Gdyby ktoś, wczoraj rano powiedział, że najbliższą noc, spędzę w luksusowym motelu w Zielonej Górze, z Jowi, pochrapującą na łóżku obok, wysłałabym go do lekarza.

Ostatnie kilkanaście godzin, to szaleństwo, któremu pewnie mogłam się oprzeć. Coś jednak pchało mnie do rozumowania Jowi, ku jej poruszeniu. W tym, co się w niej nagle zrodziło, była prawda. Zapragnęła poznać swoją siostrę. Zdobyć, choć namiastkę tego, co odebrał jej Franek. Co on sobie myślał? Że go zostawię, jak się otworzy? Nie zostawiłam, gdy przyznał się do romansu, nie zostawiłabym i gdyby powiedział więcej. Bądź co bądź, zawdzięczam coś jego tajnym sprawkom. Coś bardzo ważnego.

Jego bolesne tajemnice, w jakimś sensie ofiarowały mi mamę, mamusię. Na niedługi czas, bo przez jeden dzień zaledwie, była tak czuła, za jaką wzdychałam całe dzieciństwo. Na krótko przed zawałem serca, który odciął ją od życia, przyznała, że widzi we mnie rozdarcie, które własnoręcznie pogłębiał w moim sercu, mąż. Opowiedziała mi wtedy to wszystko, co o nim wiedziała. Żałowałam, że nie było więcej tych rozmów. Wciąż mam wiele znaków zapytania. Może ona, taka jaką była przez ten jeden dzień i Anna, taka, jaką pokochałam, dziś, pomogłyby Jowi…

Gdzie szukać? Może żyje jeszcze mąż kochanki mojego męża? On najprawdopodobniej wychował Martę. Czy Jowi ma jakiś plan tej podróży? Czy wie co robi?

Śniadanie w stołówce motelu, było naprawdę pożywne. Zanim zbudziłam Jowi, wzięłam prysznic i przebrałam się w świeże rzeczy. Użyłam kremu dla czterdziestek, bo Jowi zapomniała wziąć mojego. 
Stałyśmy już przy aucie, gotowe do dalszej drogi, gdy coś szalonego zachęciło mnie, by zaproponować córce zakupy. W końcu, jak często mamy okazję poszaleć gdzieś razem? Wiedziałam, że dla Jowi, to będzie radość, mimo ciężkich okoliczności. Dla mnie… czy to ważne?

Nie musiałam dwa razy powtarzać, Jowi ledwie przekroczyła próg galerii, miała już trzy sukienki i szal. Ja, kupiłam sobie tylko buty. Zawołały mnie z wystawy. Byłam tak skołowana tym dziwnym światłem, wszechobecnym w tego typu miejscach, jak to, że dziwię się, że w ogóle je zauważyłam. Skórzane, wygodne trapery. Takie jak lubię. Można w nich dojść na koniec świata i wrócić okrężna drogą. Piękne. Będę je mieć do końca, pomyślałam i poczułam ciarki na plecach. Skąd taka myśl? Tak nagle? Przyfrunęła dosłownie jak niemy ptak. Znienacka.

Wracając, poszłyśmy do maleńkiej knajpki, na lody. W taką pogodę są przecież najkorzystniejsze. Zaspokoiły mój nerwowy głód.

Urzekła mnie piękna dziewczyna, mająca mieć wieczorem, jak się okazało, w tej knajpce, swój recital. Stała na maleńkim podeście i całą sobą śpiewała wiersz Leśmiana. Zabrała mnie swoim śpiewem donikąd, czyli dokładnie tam, gdzie coraz częściej chciałabym trafić.

Miała w sadzie strój bogaty, 
Malowany w różne światy, 
Że gdy się w im zapodziała, 
Nie wędrując – wędrowała

Wzruszyłam się. Jowi zauważyła. Zwłaszcza, gdy łzy pociekły samej piosenkarce, Magdalenie Kumorek. Wpadł mi w oko, skromny plakat przy barze, zapowiadający jej występ. Niewielkimi literami napisano jej imię i nazwisko. Zdecydowanie! Napis powinien być większy. To nietuzinkowa osoba.

Śpiewała, jakby budziła wszystko, co mam ukryte w sobie. Do jej głosu, wychylały się moje obawy, chciały przytulić się moje sekrety. Nie pamiętam, żebym słyszała kiedyś na żywo, czyjś tak przejmujący śpiew…

Pokonał mnie.

Mać ją płacząc wyklęła – ojciec precz wyrzucił, 
Siostra łokciem skarciła, a brat się odwrócił. 

A kochanek za progiem z pierścieni ograbił 
I nie było nikogo, kto by jej nie zabił. 

I nikogo nie było, kto by nie był dumny, 
Że ją przeżył, gdy poszła wraz z hańbą do trumny. 

Tylko Bóg jej nie zdradził i ślepo w nią wierzył, 
I przez łzy się uśmiechał, że ją w niebie przeżył.

Znałam ten utwór. Zeszłej wiosny czytałam Leśmiana do porannej kawy. 
Wstyd mi przed córką. Rozmazałam się, roztrzęsłam. Pani Magda też zwróciła na mnie uwagę. Gdy wychodziłyśmy z knajpki, podeszła do nas i znienacka uścisnęła mnie. Poczułam słodki zapach jej włosów. I kwiatowy oddech jej ciała. Może to był balsam, jakich czasem używa Jowi. A może trzepoczące serce tej pięknej dziewczyny. Nie mniej poruszone opowieścią poety, niż moje.

Wróciłyśmy do auta.

– Mamuś, miałam ci to dać dopiero w domu- powiedziała, zapinając pas, Jowi.

– Co takiego?- zapytałam.

Jowi posadziła mnie tym razem na siedzeniu pasażera. Miałam ja w zasięgu ręki. Zauważyłam, że moje poruszenie, rozbiła ją także, choć próbuje zachowywać się normalnie. Może myśli, że jak oderwała mnie od pługa, w mieście tracę rozum? Kto wie. Może się obwinia.
Sięgnęła na tyle siedzenie po torebkę. Wyjęła z niej maleńkie pudełeczko i wręczyła mi.

– Córeczko, co to?- zapytałam, szukając okularów.

– Empetrójka, mamuś- odpowiedziała- będziesz mogła słuchać sobie muzyki non stop- wyjaśniła, rozpakowując to cudeńko.

– Ach, teraz widzę- zaszeptałam- to takie, jak twoje… Czy mogę tu mieć jakąkolwiek muzykę?- zapytałam, wiedząc, że na pewno się kompromituję.

– Tak, mamuś- odpowiedziała z uśmiechem Jowi- i już wiem, co jako pierwsze zgram ci, jak tylko wrócimy do domu. Zresztą- zaproponowała- namyśl się, co chciałabyś tam mieć.

– Mogłabyś?- zapytałam speszona.

– Jasne!- zadeklarowała.

Sprawiłam jej radość swoją radością. Wybrała dobry dzień na taki prezent. Wracając z knajpki do auta, zastanawiałam się, jak zdobyć ten utwór, by zatrzymać go przy sobie. Co ważne, właśnie w takim i tylko takim wykonaniu. Pani Magdy…

– Czy dałoby się…- wydusiłam- żeby przez jakiś czas- jąkałam się- mieć tylko ten utwór i odsłuchiwać go ciągle, to znaczy, no, często?

– Nie ma kłopotu, najmniejszego!- rzuciła Jowi, odpalając silnik- Myślisz mamuś, że ja tak nie robię? Na pewno nieraz słyszałaś jak męczę jakąś piosenkę non stop- dodała z uśmiechem.

– No tak- odpowiedziałam- ściskając mój mały skarb w dłoniach.

Po kilku minutach odezwałam się, dręczona wyrzutami sumienia.

– Odbierzesz sobie z mojej karty- powiedziałam stanowczo.

– Co odbiorę i z jakiej karty?- zapytała zdziwiona Jowi.

– Pieniądze za motel i za ten prezent- wyliczałam- z tej karty, na której mam pieniądze, które zostały ze sprzedaży ojcowizny Franka, znaczy, twojego taty.

– Chyba żartujesz!- oburzyła się- po pierwsze, to prezenty ode mnie dla ciebie, po drugie pieniądze nie są na karcie, tylko na koncie- wyjaśniła.

– A ja głupia zabrałam ze sobą tę kartę, co mi dałaś wtedy, gdy założyłaś mi konto- odpowiedziałam ze wstydem.

– To dobrze, mamuś- odparła ze śmiechem- dzięki tej karcie, możesz wybrać pieniądze z bankomatu, gdziekolwiek się znajdziesz. Gdybyś jednak- ciągnęła- chciała wybrać jednego dnia, więcej niż tysiąc złotych, musisz udać się do banku.

– Aha- przytaknęłam, rozumiejąc nareszcie.

– A kartę to gdzie trzymasz?- pytała ostrożnie.

– Zawsze przy sobie- odpowiedziałam, ukazując saszetkę, na gumce.

Uszyłam ją tego dnia, w którym Franek i Jowi zdecydowali, że na moje nazwisko będą ulokowane w banku pieniądze. Chciałam mieć je zawsze pod kontrolą. Uszyłam na maszynie niewielką saszetkę. Dodatkowo wszyłam w nią folię, by uodpornić kartę na zmoknięcie. Do tego solidny overlock i zatrzask. Dodałam długą, grubą gumę i przewiązałam się nią pasie.

Rozbawiłam swoje dziecko odkrywając trochę nagości i tajemnicę. Saszetka trzyma się najlepiej pod spódnicą. Póki co, nic się jej nie stało.

– Cieszę się, że masz ją przy sobie- szepnęła Jowi, odrywając na chwilę oczy od drogi- pamiętaj, one, te pieniądze, należą ci się, mamuś. Mogłaś kupić sobie coś więcej, niż te trepy.

Nie chcąc się znowu wzruszyć, zapytałam:

– Powiesz mi, gdzie dokładnie jedziemy?

– Owszem, już niedaleko- odpowiedziała- Jedziemy do Smółkowa.

Poznać panią Tamarę.