Zorientowałam się, że Franek nie dręczył mnie pytaniem „co dodał do kawy”. A szkoda. Dziś nie było to trudne do odgadnięcia. Z przejęcia i pośpiechu, zostawił młynek z grudkami czekolady obok ekspresu. Było ją w prawdzie czuć, ale bywa i tak, że dodaje kilka składników, a czuć tylko jeden. Wtedy denerwuje się i czuje się zawiedziony, że nie zgadłam. „Przecież czuć wyraźnie” – powtarza z miną pokrzywdzonego mistrza, co to musi udowadniać jak wielkie jest jego dzieło. Robi to, ale z niesmakiem i krzywdą wypisaną na twarzy. Trochę też ze złością. Bo jestem złą uczennicą. Od lat.
Południe. Czas zamykać moje sanktuarium. Słońce na zmianę oświetla i gasi kuchnię. Nie da się czytać. Czytam z przerwami, za to jem bez przerwy. Ciastka są naprawdę smaczne. I niemałe, takie jak lubię. Można jedno podgryzać nawet przez pół rozdziału książki. Koty już powróciły z nocnych wędrówek. Objadły się i śpią. Ile bym dała żeby wiedzieć gdzie i po co chodzą. Czy może gdzieś podsypiają nie chcąc jeszcze kończyć igraszek, a tylko na chwilę zaczerpnąć tchu? Może w opuszczonym domu po Jarzębskiej. Tam chyba już mieszka wszystko co możliwe. Okna wybite od jesieni. Nie. Niemożliwe. Nasze koty są estetami. Nie dałyby rady spać na mokrym, albo brudnym. A tam pewnie zakwitły kanapy i w podłodze ziemia ze wszystkimi stworzonkami, podeszła do gardła. Keczup władował mi się na nogi, które wyciągnęłam na dwóch stołkach. Zajęłam mu kuchenny fotel, nic dziwnego, że wolał położyć się na mnie i kontrolować kiedy zwolnię mu legowisko. Co ciekawe, wstawiliśmy tu dwa identyczne fotele, po dwóch stronach stołu. Dla mnie i dla Franka. A Keczup zawsze kładł się na moim miejscu. Potrafi spać tu godzinami. Niektóre popołudnia są u nas dość gwarne. Mimo to, Keczup śpi i nie wyłania się ani na moment z lepszego świata. Może też znajduje tu jakieś niepokojące odosobnienie. Zazdroszczę mu, że umie nie zbudzić się z niego przy tylu ludziach i zwierzętach. Dlatego nie pozwalam nikomu go przeganiać. Najwyżej dostawi się krzeseł z pokoju- zaznaczam Frankowi stanowczo. On wiecznie niepokoi się o samopoczucie gości. Mimo, że większość z nich nie zapowiada się wcześniej i nie dba o to czy starzy ludzie mają siłę i ochotę przesiadywać z nimi. Ale fakt, to ja mam problem.
Franek zawsze ma ochotę na gościnę. Planowaną, nieplanowaną, wyssaną z palca na siłę, gdy ściąga tu kogoś ze wsi, kogo nie lubi. A mnie się nikt nie pyta. Wygrzebuję co mam w szafkach i lodówce. Niech gościna trwa. Jestem to winna mężowi. Płacę ten dług od lat i wiem, że do reszty spłaci go tylko śmierć.
Próbuję rozruszać się do obiadu. Wstaję, biorę ostatni łyk kawy, z żużlem, jak to mówią. Mocna. Zostaje mi w zębach. Słyszę dudnienie na górze. Jowita wstała już po nocy. W dobrym momencie. Może wpadnie i zmobilizuje mnie do gotowania. Swoją drogą słońce oszalało. Jakby ktoś zapalał i gasił słońce. Zwariować można. Zwłaszcza, że ta ciemnia chwilowa rozochoca mnie i chroni. A potem jaskrawa trzeźwość zalewa mnie nagle i zegar wytrzeszcza wskazówki, że ledwie minęło południe. Jeszcze kawał dnia.
Tak jak myślałam, wbiegła Jowi.
-Czołem mama! Nie zbliżam się, bo coś mnie bierze! Nalej mi, proszę kawy ojca, jeśli coś zostało- wytrajkotała.
Usiadła na fotelu Franka. Ludzie, jacy oni podobni do siebie po przebudzeniu. Dopiero teraz to widzę, gdy Jowi dobiegła czterdziestki.
-Ano jest i już nalewam, z przyjemnością-odpowiadam.
Stawiam na krańcu stołu cały kubek czekoladowej kawy. Zawrzała mi już woda w garnku. Wkładam warzywa i wsypuję ryż. Jowi wisi nad gazetą i siorbie. Zupełnie jak ojciec, gdy miał jeszcze bujną czuprynę. Grzebie dłonią we włosach, jakby ułatwiało jej to myślenie. Nie widzi, że patrzę ukradkiem. Biedula, znów przytyła. Ma to po mnie. Franek co zje to wylata po cudzych domach i nieszczęściach. A my ładujemy w biodra i piersi, każde swoje zmartwienie i świata. Ale nadal piękna jest w tym wszystkim. Nie ma moich ostrych rysów. Nadal jest moją słodką królewną. Okrągłe oczka, mały nosek, uszka. Nie lubię tylko tych przedziwnych kolorów, którymi spija włosy do nieprzytomności. Taką ładną ma fryzurkę, kobiecą. Majka Cwajg- Hoffmann, naprawdę ma rękę. Odkąd strzyże po domach, aż miło po wsi popatrzeć. Doprawia ludziom twarze i życiorysy fryzurami. Jak dobry psycholog, wie co komu może pomóc. Mimo, że to tylko włosy. Ale jak człowiek dobrze wygląda, to i pewniej z życiem się bierze za bary. Jowi ma fryzurkę grzeczną. Włosy za ucho, ładnie leją się, gdy je uczesze. Grzywka długa, zaczesana na bok. Wygląda teraz na trzydzieści lat, może nawet mniej. Tylko po co te różowe pasemka w jej pięknym, naturalnym blondzie? Jeszcze na grzywce dwa cienkie paski zielonego. Koszmar. Jak z malowanki dla dzieci, gdzie byle kolor zapełnia przestrzeń. Moja mała Jowi. Czasem widzę w niej takiego nieszczęśliwie zamalowanego dziecięcą rączką, zielonego słonia. Dziecinną fantazję.
Odwróciłam się znad warzywnej pary, która spociła mnie już całą. Jowi rozwiązywała krzyżówkę. Zaplamiła sobie palec czerwonym tuszem.
– Szkoda, że nie zapytałaś. Powiedziałabym ci, że ten czerwony plami –rzuciłam.
Oparłam się o blat i tyłem do zupy popijałam resztki wody z butelki. Jowi uśmiechnęła się kącikiem ust.
– Nie szkodzi, mamuś- wymamrotała i podniosła głowę. Widać, że kawa rozbudziła ją, bo wzrok jej się wyostrzył.
–A właściwie, mamuś, co ojciec robił tak długo? Jak wyjeżdżałam na nockę, nie było go chyba jeszcze?
Pytała podenerwowana. Nie lubiła tego szwendania się frankowego. Jako jedynaczka, świadoma tego, że niebawem może zostać sama, zaganiała nas jak stado, do domu. A Franek to niełatwy egzemplarz. Im starszy, tym bardziej uparty. Zresztą, co ja bym zrobiła, gdyby siedział tu ze mną non stop? Brr. Wolę nie myśleć.
-A bo ja wiem, co on robi, dziecko! Też informatora znalazłaś. On więcej mówi do Dido, niż do mnie.
– To to utnij!- rzuciła, odwracając się cała w moją stronę.
– Nie powinnam ci dawać tyle kawy, moja mała- odpowiedziałam z uśmiechem- niepotrzebnie się denerwujesz. Ojca nie zmienimy, a poza tym; jego życie, jego plany.
– Powinniście mieć wspólne. Jesteście przecież małżeństwem, mamuś.
-Odezwał się teoretyk- rzuciłam i podeszłam do siedzącej w fotelu Jowi- niech no cię uściskam smarkaczu.
– Ja naprawdę uważam-próbowała mamrotać zduszona moją piersią.
– Dzieci i ryby głosu nie mają- powiedziałam przez śmiech, gilgocząc Jowi i wywołując perlisty śmiech, którym raczy mnie od dziecka. – Nie wiesz, mała, czym jest małżeństwo. Naprawdę nie wiesz.
Zapadła cisza. Jowi wtulała się we mnie, pociągając nosem. Wiem, że katar swoją drogą, ale poczułam łomotanie serca i jej mięciutkie ciało, które próbowało nie dać się nagłemu atakowi szlochu. Zaciskała mięśnie. Moja mała. Ile bym dała, by zabrać ją tam gdzie jest Keczup, gdy tak bezbrzeżnie wypoczywa. Może niepotrzebnie tak mocno podkreśliłam fakt, że nie jest mężatką. Ale przecież przyszła tu tak naprawdę z gotowym żalem. Tyle czasu ile była w stanie, pisała nosem po gazecie. Ale w końcu i tak by pękła. Jak nie teraz, to przy obiedzie.
– Po co to ciągniesz?- zapytałam gładząc jej kolorowe pasemka.
– Bo go kocham, mamuś, jak ta debilka kocham go- wyrzuciła z siebie Jowi i szloch sam wyczuł chwilę słabości. Opanował ją. Jedną ręką, nie odwracając się nawet, wyłączyłam gaz pod zupą. Pachniała mocno, była gotowa. Tak jak kolejne załamanie mojej córki.
– Zapraszam cię dziś na obiad- starałam się powiedzieć to rześko.
Jowi wyrwała się z moich objęć i cofnęła plecy na fotel patrząc zdecydowanie.
– Nie, mamo, nie. Już mówiłam, nie będę tu jadać z ojcem, jak gdyby nigdy nic!- powiedziała dosadnie, przepędzając skutecznie roztrzęsienie.
– On nie wróci na obiad raczej.
– Raczej? Wolę nie ryzykować- ciskała się.
– Myślę, że na pewno. Mówił, że nie wie, o której wróci. „ Jakieś nieszczęście”- jak sam zauważył, zdarzyło się na wsi. Sołtys dzwonił po niego- tłumaczyłam, chlipiąc zupę chochelką prosto z garnka.
– No ok. Ale dla pewności jemy u mnie. Idę na spacer, będę za godzinę- rzuciła. I o c z y w i ś c i e- podkreśliła mocno- zapraszam d o m n i e!
Usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwi wejściowych a potem furtki. Jowi poszła w stronę wsi. Niech wychodzi z siebie stres, skoro nie może głupoty. Nalewam sobie ciepłej zupy. Tak pół miseczki, przed obiadem, na spróbunek czy aby nie trzeba doprawić. Nastawiam piekarnik i układam na blaszce kawałki kurczaka. Smaruję ziołami, kroję jabłko i marchew na kawałki. Rzucam je garścią na blachę i zamykam piecyk. Ziemniaki mam z wczoraj. Surówkę ogórkową wezmę ze słoika. Zawsze pod ręką i do wszystkiego pasuje. Jak dobrze, ze chciało mi się ją robić latem!
Na myśl o obiedzie dostaję zastrzyku sił. Zostało jeszcze ciastko i kawałek czekolady. Doczytam rozdział do końca.