„A gdy będziesz przechodził obok rowu porośniętego zielem, przykucnij i dotknij mych liści, pozostań przyjacielem”

 

– Mara! Mara, siostrzyczko!!! Jak dobrze cię widzieć!!! Tyle miesięcy się nie widziałyśmy, że aż uwierzyć trudno, że to WRESZCIE Ty!!! Chyba nigdy przedtem nie miałyśmy tak długiej przerwy, co?! Traciłam już nadzieję, że zechcesz się jeszcze spotkać!!! Nieźle mnie nastraszyłaś!!! Ładnie to tak? Sta- rszą sio- strę?! Myślałam, że już się nie spo tka myyy – Helena wyrwała do przodu. Dławiła się słowami. Nareszcie mogła wyzbyć się retorycznych pytań zalegających na dnie jej serca od miesięcy. Jej oddech rozhamował się; zanikał i pojawiał się znienacka, nadmiarowy. Mimo to gnała przed siebie i nie przestawała mówić. W głowie zradzały się uśpione dotąd pytania, choć tak naprawdę, z chwilą ujrzenia siostry- dostała odpowiedź na najważniejsze z nich.
Nie tylko ona nosiła w sobie brak po siostrze. Jak widać, Mara w końcu także zatęskniła. Ulga, jaka ulga!

Przyrosłam do asfaltu. Śledziłam oszalały, emocjonalny pęd Helenki. Na szczęście ciocia Mara była niedaleko. Wyszła już z pól i podążała drogą wijącą się między czereśniami. Dzieliło ją od nas kilka drzew. Wyglądała o wiele młodziej niż przed miesiącami, kiedy to spod naszego domu zabierało ją pogotowie. Trzeba było ochronić ją przed samą sobą, a dziś… Zupełnie jakby cofnęła się w czasie albo urodziła raz jeszcze w jakimś przychylnym sobie świecie, a teraz przybyła, by to oznajmić. Miała na sobie tak piękną, lnianą sukienkę w maki! Zakłuło mnie serce. Powstydziłam się siebie i swojego, pożal się Boże, ciuszka z drugiej ręki, na mizernym grzbiecie. Jeszcze przed chwilą uważałam, że wyglądał dość ładnie… głupia. Wciąż sama nie umiałam sobie niczego sprawić, niczego tak ładnego… Nawet obłąkana ciocia Mara to potrafiła… Niełatwo było mi przyznać przed sobą, że nawet schizofrenia daje więcej szans, niż wzrastanie przy Gai…
– Nie narzekaj, nie narzekaj! – odkrzyknęła młodsza siostra do zdyszanej Heleny – Ale masz rację, rozmowy przez telefon to nie to samo! Ale dziś, jak raz poczułam już chęć, by was zobaczyć! No, idę już idę! Jestem, oto jestem! – zawołała radośnie – Nie zip, nie zip tak do mnie, odpocznij! Coś ty tak zmizerniała?! – zatroszczyła się o Helenę tonem pielęgniarskim, bezosobowym, po czym wpadły sobie w ramiona.

Podeszłam bliżej, jak ściągnięta magnesem. Wgapiałam się z otwartymi ustami, aż poczułam w nich suchość.
Policzyłam łzy Helenki. Cztery duże, ciężkie, a jednak płynęły wolno, nie chciały opuścić jej twarzy. Ciocia Mara zaszkliła się nieznacznie, szybko coś ją rozproszyło.
– O losie! Czemu ty tak sapiesz? Ejże, świszczysz jak drzwi od mojej szafy! Helena?! Źle się czujesz?! Co jest z tobą?! Sina jesteś, czy mi się wydaje?! – pytała strapiona. Zawsze, gdy ciocia Mara się martwiła, ciemniała jej twarz. Wpatrywałam się w ten niezwykły proces. Jej oliwkowa cera nagle nasiąkła hebanem.
Helena na dobre zalewała się już łzami, z trudem łapała oddech. Przywarła do siostry.
– Ej, co jest? – Mara zesztywniała dając tym znak, że chce się wyplątać z u uścisku. Stanęła krok dalej, by dobrze się przyjrzeć niepokojącej sytuacji.
Helena machnęła ręką. Uśmiechała się boleśnie i zameszyła:
– To tylko wzruszenie, głupia moja mała, nic mi nie jest, no chodź- ponownie pochwyciła marnotrawną siostrę w objęcia.

Cioci Marze śpieszno było przede wszystkim do Sophie i choć starała się nie dać nam tego odczuć, jej dziecięce serce wierciło się pod sukienką, podrzucając lniane maki ku górze. Zauważałyśmy jej przydługie spojrzenia kierowane w stronę domu, ale Helena przechwytywała je i odwracała wzrok siostry w przeciwną stronę. Rozmawiały przemiło. Mara wyserdeczniała, zmiękła. Któryś ze spontanicznych duszków musiał podszepnąć nam żebyśmy ponownie skorzystały z gościnności rowu, bo ulokowałyśmy się na nim bez wahania, choć nie padło między nami ani jedno słowo na ten temat. Mrówki oddaliły się. Nie dostrzegłam nawet pojedynczej, roztargnionej, takiej zbłąkanej, która najczęściej zwiastuje bliską obecność mrowiska. Nawet po niej, nieudolnie goniącej za tłumem – nie było już śladu. Czyżby tego już było za wiele i trzy kobiety z naszego rodu na dobre mogły zagrozić ich królestwu? – zastanawiałam się.

Czereśnia w kwiecistym czepku dawała cień, a przyszły pokarm dojrzewający na polach- nadzieję. Tego roku, w okolicy naszego domu, ziemia urodziła mnóstwo zbóż.
– A co u ciebie, Noemi? Widzę, że w szkole wspaniale- wypowiadała się ciepło, prześwietlając coraz bardziej zmięte arkusze świadectw. – Pokaż, nie masz się czego wstydzić- wyciągnęła w moją stronę smukłe, smagłe dłonie. – Jest naprawdę nieźle, a nawet zachwycająco – odrzekła zwracając pokrwawione kartki z uśmiechem. Wiedziałam, że wystarcza jej rzucić okiem, by pamiętać każdy ich szczegół. Dostrzegła oceny, ale i krew, to pewne. Nie zapytała. Sama także miała mocno spękane dłonie. Odkąd pamiętam, zawsze tak reagowała na kontakt z silnymi środkami odkażającymi, w morzu których codziennie kąpali skórę pracownicy ośrodka zdrowia. Wróciła więc do pracy, to był dowód – ucieszyłam się i zawstydziłam kolejny raz. Ciotka odzyskała w pełni swoje życie. Nawet ona podniosła swój upadający los… Skuliłam się, wsunęłam świadectwa między kolana. Udawałam, że mnie nie ma. Ciotki rozmawiały, ćwierkały. Helenka nie mogła nadziwić się urody, jaka wypłynęła spod uspokojono, solidnie przeleczonego oblicza młodszej siostry. Nawet gesty cioci Mary zgubiły gdzieś swoje niepokojące, drugie dno. Można było nareszcie wypłynąć na głębokie wody rozmowy, nie wyczekując w napięciu nagłych wtargnięć jednego z jej wewnętrznych, niezrozumiałych światów. Trzymała je na uwięzi? A może mówiły do niej tak cichym głosikiem, że mogła bez trudu je ignorować? Z pewnością wtedy, po raz pierwszy spotkałam ciocię Marę w tak dużej mierze obecną w rzeczywistości. Dopiero tego dnia uwierzyłam, że obok tych mglistych, nieokrzesanych- osoby realne mają szansę rozgościć się w jej umyśle, i mówić od tamtych silniejszym głosem. Poczułam, że mamy szansę być usłyszane przez ciocię Marę, bez jęczącego chórku omamów w tle. Zastanawiałam się, czy jest to wyłącznie zasługa leków. Przysłuchując się w skuleniu kobiecej, czułej rozmowie sióstr, zazdrościłam cioci Marze fizycznego i psychicznego odrodzenia. Byłam na nią po trosze także zła. Dziś myślę, że odebrała mi ten skrawek uwagi, który ofiarowała mi Helenka doceniając mój udany ubiór, moje zdolności… widząc mnie prawdziwie. Tymczasem ciocia Mara wkroczyła, nasyciła serce starszej siostry i nieświadomie odebrała mi rolę odradzającego się, brzydkiego dotąd kaczątka. Byłam jakąś tam formą pośrednią dopiero, podczas, gdy ona zjawiła się piękna, skończona, pełna. Zdrowsza.
Nasłuchiwałam w nadczuciu. Poiłam się nasycającymi się sobą ciotkami. Było coś fascynującego w ich głodzie wzajemności, ale też coś egzotycznego, coś, co jak przypuszczałam, nigdy nie będzie moim udziałem.

Helenka była blada, ale odkąd znów siedziałyśmy na rowie – jej oddech się ujednolicił. Mówiła ze swobodą chcąc sprawić wrażenie, że może tak mówić bezboleśnie i o wszystkim, ale tak naprawdę robiła kotarę z lżejszych tematów, by nie odpowiedzieć na medyczne niepokoje Mary. Pielęgniarski nos dobrze wyczuwał, że sina twarz Heleny i zniewolenie oddechem to nie tylko emocje, ale sama zainteresowana słysząc te argumenty odwracała wzrok, robiła z młodszej siostry niedoświadczoną, żartując, że musi jeszcze wiele przeżyć, by zrozumieć…

Od dawna nie widziałam, ażeby widok Sophie miał moc tak uradować ciocię Helenę. A jednak! Babcia zjawiła się wtedy, jak na sekretne życzenie Helenki, by ktoś wyrwał ją z niedającego się ugasić ognia pytań siostry. „Opisz mi swoje samopoczucie podczas wysiłku. A teraz powiedz, jak czujesz się bezpośrednio po nocnym śnie? A po kawie? etc.”

Mara węszyła i gdy już wpadła na jakiś trop…

– No ładnie! Niebo się za was wstydzi! Patrzcie je, patrzcie! – Sophie zakrzyknęła energicznie zza naszych pleców – To ja tam samotnie snuję się po obejściu, a tu na rowie trzy dzikie ptaszyska żerują! – żartowała. Ona także miała coś do ukrycia. Radość i napięcie, których to mieszanka zalała ją na widok długo nie widzianej córki, szły obok niej łeb w łeb. Mara przez całe miesiące nie kontaktowała się z nią, nie dzwoniła, a gdy raz, czy dwa Sophie złamawszy w sobie dumę, wykrzyczała córce, zamiast przywitania Boski zarzut zaniedbania matki, Mara odłożyła słuchawkę bez słowa, po czym serce zamykała w zamrażarce, by przypadkiem nie zdążyło jej zwabić. Sophie więc musiała także być wściekła. Doznała przecież upokorzenia – tak nazywała ból potrzebowania drugiego człowieka… Ale nie chciała tego pokazać. Przyniosła ze sobą radosne oblicze i chyba dobrze czułam, że wczesne lato- ją także nastroiło pokojowo. Niedający się stłamsić grymas wywołany trudem i bólem siadania na rowie, nie przerwał dobrego nastawienia Sophie. Patrzyła łagodnie, wzdychała miękko. Rozlane pod słońcem pola zatrzymały ją dla siebie na chwilę. Zagapiła się.
Szeptałyśmy we trzy, trochę skonsternowane.

– Miło was widzieć – wypowiadając to po dość długim czasie kontemplacji, oznajmiała tym samym, że jest już myślami przy nas.
Zapadła cisza, wydawało się, że także wewnątrz każdej z nas. Helenka po kilku minutach nie wytrzymała. Coś niepokoiło ją, poganiało. To coś, mimo jej starań- domagało się uwagi oznaczając sińcami ciociną twarz i potrząsając jej oddechem. – Mamo- zagadnęła pochylając się, by zza Mary dosięgnąć oczu matki. – Wszystko w porządku? – zapytała, gdy Sophie na dobre oderwała wzrok od pól. Spojrzała na córkę w łagodnym uśmiechem.
– Tak… tak, tyle, że Klementyna zmarła… Poszłam jej szukać, bo nie wyszła na podwórko od rana, a ona, okazuje się, od kilku już godzin spała snem ostatnim… w szopce… Kolejna już Klementyna…- wyznała smutno. – Jaś przyniósł już nową, małą. Od kogoś za wsi- relacjonowała chłodnym smutkiem. – Nie będzie więc dnia bez Klementyny, tyle tylko….
Znów zamilkła, tym razem wbijając wzrok w kolana równiutko ułożone na rowie i okryte ciemną sukienką.
– Co chciałaś powiedzieć? – Mara odważyła się popatrzeć na matkę i zapytać. Widziałam taniec maków nad jej lewą piersią. Pragnęła tej rozmowy od tak dawna… A mama siedziała teraz obok niej. Dostępna, emocjonalna, szczera- nagroda za te miesiące rozłąki i to na wyciągnięcie ręki.
Sophie odpowiadając zatrzymała na córce nieśmiały wzrok.
– Miałam nadzieję, że ta, która odeszła będzie moją ostatnią Klementyną.
– To chyba dobrze, że nadal żyjesz, że możesz poznać kolejną, czyż nie? – dedukowała młodsza córka.
– Nie to mam na myśli- szepnęła- miałam nadzieję, że nie będę już nikogo tracić, córeczko… Miałam głupią nadzieję, że zmierzając do swojego kresu, nikogo więcej już po drodze mi nie zabraknie- dokończyła łamiącym się głosem.
– Nie płacz mamo, nie płacz proszę, bo i ja będę! – Mara błyskawicznie podpięła się pod uczucia łkającej Sophie. Tama dumy i dystansu puściła. Nie dowierzałam w to, co widzę. To stało się nagle. Znów istniała dla niej, gotowa popłynąć za matką w najciemniejsze zatoki jej serca. Złapały się za dłonie. Helena oparła się o Marę. Z początku sądziłam, że chce wesprzeć siostrę, ale zasłabła; wyglądała jakby potrzebowała złapać oddech, poleżeć. Posilała się ramieniem cioci Mary, jej siłą. Ja siedziałam na tyle daleko, by nie musieć nosić się z dylematem przytulenia Sophie. Spojrzałam w stronę wsi. Nadjeżdżało znajome auto. Im bliżej nas było, tym więcej radości sprawiał mi jego widok. Byłam ciekawa co słychać u pani Czesławy. Widziałam, jak parkuje pod naszym domem a potem rozszyfrowuje pana Jasia przekazującego na migi, którędy pospacerowała Sophie.

-Dzień dobry! Pozwolę sobie dołączyć do szabatu czarownic! – przywitała się przygasłym tonem. Ożywiła go nieznacznie, podnosząc głos przy końcu wypowiedzi. – Witam szanowne grono! -dodała tak łagodnie, że twarz sama podniosła mi się ku niej.
Nie próbowała nawet tworzyć czegoś na kształt poczucia humoru. Zdawała sobie sprawę, że jej zmarniała w ostatnim czasie postać, aż prosi się o współczucie. Tak było, nie podejrzewałyśmy pani Czesławy o dobry nastrój. Nie oczekiwałyśmy, że po tym co ją spotkało, przyjdzie nas zabawiać. Wszystkie, jak tu siedzimy, miałyśmy powody, by gasnąć i jednocześnie żadna z nas nie chciała do tego dopuścić. Wiedziałyśmy czym jest wewnętrzna wojna. Pani Czesława zapewne z dala już słyszała szloch wygiętej w pałąk Sophie. Nie komentowała, nie próbowała jej na siłę uspokajać. Kto jak kto, ale pani Czesława znała się na żalu, którego nie sposób przepędzić byle zaczepką. Usiadła obok mnie. Przysłuchiwałyśmy się teraz w czwórkę lamentom babci. Sophie kiwała się i moczyła łzami sukienkę. Przywoływała Boga, wypędzała duchy pamięci i beznadziei. Lato buchało nam w twarze ciepłem. Od pół szedł słodko gorzki zapach kwitnienia, dojrzewania i intymnego zapachu zawilgoconych u dołu roślin. Babcia w końcu sięgnęła do kieszeni sukienki wyczyściła nos. Łzy zebrała w dłoń i wtarła w dłonie. Spojrzała w niebo, a potem na mnie i na panią Czesię.

– Dobrze, że pani jest- rzekła- Miałam dziś zamiar zadzwonić, zapytać, czy Robert może kontaktował się z wami, czy coś mówił może…jak mu tam…
– Tak, dzwonił. Przyszłam pani podziękować, pani Sophie. W całej tej chorej sytuacji z Beat- ką – dławiąc się chwilowo imieniem córki, powiedziała – pomogliście nam, doceniam to. Bardzo.
– Ilia nawarzył piwa, musiał je wypić -żachnęła się babcia – Nalegałam, by zatrudnił Roberta i dał mu dobrą pensję. Wydawało nam się też oczywiste, że dobrze, gdyby trafił na delegacje z innymi, podobnymi sobie mężczyznami. Teraz akurat mieszkają w pięknym hotelu w Karpaczu. Cały dzień biegają przy wzmacnianiu brzegów rzeki, wieczorami mają sporo czasu na biesiady. Uznałam, że to go trochę odciągnie od życia tutaj- ciągnęła- a pani jak to widzi?
– Tak jest, to właśnie mówił. Trochę odżył, zyskał też nadzieję, że może jego życie z dala od wsi, od wścibskich oczu jest jeszcze możliwe. Tęskni do Beaty, ale jest na nią bardzo zły. Mam wrażenie, że mu to pomaga na ból w sercu- pani Czesława mówiła zerkając babci w wilgotne, węglowe oczy. – A co ja myślę? Jak to widzę? – spojrzała Sophie głęboko w oczy- Pani krawcowo E., ja już nie mam sił o tym myśleć. Jak dla mnie za dużo się stało. Mam do pani żal i jestem pani tak samo wdzięczna. Wychodzi jakoś na zero, jesteśmy kwita. Na domiar złego, nie potrafię pogodzić się z tym, że rodzina Roberta odrzuciła go, wyśmiała. A zawiniła moja córka, nikt inny…
– To minie- uspokoiła ją Sophie. Przyjęła ze spokojem szczerość pani Czesławy. W mieszance skrajnych uczuć, Sophie umiała pływać jak zawodowiec.
– Mamo, nie wiesz co będzie- wtrąciła się Helena.
– Może wie…- odpowiedziała jej, wyczulona na każde słowo matki Mara- No co? – zareagowała na wkurzenie siostry- może wie, może mama właśnie wie! – podkreślała stanowczo.
– Cicho tam, nie ma o co się sprzeczać! Rozmawiam tu z panią! – uciszyła córki. – Myślę, że gdy Robert wróci z pieniędzmi to i zacznie radośnie żyć w swoim nowo wybudowanym domu. Gdy przejmie na powrót gospodarstwo, będzie miał wielu przyjaciół. Pieniądze nie lubią samotności. Ludzie zapominają, rodzina zwłaszcza…- prorokowała i rzucając porozumiewawcze spojrzenie pani Czesi, zapytała- A jak ten pracownik się sprawdza? Dopatruje hektarów Roberta?
– Tak, doskonale. Za niego też przyszłam podziękować, pani Sophie…
– Złamali wam życie- odezwała się zachrypiała z emocji Helena, czym ściągnęła na siebie zaciekawiony wzrok pani Czesi- Mama i Ilia złamali wasze życie! – tłumaczyła dobitnie – Są wam winni wszystko, co w ich mocy. Nie ma pani za co dziękować, no naprawdę, pani Czesiu!
– Moja córka ma rację. Tak właśnie jest- przypieczętowała pokornie Sophie.
Zrobiło się niezręcznie. Jak to tak? Sophie pochyla głowę, przyznaje racje, kuli się, kaja?

– No to…jeszcze… pozwólcie, że was poczęstuję- zamruczał pod nosem nasz gość. Pani Czesława, mówiąc cichutko, sięgnęła do szmacianki i wyjęła miskę owiniętą folią aluminiową.
– To za tę sarnę, za to, że dali mi spokój… pani Sophie, pani wie…- tłumaczyła nieśmiało pokazując pokorne, gotowe do spożycia łakocie.
– A daj spokój, to nic takiego nie było dla mnie. A co z nią? Poszła sobie?
– A gdzie tam, wraca czasem, ale już przywykłam do jej nagłego widoku w stodole. Niech odwiedza nas, jeśli tak sobie umyśliła. Kiedyś byłam pewna, że to jakiś zły znak, jakaś wieść o nieuchronnym złu, ale dziś już tak nie myślę. Bywa, że nawet jest mi miło, gdy gdzieś mi mignie… Kiedyś pomyślałam, że ona mnie pilnuje, że zjawiła się wiedząc, ile złego spotka naszą rodzinę i chciała mieć mnie na oku…Nie wiem, może powiecie, że głupio gadam…
– Dobrze pani mówi- wyszeptałam spontanicznie- a czy pani Beata odzywa się?
– Tak- odpowiedziała z życzliwym choć ciężkim sercem- dzwoni do mnie, opowiada o tym jak buduje swoje nowe życie. Z dala od nas…
– To mój tata pomaga jej się tam urządzić, to on załatwił jej pracę, prawda? Dobrze to rozumiem? – pytałam nie bez lęku, ale były to pytania z gatunku nie znoszących ciszy. Pewne rzeczy musiałam już po prostu wiedzieć. Nie było już odwrotu. Tata osłonił przede mną swoją twarz. Twarz starego, okrutnego dziecka. Pełnego pretensji i braku szacunku. Czułego na swoje bolączki i często totalnie obojętnego na bolączki innych.
– Tak, dziecko. Jak słyszałaś, teraz twój tata pomaga mojemu zięciowi, Robertowi …
– Nieźle- sarknęłam – Zdemontował wam życie, a teraz trzyma je w garści. Ma pod kontrolą poziom życia kochanki i jej byłego męża! – złościłam się, a pani Czesława w pełnym zrozumieniu położyła mi dłoń na policzku i potarła o niego palcem. Usłyszałam nadjeżdżający samochód. Miałam wrażenie, że zwolnił, gdy był za moimi plecami. Udawał się w kierunku miasteczka. Patrzyłam na zahipnotyzowany, wysycony smutkiem wzrok cioci Heleny i babci Sophie. Patrzyły w stronę auta, a potem ze współczuciem na mnie i tak kilka razy. Potwornie bałam się spojrzeć za siebie. Auto w końcu odjechało a ja nadal nie byłam w stanie poruszyć głową. Kilka metrów od nas nabrało mocy silnika i w końcu przestałyśmy je słyszeć.
Coś do mnie dotarło. Ogień rozpalił mnie od środka, rozdarł bolesny kark, ugotował serce do czerwoności!
Patrzyłam w oczy cioci Heleny, potem Sophie. Wyczytałam w nich odpowiedź.
– To był on, prawda? Powiedz! Wiesz coś! Jechał na lotnisko, tak?!!! – pytania zadrżały we mnie. Wytrząsnęłam je z siebie z wrzaskiem.
Wszystkie cztery patrzyły na mnie zatrzymane w emocjach i gestach. Jakby bały się, że wybuchnę, że nie zniosę prawdy.
– Tak- odpowiedziała babcia- Zachary zadzwonił do mnie. Dlatego tu przyszłam. Pytał, gdzie jesteś. Chciał żebym wyprowadziła cię gdzieś na powietrze, by mógł pożegnać się z tobą wzrokiem. Podobno nie życzyłaś sobie pożegnania… Wyszłam szukać cię, bo widziałam wcześniej taksówkę z daleka. Domyśliłam się, że spacerujesz albo zagapiłaś się na coś w polach… Potem zobaczyłam waszą trójkę i zanim przyszłam, zadzwoniłam powiedzieć mu gdzie będziemy… Miałam nie mówić ci, że będzie przejeżdżał… Pragnął uszanować twoją wolę…Tak – raz jeszcze potwierdziła z westchnieniem i przepraszającym spojrzeniem- Zach wyjechał, Noemi.

Pani Czesława próbowała mnie objąć. Nie pamiętam co zrobiłam, że odskoczyła jak poparzona. Ze środka płonącego wewnątrz mnie świata, weszłam w kamień. Odcięłam się, znieruchomiałam na to, co działo się wokół. Patrzyłam słońcu prosto w twarz i znieruchomiałam. Przez chwilę czułam jeszcze łzy. Oczy broniły się przez jaskrawym światłem. Słyszałam wokół siebie pokrzykiwania Heleny, potem jej spokojne szepty, pouczania Sophie. Machały mi dłońmi przed oczami, ale nie miałam już oczu. Nie miałam potem też uszu, które mogłyby słyszeć. Wreszcie straciłam wzrok, a raczej zyskałam taki, który widział już tylko ciemność.

– Zemdlałaś, ale już dobrze. Przyniosłam wody- Sophie klęczała nade mną mrużąc oczy, choć to mnie słońce skapywało na źrenice spomiędzy korony drzewa. Czereśnia pyszniła się kwieciem, ona i trzy zmartwione, kobiece twarze rozciągały nade mną baldachim swoich spojrzeń. Takie piękne zaczątki lata, pomyślałam rozglądając się delikatnie, a wówczas Sophie wpatrując się we mnie uważnie, zapytała z przejęciem: – Pamiętasz, jak mówiłam ci o tym, że można całkiem nieźle żyć wśród duchów? Pamiętasz?!

Pamiętałam, ale odpływałam nadal w głąb siebie.

To nie było pytanie retoryczne. Sophie domagała się potwierdzenia. Przytaknęłam więc, usiłując przepchnąć ślinę przez zdrętwiały przełyk. Coraz trudniej było mi leżeć, co zostało błyskawicznie odczytane z moich zadławień. Pozwoliłam sobie pomóc. Usiadłam przy pomocy rozgorączkowanej babci i pani Czesławy. Nie zdążyłam się przestraszyć, gdy zamachnęły się przy mnie, pomimo, że uczyniły dość zdecydowanie. Gdybym była czujna, przy tak ożywionej gestykulacji otaczających mnie ludzi, wystrzeliłabym szukając schronu za najwyższym zbożem. Ręce mojej matki niosły przemoc, nawet, gdy byłam poza jej zasięgiem. Upominały się o swoje.

Tym razem mój strach znieczuliło oszołomienie po omdleniu. Wdech! Wydech- Sophie tykała jak metronom na moim fortepianie- Wdech! Wydech! Wdech! Wydech, Noe! Oparto mnie o pień drzewa. Poczułam na plecach spękaną skórę starej, brzemiennej czereśni. Przyroda tak dobrze sobie radzi, myślałam. Nawet to drzewo, pomimo wieku, nadąża za porami roku. Sophie usiadła na asfalcie, tuż przy rowie, naprzeciw mnie. To gdzieś tutaj, po raz pierwszy panią Czesławę zatrzymała sarna, wgapiając się w nią pośrodku drogi. Kto by pomyślał, że to najprostsza droga ze wsi do miasteczka? Byłyśmy tu tyle czasu, a w zasadzie minął nas tylko Zachary… Ludzie osiedli na swoich miejscach, przy bliskich sobie sprawach. Żyli.
Ciotki i pani Czesia przysiadły na rozgrzanej drodze, obok babci. Wszystkie poza nią, siedzącą po turecku i swobodnie zasłaniają swoje wstydliwe części ciemną, długą sukienką, usiadły z nogami wyciągniętymi przed siebie, delikatnie krzyżując je przy kostkach. Patrzyły na mnie, czekały, co powiem. Ciotka Mara wyjadała resztki ciasta przyniesionego przez panią Czesię.

– Pamiętam, babciu- odrzekłam w końcu i nakarmiłam wygłodniałe spojrzenie babci.
– Nie przesadziłam, nie żartowałam, musisz to wiedzieć. Musisz, zwłaszcza teraz, rozumiesz? Jeśli ciężko ci mówić, potakuj – rozporządziła. Przytaknęłam.
Wzięłam głęboki wdech i zajrzałam w pamięć.
– Gdy porzuca nas ktoś najważniejszy na świecie, cały świat wokół zamienia się w makietę, po której chodzimy bez emocji. A ci, którzy przylgną do mojego serca na chwilę, krążyć będą niczym duchy z bajek i legend wokół mnie…i od tej pory każdy, kogo będę potrzebować będzie jak duch; nie do końca materialny, łatwy do wyparcia ze świadomości w każdej chwili…- deklamowałam słowa, które zapisałam zaraz po tym, jak babcia powiedziała je do mnie w dniu, gdy Dawid uciekł z mojego domu i wydzwaniał próbując upokorzyć mnie jeszcze bardziej.

– Świetnie! – Sophie zaklasnęła w dłonie- Pamiętaj co dalej – wyraźnie artykułowała każdą głoskę- Koledzy i przyjaciele od tej chwili będą nawiedzać cię jak duchy – mówiła, wbijając we mnie stanowcze spojrzenie- już tylko jak duchy, rozumiesz?! TYLKO DUCHY! Wierzę, że nie dasz się już więcej zranić, i tak jak ja, zamienisz w ducha każdego, kto będzie próbował się zbliżyć! – perorowała, święcie przekonana, że ofiarowuje mi najskuteczniejszą z możliwych tarczy. Dziś wiem, że była to ochrona w takiej samej mierze przeciw śmierci, jak i przeciw życiu. Ochrona polegająca na zawieszeniu, niemyśleniu, nieożywianiu się.
– Rozumiesz, Noe?! – pytała zaciekle, jak gdyby nie chodziło tylko o mnie, ale o szasnę na dalsze życie nas wszystkich, całej naszej rodziny. Sophie była przekonana, że przekazując swoim potomkom sposób na przetrwanie, wygraża oto całemu światu, że my nie z tych, co nas można pokonać jakimś tam opuszczeniem… ŻE MY UMIEMY STANĄĆ OBOK ZRANIEŃ, KRWI, SAMOTNOŚCI!
Dziś wiem, że umiała to robić doskonale. Latami stała z boku, gdy na moim ciele gips wyrastał jak grzyby po deszczu. Regularnie, niemal nieprzerwanie. Nie widzieć, nie czuć, nie próbować współczuć- był to jedyny, sprawdzony sposób na przetrwanie. Jak dalece byłam bezbronna, że po tysiąckroć będąc ofiarą tej metody, sama przywdziałam ją wobec siebie na czas jakiś…? Możliwe, że móc dzielić coś z bliskimi, było wtedy o wiele ważniejsze, niż zachować wierność sobie. Na wszystko miał nadejść właściwy czas.

– Tak…- odpowiedziałam jej posłusznie. Byłam skołowana. Powiedziałabym wszystko.

Patrzyłam na cztery piękne, podziwiane przeze mnie kobiety. Słońce nadawało im odświętności. Pochyliłam się nad swoimi kolanami. Zasłoniłam oczy modlitewną kotarą dłoni. Poruszałam się lekko, do przodu i do tyłu. Błogosławiony jesteś Stwórco tego lata, Boże pór roku i złamanego serca. Opiekunie mojej samotności, serca nakłutego wspomnieniami serca- wypowiadałam cicho. Płakałam w środku. Wewnątrz mnie płynęły wodospady łez, serce omdlewało z bólu.

W tym czasie Sophie wstała i zebrawszy z rowu moje świadectwa, cichym gestem zachęciła pozostałe uczestniczki mojej żałoby, by poszły z nią do domu. – Zostawmy ją samą, potrzebuje spokoju teraz – mówiła dyskretnie.

Zanuciłam pod nosem pieśń, którą ciocia Helena śpiewała podczas opłakiwania dziadka:

Umarłeś mi, jak mogłeś? Umarłeś, właśnie mnie.
Ciemność ci w głowie świta, ja w sercu chowam ćmę.
Po tobie wielka żałość. Po tobie pustka żre.
Nie robi się tak ludziom, nie robi się tak mnie.

Moje towarzyszki musiały dotrzeć już do domu, gdy w ich miejsce pojawiła się Lula. Czy babcia ją do mnie posłała? Wierzyłam i nadal wierzę, że tak było. Rozdygotałam się, gdy suczka położyła się na moich stopach i polizała pokrwawione bezradne ręce. Rozpłakało się wnętrze moich oczu za Dawidem, za błyskawicą pierwszej seksualności i spontanicznym pragnieniem, które wydobywało się ze mnie się przy Nim, dla Niego… Zza zamkniętych powiek gładziłam Lulę i starałam się zrobić to tak, jakbym dotykała Jego pięknych, długich włosów. Żegnałam Dawida w pokoju ducha. Jak odlatującego, śpiewającego ptaszka, który na krótką chwilę przy mnie przysiadł i zaciekawił mną. Po tych kilku miesiącach od Jego śmierci, umiałam powiedzieć sobie, że Dawid po prostu musiał użyć skrzydeł, które starał się ignorować. Widocznie musiał także wyrzec się mnie, a potem umrzeć w kompletnym pogubieniu- szeptałam w gąszczu modlitwy, pieszcząc łepek drzemiącej suczki.
Zaraz potem wybuchł we mnie żal i otworzył rozlewający się, wewnętrzny krwotok za Zacharym. Wrzeszczałam w sercu, by wrócił. Całe ciało wołało do niego, tak nieznośnie, boleśnie tęskniło! Nie miałam się czego chwycić, bo w ostatnim czasie, gdy emocjonalny ból napierał, chwytałam się dłoni Zacha. Zdałam sobie sprawę, że już tylko umysł Stwórcy pozostał nam jako miejsce niemych spotkań, przestrzeń, w której oboje będziemy pojawiać się często. Rozkwitający ból i modlitwa, uporczywa modlitwa- mówiłam sobie- Tylko to ci zostało. Spotkacie się z Zacharym w modlitwach i tęsknocie, Noe… Spotkacie się w sercu samego Boga, bezpieczni- mamrotałam, próbując się ukoić. Modliłam się o Zacharym, opowiadałam Bogu jego ciepłe dłonie, opowiadałam jego dobre oczy. Wiedziałam, że gdyby nie istniał Bóg, modliłabym się do zapachu tego rozespanego obok, śniadego mnie ciała. W tamte noce za fortepianem, w tamte długie popołudnia, w zaparkowanym odludnie garbusie…

Tylko żebyś i Ty nie próbował znikać! – wygadywałam Bogu po długich, maniakalnych szlochach, a wtedy Lula podnosiła łeb i lizała mnie, gdzie popadnie.
Słońce ogrzewało mi rozmodlony kark. Bóg nie znikał ani na moment. Łaskotał mnie promieniami po szyi. Uczył się być przy mnie, gdy obumierała ogromna część mnie. Zdawał się mówić, że Sophie ma rację, że przyjdzie taki czas, kiedy otoczą mnie bliskie osoby. I niczym podfruwające i odlatujące duchy- raz będą mnie bliżej, raz dalej. Ale nauczę się z nimi żyć, w nadziei, że kiedyś zdobędę się na miłość z krwi i kości. Pamiętając co mnie spotkało z rąk ludzkich właśnie- stawię im czoła i dam szansę. A potem wiele kolejnych i kolejnych…
Wysłuchiwał moich modlitw podszytych amokiem. Zmuszałam Go do rozpamiętywania ze mną każdego szczegółu twarzy Zacharego. Słuchał, pomagał mi odtwarzać bliskość z tamtych dni, gdy Zach był i oddychał w moją stronę. Wygrażałam się niebiosom, że nie dam rady żyć, że nie uniosę tylu dziur w sercu, że nie wrócę do Gai w tym stanie…osłabiona, samotna. Ale ciepłe porywy wiatru perfumowały się kwitnącą aleją czereśniową, a dobry Bóg na wszelkie sposoby próbował mi wtedy obiecać, że wiele lat później, ostatnie zdanie swojej powieści postawię spokojna- będąc tak wolna od ludzi jak nigdy przedtem i jak nigdy dotąd- im bliska.

EPILOG
Wujek Leon wyjechał z Polski i dokończył swoje życie w Stanach Zjednoczonych. Szczęśliwie zaczął nowy rozdział, wśród odświeżonych relacji z rodziną i znajomymi. Poznał też kobietę, z którą mieszał do końca swoich dni. Zachary przez pewien czas kontaktował się z tatą regularnie, potem zamilkł.
Ciocia Helenka do końca ukrywała opłakany stan swojego zdrowia. Zmarła nagle, kilkanaście lat później, w oczekiwaniu na przyjęcie przez lekarza na izbie przyjęć. Odeszła w tym samym szpitalu, w którym zmarł Dawid, i w którym regularnie lądowali i lądują członkowie naszej rodziny.
Sophie zmarła otoczona wzajemnością uczuć pana Jasia. Niestety, jej serce znienacka odmówiło współpracy w chwili, w której kompletnie nikt się tego nie spodziewał. Do ostatniego oddechu prosiła, by ją ratować. Bardzo chciała żyć.
Lula zdecydowała, że zamieszka z panem Jasiem. Początkowo przylgnęła do Helenki, jednak któregoś dnia, w miesiąc po pogrzebie Sophie pan Jaś odśnieżał posesję przed domem, po prostu podeszła do niego i już nie opuściła go na krok. Zmuszony był zabrać ją na noc, która okazała się wieloma wspólnie przeżytymi latami. Suczka przychodziła z nim do pracy, zażywała naszych przestrzeni i ogrodu, ale to dom pana Jasia do końca traktowała już za swój. Czy było tam więcej zapachu babci niż w nas? Sypiała w łóżku ze swoim panem, jadła najsmaczniejsze mięso i regularnie odwiedzała lecznicę w miasteczku. Zmarła niedawno, dożywszy długich, psich lat. Do dziś uważa się ją za jednego z najładniejszych psów mieszkających kiedykolwiek w naszej okolicy.
Reszta postaci, poza kilkoma następującymi po sobie Klementynami- nadal żyje, a ich światy niewiele się zmieniły.
Upłynęły długie miesiące, zanim Zachary całkowicie przeniósł się do religijnej dzielnicy Jerozolimy. Do tego czasu pomieszkiwał u niemocno religijnych ciotek i kuzynów, którzy pomimo lżejszego postrzegania swojej duchowości, sprzyjali Zachowi. Jak sądzę, udzieliła im się silna potrzeba odbudowy silnego, religijnego zaplecza w kraju spowitym wojną.
Przez jakiś czas Zachary wysyłał mi swoje słoneczne zdjęcia i fotorelacje ze stopniowego, duchowego przeobrażania się. Za każdym razem dołączał do nich bardzo serdeczne maile, nazywając mnie swoją, pozostawioną w obcej ziemi- Czarnuszką. Był pełen miłości i wydawało Mu się, że jest w stanie ukryć niepokój. Zadawał wiele szczegółowych pytań; o to czy się okaleczam, czy dobrze sypiam, czy mam w sobie nadzieję na dobre dni. Nie przestał też zachęcać mnie do przyjazdu, by rozpocząć u Jego boku nowe życie. Tęsknił.
Wiedziałam, że nie mogę rzucić się w szaloną podróż za Nim. Nie wiedziałam co począć z jego uczuciami, ze swoimi tym bardziej. Oboje staliśmy wobec nieuchronnego rozszczepiania się naszych światów. Jak to wytrzymać? Stać i patrzeć? Oswajać się ze stratą nabierającą mocy z dnia na dzień? Nie miałam wówczas na to siły. Jak pozwolić na to, by serce regularnie rozpadało się na miliony kawałków? Czym miałabym je pozbierać? Zatłuczoną niemal na śmierć wolą życia?
Wolnodziałający, raczkujący w tamtych czasach Internet, pozwalał mi wyłączyć „ładujące się” zdjęcie mojego ciemnego ukochanego. Nie odpisywałam, nie doczytywałam jego słów, aż pewnego dnia, po roku od wyjazdu, zamilkł całkiem. Dochodziły mnie czasem wieści od rodziny, że w pełni oddał się nowej drodze, że założył rodzinę i ma sporo dzieci. Oczywiście, gdy o tym myślę, boli mnie poród każdego z nich. Jestem brzuchem żony Zacharego, każdym jego potomkiem i każdą modlitwą. Jestem wściekle zazdrosna o Jego uśmiech nad kołyską, o jego oddech przy śpiącej obok kobiecie. A kiedy się otrzeźwiam, przypominam sobie, że ja także mam swoje życie, w którym nie ma miejsca dla Zacha. Mimo to, gdy potrzebuję pomyśleć o czymś odprężającym, przypominam sobie Jego ciemny profil.

Nie jestem pewna, czy dobrze się stało, że nasz kontakt tak boleśnie został przerwany. Może mogłabym jednak odpisać choć dwa słowa, może to wpłynęłoby na nasze dalsze dzieje? Czytam stare maile od Zacha dopiero teraz, gdy nasza rozłąka weszła już w dziesięciolecia. Od lat nie dostałam o Nim żadnej potwierdzonej informacji. Pozostała mi nadzieja, że na swojej ziemi, w swoim klimacie – trwale się zakorzenił i wzrasta.

Czasem śni mi się, że zmarł, a wtedy, po przebudzeniu przypominam sobie opowieść dziadka naoliwiającego dzbanki na kawę. Kto jak kto- myślę wtedy- ale Zachary zrobił tak wiele, by się rozżyć, by stworzyć sobie warunki do pełnego rozwoju… Nie mógłby tak po prostu odpuścić, nie On.

Zach, Mój Drogi Przyjacielu,
Kiedy wreszcie zdobyłam si na odwagę, by Ci odpisać, okazało się, że Twój e-mail przestał być aktywny. Próbuję więc w ten sposób… Chciałbym żebyś wiedział, że ja także wyrwałam się z tymczasowej ziemi, by powrócić do żyznych, bliskich sobie okolic. Nie wyjechałam tak daleko jak Ty, bo pokonałam zaledwie kilka długości swojego serca.
Nie zmieniłam kraju, a od rodzinnego domu dzieli mnie godzina drogi samochodem.
Ale wreszcie przysiadłam. Zapuszczam korzenie. Uwierzyłam w ciągi dalsze.
Czekam.

 

KONIEC