Trzęsące się ręce Franka dają znak codziennej orkiestrze. Dwie filiżanki napełnione kawą z ekspresu, kołyszą się lekko w granicy wyznaczonej im przez spodek. Grają dopóki nie staną naprzeciw siebie na stole. Kawa nie wylewa się, ale jej tafla kołysze się jeszcze jakiś czas. Czekam aż się uspokoi, zanim sięgnę po pierwszy łyk.

Franek wiedział, że tu jestem. Nie zdziwił, ani nie przestraszył go mój widok. Okręcił się o sto osiemdziesiąt stopni i z błogim uśmiechem postawił kawy na ustalonych miejscach. Postawiłam wcześniej koszyczek z chlebem, masło, wędliny, ser. Próbuję chwycić oczy męża choć na chwilę.

– Franku, jemy?

Skłonił głową z uśmiechem, chwycił mnie za lewą dłoń i położył nasz uścisk na stole.

– Dobry nasz Ojcze, dziękujemy Ci za ten posiłek- Franek wskoczył na utarte tory złagodzonym do granic tonem.

Zamknęłam oczy, pochyliłam głowę.

Obudziłam się na „Amen”.

Od jakiegoś czasu nie mogę skupić się na modlitwach. Może dlatego, że są podobne, albo wręcz takie same. Nie można wiecznie płakać oglądając nawet najbardziej przejmujący film. Wreszcie człowiek potrafiąc przewidzieć tragedię, przygotowuje się na nią, nie przeżywa jej tak, jak wtedy gdy nie mógł tego zrobić. Nie mogę z przejęciem wtórować w modlitwie sercem, jeśli znam ją na pamięć. Niech powie chociaż raz: „ Jestem dziś słaby, zły, Boże, daj mi siłę” albo „ Moja żona dziś zachowuje się tak jakby źle się czuła, albo niepokoiła się czymś”. Do cholery, przecież zna mnie na tyle. Takie rzeczy zauważa nawet u sąsiadki, donosząc mi, że „ Melniczukowa dziś blado wyglądała”. Cholera. Jak mam mówić do Boga, jak on wchodzi w modlitwę jak w teatrzyk dla dzieci. Zdziecinniał. No dobra, miał prawo. Odpuszczam.

– Jak spałeś, Franku? –zagadnęłam a potem powtórzyłam głośniej o parę tonów.

– Nieźle, nieźle, Moja Pani.

Chleb chyba jest zbyt ciągliwy. Widzę, że trudno mu się przeżuwa. Wyślę go na zakupy. Trzeba jechać po mleko, najlepiej kilka opakowań. Telefon przerywa nam bieg przez myśli. Zawsze zakładam, że Franek też to robi przy stole. Odpowiada przecież mechanicznie, jakby miał strażnika postawionego na przyczółku swojej głowy, który odpowie cokolwiek żeby mnie zbyć. Żebym tylko nie zburzyła procesów, które dzieją się o wiele głębiej.

– Halo! Halo! – Franek krzyczy do telefonu bezskutecznie. Zerwał się, jak zwykle. Słuchawka przenośna leżała na stole, nie musiał wstawać. Zresztą, po co ja to sobie mówię? Jemu mówiłam milion razy. A ten zrywa się i biegnie na korytarz krzyczeć tam nieubłaganie. A właśnie ,nie pomyślałam nigdy w ten sposób. Może on nie chce tak wrzeszczeć przy mnie, przecież wie, że krzyczy do telefonu, jak każdy z niedosłuchem. Może.

– Dobra, będę!

Usłyszałam jak Franek, niczym mały harcerz, jak zwykle, postawił się do czyjejś dyspozycji. Wszedł do kuchni, usiadł. Wziął łyk kawy, po czym wrócił po czajnik i dolał nam do filiżanek. Nie patrząc na mnie zameldował.

– Jestem potrzebny sołtysowi i policji. Nieszczęście jakieś się stało.

– Ale jak to? Franku? Komu się stało? Coś we wsi?

– Nie jestem pewien. Zbieram się zaraz, nie wiem o której wrócę. Wezmę Dido.

Poszedł. Zawsze coś, gdzieś, komuś. Mam od dawna ten widok w głowie. Franek i wierny Dido przychodzą komuś z pomocą. Ale komu i co? Może z czasem dowiem się z wiejskich plotek. Albo w sklepie coś chlapną, bo zdaje się, że będę znów przez jakiś czas musiała zasilać budżet naszego, drogiego jak szlag, sklepiku.

Zaświszczał czajnik. O tak. Teraz zaparzam swoją kawę. Dwie czubate łyżeczki, wielki kubek. Mleko, cukier i moje ciasteczka. Dobrze, że sama przed sobą mam wymówkę, że nie dosładzam zbytnio masy na zbożowe ciastka. Mogę dzięki temu zjeść ich więcej. Czuję spokój kiedy zostaję sama po śniadaniu. Celowo jem przy Franku tyle ile ptaszek. Wolę jeść gdy przedpołudnie należy tylko do mnie. Dziś ciastka zbożowe ze śliwką będą odpowiednie.

Gdybym miała pamiętać , ile uszczelek, toalet, pękniętych płytek, zatrzaśniętych drzwi i niedziałających kotłów, zreanimował na wsi mój mąż, miałabym z pewnością lepiej wyćwiczoną pamięć. Na emeryturze pochłonęła go praca mesjasza ludzkich domostw. Jest go w domu tyle co kot napłakał. Zresztą, koło domu mamy garaż, kolejne zagłębie niekończących się robótek. Franek jednak uwielbia misje specjalne poza domem. Melduje tylko „zaraz jadę” po czym przeszukuje markety budowlane w poszukiwaniu potrzebnych do naprawy elementów i narzędzi. Cieszą go te poszukiwania. Lubi być dobrze obeznany i skuteczny. Udaje mu się to. Bez wątpienia.