Na zegarze z niemrawą kukułką, dwudziesta piętnaście prezentuje się całkiem nieźle. Cieszę się, że przed całą tą chryją z nieślubną córką, ojciec zdążył go naprawić. „Będziesz go mieć po dziadku”. No i mam, choć na hasło „dziadek”, w głowie otwierają mi się dwie, męskie, widziane kilka razy w życiu, twarze. Dziadka Stróża i dziadka Kołodzieja. Na starość, pewnie zlepię ich w jedno. Raczej w jednego: Stróża Kołodzieja. Kiedyś poproszę Maję, żeby naszkicowała mi kogoś takiego. Dwóch w jednym, póki pamiętam jakiekolwiek ich rysy. Będzie wiedziała jak to zrobić, już widzę jak zaciera swoje artystyczne rączki. Jedyne zdjęcie swoich rodziców, mama trzyma w Biblii. Od ojca nie dało się niczego wyciągnąć. Kto wie, czy w ogóle ma jakąś fotografię z rodzinnego domu. Przecież to zwykły Nieczuj. Nieczuj do potęgi.
Majka wyszła w aurze zawodzącej kukułki. Najpewniej wybiła wtedy dwudziesta, bo przy kolejnym grzechocie, mającym przypominać radosną pobudkę ptaszka, miałam wrażenie, że zegar wydaje ostatnie tchnienie.
Maja spotkała mamę na dolnym korytarzu. Wymieniły kilka radosnych zdań. Doszły do mnie echa ich miłego świergolenia i serdeczne „dobranoc” Majki, już z dworu. Zostawiłam lekko uchylone okno kuchenne, bo ojciec załadowuje piec tak, że przez większość dnia jest dwadzieścia pięć stopni. Słyszałam jak przyjaciółka człapie w swoich eskimoskich szatach i gdzieniegdzie grzęźnie butami w śniegu. Za oknem już ciemno i zima trwa w mroźnej ciszy, na całego. Przedwiośnie dostało niezłą szkołę. Mama pewnie przemyśliwuje jak uratować swoje drzewka. Kto wie, może była dziś w ogrodzie. Ojciec zniknął jak tylko odespał, mniemam. Słyszałam odpalanie silnika. Zresztą, nie tylko jego silnik zagrał mi nagle w trakcie prasowania. Ktoś nerwowo zagazował przed naszym domem, zaraz po ojcu. Pewnie jakiś ludek ze wsi przyjechał prosić o złotą rączkę Franka Stróża. Takie to życie społecznika. „Pani to ma wspaniałego ojca, pani Jowito”. Jasne, że dla nich wspaniały. Jest na każde zawołanie. Mechanik 24 godziny na dobę. Tylko u nas, dzwoń teraz!
Mama miała nareszcie siebie dla siebie. Mam nadzieję, że poczytała do syta. Wiecznie jej przerywamy. Albo ja, albo ojciec. Telefony, goście ojca, sąsiedzi w potrzebie i migrujące koty.
Gdyby żyła tu sama, byłaby najbardziej oczytaną kobietą na świecie. I spokojnie, mogłaby tak przestronny dom, zamienić w bibliotekę. Póki co, zadowala się minimum z minimum. Kiedyś przyłapałam ją, jak sprzątała dawną spiżarenkę. Sprawdzała, czy największe woluminy zmieszczą się na półkach, na których dawniej stawialiśmy słoiki z przetworami. Pożytek z łajdactwa ojca był taki, że po telefonie od Marty Stróż, której jakimś cudem, nie tylko dał geny, ale i nazwisko (o czym nie raczył wspomnieć przez czterdzieści lat), odrestaurował piwnicę filmowo, po prostu. Można było w niej spokojnie zamieszkać, albo urządzić jakąś przytulną kawiarenkę. Każda jej komnata, poza kotłownią i sąsiadującą z nią węglarnią, skrywa teraz inne rarytasy. Cegły doczyszczone, uzupełniona zaprawa. Wystarczyło odnowić okno i wynieść od lat magazynowane graty. Wróciła przestrzeń i woń zdrowej, chłodnej piwniczki. Najbardziej lubię jej lewe skrzydło, gdzie w zielonych i jasnych butelkach, kuszą nalewki ojca. Na przeciwnej im ścianie; szerokie, drewniane półki, przypominają mi ręce mamy. Niezawodnie przytrzymują słoiki z niezliczoną ilością zagotowanych sałatek warzywnych, dżemów i kompotów . Wszystko to, uwieńczone maleńkimi lampkami, po kilka na sklepieniu każdego z pomieszczeń.
Ojciec poszalał. Nie sądzę, że z myślą o nas. On kocha swój piec i palenie w nim „po swojemu”. To samo dotyczy nalewek, które nazywa „stróżówkami”. Zrobił więc sobie piwniczkę, by służyła mu jako pudełko z ulubionymi zabawkami.
A mama… Nie śmie zabrać całkiem dla siebie, żadnego zakątka domu . Zajmuje sypialnię i przylegający do niej pokój, ale wszystkie osobiste rzeczy trzyma w wersalce. Jakby nie chciała narzucać, nawet tym pokojom, swojej obecności. Można je bez kłopotu odstąpić gościom, w razie czego. I kiedy to niespodziewane „w razie czego” przychodzi, mama w kilka minut oczyszcza z siebie zajmowane dotąd pokoje i nocuje u mnie.
Poza obrazami na ścianie, które sama odkupiła od wiejskiej malarki, na widoku nie ma nic, co ten dom wiązałoby tylko z nią. Nawet książkę, którą aktualnie czyta, chowa we wgłębieniu, które odkryła za oparciem swojego kuchennego fotela. Wyciąga swoje życie, gdy nikogo nie ma. Rzadko, tak jak wczoraj, czyta przy mnie bajki Puszkina. To jej święte chwile, nie zabiegam więc o nie dla siebie. Ale doceniam, gdy mi ich trochę skapnie.
Ojciec się nie krępuje. Otoczył się swoimi szpargałami. Gdy jeszcze zachodziłam do jego pokoju, przypominał mi wnętrze mojego ojca. Jego tak zwane „ja”, które w mojej głowie zbudowało się przez lata. Czyjeś (najpewniej) zegary w częściach wypełniały blat okrągłego stolika, a kilka książek czytanych, najwyraźniej, jednocześnie, leżało rzędem przy łóżku , wprost na dywanie. Zupełnie jak ptaki w locie, z rozpiętymi skrzydłami, jedna za drugą. Do tego, trzydrzwiowa szafa na ubrania i legowisko Dido. Pokój osobisty, jakim być powinien. W tym akurat ojca popieram. Bo co jak co, ale szukanie sobie miejsca na czytelnię w dawnej spiżarni, gdy ma się tak wielki dom… jest… no właśnie. Jest niepokojące, mamo. U nas na sklepie pełno regałów w przecenie, półek, co chcesz. Ale nie poprosi, nie przyjedzie zobaczyć. Ech… Trzeba pomyśleć i znów coś „siłą” jej ofiarować. Tym razem regały…
Przebąblowałyśmy z Majką cały dzień. Gdybyśmy mieszkały w jednym domu, pewnie wpadłybyśmy w sidła cocooningu. Lubimy takie maratony przesiadywania ze sobą w bezpiecznych murach domu. Wspólnie, choć w większości każda na swoich zajęciach. Podczas dzisiejszego maratonu, nadrobiłam pranie i prasowanie. Uwolniona od telefonu, okazałam się całkiem sprawna w pracach domowych. Przetrzebiłam też szafę. Nigdy nie wejdę w moje sukienki rozmiar 38, czas porzucić nadzieje płonne. Spakowałam je i dałam Eskimosce na dowidzenia. Jeśli nie będzie ich nosić, może da komuś miłemu. Nie schudnę za życia, bo po śmierci, a i owszem. Wtedy wszyscy schudniemy, a co.
Teraz, kiedy gra u mnie tylko cisza, czuję jak wiele wnosi Majka do mojego życia, nawet zajęta czymś niezrozumiałym dla mnie, w kącie pokoju. W górnych partiach mojego mieszkania unosi się zapach podobny do tajskiej orchidei. Majka od lat używa Kenzo. Czasem łapię się na tym, że uznaję ten zapach za zapach jej osobowości. Tak mocno zgrała się z nim w mojej świadomości. Podobnie jak ojciec ze swoim pokojem i dwaj dziadkowie ze sobą.
Ten wygibas społeczny, przyszedł tylko po to, żeby zaznać u mnie spokoju! Chyba nigdy nie spotkam drugiej tak odrealnionej osoby. Widziałam, że nie może się pozbierać, ale nie zaangażowała mnie w swoje rozdygotanie. Powiedziała ,co chciała powiedzieć i schowała się za ekranem laptopa, grzecznie zjadając to, co jej podstawiłam. Dopiero na godzinę przed jej wyjściem, pośmiałyśmy się trochę, żeby mimo wszystko, nie wyjść z wprawy. Tego wymaga higiena umysłu. Po ogarnięciu domu, byłam tak padnięta, że lampka wina rozluźniła we mnie każdą myśl i każdy mięsień. Nie wracałyśmy do tematu wisielca. Celowo, nie dałam już Majce na to miejsca. Opowiadałyśmy sobie, gdzie pojedziemy na letnie wakacje. Jestem jej wdzięczna, że popłynęła ze mną w fantazjowaniu i rauszu. I co najważniejsze, nie zapytała, dlaczego nie planuję urlopu z Markiem. Zuch dziewczyna. Jest czas picia, to pijemy. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Jak na razie, muszę rozprawić się z rejestrem nieodebranych połączeń. Jutro z samego rana pojadę do punktu obsługi klienta i zmienię numer. Na dokładkę zastrzegę, by nie dochodziły do mnie połączenia z ukrytych numerów.
A teraz mój święty czas.
Czas zalegnąć w łóżku z laptopem.
Dobrze, że zdecydowałam się na podstawkę pod laptopa. Ostatnio jest zdecydowanie sprzętem sypialnianym. Kurcze, zapomniałam, że jako pierwsza otworzy się poczta. Stało się.
Marek Lichota, temat: bardzo ważne.
Pfff, co ważne? Pozdrowienia z Teneryfy? Nie, człowieku, powoli działasz mi na nerwy. Daj mi doczekać zgryźliwej starości w pojedynkę. A sio.
Zaznacz wiadomość.
Kasuj.
Czy na pewno chcesz skasować nieprzeczytaną wiadomość?
Jeszcze jak, Internecie. Jeszcze jak chcę ją skasować!
Klik. Nie ma cię, zgredzie. Zastanawiaj się nad sobą, ale beze mnie. Rozwlekłam się przez ciebie, jak stare gacie. Żebym ja, bała się własnego telefonu, bo ty możesz mi powiedzieć, że jednak nie chcesz związku na poważnie? Ejże, komuś się w zadku poprzewracało.
Naleje sobie wina. Może napiszę do niego to wszystko? A co. Jak kończyć zabawę, to na swoich warunkach. Czas jest przyjacielem prawdy, a ty, skisły kawalerze, okazałeś się chamem. Niegodnym mojejjjjj, mojejjjj jjjjjjj miłoooościii.
Nie płacz, galareto. Dobrze ci szło. Ten facet powoduje u mnie rozwolnienie umysłu. Zmiana tematu, nie będzie e-maili do pana doktora. Co my tu jeszcze mamy? O, list od Majki. Co? Sprzed kilku godzin? Oszalała, pisze do mnie maile, siedząc w moim mieszkaniu? Ale czy ten niesprawiedliwie śliczny Eskimos, może mnie jeszcze czymś zaskoczyć? No zobaczmy. Aha, wino. Mniam, jest naprawdę dobre. Szkoda, że nie wymazuje wskazanej mu pamięci. Byłoby już całkiem dobrze. Zobaczmy, co tam słychać w Arktyce.
Kochana Jowi, tylko popatrz na nas swoim piwnym okiem. Jesteś mi tak potrzebna, że żeby, owładnięta paraliżującym stresem, napisać do Ciebie list, muszę być przy Tobie. Jesteś moją oazą. Przyjmij moje przeprosiny za to niefortunne najście. Życie zaskakuje mnie w bardzo dosłownym sensie tego słowa. Po prostu niczego nie potrafię do końca zaplanować, ani przewidzieć. Inna rzecz, że wydaje mi się piękne, takie poddanie się uczuciom. No, może dziś przesadziłam. Nie chciałam Cię nastraszyć, ale nie było przeszkody, której nie pokonałabym biegnąc do Ciebie. Pomogła mi zamieć. Wszystkie wiatry świata sprzyjały dziś naszej przyjaźni.
Dobrze, że dałaś mi dziś wytchnienie w swoim domu. Gdy tylko wymyślę, co by Cię najbardziej ucieszyło, zrobię to w podziękowaniu za kolejne dobro, które miałaś dla mnie na zawołanie. Tylko przekroczyłam próg Twojej kuchni i już było mi lżej. Szłam do Ciebie z wiadomością o śmierci tej „nowej” i czułam, że mam na plecach wielki kamień. W głowie mi się nie mieściły wyobrażenia chwili, w której ktoś TAKI odbiera sobie życie. Nie było okazji opowiedzieć Ci o tym dniu, w którym strzygłam tę panią. Wiem, że czekasz na relację, a właściwie czekałaś, zanim…
No bo, wybacz, Jowi. Przyjaźnimy się, nie mogę udawać, że nie widzę jak cierpisz. Jeśli będziesz gotowa, po prostu mi powiedz. Nie wymienię nawet jego imienia w tym liście. Jeśli Cię skrzywdził, niech nie ma tego przywileju w naszych sekretnych rozmowach.
Nie chciałam dziś o nic pytać. Zajęłam się pisaniem i buszowaniem w necie. Kontrolowałam czasem tylko co robisz, czy gdzieś nie szlochasz po kątach, ale brawo, nic takiego nie nastąpiło. Sama wiesz, że nie jestem dobrym przykładem. Moje związki kończą się szybko. Najczęściej zanim się zaczną. Za każdym razem piszę Ci dramatyczne wiadomości, że umrę, bo to ten ostatni, jedyny, który budził we mnie natchnienie… A potem… sama wiesz. Nie mam w sobie tego czegoś, co pozwala mi kochać na zabój. Umiem za to, zabijać swoje fascynacje po kilku tygodniach. Teraz też mam kogoś na oku. Piękny, długowłosy mężczyzna. Nasz nowy nauczyciel na kursie hebrajskiego. Będzie naszym przewodnikiem po Izraelu, za miesiąc. To taki delikatny mężczyzna. I przepięknie mówi. Ach, Jowi, jak On mówi! Dawid Goldman, możesz rzucić okiem na facebooka. Mam go w znajomych. Co za spojrzenie, zafarbowane jakby Morzem Martwym. Wzdycham do niego całą sobą. Myślę, że gdybym go pokochała, to po zaokrąglenie płytki paznokciowej. Mówię Ci, Jowi…
Teraz koniecznie się skup, wiem, że wychwycisz w mojej relacji, inne szczegóły niż ja. Zaczynajmy. Ze zmianą fryzury pięknej pani zwanej potocznie „nową”, było tak…
Poranek wydał mi się siny, jakby obolały. Przez większość nocy studiowałam album z obrazami Van Gogha. Czytałam też Jego listy do Theo. Theo to brat Vincenta, wiesz. Czułam pod palcami cierpienie rzucane na płótno gęstą, soczystą farbą. Płakałam nad obrazem zatytułowanym „Ogród poetów I”. Czułam ten wielki zachwyt nad światem i ten przejmujący ból, który idzie z nim krok w krok. Pijąc kawę na stojąco, wgapiałam się w to, co raczyło mi pokazywać kuchenne okno, skierowane na las. Ale Jowi, nie da się nie myśleć o myślach Vincenta, gdy się ich posmakuje. Przełykałam czarnego jak smoła Jacobsa o siódmej rano i powtarzałam sobie, to co Vincent pisał o poranku, najprawdopodobniej, uchwyconym oknem sypialni. Był to widok, którego za nic, słowami, nie dało się przekazać bratu w liście. Niby zwykły cyprys na trawie. Ale jaka trawa, jakie niebo! I szalone oleandry o niewyczerpywanym źródle liści. Tamtej nocy, Jowi, dojrzała we mnie trawa skąpana w zieleni Veronese’a, z domieszką cytryny, jak nazwał ją mistrz, van Gogh. Zrozumiałam ten kolor, nareszcie.
Och, Jowi, kiedy pomyślę, jak wyglądało to malowanie impastem, to ugniatanie, poddającej się rozemocjonowanym dłoniom, farby na płótnie… Pochłonął mnie ten temat i świadomość, że obraz ten, jako jeden z kilku, powstawał w prezencie na wyposażenie sypialni Paula Gauguina. Pomyśl, Vincent malował go dla przyjaciela, który lada chwila, miał zamieszkać i pracować z nim przez jakiś czas. Piękne, piękne. W obrazie jest wszystko: nadzieja, śmierć i nieśmiertelność, które to obie, ma symbolizować ten przepastnie ciemny cyprys.
Koniecznie, Jowi, musisz odnaleźć w sieci ten obraz i dosmakuj poznawanie go, „listą kolorów”, którą, pod tym właśnie hasłem, znajdziesz w Wikipedii. Zdecydowanie, im więcej nazw kolorów znamy, tym chętniej je zauważamy wokół siebie. Co czyni nasze życie… no właśnie, jakim? Barwniejszym, ale odkąd studiuję van Gogha, nie pokuszę się o stwierdzenie, że to szczęśliwsze życie. Bogatsze. To chyba chciałam napisać.
Z pływania po oceanie namacalnych niemal, rozmyślań o barwie, wyrwał mnie sms.
„Jeśli to możliwe, proszę być na 9”.
Odpisałam równie rzeczowo: „oczywiście, będę”.
Domyśliłam się, że to „nowa”. Z tak zwanego wiejskiego echa i centrum informacji jakim jest sklepik, dowiedziałam się, że „nowa” wzięła namiary na mnie, od pani Joasi, sprzedawczyni. Zaczęło się od pochwalenia jej fryzury, skończyło na tym, że moje usługi zostały zareklamowane i numer przekazany. Czekałam na ten sms, ale wtedy, przeraził mnie koniecznością opuszczenia domu i przerwania ciągu obrazów, które wypełniały mnie, i z którymi żyjąc sam na sam, miałam plan pocierpieć twórczo, przynajmniej dobę.
No trudno. Jeszcze pod prysznicem strofowałam samą siebie, że nie po to wybrałam wolny zawód grafika, nie muszącego opuszczać na czas domu, by potem pakować się w strzyżenie o 9 rano. Gdy stałam już przed domem, zawinięta po czubek głowy moim nowym kominem, pomyślałam, że dobrze, że będę miała przerywnik. Postanowiłam, jak zwykle, zrezygnować z auta i przejść się dróżką przez las. Ta ścieżka, która zaczyna się za moim domem, idzie tylko kawałek lasem, potem zaczyna go okalać i wychodzi wprost na osiedle „nowych”. Jak to dobrze, pomyślałam wtedy, że moi rodzice kupili stary dom do remontu. Z charakterem, zapachem, nastrojowym skrzypieniem schodów, które przypomina mi ciche rozmowy staruszków. Wiatr był chłodny, ale nie na tyle, by nie móc rozkoszować się świeżym powietrzem. Rozkoszowałam się. Oddychałam bardzo głęboko i wyostrzałam wzrok, by nie przeoczyć niczego, co zostawiam za sobą. Las próbował nastrajać się wiosennie, ale coś jeszcze było w powietrzu, co go powstrzymywało.
Nadjeżdżające z tyłu, auto, odebrało mi ochotę na głębokie oddechy. Długo wlokło się za mną, nie mogąc sprawnie, jak ja, omijać dziur w polnej drodze. Moje myśli wypełniły się tematem ekologii, gdy auto zaczęło przemierzać leśny szlak, niemal na równi ze mną. Postanowiłam nie patrzeć w jego stronę. Czuję w sobie wewnętrzną niezgodę na samochody w lesie, ale ktoś uchylił szybę i krzyknął miłe „dzień dobry”. Z wnętrza auta usłyszałam przyjazne dźwięki. Popatrzyłam więc. To był Twój tata. Jechał zapewne z kolejną wiejską sprawą, nie cierpiącą zwłoki. Czy to nie fascynujące, że akurat wtedy, tamtą ścieżką? No wiem, przypadki chodzą po ludziach. Ja tam wolę wierzyć w to, że ludzie wpadają na siebie, żeby było im raźniej. Tego dnia przecież, potrzebowałam zachęty. Potwornie boję się nowych sytuacji. Odkąd pracuję wyłącznie z domu, żyje mi się łatwiej, ale też, trzeba przyznać, odwykłam od pewnych sytuacji. Dzięki mojemu trybowi życia, mogę regulować ilość spotykanych osób. Gdyby się uwziąć, za zakupy, wystarczyłby mi wiejski sklepik i allegro, jeśli idzie o ubrania, buty i karmę dla kota. Żwirek, od niedawna, pani Joasia sprowadza do sklepiku. Wcale nienajgorszy. Tak więc jestem na dobrej drodze, by spotykać tylko tych, których się nie boję. Jedynie kurs hebrajskiego, pochłonął mnie tak, że nie jestem go sobie w stanie odpuścić. Ale to mała grupka, podobnych mi ludzi. No i … Dawid. Wszyscy się uczymy, ale ja, dzięki rozmowom z rodzicami na Skype, jestem do przodu z materiałem. To dodaje mi pewności i pomaga, gdy jestem na tyle rozdygotana, że nie mogę skupić się na zajęciach. Rodzice już biegle mówią po hebrajsku. Jednak nauka, którą życie wymusza, jest najskuteczniejsza. W Tel avivie otaczają ich same izraelskie rodziny. Praktycznie wszyscy sąsiedzi, urodzili się w odrodzonym Izraelu, albo mieszkają w nim ponad dwadzieścia lat. Tym sposobem, uśpione korzenie, jak mówi tata, znów puściły pędy, a język nabrał odwagi.
Podziwiam ich. Ja na samą myśl opuszczenia Kowalówki i zmiany pracy, nawet na inną, zdalną, gorączkuję i duszę się. Nawet nauka fryzjerstwa w dobrze znanym mi salonie, była dla mnie udręką i radością jednocześnie. Wykupiłam całe dziesiątki ziołowych leków na uspokojenie, bo wszędzie widziałam twarze swoich klientów, nawet we śnie.
Nie dziw się więc moim rozterkom tamtego dnia. Ta „nowa”, przez to, że właściwie nikt nic o niej nie wiedział, budziła we mnie lęk. Próbowałam w myślach, wielokrotnie wyobrażać sobie, jak mogła wyglądać ta rozmowa, w której pani Joasia opowiadała, że to ja, Majka Cwajg, zrobiłam jej fryzurę. W mojej głowie od razu budziło się najgorsze. Widziałam oczyma wyobraźni tę atrakcyjną kobietę, która sili się, by nie wybuchnąć śmiechem na wieść o nowej, wiejskiej fryzjerce, bez odpowiednich kwalifikacji. Nie wiem dlaczego, ale przeszło mi przez myśl, że dla takich jak ona, to ważne, by na wszystko mieć dokument, potwierdzenie. Sama nie wiem skąd ta myśl. Czasem po prostu coś do mnie przychodzi.
Oj, jak Twój tata mi pomógł! Wiem, że jesteście w stanie zimnej wojny, ale on naprawdę łagodzi obyczaje. Zaproponował, że mnie odwiezie, a gdy powiedziałam, że wolę zyskać trochę czasu na rozmyślania, znalazł złoty środek.
Przestrzegł mnie przed samotnymi wędrówkami i zachęcił żebym wsiadła. Na osłodę skręcił w ścieżkę, o wiele dłuższą, bogatszą w zieleń i uboższą w wiatr. Podkręcił swój odtwarzacz samochodowy. Trubadurzy zaczęli właśnie nowy utwór a ja podłożyłam ich piosenkę pod to, co w tym momencie ukazało się moim oczom. Zobaczyłam najbardziej niszowy zakamarek lasu, jaki mogłabym sobie wyobrazić! Twój tata tymczasem, intonował i rytmicznie uderzał dłonią w kierownicę.
Fala goni falę, wiatr za wiatrem lata. I tak dalej, i tak dalej dookoła świata.
Starałam się ukryć zachwyt, jaki we mnie wzbudził. Tak pięknie naśladował sposób romantycznego zawodzenia z utworu, że zobaczyłam go w tym charakterystycznym, dla Trubadurów, stroju. Olśniło mnie, że czas świetności tego zespołu, to przecież lata młodości Franka Stróża. Zrozumiałe więc, że właśnie te treści i te rytmy, poruszają w nim dobre wspomnienia. Dlatego wydał mi się tak niespotykanie prawdziwy. Akurat teraz, gdy w moich myślach był członkiem zespołu z lat sześćdziesiątych.
Po co ja za tobą biegam, po co ja chodzę? Jakbyś była tylko jedna na drodze…
Zanim skończył się utwór i gęsty półcień, jaki można spotkać jedynie w towarzystwie drzew iglastych, byliśmy pod domem „nowej”. Twój tata nie zapytał ani słowem. Jakby podwożenie m nie na osiedle „nowych, było codziennością. Pożył mi dobrego dnia i nakazał rozważyć powrót drogą wzdłuż wsi. Dogonił mnie jeszcze, wypuszczony z auta, domykanym oknem, baryton Franka Stróża i Krzysztofa Krawczyka.
A ja tylko chodzę, za tobą, za tobą…
Stanęłam przed wysokim, stalowym ogrodzeniem w dobrną kratkę. Bramka była uchylona, mimo to, zadzwoniłam wideofonem. „Proszę wchodzić śmiało, drzwi wejściowe też są otwarte”- usłyszałam.
Znasz to uczucie, gdy nieśmiało ozdobiona książką, okazuje się być wyjątkowa w treści? Surowy z zewnątrz dom, na wzór biało- szarego klocka, wewnątrz okazał się pełen ciepłych kolorów. Nie chcę tu wtrącać znów malarstwa, ale głównie były to zielenie oliwkowe i butelkowe. Piękne! Pełno przedmiotów z historią, już od przedpokoju. Ściana wypełniona miedzianymi obrazkami i drzeworytami, na których wyraźny był ślad konserwowania. W salonie wyłącznie antyki. Domyśliłam się, że secesyjne. Mimo to, bez przepychu. Raczej prosto, ciepło, domowo. Kilka obrazów, nieznanych mi, jednak bardzo przyciągających wzrok. A na nich twarze, które nie wyrażają nic, albo wyrażają pustkę.
Przywitała mnie uśmiechnięta, smukła kobieta. Zupełnie inna, niż ta, którą stworzyłam w mojej głowie. Właściwie z czego miałam zbudować uczciwie tę postać? Z kilku przypadkowych spotkań w sklepiku? Zazwyczaj jedna z nas wchodziła, druga wychodziła. Kilka razy widziałam ją, gdy spacerowała wzdłuż tej ścieżki, która łączy mój dom z jej osiedlem.
– Proszę się rozgościć- powiedziała ciepło i wskazała dębowy wieszak, stojący u wejścia do salonu. Buty, to już jak pani chce. Może ich pani nie zdejmować- dorzuciła. Ja już zwijam chodniczki i zostawiam goły parkiet, żeby nie męczyć się potem z włosami.
Pomogłam jej przy największym chodniczku, a ona z uśmiechem zapytała czego jeszcze będziemy potrzebować. Wyłuszczyłam co mam, poprosiłam o dodatkowe oświetlenie i po kilku minutach, z kawą na stoliku, popijaną, gdy palce zaczynały boleć od nożyczek, byłam już w ferworze tworzenia nowej fryzury.
W tak zwanym międzyczasie, skorzystałam z toalety. Bardzo naturalnie urządzonej. Głównie drewno i kamienie. Umywalka ceramiczna, ręcznie malowana. Cudo. Mogłabym tam zostać na zawsze, gdyby nie to, że zdecydowanie kocham mój stary dom. Wracałam do „nowej” z postanowieniem nie pokazywania swojego chorego entuzjazmu i nie zadawania pytań nie dotyczących celu, w jakim się spotkałyśmy.
Siedziała cichutko. Chwilami zapominałam, że mam przed sobą człowieka. Próbowałam nie rozpłakać się, obcinając jej naturalne, lśniące, dość długie włosy. Rzadko dziś się takie spotyka. Nigdy nie były farbowane, za to dobrze odżywione, nawilżone i przycinane. Żal, Żal, Żal. Uwielbiam kobiety, których blond włosy, przechodzą w siwe, niemal niezauważenie.
Pokazała mi fotografię z Mią Farow. Nie było ratunku. Klient, nasz pan. Włosy lejące, ale miękkie, jak tysiące tasiemek wplatanych w warkoczyki małych dziewczynek. Albo jak te, co powiewają na wietrze, gdy do wsi przyjeżdża jakaś persona kościelna. Opowiadałam jakieś ogólniki o sobie, o obrazach van Gogha. Wydusiła z siebie, że obrazy na ścianach, te portrety wycofanych ludzi, wyszły spod jej ręki.
– Przejmujące- rzuciłam, trudząc się włosami nad uchem i swoją reakcją na to wyznanie.
– Tak, malując je, osiwiałam- odpowiedziała- a właściwie stałam się z rasowej, platynową blondynką.
Ciepło, gorąco. Potem znów ciepło. I znów płonę. Rozumiesz, Jowi? Znasz to uczucie. Nie wiem co powiedzieć, żeby nie być sobą, nie wnikać… Zorientowała się, że nie unikam rozmowy, ale nie wiem co powiedzieć.
– Proszę się nie bać- uspokoiła.
Byłam już przy wykańczaniu króciusieńkiej fryzurki. Mogłabym zaraz rzucić hasło i wyjść. Ale nie. Jak mogłabym zostawić kogoś, kto mówi takie rzeczy? To jak porzucenie dziecka, które wyznaje, że ma siniaki, bo zostało pobite.
– Nie boję się- rzuciłam, starając się udać twardą- proszę, jeśli pani chce, proszę powiedzieć coś więcej. Ja interesuję się malarstwem. Jestem grafikiem- dodałam.
– A ludzkim życiem?- zapytała.
– Słucham?- wolałam się upewnić.
-Czy interesuje się pani ludzkim życiem?- powtórzyła głośniej.
– Tak, jak najbardziej…- wymamrotałam, patrząc na jej twarz w lusterku, właściwie zwierciadle, oprawionym w srebro. Nawet nie zauważyłam kiedy postawiła go przed sobą, na stoliku.
-Wyglądam dokładnie tak, jak chciałam- powiedziała z uśmiechem, ale nie entuzjazmem, jaki widuję u kobiet, którym przypadła do gustu moja usługa. Wstała, popatrzyłam raz jeszcze na jej wiotkie ciało. Podobno jest naszą rówieśnicą, ale gdybym pisała o niej, napisałabym, że jest bez wieku. To jedna z takich osób, u których ich sposób bycia jest wyraźniejszy, niż sama zewnętrzna powłoka. Z zewnątrz to po prostu bardzo atrakcyjna, a przy tym naturalna kobieta. Jednak biorąc ją razem z jej całym systemem znaków, jakich używa, by porozumiewać się ze mną i światem, to wydarzenie, nie kobieta. Subtelne, ale wydarzenie. Nie mam wątpliwości, będąc w jej towarzystwie, że poznałam kogoś wyjątkowego. Muszę jednak coś powiedzieć, odezwać się. Nie mogę tak trwać, udając, że zbieranie do saszetki, kilku przyrządów do ścinania i modelowania włosów, jest aż tak absorbujące.
-Wie pani, że ma pani wyjątkowe włosy?- zapytałam.
– Wiele przeszły- odpowiedziała- zbierając długie pasma na zmiotkę.
– Zdarza mi się mówić do włosów- wyrwało mi się. Moja natura wygrała.
– Mogę to zrozumieć- odpowiedziała całkiem poważnie, mimo moich obaw- sama miałabym im coś do powiedzenia, ale jeszcze nie czas.
Zaniemówiłam. Znowu zauważyła.
– Proszę, niech pani ze mną zostanie chwilę. Zaparzę nam jeszcze dobrej kawy- zachęciła i zniknęła za niewielkim barkiem, oddzielającym kuchnię od salonu.
Usiadłam w tycjanowej zieleni aksamitnego fotela. Dotknęłam ukradkiem mosiężnej podstawy, na którą ktoś jakby naciągnął ten miękki materiał, chroniąc go od spodu gąbką. Wspaniałe, zdrowe drewno dębu. Skromne, zachwycające meble. Zupełnie jak ona.
Siedząc w tym fotelu, mając na wprost ścianę zapełnioną portretami ludzi, którzy patrzą tak, jakby próbowali nie uświadamiać sobie czegoś strasznego i umierają w tym celu emocjonalnie, pomyślałam o nas, Jowi.
Ta „nowa” jest kolejną kobietą w naszym wieku, która otacza się przedmiotami, nie ludźmi. Dobrze, że ja mam Ciebie. A Ty mnie (nie wspomnę o nim, obiecałam). Nasze matki, będąc w naszym wieku, martwiły się już o dorastające córki. A my mamy swoje samochody, domy, komputery, wakacje za granicą. I coś, co nas odróżnia od siebie; każda swoją tęsknotę. Tylko swoją, której nie mówi na głos, nawet samej sobie, bo może okazać się, że jest za późno, by tę tęsknotę wypełnić. No powiedz, Jowi. Czy tak nie jest? Ja kocham życie, ale boję się go. Mogłabym spędzić je w samotności, z jedną przyjaciółką, mieszkającą w miarę blisko. Ale tak szczerze, całymi dniami mogę być tylko ze sobą i choć pozornie nie dzieje się w moim życiu nic, ja najczęściej mam przesyt emocji.
Ciekawe z jakiego domu pochodzi autorka takich obrazów? Przecież ona namalowała ludzi, w trakcie obumierania psychicznego. To zatrważające, ale fascynujące. I niestety tę opinię powiedziałam na głos, nie wiedzieć czemu.
-Proszę powiedzieć, co pani czuje, patrząc na te obrazy-poprosiła, siadając naprzeciw mnie, na identycznym fotelu i podsuwając mi kawę w filiżance.
– Przyszło mi na myśl- wzięłam oddech i ciągnęłam- że to portrety ludzi w jakiś sposób tracących samych siebie, zabijających samych siebie.
– To wszędzie ja- odpowiedziała- biorę przypadkowe twarze z gazet, ale wszędzie są moje oczy i usta. Zauważyła pani?- zapytała. Podeszła do obrazów i sięgając po łyżeczkę z kryształowej cukiernicy, zaczęła kolejno wskazywać te same oczy i te same usta, na każdym z obrazów.
– Rzeczywiście!- wyskoczyłam z entuzjazmem- ale co to oznacza? Niechęć do pokazania własnej twarzy?
-Problem w tym- odpowiedziała, siadając z powrotem i biorąc łyk kawy- problem w tym, że ja nie wiem, kim jestem- dokończyła z trudem.
Schowała tę ładną głowę w drobnych dłoniach. Wiedziałam, że płacze, a raczej, że próbuje nie płakać. Każdy, kto choć raz czuł, że nie wyjdzie cały z nadmiaru okazanych uczuć, wie dlaczego nie podeszłam do niej. Wolałam odczekać. Otrząsnęła się.
– Przyjechałam tu dowiedzieć się kim jestem- zaczęła i wzięła głęboki oddech- kupiłam ten koszmarny dom na osiedlu przypominającym obóz koncentracyjny. Zrobiłam wszystko, by poczuć się w nim dobrze. Sprowadziłam każdy mebel po dziadkach, każdą drobnostkę, zgromadzoną przez mojego eeeee oj..opiekuna. Jak się pani u mnie podoba?- zapytała nagle.
– Jestem urzeczona- odpowiedziałam szczerze- widać jak wiele pracy i środków włożyła pani w odnowienie niektórych mebli i przedmiotów. W korytarzu zauważyłam dawną gilotynę do zdjęć. To taka, która pozostawiała zdjęcia otoczone jakby szlaczkiem, prawda?- zapytałam.
-Tak. Dziadek od strony mamy był fotografem- odpowiedziała, idąc po gilotynkę- trafiłam na nią, porządkując strych, gdy dziadkowie zmarli.
– To ciekawe ile kryją strychy- odpowiedziałam.
– Piwnice także- rzuciła- ja mogłabym żyć w piwnicy, albo na strychu. Mama mojej mamy, nazywała mnie skorkiem. Mówiła, że za każdym razem kiedy idzie do piwnicy, jest pewna tylko jednego; że uszczypie ją skorek, albo spotka mnie, buszującą w starych szpargałach.
– A które przedmioty należały do rodziców pani taty?- zapytałam rozglądając się intensywnie wokół i nie mogąc zatrzymać wzroku na jednej rzeczy, z zachwytu nad ilością wspaniałości. Ta kobieta była klasą samą w sobie. Mając tak wiele drobiazgów, umiała rozmieścić je tak, by nie przytłaczały, a doprawiały wnętrze, co najwyżej.
– Od tej strony- wyszeptała- wypełnia mnie powietrze, a nawet wiatr.
– Staram się rozumieć- odpowiedziałam- ale jeśli nie powie pani jaśniej, najpewniej dopiszę sobie do pani słów historię.
-Byłabym pani wdzięczna- uśmiechnęła się- gdyby pani dopisała. Może chociaż taka, wypędziłaby ze mnie ten nieznośny przeciąg z jednej strony.
Musiałam wracać do domu. Zauważyła moje zaniepokojenie po odczytaniu smsa od rodziców, bym natychmiast zjawiła się na Skype. W Izraelu trwa wojna, nie mogę lekceważyć takich wiadomości. Zerwałam się. Mówiła coś o potrzebie silnej, metalowej podpórki pod półkę. Zdziwiłam się, bo w jej domu wszystko miało długoletnią historię i było po kimś. Ale może przed dom, pomyślałam i pozostawiłam jej numer do Ciebie na komórkę i na wszelki wypadek na stacjonarny, do … przepraszam, Jowi, do doktora Lichoty.
Przepraszam za ten głupi koniec, ale tyle dobrego, że „nowa” na pewno nie zadzwoni już do Lichoty i nie narazi Cię kontakty, na które, podejrzewam, nie masz ochoty. Do Ciebie, niestety, też już nie zadzwoni z prośbą. A szkoda, polubiłabyś ją.
Tak strasznie mi jej żal.
Ps. Załączam Ogród poetów I. Pragnę, byś zobaczyła go jak najszybciej.