To codzienne wracanie Staszka na wieś, śmieszyło mnie. Płacił opiekunkom, kobietom ze wsi, by dbały o Martę, a potem sam pędził do niej na złamanie karku. Była dla niego całym światem. Nie było zabawki, książki i ubranka, której nie zdobyłby dla jej. Fizycznie, bardzo przypominała mu żonę. Miała tak samo czujne spojrzenie. Tak samo piękne włosy.

Od maleńkości przyprowadzała do domu zwierzęta. Słuchały się jej nawet jeże. Pamiętam taki widok: przyjechałam po coś do nich, cała wystrojona. Patrzę na podwórze. Przede mną, na piasku siedzi mała Marta, a przy niej dwie kuny. Jak koty. Łaszą się do niej. Osłupiałam.

Ona zawsze miała jakieś stworzonko. Nie jedno, ale kilka. Mogłam się domyślić, że coś jest nie tak, gdy po śmierci swoich dwóch suczek, nie przygarnęła już żadnego. Tłumaczyłam sobie, że może chce najpierw zobaczyć jak się mieszka w Kowalówce. Ale coś planowała, coś złego brała pod uwagę…

Poznałam Martę bliżej, gdy rzuciłam aktorstwo i zajęłam się pisaniem. Początkowo obie mieszkałyśmy w Krakowie. Ja, pod koniec mojej teatralnej drogi, ona; początkująca malarka, okrzyknięta obiecującą. Wtedy zaprzyjaźniłyśmy się i opowiedziała mi o swoim życiu, twórczości i wielkich poszukiwaniach. Potem, gdy kupiłam ten dom, byłyśmy w stałym kontakcie. Znałyśmy swój każdy dzień. Nie było dnia, w którym nie pisałyśmy do siebie, nie rozmawiałyśmy przez telefon. Regularnie, jak już mówiłam, co dwa miesiące, widywałyśmy się. Oczywiście u mnie. Odkąd Marta zachęciła mnie do prowadzenia domu tymczasowego dla zwierząt, głównie psów, przyjeżdżała tu z ogromną radością.

Zostawiałam ją na kilka godzin z psiarnią. Najpierw one, mawiała. Potem ty.

Dawałam też Marcie znak, gdy przyjeżdżał pani mąż, pani Mario. Zjawiała się w kilka godzin, by go spotkać. Zawsze. Raz przyjechała z bardzo wysoką gorączką. Ale siedzieli z pani mężem wśród psów, za domem i wróciła niemal całkiem zdrowa. Wiem, że to dla pani zaskoczenie… przepraszam.