„Nie patrz w stronę domu matki, tam się czai pamięć. Nie patrz w oczy tęsknocie, gdy w sercu masz zamieć”

Od bardzo dawna nikt już nie przyglądał się kwalifikacjom starszego pana przyjętego niegdyś w charakterze ogrodnika oraz konserwatora przy domu krawców E. Sam zainteresowany również nie zaprzątał sobie głowy rozstrzyganiem, czy to na co się początkowo pisał, w dalszym ciągu pokrywa się z rzeczywistością. Hojna, comiesięczna pensja wypłacana na rękę najpierw przez samego krawca, a od niedawna przez wdowę po nim, potwierdzała wdzięcznemu pracownikowi, że wciąż jest tu mile widziany i ceniony. Ten zaśniedziały stan rzeczy zdawał się wystarczać obu stronom paktu. Najważniejszy warunek umowy, jakim był niewątpliwie higieniczny podział ról na pracodawcę i podwładnego, obowiązywał po dziś dzień, mimo iż relacja pana Jasia z wdową po krawcu E. nabrała nieśmiałych rumieńców. W godzinach swojej pracy, mężczyzna pozostawał pracownikiem Sophie i jej najbliższych. Jak dotąd, nie zanosiło się na to, by zakochani staruszkowie mieli spleść swoje życiowe drogi trwale, pod wspólnym dachem. Obojgu zależało na tym, by zatrzymać wyłącznie dla własnego użytku przynajmniej kilka poletek spośród rozległej równiny jaką jest codzienność. Każde z nich, na swój wyjątkowy sposób, potrzebowało przestrzeni i samotności. Tym bardziej więc o darmowej, przyjacielskiej pomocy ze strony pana Jasia nie mogło być mowy. Wdowa po krawcu E. pilnowała nad wyraz skwapliwie, by wszystkie wiadome jej wysiłki ukochanego na rzecz familii i jej samej- solennie opłacić. Sprawy finansowe były dla niej, zaraz po duchowych najintymniejszymi i nawet za życia męża, zwykła była rozliczać się z nim w co poniektórych sprawach. Przykładowo – namiętnie pilnowała, by to co zarobiła w warsztacie było jej przejrzyście wyliczone, zapisane i wypłacone raz w miesiącu. Bardzo zależało jej na tym, by poza oczywistą pracą dla domu, widoczne były także jej wysiłki zawodowe. A cóż może być bardziej namacalnego od rulonika banknotów? – pytała męża, nieustannie zadziwionego jej postawą. Zgodnie z małżeńską umową, tylko od niej zależało, czy pieniądze przezeń zarobione wyda na potrzeby gospodarcze, czy na nowe perfumy. Wolność to dowolność- mawiała i nie zmieniła zdania nawet gdy zmienił się obiekt jej westchnień.

Co zaś tyczy się przysług osobistych, podejmowanych przez pana Jasia na dyskretną prośbę poszczególnych członków krawieckiej rodziny, te z kolei były mu rekompensowane na sposoby tak rozmaite, jak rozmaitymi byli jego dłużnicy. Helena z wdzięcznością obdarowywała ogrodnika swoimi najlepszymi przetworami, szyła mu lniane koszule, by sprzyjały jego letniej pracy w obejściu i podsuwała książki, których znajomością mógłby zaimponować Sophie. Noe, korzystając z podwózki wciskała mu rozedrgane banknoty za benzynę i od czasu do czasu mijając go pospiesznie, wręczała mu nerwowy karteluszek z wierszem napisanym tylko dla niego. Te niewielkie utworki przedstawiały zazwyczaj mini scenki z jego pracy przy pszczołach lub drzewkach. Pan Jaś bardzo je lubił, choć krępował się ich, nawet gdy czytał je w samotności. No bo jak to tak o nim, o jego zwykłej pracy takie słowa aż…? Ciężko było mu poczuć się bohaterem codziennego życia, choć niezaprzeczalnie był nim nie tylko dla młodej poetki.
Ku pożytkowi wszystkich krewnych Sophie i samego siebie, pan Jaś trzymał pion lojalności i nieprzepuszczalności informacji. Nie tylko nie był plotkarzem, ale w sposób naturalny wyczuwał o jakich zdarzeniach, do kogo i w jakim czasie- lepiej nie wspominać. Tą cenną umiejętnością wykazał się już pierwszego dnia pracy. A było tak, że krawiec E. zaobserwował z okna nieprzyjemne zajście, do którego doprowadziła Mara przybywszy właśnie w ataku paranoi do matki. Opętana furiami niczym rojem pszczół, próbowała wygnać pana Jasia z ogrodu rodziców. Jej szaleństwo tego dnia szukało winnych, więc niespodziewany gość w otoczeniu jej ukochanego domu- był jak znalazł. Środki, jakich używała w celu przegnania biedaka ograniczały się do głośnego, nieprzyjemnego uszom jazgotu, uzupełnionego nerwową gestykulacją. Nie miała bladego pojęcia, że anonimowy dotąd, daleki sąsiad, z dnia na dzień został zatrudniony przez jej rodziców. Wdała się więc z szalony dialog ze swoją głową i przyprawiła to pobudzeniem całego, wrogo nastawionego ciała, czego w chwilach refleksji, po dziś dzień nie może sobie wybaczyć. Szczęśliwie, jak wspomina, nie była tego dnia nieprzejednana. Kiedy wreszcie dała spokój niemej na jej zaczepki ofierze i w oburzeniu wtargnęła do domu szukając współtowarzyszy do boju przeciw intruzowi, krawiec E. cichcem opuścił warsztat i udał się do ogrodu zapytać cóż to za niepokojące krzyki doszły go z tego miejsca. Ciekaw był i jednocześnie obawiał się reakcji ogrodnika na tak wyrazistą scenę. Pan Jaś odpowiedział ze spokojem, że zaszło jakieś malutkie nieporozumienie, ale że w zasadzie już zdążył zapomnieć o co szło. Uśmiechnął się przy tym serdecznie i tym postawiwszy kropkę ruszył do dalszych prac. Powracający z ulgą do świeżo zafastrygowanego płaszcza krawiec E. przekonał się wówczas, że dokonał właściwego wyboru, najlepszego. Jak makiem zasiał w tym człowieku! – pomyślał z entuzjazmem- ciszy w nim pod dostatkiem, nawet po tak niesprawiedliwym ataku! Wspaniale! To ja już wiem na pewno, że będzie nam się dobrze z nim żyć – konstatował patrząc w niebo z wdzięcznością. Uznał, że dostał ostateczną odpowiedź.

Recz oczywista, zatrudniając pracownika, krawiec tłumaczył oględnie, iż dyskrecja co do spraw zasłyszanych i zauważonych w jego domu, jest najważniejszym warunkiem. W związku z tym oczekiwać się jej będzie bez najmniejszego ustępstwa. Pierwsze ostrzeżenie będzie ostatnim, podkreślił trzykrotnie, unikając wzroku rozmówcy i wstydząc się tego, jak bardzo obawia się wycieku najmniejszych nawet informacji poza mury swojego domostwa. Pan Jaś zapoznał się wówczas z duchem niepewności lubującym się w podduszaniu jego przyszłego pracodawcy. Jakże męczył się ten wielmożny pan! Jak zasmucająco zmagał się z własnym oddechem!
Z tym większą chęcią wyznał mu, że dyskrecja jest dla niego warunkiem niezwykle prostym do wypełnienia, bo nie interesują go czcze gadki i plotki, nawet z rodziną i znajomymi. Więcej czasu spędza wśród zwierząt i roślin, niż z ludźmi. Krawiec E., w rzeczy samej, wywiedział się wcześniej co nieco, że istotnie, pan Jaś znany jest z bycia samotnikiem. Zakładał, że to, co przyrzeka z chwilą przyjęcia do pracy może być najszczerszą prawdą, aczkolwiek zrobiło mu się lżej na duszy, gdy już pierwszego dnia doświadczył dowodów jego kojącej lojalności. Od tamtej pory, gdy ogrodnik przebywał blisko krawca, duch niepewności zwykł był trzymać swoje rozedrgane ręce przy sobie.

Pomyśleć tylko: Kiedy to było? Ten pierwszy dzień pracy w polach, tamta Mara, której srebrna starość jeszcze nie weszła pośród ciemne włosy… Kiedy to było? Ile już wschodów i zachodów słońca za nami…?
Ano, czas szedł przed siebie i nie oglądał się za często.
Sięgać dziś po dzień, w którym krawiec E. w pocie czoła błagał Boga o zatwierdzenie swojej decyzji co do zatrudnienia kogoś z zewnątrz do pomocy przy rodzinnym siedlisku- to jak przeskakiwać z Nowego Testamentu do Starego, usilnie wyszukując w nich podobieństw. Analogicznie jednak- tak jak pomiędzy obiema częściami Biblii, tak w stosunkach między panem Jasiem a mieszkańcami domu w polach, wydarzyło tak wiele, że zamiast dopatrywać się podobieństw- należy raczej śledzić ciągi dalsze.

Skromnego, dyskretnego ogrodnika zatrudniono z przykrej konieczności, ale co ważne, także z poręczenia. Szczęśliwie się stało, bo nie do końca świadom poziomu lęku i wątpliwości rodzących się wokół jego osoby, bardzo szybko udowodnił, że z serca dba o posesję wokół domu swoich państwa, jak i o sam budynek oraz otaczające go zwierzęta. Jeszcze za życia krawca E. nie trzeba było mu dwa razy powtarzać co jest do zrobienia. Z czasem, gdy nabrał śmiałości i poczuł się przyjacielem tego domu, wyszukiwał sobie zajęcia niczym prawdziwy gospodarz i nie było najmniejszej potrzeby, by konsultował swoje gospodarcze decyzje z właścicielami. Pozytywny sygnał zwrotny otrzymał wystarczającą ilość razy, by mógł uznać, że w wielu sprawach ma wolną rękę. Zarówno krawiec E. jak i pani Sophie, (jak ongiś nazywał swoją ukochaną), darzyli go bezgranicznym zaufaniem. „Panie Jasiu, przychodź pan pytać tylko o grube sprawy, jak będzie trzeba zainwestować więcej w rośliny, albo gdy zauważy pan, że zwierzęta chorują. Będziemy coś wtedy radzić. A tak, proszę dbać o wszystko jak o swoje, a będzie dobrze.” W połączeniu z finansowymi dowodami uznania za pracę oraz szacunkiem ze strony pozostałych członków rodziny, stanowiło to dlań prawdziwy dowód na to, że jego wysiłek nie idzie na marne. Dodatkowo, zyskiwał w swoich oczach mogąc być dostrzeganym przez nie byle kogo. Uważał bowiem swoich państwa za wybitne umysły, a ich każdorazową pochwałę za nobilitację.

Tego roku praca przy domu w polach była szczególna. Naznaczona blizną nieobecności Izaaka, jego nagłą śmiercią i z wolna pustoszejącym warsztatem. Podczas długich, zimowych wieczorów, kiedy to melancholie spacerujące polami, zwykły zachodzić pod dom Sophie i jej rodziny – pan Jaś zajęty odśnieżaniem, z rozrzewnieniem wspominał swojego nieżyjącego pracodawcę. Krawiec E. nie był typem mężczyzny gospodarzącego. Tym bardziej więc doceniał oddaną pracę swojego pomocnika. Skupiony na idealnym wykroju i obmyślaniu sposobów na zdobycie do niego co modniejszych materiałów, z ulgą spoglądał przez okno, na uwijającego się w ogrodzie i na podwórzu- ogrodnika. – Panie Jasiu, pan to chyba wszystko rozumie, co się w tej naszej ziemi dzieje! Niech mi świadkiem są niebiosa, że nie ma dla pana tajemnic! – krzyczał do niego z fascynacją, gdy spostrzegł, że odżyło jakieś zmarnowane dotąd, przydomowe drzewko. – Bez pana, panie Jasiu, ugór już dawno wszedłby tu i pożarłby nasz dom! A po naszych kościach, tańcowałyby sarnie dzieci! – niby żartował znad świeżo rozpoczętej partii materiału, ale oboje wiedzieli, że w tych słowach jest wiele uznania wynikającego z czegoś więcej niż tylko świadomość własnych ograniczeń w temacie agronomii.
Odkąd na dobre roz(słu)żył się na dwa domy, wyszukiwał na wsi zjawisk podobnych temu, z którym zetknął się w pracy dla krawca E. Podsłuchiwał ludzi w sklepie, wyczulił się na prywatne, krótkie rozmowy na cmentarzu. Wydawało się, że tliło się to pod skórą niemal wszystkich, ale jakoś w zatajeniu, zawstydzone nie ujawniało się. Miał wrażenie, że podobnie jak na deskach teatru- scenografia narzucała tu styl konwersacji. Nie tylko w stosunku do niego, ale w ogóle ludzie niemal nie dawali sobie tego odczuć, choć z pewnością zradzało się to między nimi. Nie wypadało nikogo wprost pochwalić? Nikomu oddać jego zasług? Przecież tak wielu znanych mu ludzi potrafiło dostrzec wartość w innych! A mimo to plotki i drobne uszczypliwości wychodziły im z ust o wiele swobodniej. To, co z głębi serca- z jakiegoś powodu peszyło. Nie pasowało do podwórek pełnych ptactwa i rolniczej okolicy? To przecież byłoby niedorzeczne wyjaśnienie…- roztrząsał sam ze sobą po wielokroć.
Zamyślał się i za każdym razem dochodził do tego samego, paradoksalnego wniosku, że nigdzie indziej, jak w tym pełnym niepotrzebnej przemocy, krawieckim domu- dostawał tego pod dostatkiem.
Tak. Serdeczny strumień płynął z okien Izaakowego warsztatu i osadzał się ogrodnikowi na tylnej ścianie serca, gdy ten pochylał się z troską nad niedomagającym krzewem. Tym czymś, co Pan Jaś nauczył się przyjmować od swojego pracodawcy, był najszczerszy podziw.

To niesamowite jak wiele przystanków musi pokonać żałoba zanim dotrze do człowieka. W pełni trzeźwa przybywa dopiero zza siedmiu gór i rzek, jak w baśni. Od miesięcy przecież był świadom tego, że krawiec E. nie żyje, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że NAPRAWDĘ go nie ma. Nie wyjdzie mu nagle na spotkanie, nie zaprosi na kieliszek czegoś rozgrzewającego. Skończyło się. Te wszystkie wspaniałe lata pracy tutaj, pod jego okiem… Zobaczył feerię barw i ich odcieni. Nagromadziło się tego w pamięci podczas zmieniających się pór roku w krawieckim obejściu! Twarz pokornego krawca wyświetliła się przed nim, jak żywa. Ucieszył się na ten nieuchwytny obraz. Zapatrzone we wspomnienie oczy – wypatrzyły wilgoć. Wzruszył się.

Najbardziej dowartościował go człowiek, który w młodości będąc wielokrotnie poniżony, zagrożony i głodny- umarł w końcu ze strachu… Zapewne dlatego światło biło od niego z dystansu, jak od latarni morskiej. Czasem ledwie można było je dostrzec, gdy spadały mu na głowę duchy pamięci. Nie radził sobie z rozsiewaną po domu agresją żony, ale i nie zrobił za wiele w sprawie pani Gajki… Czy naprawdę nie umiał poradzić nic na los swojej wnuczki Noemi? Udawał, że nie słyszy, że nie widzi? Jak to możliwe? – wiele razy, kładąc się spać po „dyskretnym” dniu pracy u krawców, ogrodnik zadawał sobie te pytania. Złościł się, wyrzucał je w ciszę sypialni po to, by następnego dnia samemu milczeć, omijać piętro domu, unikać trudnych tematów w krótkich rozmowach z szefostwem… Warunkiem była dyskrecja, więc był dyskretny.
Tak, pan Jaś nieraz i nie dwa nosił w sobie niewypowiedziany żal do pana Izaaka. Ale ile można gniewać się na kogoś, kto ze strachu skrywa się w głębi siebie? Na kogoś, kto nawet zalewając się łzami, zarażał nadzieją na dobry port…? Jak żyć bez kogoś takiego? W gruncie rzeczy podobnego sobie…

Cóż. Jest już stary, nie zmieni nagle pracy ani miejsca zamieszkania, by poszukać sobie drugiego takiego Izaaka… Teraz, gdy też wziął pod opiekę jego żonę i pokochał jak kobietę…
Tęsknota kilka razy szarpnęła go za klatkę piersiową, ale szybko opanował się, więc wycofała swoje nieokrzesane łapy. Uspokojony, uśmiechając się mokrym spojrzeniem i kapiącym ze wzruszenia nosem doszedł do zabawnego wniosku, że w gruncie rzeczy jego dzisiejsze zajęcie to przerzucanie zanikającego śniegu z miejsca na miejsce. Zima robi krok w tył. Łka roztopami zupełnie jak ja – pomyślał. Będzie cieplej panu Izaakowi tam…gdzie śpi…
Przy okazji fizycznej pracy udało mu się przerzucić zapamiętane, krawieckie pochwały ze wspomnień – znów do głębi serca. Krawiec E. już czas jakiś karmił sobą ziemię, ale wypowiedziane przez niego po wielokroć dobre słowa, niczym Święte Pisma, wciąż miały moc pokrzepiania postarzałego już mocno, wiernego ogrodnika.
Na powrót miał pełne serce i z chęcią przytulił się do swojego wnętrza.

Z czasem obowiązki Pana Jasia wydostały się poza ogród i posesję. Nie wiedzieć kiedy na stałe dokooptowano do nich szoferowanie. Podczas gdy nikt z domowników nie był w stanie wsiąść za kółko, pan Jaś wstrzymywał swoje prace przy domu i ruszał w drogę. Nierzadko zdarzało się, że poza godzinami pracy, poproszony o to telefonicznie, zjawiał się i nie gasząc silnika stawiał się do usług. Odpłatnych ekstra, oczywiście.
Dziś, gdy nie ma już krawca E. a zależności Sophie i pana Jasia przemieszały się z miłosnymi, rola szofera nabrała dodatkowego odcienia. Prowadzenie auta w towarzystwie siedzącej na siedzeniu obok krawcowej E. i uśmiechającej się z na tylnym siedzeniu Luli, coraz częściej przypominało po prostu słodkie randkowanie. Na wszelki alarm od Sophie frunął, nawet pośrodku nocy.

Tymczasem wiosna wkraczała do wsi spektakularnie. Aktywując raptowne wybuchy ożywienia, rozsadziła gałęzie drzew i krzewów tłustymi pąkami liści. Coroczne, pokojowe granaty dzieła stwórczego robiły wrażenie. Co poniektóre drzewne matki w połogu puszczały gęsty, kleisty sok. Podobnie zareagowało ciało pana Jasia. Któryś ze świtów, niby jeszcze zimowy i ponury zbudził go kilkoma chłodnymi kroplami potu na szyi. Duszno ogrzane kaflowymi piecami mieszkanie współpracowało z pierzyną objedzoną gęsim puchem. W jednej chwili dosłownie- źródeł ciepła zrobiło się jakoś za dużo. Te kilka plamek soku wyciśniętego z odpoczywającego ciała, przyniosło przedojrzałemu kawalerowi wieść od matki natury, że oto stopnie Celsjusza wracają już z corocznej wyprawy na swój drugi brzeg i należy liczyć się z tym, że napływające powietrze z dnia na dzień ociepli się znacznie. Wstał lekko otumaniony, zapyziały z przegrzania. Zaparzył kawę, ale zanim jej skosztował, wypił duszkiem sporo wody z kranu. To był jeden z tych dni, w których ze swobodą zrzuca się ciepłe, wełniane skarpety, by wreszcie bezboleśnie przejeść się boso po mieszkaniu.
Od razu lepiej! – powiedział rzucając skarpety do pralki. Poczuł jak rozluźnione mięśnie śródstopia rozciągają się po kaflach. Tygodnie siarczystych mrozów pozbawiały go radości dotykania podłoża naturalną podeszwą skóry, tym świadomiej więc celebrował owego ranka dowody na wiosennienie świata.

Za oknem zawarczał silnik czyjegoś ślepiącego samochodu. Kościelny zegar wyniesiony na wysokość wieży dzwonniczej wkraczał już w urzędowy rytm i przyspieszał kroku zmyślnie rozmieniając czas na coraz drobniejsze cząstki. Od tej chwili, co pół godziny jednorazowo uderzy w dzwon, a o pełnej godzinie zaintonuje melodię Maryjną. Wszyscy wstający do pracy i szkoły liczyć będą te skrawki i każdy wyceniać na wagę złota orientując się, że mogą poleżeć w ciepłych łóżkach jeszcze chwileczkę, chwilunię…
Pan Jaś rzucił okiem na budzik, który jakimś cudem przywędrował z nim do kuchni. Właśnie spadło kilka okruchów z piątej trzydzieści. Szósta rano była już gdzieś w okolicy. Mimo to zdecydował się kawę wypić niespiesznie. Posłodził sobie uczciwą łyżką gryczanego miodu i jeno maczając usta w aromatycznym ulepku, zabrał się do lektury poleconej przez Sophie. Oczy wychodziły mu ze zdziwienia, gdy wczytał się w dzienniki Anny Iwaszkiewicz, żony wielkiego, polskiego pisarza. Sophie miała rację. Powinien poznać jak najwięcej sposobów na prowadzenie życia i oswajać się z nimi. Tylko w takim wypadku, jej zdaniem, można wydawać szczere sądy na temat tego czego się pragnie- kiedy choćby dotknęło się swoją myślą i rozważaniem innych rozwiązań. Ktoś, kto znając jeden tylko scenariusz na życie ślepo go realizuje- przypomina, zdaniem Sophie, niewolnika, który będąc zbyt leniwym by rozejrzeć się za sposobem na wyswobodzenie, na zawsze pozostaje w niewoli wmawiając sobie, że nie istnieje nic poza nią.
Czytał więc, rozważał, dziwił się i ciekawił płynąc wzdłuż linijek tekstu.
Przy jego kuchennym stole zapadła cisza z gatunku tych, które zdążył już pokochać. Świat zewnętrzny usunął się. Zagasły meble, cienie, jasności, gonitwa codziennych myśli. Kawa rozpłynęła się w powietrzu wraz z filiżanką, a mimo to nie odczuwał ani pragnienia, ani senności. W zamian za ucieczkę z ciała, wnętrze otworzyło przed nim swoje gościnne podwoje i kusiło kąpielą po same czubki palców. Już na pewno nie siedział na krześle, nie opierał się łokciami o stół, nie śledził druku. Tamte czynności należały do materialnego świata, w którym pozostał po nim zaledwie skórzany worek kości ułożonych w postać przypominającą człowieka. Jego samego już tam nie było, bo oto stało się.
Stało się!
Zanurkował!
Przechadzał się po Stawisku i jadał posiłki w towarzystwie pisarza, jego żony oraz pozostałych zwierzęcych i ludzkich członków tej dziwacznej rodziny. Poczuł się u nich swobodnie. Pomieszkiwała tam cała paleta osobowości. Nie musiał obawiać się o to, czy uda mu się dostosować, bo sekretem szczęśliwości tego domu było właśnie niedopasowanie. Spacerując z zaciekawieniem po przepastnym ogrodzie należącym do majątku pisarza, analizował emocje jakże pięknie wrażliwej pani Anny. Szukał w niej podobieństw do Sophie, choć początkowo wydawać by się mogło, że niewiele je łączy. A jednak znalazł kilka łączników: bogaty dom rodzinny, znajomość francuskiego, religijność, lekkie pióro. No i niestety, niezwykle krucha psychika. A jakże… Sophijka była jednocześnie pancerną i kruchą bardziej niż każdy mu znany człowiek. Coraz lepiej poznawał tę jej miękkość ślimaka, chodzącego muszlą do przodu, by sprawić wrażenie, że jest cudownie uodporniony na wszystko. Tymczasem Sophie ze wstydem ciągnęła za sobą śliską i łatwą do zaatakowania rozpacz. Bardziej krucha w tej rodzinie była już tylko mała Noe.
Czytał. Znajdował coraz więcej inspiracji i analogii między światem Iwaszkiewiczów i obyczajami krawieckiej rodziny. Snuł się zanurzony w zieleni. Trafił akurat na wiosenne zapiski pani Anny komentującej końcówkę kwitnienia bzu i konwalii. Wsłuchał się w niekończące się, ptasie koncerty i chłonął sztukę dziejącą się na jego oczach. Życie artystów samo w sobie jest sztuką- myślał przyglądając się Jarosławowi Iwaszkiewiczowi oczami jego żony. Nabrał apetytu na skosztowanie jego prozy.

Jakież okrutne rozczarowanie wtargnęło między te wiosenne, pisarskie ogrody, gdy głośny jak wojna dzwonek telefonu przegonił święte chwile kontemplacji! – Poderwał się i złapał za słuchawkę. Zanim wydał z siebie głos spojrzał na zegarek. Szósta piętnaście. No dobra, pomyślał, to wybaczalna pora. Usłyszał jeszcze, jak nieprzemyślany zryw przerodził się w chrzęst bolesnych kręgów. A niech to…oby to było coś ważnego!

– Słucham- oznajmił surowo.
– Panie Jasiu… Dzień dobry… Tu Mara. Za wcześnie na telefon, co? – zawstydziła się i przyczaiła. Brała pod uwagę ewentualną niechęć do swojej osoby po tym co się wydarzyło. Nie pamiętała swoich wyczynów, tym gorzej. Mogła mieć tylko nadzieję, że może tym razem przypływ jej szaleństwa nie obrał sobie za cel tego poczciwego człowieka. I, że nie skrzywdziła go żadnym słowem, ani (broń Boże!) czynem… Do tej chwili sądziła, że nadal umie się modlić, ale właśnie poczuła, jak niebiosa zamarzają nad nią z premedytacją. Ponadprzeciętna pomoc nie wchodziła w grę. Wzięła więc sprawy w swoje ziemskie ręce. Ustawiła się w pewnej odległości od biurka, na którym stał telefon, jak gdyby przypadkiem znalazła się w dyżurce szpitalnej. Celowo nie przycisnęła słuchawki do ucha. Nasłuchiwała raczej. Dzięki temu, w razie wybuchu złości pana Jasia będzie mogła uznać, że może jednak nie została odepchnięta. Ot, powie sobie, że nie dosłyszała po prostu, a jej chora głowa dopowiedziała głupoty – prorokowała z nadzieją…
Stała na trzęsących się nogach. Pielęgniarka udawała, że jej nie obserwuje. Usiłowała odgrywać jakąś neutralną biurową scenkę przeglądając karty pacjentów. Ale smycz to smycz, pomyślała Mara. Nie zamierzała oszukiwać samej siebie, że trafiła tu z zapaleniem wyrostka. To zrozumiałe, że patrzono jej na ręce. Przecież nawywijała tak, że trzeba było ją zamknąć w wariatkowie. Dawno temu odbyła obowiązkowy, pielęgniarski staż w szpitalu podobnym do tego. Szanowała zwarty system reguł panujący w takich miejscach. Stawką była próba okiełznania rozjeżdżających się myśli i zabezpieczenie posiadaczy szalonych głów przed nimi samymi. Po pierwsze: szkodliwych unieszkodliwić! Tego typu wytyczne były dla niej do bólu zrozumiałe. Darzyła je szacunkiem, nawet gdy zawstydzona trafiła pod ich pręgież.

– Pani Mara?! Pani Maruniu! Jak dobrze panią słyszeć! – krzyknął radośnie przepędzając z niej wszelkie obawy – Szczęście w sercu od razu człowiek poczuł słysząc panią! Pani zdaje sobie sprawę jakie to szczęście?! – rozświętował się w duchu i ciele, czym z miejsca rozpuścił wcześniejszą irytację i kłucie w krzyżu. Kimże jest Anna Iwaszkiewicz przy córce Sofijki, przy pani Marze pielęgniarce?!
Zamilkła, by wytężyć umysł. Każda adekwatna do chwili reakcja wymagała teraz od niej sporego trudu. Powoli nabierała wprawy, ale nadal trochę trwało przebicie się przez muł substancji przeciw psychotycznych. To prawda, że przynosiły ulgę znacznie uciszając złowieszcze, przekrzykujące ją głosy. Niestety, pokątnie żywiły się także lekkością zdrowych myśli, których będzie teraz tak bardzo potrzebowała w kontakcie ze światem, w pracy. Stawiało ją to w trudnym położeniu. Nie była w stanie, jak dawniej, postawić swojej inteligencji na baczność. Otumaniona, czuła się mniej lotna, wręcz tępa. Straciła swoje wieloletnie, baśniowe przekonanie, że jej umysł, niczym fale rentgenowskie, potrafi podejrzeć sedno każdej sprawy. Kaplica, klops – powiedziała cicho, po czym wyraźnie zwróciła się do swojego rozmówcy:

– Dziękuję. Miło mi to słyszeć- odpowiedziała krótko, zostawiając jednocześnie smugę głosu, po której zorientował się, że miałaby ochotę powiedzieć coś więcej.
– Służę szanownej pani – zachęcił ją życzliwie – Mam wiele pytań o pani samopoczucie, ale wolałbym się na coś przydać może, hmmm? – zaszumiał znacząco.
– Och dziękuję, na to liczę, prawdę mówiąc. O samopoczuciu nie ma co…
– Zatem słucham uważnie. Przywieźć coś? Kupić? – dopytywał, by ułatwić jej odpowiedź.
– Dziś wychodzę. Pewnie wie pan, gdzie jestem…- sugerowała ze wstydem. Spojrzała na uciekającą wzrokiem, ewidentnie podsłuchującą pielęgniarkę. Młoda dziewczyna żywo interesowała się jej rozmową, choć najwyraźniej sądziła, że ukrywa się z tym mistrzowsko. No trudno, musi być grzeczna, nie dogryzie jej. Nie zaryzykuje…
– Tak- odpowiedział rzeczowo, świadomie ukrywając dalszą część myśli. Jasne, że wiedział, gdzie przebywa pani Mara. Woził pod ten smutny szpital jej córkę Ajkę i panią Helenę. Ale nie wszystko trzeba mówić…
– Dobrze, a czy mógłby pan po mnie przyjechać? – uniżyła się. Zaczerpnęła toksycznego oddechu. Z trudem połknęła tlen obciążony poczuciem winy, jak ołowiem. Uznała, że sprawa wygląda na tyle dobrze, że może już przylgnąć do słuchawki. Spojrzała spod przymkniętych powiek na siksę nadal wertującą dokumenty. Położyła usta na mikrofonie.
– Ze względu na to, że mieszkam dość daleko – próbowała mówić ciszej od szpitalnych odgłosów w tle- wypuszczą mnie, gdy tylko ktoś się zjawi, słyszy pan? Nie ma potrzeby żebym czekała do śniadania i obchodu porannego. Wczoraj już wszystkiego się dowiedziałam- tłumaczyła nerwowo, mając z tyłu głowy nieznośne poczucie, że nikt i tak nie wierzy obłąkanej i zapewne nawet pan Jaś będzie potrzebował sprawdzić, czy rzeczywiście można ją odebrać z wariatkowa. I co najgorsze, ona to usłyszy i będzie jej wstyd do końca jej marnego życia.
Rozdyszała się do słuchawki. Czy można bardziej się siebie wstydzić? Czy można bardziej sobą gardzić? Gdyby chociaż nie była świadoma, że jest świrnięta! Myśli nieznośnie przyspieszyły jej, gdy próbowała udowodnić, że NAPRAWDĘ, NAPRAWDĘ zadbała o wszystkie swoje sprawy, że już z nią lepiej, że jest człowiekiem godnym zaufania… Każdy nadpobudliwy dech odbierał jej siły. Pomyślała o swoim wygodnym łóżku, albo jeszcze lepiej; o miękkim łóżku Ajki. Mogłaby już zakończyć ten dzień głębokim, długim snem wdychając zapach perfum wtartych włosami córki w poduszkę. Tak bardzo brakowało jej Ajki… Powieki nabierały kilogramów. Coraz ciężej było je utrzymać na miejscu. Wyczerpało ją przekonanie, że musi ponad miarę udowadniać, że wie co mówi. Ciało zareagowało jak na wielogodzinną pracę w polu. Pragnęło regeneracji.

Myliła się. Staruszek ani przez moment nie zamierzał kwestionować jej narracji. W tym stanie ducha trudno o zdrową ciekawość. A taka byłaby pomocna w ustaleniu, czy faktycznie w głowie ogrodnika skojarzenia związane z jej osobą są tak samo nieprzychylne jak zakładała. Otóż nie były. Ani trochę nie były.
W momencie, gdy ona gorączkowo uzasadniając swoją poczytalność- dławiła się ociężałością oddechu, panu Jasiowi spadały z serca głazy. Rozpoznał bowiem w jej wypowiedzi znajomą sobie panią Marę, perfekcyjnie zorganizowaną pielęgniarkę. Owszem, mocno zestresowaną, co z miejsca uznał za zrozumiałe nie poświęcając temu zbytnio uwagi.
– Nie ma problemu- odpowiedział łagodnie. Miał nadzieję, że to wyciszy jej rozedrganie.
– Mógłbym wyjechać po panią za okołooo… godzinę. Dobrze będzie, pani Maro? – zaproponował, oszacowawszy naprędce czas kąpieli i wizyty w polach celem uprzedzenia Sophie o późniejszym rozpoczęciu pracy. Nie zamierzał, rzecz jasna, nikogo informować o prośbie pani Mary, wychodząc z założenia, że sama wie co i komu powiedzieć. Wypadało po prostu szepnąć słowo Sophie, że ma dziś w planie porządki w ogrodzie i choć rozpocznie pracę nieco później, to skończy ją także adekwatnie do spóźnienia. Nie musiał zapewniać krawców o swojej uczciwości, a mimo to uważał, że nigdy dość szczerych przeprosin i wyjaśnień. Był zatrudniony, a umowa o pracę zobowiązywała. Amen.

Liczył na to, że uda się zaproponować Sophie zrobienie zakupów i może wspomóc ją jakąś drobną przysługą pocztową lub urzędową. Zapewne znów się tego trochę nazbierało. Zasmucił się, gdy kilka wniosków ułożyło mu się w całość. Dobrze zrobił, że odstąpił braciszka Luli sołtysowi, zanim ten zdążył się do niego przywiązać. Zaniedbywałby psiaka mając przy sobie kogoś takiego jak Sophie. Nie miał wcale na myśli ofiarnego zaangażowania w romantyzm. W każdym razie nie tylko. Łączyło ich coś jeszcze. Sofijka już niemal całkowicie przestała wychodzić poza posesję swojego domu. Jeśli już zdobyła się na jakiś krok, to był nim spacer z Lulą około trzeciej nad ranem. Przemierzała wówczas kilkaset metrów, zazwyczaj w kierunku jego domu. Miał wrażenie, iż tylko ta pewność, że będzie mogła wstąpić do niego po zrozumienie i ukojenie motywowała ją, by wysuwać się spoza swoich bezpiecznych murów. Za każdym razem odprowadzał ją pod same drzwi, nawet jeśli miałby rozbudzić się i nie zmrużyć już oczu tej nocy. Tak… Nawet nie zauważył, kiedy przejął w jej imieniu kontakt ze światem zewnętrznym. Nie wszystko mogła załatwić listownie i telefonicznie. Potrzebowała kogoś, kto jak proteza- zastąpi ją w działaniu. Bezboleśnie zetknie się z życiem.

Z jej strony, jak zawsze, mógł liczyć na rewanż. Sophie nie miała w sobie równych w pobudzaniu innych do rozwoju. Misternie dobierała lektury- kontaktując pana Jasia z kolei z jego zakniejonym, jakże nieokrzesanym kulturalnie wnętrzem.
– Dobrze, to czekam- wyszeptała z ulgą Mara. – Jestem już spakowana. Proszę zadzwonić do drzwi na dole i gdy wyjdzie taka niska, starsza wiekiem grubaska, niech pan jej wtedy powie, że pan po mnie…- Znów to robiła. Nie potrafiła przestać usilnie porządkować rzeczywistości. Znowu się zaklinała. – Wszyscy już są poinformowani o moim wyjściu i PROSZĘ mi wierzyć, wszystko załatwione jak należy- wyjaśniła rozpędzonym w stresie szeptem. Ta gówniara wciąż podchodziła blisko niej, by usłyszeć jak najwięcej! Och, gdyby nie to, że jest świr-pacjentką, która powinna okazać uległość i szacunek, postawiłaby do pionu taką panienkę! Oj, postawiłaby! Ale świr-pacjent takich praw nie posiada. Dla tej małolaty ona, Mara, nie jest doświadczoną pielęgniarką, tylko staruchą, która postradała zmysły i trzeba wwiercać w nią wzrok i nadstawiać uszu czy aby czasem nie zaczęła na powrót bredzić.

Nie wybuchnę, nie wybuchnę. Nie zepsuję sobie wyjścia na wolność… Nie dam się sprowokować. To w końcu jej praca. Pewnie boi się, że coś wywinę. Spokojnie, tylko spokojnie – starała się nie wypowiedzieć na głos mnożących się w niej wytycznych. Zaraz będzie, że znów słyszy głosy i z nimi gada…- zakpiła i prychnęła niezauważenie w stronę dziewczyny.

Ciche klapnięcie słuchawki, sygnał przerwanego połączenia. W takim razie pora się zbierać, powiedział sobie cicho pan Jaś i począł wypełniać wszystkie punkty planu.

Zastał Sophie przy otwartej na oścież Księdze Psalmów i kilku słownikach piętrzących się przy obu jej łokciach. Nie widziała przeszkód, by zaczął swoje prace w dogodnej chwili. Głosem niezakotwiczonym w tu i teraz, gdzieś zza zasłony głębokich rozmyślań, przystała na przesunięcie godzin pracy swojego przyjaciela nie próbując ich nawet zapamiętać. Nie proponowała by usiadł, nie zapraszała do dłuższej rozmowy. Niepotrzebnie przygotowywał się na jej ewentualne, zaniepokojone pytania, czy to, aby nie jakieś poważne kłopoty z kręgosłupem zabierają mu poranek. Nic takiego nie padło z jej ust. Jego mała kobiecinka popędzała swoje myśli tak intensywnie, że gdyby można było czytać z linii zmarszczek powstałych przy tym na jej czole, z pewnością wyszedłby z tego nie lada poemat! Cokolwiek ogłaszała tym sposobem twarz Sophijki – powiedział sobie w duchu wpatrując się w nią z podziwem- bez wątpienia dotyczyło to czegoś zachwycająco mądrego! Sophie już nieraz w jego obecności zamyślała się równie głęboko, opuszczając go tym po trosze. Zwykle dopiero po kilku dniach lub tygodniach dzieliła się z nim swoimi opracowanymi solidnie przemyśleniami. Był pewien, że do tego przywykł. Nigdy dotąd nie spotkał takiej osoby, która potrafiłaby przekopać się spostrzeżeniami w głąb ziemi i nadać znaczenie każdemu robaczkowi dziurawiącemu skorupę, po której chodzimy. Jemu, prawdę mówiąc, znacznie trudniej szło powiązanie spraw doczesnych z Bogiem. Od spotkań z Bogiem miał kościół, którego swoją drogą nie nadużywał ostatnimi laty… Ona wszędzie widziała Boskie ślady. Natrafiała na nie, by z miejsca oddawać się nieskończonym studiom na ich temat. No dobrze, czas wycofać się po cichu, pomyślał. Potrzeb sklepowych ni żadnych innych nie miała albo raczej w tym momencie nie była w stanie zniżyć swojej uwagi ku prozaiczności jego zapytań. Jej zdawkowe odpowiedzi i wzrok uciekający do ksiąg poddał ogrodnikowi myśl, że najwyższy czas na niego. Poczuł jednocześnie ulgę i zazdrosny ścisk serca. Nie chciał przeszkadzać Sofijce i jak najbardziej na rękę było mu tak prędkie załatwienie sprawy. Na swoje szczęście nie został narażony na ryzyko nieopatrznego zdradzenia się z celem swojej podróży i powinien był z tego powodu zrzucić głaz z serca i ruszyć w drogę. On jednak zasmucony przystał na chwilę przy posągach zbudowanym z mądrych ksiąg. Wiedział, że jego ukochana szybko nie wychyli się zeń, by oddać się serdecznej rozmowie z nim. Ot, trafiła mi się mądrala- powiedział w twarz smętnemu duchowi domu, który już zwąchał okazję, by podpowiadać mu melancholię. Pogładził po główce żegnającą się z posłania Lulę. Wyszedł. Po chwili zamykał już za sobą drzwi samochodu. Silnik zagrał bezzwłocznie i przyjemnie. Pani Mara czeka- powiedział sobie doceniając swojego czterokołowego, niezawodnego towarzysza- więc najpierw pani Mara i jej sprawy- wartościował myśli. Próbował odepchnąć smutek uporczywie szukający do niego drogi. Wydawało mu się, że gdy pokonywał wiejską drogę, jakaś iskra pokazała się wreszcie pośród szarzyzny jego wniosków. Pomyślał o dniu, w którym Sophie zaproponuje rozmowę przy naleweczce i podzieli się z nim wszystkim co dziś tak mu ją wykrada. Pokrzepiła go ta wizja. Gdyby tylko wiedział, że duch domu krawców długo jeszcze odprowadzał go wzrokiem… Im mniej znaczącą plamką stawało się jego autko przekraczając granice wsi, tym usilniej nawoływał go skrajnie smutny duch domu w polach.
Szukał sposobu na to, by wedrzeć się w serce bezbronnego z miłości ogrodnika. Tęsknota to podstępne wrota. Silnego zbliża do upragnionej osoby, słabego pcha w byle ulgę. Pan Jaś jednak nie zamierzał szukać zastępstwa za nieobecną tymczasowo ukochaną, choć duch nie tracił nadziei.

– Zaraziłem się od Sofijki, jak Boga kocham! – wykrzyknął, mijając znak informujący o pierwszym, niewielkim miasteczku na swojej trasie – No bo skąd we mnie nagle taki smutek?! – dziwił się, oglądając z dystansu boleści swojego ducha. Po czym zapatrzył się w siebie tak wnikliwie, że nie zwrócił uwagi, iż jest już właściwie u celu. Parking pod szpitalem psychiatrycznym pozostawiał wiele do życzenia. Skołowany wysiadł, rozprostował się i nabrał powietrza. Spojrzał w górę, potem niechętnie wokół siebie. Dzisiejsze niebo niemniej pełne chandry ode mnie, pomyślał. I ten szpital z czerwonej cegły, jak ulepiony z krwi zmrożonej nerwowo w szalonym ciele. Przejrzał pamięć i odtworzył polecenia pani Mary. Zauważył niewielki sklepik spożywczy tuż przy wejściu do szpitala. Kupił trzy pączki pakowane w dwie papierowe torebeczki. Jeden dla siebie i dwa dla ozdrowiałej. Każdemu jest miło, gdy dostanie coś smacznego na przywitanie, nie wiedzieć po co wytłumaczył się ekspedientce.
Wykonał wszystko według wskazówek i po około kwadransie przywitał panią Marę uśmiechem i słodkościami. Wyszła na świat płochliwie, nie domknąwszy do końca drzwi szpitala. Czyżby nie była w pełni przekonana, że jej miejsce jest za nimi? Poza tymi krwistymi murami?
– Jedziemy od razu droga pani Maro? Może jakieś zakupy? – zatroszczył się wskazując drogę do auta. Wyglądała jak wspomnienie po sobie. Rozpoznawał ją po oczach, kształcie nosa i głosie. Wszystko inne pociemniało i znikło. Nawet stopy stawiała inaczej. Niepewnie, jakby spodziewała się nagłego ataku. Spod kapelusika, którego nie nosiła tygodniami, wystawały strzępy nierówno przystrzyżonych włosów. Przeczesywała je ze wstydem, próbując zgadywać, czy zdążył je zauważyć i osądzić… Schudła bardzo. Ubrania, które córka dowiozła jej z domu, nie nadawały się już do noszenia. Biedna pani Mara, taka przystojna kobieta… Pani pielęgniarka, najlepsza na naszych wioskach- biadał nad nią, nie dając poznać po sobie jak bardzo mu jej żal. Bóg jeden wie, co tu przeżyła… Niech raczej szuka teraz pocieszenia, po co mówić jej o tym, co na pewno sama wie… Sama przecież zdaje sobie sprawę, że gdyby nie ten mocno zaciśnięty w tali pasek, pogubiłaby swoje ubrania.
– Jeśli to możliwe- zachrypiała cicho- proszę zawieźć mnie prosto do domu. Potem sobie poradzę. Ajka na pewno zrobiła zakupy. Wie, że dziś wyjdę. Po prostu dziś ma dyżur w szpitalu. Nie chciałam, by się zamieniała z koleżanką. Wie pan jak to jest. Nikt nie chce robić problemu dzieciom…- Rozgadała się, a gdy skończyła miał wrażenie, że mimo, iż padło tyle słów, to jakby nie padło ani jedno. Pani Mara chciała zniknąć i robiła to nawet wtedy, gdy usilnie sprawiała wrażenie, że jest.

Usiadła z tyłu. Długo wypuszczała powietrze z płuc. Szła na wdechu całą te drogę od szpitala? – zastanawiał się i martwił.
– A więc jedziemy do pani mieszkanka nad ośrodkiem zdrowia, zgadza się? – upewnił się.
– Tak, poproszę- odpowiedziała i wyjęła zwitek pieniędzy. Zobaczył to w lusterku.
– Chciałbym jakoś pomóc, tak od siebie, jeśli pani pozwoli…
– Nie czułabym się z tym dobrze, przepraszam- powiedziała zgaszonym głosem i wychyliwszy się, położyła pieniądze obok ręcznego hamulca. Pan Jaś spojrzał w lusterko i złapał jej ziemisty wzrok.
– Dobrze, rozumiem to- schował pieniądze do schowka. – Przejadę drogą niedaleko pani domu rodzinnego, w razie, gdyby…
– Nie rozmyślę się! – krzyk jakby czekał uwięziony w jej gardle, wyrwał się teraz na wolność.
– Nie chcę widzieć mojej matki na oczy! Najlepiej już nigdy!!! Nie chcę jej słuchać! Rozumie pan co mówię?!- wyłuszczyła ostro i zanim się zorientowała- zdecydowanie za głośno. Powstydziła się, kolejny raz. Oceniła straty w lusterku wstecznym. Pan Jaś skrzywił się nieznacznie. Wymęczona kobieta wydobyła z siebie tak nieprzyjemne dla ucha, zardzewiałe dźwięki, że jakiś podstępny ból zaczaił się na jego głowę z tego wszystkiego. Bo to emocje przeróżne dziś i niemałe, ale i zaskoczenie tak wielką niechęcią pani Mary do Sofijki- diagnozował się.
– Tak też będzie- uspokoił ją dodając jeszcze- po prostu tamtędy mi łatwiej jechać, jeśli mogę więc…
– Nie ma problemu panie Jasiu. Pan jedzie, pan decyduje. Ja się prześpię, nie wiem co oni mi dają, ale mogłabym zasypiać ze zmęczenia ledwie się obudzę- powiedziała spokojniejąc. Zamknęła oczy, śniadą skroń opierając na bocznej szybie.

Jechał bardzo ostrożnie, troskliwie rezygnując z radia i ostrych zakrętów. Uniosła powieki dokładnie wtedy, gdy w szybie, niczym w ramie obrazu, zamknął się maleńki domek otoczony polami. Odwróciła głowę tak, by objąć widok obojgiem oczu. – Z daleka wygląda tak niepozornie, sielsko… Rodzinny dom, pożal się Boże nade mną! – bajała nie przejmując się jak zostanie odebrana przez kierowcę. Czuła wściekłość.
– Słodki widok! – parsknęła- Zupełnie, jak gdyby nie czaiła się w nim ponura, bezlitosna starucha Sophie… – wyzłośliwiała się na zostawiany w tyle pejzaż, do którego przez te wszystkie lata tak upokarzająco tęskniła. Wykręciła maksymalnie szyję, by dopić tego widoku do dna, potem zajrzała w lusterko i oczy pana Jasia.
Nie nalegał więcej, by może jednak odwiedziła rodzinne progi. Wcześniejsze ostre konkluzje wziął za pewnik. Pani Mara była bardzo zła na matkę. Ale czy to dziwne? Sofijka nie ułatwiała nikomu bliskości. Miała kłopoty, które wychodziły przed nią, przed jej rzeczywiste intencje. A jak świat światem – dzieci nie są od rozumienia matek, tylko od wypełniania się matczyną miłością po brzegi. Pani Mara nie musiała niczego brać pod uwagę, gdy czuła się niekochana i źle traktowana. Uważał, że Sofijka powinna spróbować inaczej, zachęcał ją do tego i prosił… Jemu było o wiele łatwiej nie brać do siebie tych jej napadów agresji… Ale ktoś tak potrzebujący wsparcia, jak jej dzieci…Dzieci nie mogą być opiekunami rodziców, to wbrew naturze, może nawet Bogu…
– Tylko bardzo proszę, bardzo, żeby czasem pan się tu nie zatrzymywał! – powiedziało coś z głębi niej choć tego nie planowała. Nic, ale to nic przecież nie wskazywało na to, że jej prośby nie zostały potraktowane poważnie. Niestety, kolejny raz nie zapanowała…
Byli już kawałek za zjazdem na pola krawców, gdy pan Jaś zmartwił się mocno. Czyżby przez ten cały czas pani Mara czuwała obawiając się, że on jej nie uszanuje i zawiezie siłą do matki?
– W życiu nie zignorowałbym pani prośby, pani Mareńko- odpowiedział czule, a ona poczuła się tak, jak gdyby podano jej lek, który w stu procentach objął ramionami jej lęk. Ukoił ją, bo zabrzmiał prawdziwie. Pan Jaś nie odgrywał uczuć, on je w sobie miał. I był z nią szczery. Czemu ta podejrzliwa głowa wciąż próbowała to podważać?
– Zaraz będziemy u pani pod ośrodkiem. Proszę pomyśleć, czy może coś po drodze załatwić, kupić… Odstawiłbym panią do domu i załatwił, bez problemu. Zaznaczyłem Sofijce, to jest pani Sophie, że będę później, tak więc mam czas…, gdyby była potrzeba.
– Proszę o niej nie wspominać, proszę pana…Ja naprawdę nie chcę mieć z nią już do czynienia! – załkała chowając twarz w suchych palcach dłoni.
– Oczywiście, nie było tematu- zasmucił się. Po co tyle plotę? – wyrzucił sobie w duchu.

Pan Jaś wiedziony teraz postawioną na baczność intuicją, czuł, że nie musi konsultować się z pasażerką. Bez wahania zajechał ośrodek zdrowia od tyłu i spojrzał w lusterko, by upewnić się, że przeczuwał słusznie. Zobaczył wdzięczność w oczach pani Mary. No pewnie, pomyślał. Kto chciałby być widziany w takim stanie? A próba powrotu do mieszkania przez czynny i zatłoczony pacjentami korytarz ośrodka zdrowia, niejednego z miejsca cofnęłaby do szpitala psychiatrycznego. Przecież wiadomo, że ludzie ciekawi są nieznośnie i nie daliby swojej pielęgniarce w spokoju przejść…
Pozostawiając samochód trochę na uboczu, podprowadził córkę Sofijki pod tylne drzwi budynku. Klucz do nich posiadali tylko mieszkańcy, czyli personel medyczny. Prowadziły one bowiem na ogródek warzywny i niewielkie rabatki pań doktorowych. Mara nie umiała skorzystać z tego kawałka ziemi, choć jej też się należał skrawek. W dalszym ciągu uważała, że na zobowiązujące słowo „ogród” zasługuje wyłącznie bujna i płodna przestrzeń wokół domu w polach. Stamtąd też czerpała zapasy warzyw, ziół i kwiatów. Amen.

Gdy chrzęst poniemieckiego zamka oznajmił Marze powrót do dawnego życia, pan Jaś zaproponował, że podprowadzi ją jeszcze na górę, pod same drzwi mieszkania. Dla własnej spokojności, argumentował.
– Dobrze, dziękuję- zgodziła się pokornie. Była bardzo osłabiona, a schodów przed nimi pięło się kilkadziesiąt i to stromych. Odczuł to wciągając ją na każdy niemal z osobna.
Drzwi do jej mieszkanka stały w głuchych futrynach. Bez Ajki zawsze jest tu tak smutno, pomyśleli oboje, niezależnie od siebie.
– To będę wracał do pracy…- wypowiedział niepewnie. Nie czuł spokoju, pomimo podprowadzenia pani Mary pod same drzwi. To nie była ta pani Mara, którą widział nieraz nawet w mocno słabszych okresach. Z kobiety, którą teraz żegnał – ktoś lub coś wyssało wszystkie soki. Pozostawiwszy zaledwie ich naparstek, tak by mogła, czerpiąc z nich, zapłakać jeszcze tylko nad własnym losem.
Już zamykała za sobą drzwi, gdy widoczna zza nich połowa jej twarzy przemówiła jeszcze:
– Niech pan pamięta, bardzo proszę, by nie mówić nic mamie… Nie widzieliśmy się, dobrze?
– Tak, to dla mnie oczywiste, droga pani.
– Ja naprawdę nie chcę mieć z nią nic wspólnego- tłumaczyła- Pan wie, że mama wyrządziła mi wiele zła. Pan wie, ja wiem, że pan wie…
Zamknęła drzwi. Usłyszał wezwaną na apel nieskończoną ilość zamków i zasuwek. Zupełnie jak u Sophie … Przeniosłaś, pani Maro, swój rodzinny dom ze sobą i nawet nie wiesz o tym- powiedział do niej, chowając to w kieszeni swoich myśli.

Wrócił do samochodu, a potem ruszył prostą drogą do Sophie.
Mijając park oddzielający dwie wioski, wspomniał legendę o wampirzycy, która pomaga od lat dyscyplinować dzieci z okolicznych wsi.
– I dziwić się, że tak porządne kobiety, jak pani Mara chorują na pełne lęków serca… Dorośli dzieciom zapisują w głowach taki los! – mówił do siebie na głos. Dlaczego straszy się dzieci? Dlaczego się je bije? – zapytywał siebie i poczuł przypływ gniewu na myśl o wiecznie rozjuszonej na swoje dziecko pani Gajce.