Dawno się tak nie uśmiałam! Moja siostra miała fantastyczną, odlotową ciotkę! Czuję, że mogłyśmy mieć ją obie, wspólnie, gdyby…

Zaczynam w głowie tworzyć układankę rodzinną, jak z „Mody na sukces”. Przyszywana ciocia, przyrodniej siostry, staje się też moja ciocią. We trzy spędzamy czas, tarzając się ze śmiechu, albo rozmawiając o rzeczach ważkich. To nie mogło się udać. Nie mogło..? Niech ktoś powie, że mogło… Tamara pozwala mi myśleć, że chce być mi bliska. Czuję od niej prawdziwą, najszczerszą sympatię. Otwartość, jaka powinna łączyć członków rodziny. I te zwierzaki wokół niej. Dodają jej tła, które mnie koi w całej tej, szalonej karuzeli ostatnich zdarzeń.

Ale, ale! Nie czas na dwubiegunowe przechodzenie od łez radości do rozklejania! Trzymaj fason, Jowi!

Mam wielką nadzieję, że będzie okazja przedstawić Majce Tamarę. Wiem, że do siebie pasują. Są niepodobne większością, ale bardzo podobne tą jedną, niewidzialną cząstką, która przyciąga do siebie takich ludzi, jak one. Dzięki Marcie, wchodzę w świat osób, które mają jakiś przedziwny odprysk na osobowości. Aż dziwię się, że tak właśnie to nazywam. Ludzie z takim „defektem” na duchu, rozmawiają obrazami, fragmentami tekstów, westchnieniami. Czasem też gestem, nieprzydającym się za nic w codziennym życiu. Bo nie pomaga w obieraniu ziemniaków, ani nawet w seksie.

Jest zarezerwowany dla takich, którzy wiedzą, że drzewo ma się dobrze, albo cierpi. I dla takich, co pragną znać i przeżyć wszystkimi tkankami, każdy kolor występujący na ziemi. I każde uczucie.

Dawniej, śmieszyło mnie to. Wyłącznie. Teraz, zaczynam, na swój sposób, rozumieć. To, co dla innych jest zwyczajne, dla takich ludzi, jest milionem znaczeń. Taka jest Majka. Taka była Marta. Taka jest Tamara. I moja mama, choć robi wszystko, by nikt o tym nie wiedział. Nawet ona sama.

To nie jest łatwe życie. Nie jest też dziwaczne, wbrew pozorom. Kiedy pomyślę o moim cierpieniu po tym, jak Marek poleciał sam na Teneryfę…

Jeśli one czują ciągle i wszystko, w takim powiększeniu, jak ja wtedy… 
I jeśli nie ma znaczenia, czy przeżywają dobro, czy posmak zła, by je zabolało to, co czują… 
To nie jest śmieszne, ani głupie. Chodzić tak bezbronnie z tym czymś na wierzchu. Z narządem, którym trawi się najmniejsze nawet drgania i obrazy. Tym jest „dusza artysty”, o której tak płytko mówi się w potocznych rozmowach.

Nic dziwnego, że artyści cierpią. Ulubionym instrumentem wrażliwości, jest układ nerwowy. Nieważne, czy tkliwość lekko nim porusza w zachwycie, czy szarpie jego komórkami w strachu. Zawsze boli. Dlatego Majka wlepia się w okno, jakby była nieobecna. Izoluje się, jak każdy, kto cierpi. Ja, jak boli mnie głowa, nie mogę znieść czyjejś obecności.

Czy wolno mi to porównywać? Tylko w taki sposób mogę sobie przybliżyć… Martę. Bardzo chcę ją poznać, na tyle, na ile jest możliwe poznanie osoby, której nie ma wśród żywych.

Czytałam kiedyś o kobiecie, która popełniła samobójstwo z powodu braku lata. Za oknem padało i szarzało, a ona zamiast jechać gdzieś na gorącą wyspę, skończyła ze sobą. Wywołało to we mnie wtedy atak śmiechu. Dziś, nie odważyłabym się śmiać. Marta malowała ludzi, którzy, według Majki, obumierali psychicznie na obrazach. Wszyscy byli nią. Umierała wiele razy, na wiele sposobów. I robiła z tego zapis, w postaci tamtych obrazów. Czuła się pusta, gdy uświadamiała sobie, że nie ma przy niej prawdziwego ojca. Matki nie pamiętała.

Już po pierwszych słowach Tamary, domyśliłam się, że jest osobą spoza świata, w jakim żyłam dotąd. Kolejny raz, jestem wdzięczna Majce, za to, że oswoiła mnie, nie tak ze sztuką, która nie jest mi odległa, ale ze sztuką życia. 
Ja żyję z przyzwyczajenia. Nie dbam o to, by w każdej chwili odnajdywać piękno, albo cierpienie. Jak boli, to płaczę. Jak coś mi się podoba, to cieszę się tym. Ale nigdy nie szukałam w sobie głębiej. I większość czasu, po prostu, jak wiatr, przelatuje gdzieś obok mnie.

Nie podejrzewałam nawet, że jest tyle emocji do przeżycia.

Teraz jednak, gdy od kilkudziesięciu godzin, mam przed oczami wyobrażenie martwego ciała mojej siostry, które krzyczy do mnie bezowocnie, zaczyna coś do mnie docierać. Gdybym mogła zmusić jej obrazy, choćby tylko te z adresownika, by przemówiły… Zrobiłabym to.

Śmierć siostry, powołała do życia martwą dotąd, część mnie.

Zanim Tamara pozwoliła potokowi słów, popłynąć wśród ostrych skał wspomnień, telefony od psa gończego, wybiły mnie z rytmu. Aureliusz przekazał mu mój numer, co zaowocowało nękaniem. Niejaki Maksymilian Nać, przeprowadzając wywiad telefoniczny ze mną i wyłuskując ze mnie każdy chyba możliwy szczegół na temat siostry, której nie znałam… nie dawał spokoju.

Poprosił o rozmowę z mamą. Wzięła więc moją komórkę i nie chcąc przeszkadzać, gdy z Tamarą, przechodziłyśmy na serdeczne „ty”, wyszła do salonu. Musiał ją nieźle wkurzyć, bo gdy wróciła do kuchni, po sposobie mówienia, domyśliłam się, że ma pod językiem tabletkę na zbicie ciśnienia.

– Aż tak cię zmęczył?- zapytałam.

– A, nie ma o czym mówić- odpowiedziała.

Odsapnęła. Usiadła na swoim miejscu i położyła na talerzyku, kolejny kawałek drożdżowego ciasta. Widziałam, jak zawahała się i cofnęła skromnie rękę, znad porcji z największą ilością kruszonki. Była zdenerwowana i nie czuła się bezpieczna. Jadła. Dałam jej ziołową pastylkę z walerianą. Miałam nadzieję, że ona w połączeniu z captoprilem, puszczą w niepamięć tę obsesyjną, detektywistyczną Nać pietruszki… I nie tylko jego.

Wyrwałam mamę z jej misterium dnia. Kawa i śniadanie z ojcem. Czekanie, aż wyjdzie z domu. Samotna kawa, zaparzona w swoim kubku, po swojemu. Ciasteczka z owocami, albo marmoladą. Książka. Modlitwy. Sny kotów. Miała powody do czucia się nieswojo. Od lat przecież, powtarzała te same czynności o ustalonych godzinach. I gdy zostawała sama, miała już dzień w swoich rękach. Teraz jesteśmy w domu, w którym nie może zostać sama. I wie, że razem musimy ponieść tę historię.


Zapomniałam powiedzieć jej, że na mp3 można wgrywać książki, to znaczy audiobooki. Nawet nie wiem, czy moja mama wie, że w ogóle są takie do kupienia. Mogłaby też puszczać je sobie w swoim radyjku z odtwarzaczem CD. Przez chwilę zrobiło mi się przykro, że tak sterroryzowałam ją i wyrwałam z domu. Ale, kto inny mógłby być teraz ze mną? Przecież nie ojciec.

Po chwili zrobiła się spokojna. Znów siedziałyśmy wyciszone . Tamara w skupieniu zbierała w całość to, co miała nam do powiedzenia. Wygładzały się jej przy tym zmarszczki wokół oczu.

Komórka zagrała kolejny raz. Zignorowałam ją. Gdy okazało się, że pan Maksymilian (Czyżby zespół badający okoliczności śmierci mojej siostry, miał wspólnych rodziców, którzy użyli całej swej wybujałej wyobraźni, by nadać swoim dzieciom imiona?!)dzwonił bez ustanku. Wyciszyłam komórkę, pisząc jednocześnie wiadomość do niego, żeby, jeśli może, zostawił wiadomości tekstowe. A my na spokojnie, odpowiemy na nie z mamą. W innej, do cholery, chwili!

– Jowi, pani Mario- zwróciła się do nas Tamara.

Wsparła łokcie o stół i spojrzała na nas tak ciepło, a nawet z rozrzewnieniem.

– Nie można powiedzieć wszystkiego. Wszystko widać tylko z góry i tylko nieludzkimi oczami. Musicie też pamiętać, że to co ja czuję, nie jest tym samym, co czuje mój brat Staszek, ojczym Marty. I choć znałam Martę bardzo blisko, nie wiem wszystkiego o jej uczuciach także. Co ważne i co mówię z ulgą w tej przykrej sytuacji; byłam przy niej. Naprawdę byłam. Tyle mogę powiedzieć, by nadać sobie wiarygodności.

W dniu, gdy Marta odebrała sobie życie, miałam wiele myśli. Trochę jakby nie moich, bo czasem zaprzeczałam sobie samej, do szaleństwa bijąc się sama ze sobą. Myślałam o tym, co przyjdzie mi powiedzieć, wyjawić. I komu.

Mimo wszystko, nie byłam taka pewna, że poznam ciebie, Jowi i panią, pani Mario. Za te wątpliwości, was obie, przepraszam.

Staszek, mój brat i ja, nie mieliśmy łatwo. Nasi rodzice pili. Mama, wyrodna matka, znana z tego na całej wsi, szybko stała się elementem krajobrazu. Mówiło się o niej z przekąsem, w sprośnych żartach. Czasem idąc ze szkoły, słyszeliśmy, że oto idą dzieci „tych pijaków, tych zachlaj mordów”. Nikt ze wsi się nie zastanawiał, jak sobie radzimy. A właściwie; na czym polega nasze nie radzenie sobie. Od ojca niczego nie wymagałam, bo większość ojców piła. On co prawda, upijał się w tak zwany sztok. Ale co fakt, to fakt. Jego dało się jakoś wpasować w tamtejsze życie. Matki piły rzadko. Dlatego byłam przekonana, że jej nie wybaczę. Mówię o sobie, bo mój brat jest chodzącym miłosierdziem. Nie ironizuję. Staszek przebacza z taką łatwością, z jaką większość ludzi wiąże buty. Przychodzi mu to naturalnie, co nie znaczy, że bez rachunku wystawionego przez zdrowie.

Nasza wieś nie istnieje już pod swoją powojenną nazwą, bo połączono dwie sąsiadujące ze Smółkowem wsie, w jedną. Przyniosło mi to ulgę, bo nie ma też naszej rodzinnej ruiny, to jest… domu. Ktoś wyburzył go, zasiał trawę i jest tam teraz wybieg dla koni.

Nasi rodzice, nie zrobili w nim niczego dobrego. Po prostu zdewastowali po Niemcach wszystko, co mogli. Wyeksploatowali dom, który mógłby pożyć ze trzy razy dłużej, niż oni. Ale nie było na jedzenie, co dopiero na dbanie o mury. Ojciec rozebrał płot, bo nie było czym palić. Porąbał solidne, niemieckie meble. Zimowe chłody żywiły się wszystkim, co gospodarny, niemiecki rolnik, zniósł do swojego domu. Piękne piece, z czasem, rozebrane na kafle i sprzedane do miasta, pojechały w kawałkach, do bogatych… Pamiętam twarze ludzi, odkupujących od nas srebrne łyżki, porcelanę, garnki… Niektórzy wstydzili się moich oczu. Oczu Staszka nie wszyscy, bo on wybaczał od dziecka. Rozgrzeszył nawet głód i zimno, choć nie mają postaci.

Rodzice nie przynosili niczego, za to wynosili wszystko. Sprzedali pole, konia, krowy. Mieliśmy jedną świnię, która cudem żyła jakiś czas. I dwie kury, które z głodu, przeszły na podwórko sąsiada. Wstyd na tamte czasy. Hańba dla gospodarzy, po prostu. Niczego nie trzymać, niczego nie uprawiać, gdy dom i ziemia dana za darmo. Litowały się nad nami drzewa owocowe za domem i krzaki malin. Jak były owoce, nie było tak źle. Z czasem jednak, tata spalił cały sad.

Jeśli ktoś dał nam ubrania, albo zeszyt, rodzice natychmiast zabierali. Szło na sprzedaż. Nie było więc sensu pomagać. To znaczy, nie było sensu, według ludzi. Nie według mnie.

Staszek po prostu żył. Przystosowywał się. Czasem myślę, że mógłby w zupełnej ciszy zamarzać, albo płonąć. Nie prostując. Wziął na siebie odpowiedzialność za spokój, gdy ja płakałam i wierzgałam, bezskutecznie zresztą.

Uczyliśmy się po piwnicach, po stodołach. Ale żeby nasze książki i zeszyty przetrwały, musieliśmy chować je po ludziach. Tak samo jak plecaki, które dała nam Wydmuszka. Wiem, że ją pani zna, pani Marysiu. Była zapewne zjawiskiem pani dzieciństwa, jak wielu nas; dzieci z okolic Smółkowa. Zachodziła do naszej wsi ze swoją psią świtą. Ja i Staszek, żyjemy dzięki niej. Zostawiała u sąsiadów jedzenie dla nas, albo grosz, żeby kupiono nam jakieś ubranie i ukryto je przed rodzicami. Podpłacała też ludzi, byśmy mogli u nich nocować, gdy rodzice zaczynali szaleć i bić nas.

Żyłam wtedy w oszołomieniu, wiecznej trwodze, jak zwierzę, które było nękane. Reagowałam na każdy głośniejszy ton, na każdy hałas. Nie umiałam docenić Wydmuszki. Dziś oczywiście umiem. Staszek także. Codziennie spaceruję i wierzcie mi, każdego dnia, przystaję przy domu wybudowanym na domu Wydmuszki. Jestem szczęśliwa, że udało mi się zamieszkać w Smółkowie, w którym ona przeżyła całe powojenne życie. Jeśli w ogóle można wierzyć w jej śmierć.

– Pani Tamaro- wtrąciła mama.

– Tak?- zareagowała, wyrwana z ciągu myśli, Tamara.

– Ten dom, w którym pani mieszka, to mój dom rodzinny- wyznała.

– Tak, wiem… wyszeptała Tamara- wiem wszystko od Marty.

Zamieniłyśmy się znowu w słuch, nieco osłupiałe ze zdumienia. Pomyślałam tylko, że skoro trzy wsie w kupie, leżą obok siebie od tylu lat, niewiele może się ukryć. Pewnie ktoś opowiedział Tamarze historię domu, który kupiła. Była jego już trzecią, polską właścicielką.

To miło słyszeć, że Wydmuszka pomogła nie tylko tacie, tfu, ojcu. Niesamowita kobieta, naprawdę leżał jej na sercu los dzieci. Nawet tych z innej wsi. Ciekawe jak dowiadywała się o nieszczęściach, tak niewiele rozmawiając z ludźmi. Czyżby podczas swoich spacerów z psami, o których opowiadała mama?

Jak wyglądał tamten świat? Czy bieda była widoczna wszem i wobec? Może Wydmuszka właśnie jej nasłuchiwała? Dziecięcej biedy…

Biedna Tamara. Biedny pan Staszek. Zaczynam podejrzewać dlaczego zajął się moją siostrą. Wybaczał przecież, jak mówi Tamara. Z taką łatwością, z jaką inni wiążą buty…

Jeśli Tamara jest tutaj, zapewne on zgłosił na policję, że zajmuje się przygotowaniem pochówka. Aureliusz mówił, że ktoś z rodziny już się podjął… Aureliusz, jak dobrze o nim nagle pomyśleć….

Spojrzałam na komórkę. Maksymilian Nać, śledczy pożal się… zostawił obszerną wiadomość.

„Muszę koniecznie spotkać się z panią Marią Kołodziej, jak wrócicie panie do swojego domu. Chciałbym, aby przemyślała następujące kwestie: Od jak dawna znała Martę Stróż? Co działo się w dniach: (i tu podał szereg dat, obejmujących lata siedemdziesiąte, osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte, i dwutysięczne z hakiem mniejszym i większym). Pozdrawiam i zapraszam do współpracy. Maksymilian Nać.”

Weź się, chłopie…

Wyłączyłam telefon, łkając w myślach, że w tym czasie mógłby napisać Aureli…