„Nosiłam ćmę na sercu, była świadkiem mych westchnień. Dziś promień słońca mnie wabi, motylom dać chcę przestrzeń”
Od śmierci Dawida minęło kilka tygodni. Mniej więcej po trzech dniach jego pobytu w ziemi, odszedł od nas także śnieg. Osamotniony mróz, przywykły do białej, puchowej oprawy, nie zamierzał ścinać powietrza w pojedynkę. Którejś nocy wziął głęboki, ciepły wdech i odtąd poranki kładły się na skórze przyjemnym, wiosennym wietrzykiem. Zewsząd pojaśniało, jak zawsze wtedy, gdy zima zamyka za sobą drzwi.
Pierwszej, plusowej nocy przyśnił mi się zdrowy X. Ten, którego kochałam i którego pragnęłam. Mój dawny chłopiec z początków naszej znajomości. Przesiadywaliśmy u mnie w pokoju. Grał na fortepianie zupełnie obcy mi utwór i odśpiewywał go mocnym, męskim głosem. W jego gardle i oddechu- nie dosłyszałam nawet cienia niemocy. Pamiętam, że we śnie nie dowierzałam, dotykając go i dopytując w zdumieniu:
– Jak to się stało, że jednak wyzdrowiałeś i masz się tak dobrze?!
Nie przestawał muzykować, ale uśmiechał się promiennie i łasił policzkiem do mojej dłoni. Był szczęśliwy, wygrany. I był ze mną. Jego długie, rozpuszczone włosy lśniły w kilku odcieniach wysyconej słońcem pszenicy. Łapały w siebie każdy, gorący promień, który przedostał się do pokoju. Dotykając ich ogrzewałam sobie dłonie.
Zaraz potem obudziłam się w mokrym, obsikanym łóżku. Z raną wydłubaną paznokciem, kilka centymetrów pod pępkiem.
Moje SOS napisane ciepłym moczem i ciemnymi kroplami krwi na pościeli. Do kogo je adresowałam?
Nie mogłam pełnoprawnie uczestniczyć w jego pogrzebie. Prawdziwe panoptikum migawek z przebiegu tej świeckiej, wystawnej uroczystości- zebrali dla mnie z miasta i tak zwanego „towarzystwa” – Zachary wraz z wujem Leonem. Sophie i tata, a także kancelaria wuja Leona i Jakuba- dostali oficjalne, grzecznościowe zaproszenia. Tata, z tego co mi opowiadano, był nawet na stypie, gdzie dopełnił nie tylko towarzyskich, ale i biznesowych uprzejmości. Spodziewam się, że tak rodzina Dawida, jak i mój ojciec- zgodnie udawali, że ktoś taki jak ja- nigdy nie zaistniał w ich uporządkowanej i bezpiecznej relacji. Zapewne wszystko potoczyło się ku chwale konwenansów i przyszłych interesów. Bez zbędnego zamętu, czyli z jasno określonymi, wzajemnymi oczekiwaniami. „Usługa wymaga uiszczenia opłaty. Nie wprowadzajmy w tę transparentność zaburzających emocji. Ad rem, panowie! Geszfecik nie poczeka. Jak nie my, to zrobi to ktoś inny!” – rozbrzmiewały mi w głowie cytaty z ojca.
Wycofana i coraz wyraźniej znękana ciocia Helena- przekazała mi zaledwie strzępy informacji. Dołożywszy jednak starań, mogłam odtworzyć sobie z nich scenę, w której to Sophie otrzymawszy zaproszenie na pogrzeb Goldberga juniora, rzuca je na podłogę, spluwając przy tym kilka razy na kopertę i ozdobny blankiet. Syczała przy tym zapewne i jak mniemam, wezwała Boga na świadka swojej nienawiści. Czy uniosła pięści nad głowę i wrzasnęła Bogu w twarz, jak to zwykła była czynić w furii? Tego nie udało mi się ustalić z nieuchwytną ciocią.
Odpalany w głowie po wielokroć kadr prezentujący babcię mszczącą się na kawałku papieru, dawał mi wtedy niełatwe do wyjaśnienia wsparcie. Mogłam podpiąć się do jej nienawistnych uczuć i upuścić z siebie trochę jadu gromadzonego w temacie Goldbergów. Co ważne, mogłam robić to wielokrotnie i niepostrzeżenie, na konto Sophie.
Tymczasem reszta obecnych na pogrzebie, mówiła o nim bardzo różnie. Jak to już jest w ludzkim zwyczaju- do jednego zajścia przyłożono wiele oczu i wiele uszu… Każdy wypatrywał i nasłuchiwał, podczas tego smutnego wydarzenia, przede wszystkim czegoś sobie potrzebnego… Ci, co mieli nierozegrane porachunki z Goldbergami, narzekali niemal na wszystko. Że zbyt pompatycznie, że na pokaz, że z Estery głową coraz gorzej i po chamsku zbywa nawet tych, którym winna jest szacunek za liczne przysługi… Przyjaciele rodu Goldbergów natomiast, zachwalali gustowne ozdoby i wykwintne dania, których to niezaprzeczalnej jakości, gospodarze dopilnowali nawet w tak dramatycznych dla siebie chwilach. Dalsi znajomi i niezaangażowani emocjonalnie goście, podkreślali dramaturgię zniknięcia z tego świata, tak młodego człowieka, jakim był Dawid Goldberg junior. Umarł będąc w przedsionku życia- mawiali. Nie skorzystawszy ze zdobytego wykształcenia i zaplecza finansowego, który zgromadził dlań ojciec, wespół z rodzinnym klanem mecenasów i sędziów.
Przybyło wielu kolegów i koleżanek z poprzednich szkół, a także ci najcenniejsi w oczach rodziców X., czyli znajomi z uczelni i wykładowcy. Ten to profesor, nagradzany nawet w Stanach, a tamten to zaledwie doktorek, ale rokujący! – tego typu stopniowania miały padać z ust żałobników dość często. Dawid żegnał się z doczesnością wśród pokaźnej świty prawniczego świata. Odchodził w stylu, w jakim miał żyć. Jego ojciec, podobno co i rusz, z łzawą dumą zerkał na socjetę, do której przez ostatnie lata przynależał jego syn. Ludzie napływali strumieniem eleganckich płaszczy, kapeluszy i parasoli podtrzymywanych nad damami, w trosce, by nie zmoczył ich śnieg. Wydawało się, że tylko ostatnia sympatia zmarłego, okazała się tu być persona non grata. „Ona nie ma tu czego szukać!!!” – odpowiedziała ze wściekłością Estera Goldberg, kiedy to ktoś z kumpelskiej paczki X. składając jej kondolencje, zapytał o dziewczynę Dawida, celem okazania jej współczucia z powodu straty. Reakcja matki zmarłego zmrażała każdego, kto śmiał otworzyć usta w tym temacie. Temat więc szybko zanikł, naturalnie. Z grzeczności i z szacunku do charakteru uroczystości, rozmyłam się w myślach przybyłych gości i ich rozmowach.
Prawo do żałoby przyznano wszelkim, dalekim znajomym z dyskusyjnego kółka, w którym poznaliśmy się z Dawidem, deliberując nad Proustem.
Ale nie mnie.
Ona, czyli ja- nie miałam tam czego szukać.
Wiedziałam to jeszcze zanim Dawid zmarł. On sam także był o tym przekonany i w pewnym sensie zasugerował mi, by mój udział w jego pochówku, zrealizował się poprzez kuzyna czytającego mowę pogrzebową mojego autorstwa. Dziś myślę, że było to pokrętne, ale z pewnością znaczące. Oddał mi głos, podczas, gdy sam spał już z martwym gardłem, w którym mowa, w pół zdania uwiędła – odcięta od tlenu i słońca. Dawid szczerze wierzył w to, że moja poetycka narracja, będzie czymś najlepszym, co mogliby usłyszeć jego nadęci znajomi i ich rodzice. W tym- także jego rodzina. Wzruszam się na myśl o tym, że chciał, by ostateczne, publiczne słowa na jego temat, wybrzmiały w moim rytmie. Zwłaszcza, że posiadał dar przemawiania i gdyby żył, próbowałby bronić w sądzie samego Diabła. Mógłby napisać na swój temat porywającą laudację. Tymczasem oddał mi głos w swojej ostatniej sprawie. To był nasz sekret. Nasze pożegnalne zespolenie.
Według jednoznacznych doniesień, wyłapanych spośród wici zarzuconych przez wuja między wspólnych znajomych, mowa pożegnalna wzruszyła absolutnie wszystkich, w tym deklamującego. Zanim spuszczono trumnę do, z trudem wykopanego w zmarzniętej ziemi, grobu- wszystkie twarze pogniótł płacz i żal.
Ten dzień spędzałam z Zacharym, u niego w mieszkaniu, do którego dotarłam już bladym świtem. Poprosiłam, by na kwadrans przed ustaloną godziną pochówku Dawida, zawiózł mnie na taką odległość od domu pogrzebowego, z której, niezauważona, mogłabym zobaczyć wyciąganą z auta trumnę. Nie wiedzieć skąd, miałam przekonanie, że przywiozą Go na ostatnią chwilę. Tak było. Ukryta w uścisku Zacharego, wzięłam udział w tej rozdzierającej scenie. Staliśmy sklejeni za wielkim ogrodzeniem z siatki i kilkoma ośnieżonymi krzewami. Zamknęłam się w swoich oczach. Próbowałam tylko patrzeć, nie czuć tego, co na mnie już wtedy napierało. Na nic moje wysiłki. Okazuje się, że żałoba dociera do serca nawet przez maleńką, pustą przestrzeń w siatce, przez którą śledziłam przebieg wydarzeń.
Pracownicy firmy pogrzebowej, w białych rękawiczkach wytaszczyli na światło dzienne jasną, drewnianą arkę, w której spało kamiennym snem, ciało wychudzonego, wymęczonego Dawida Goldberga juniora. Najbliższa rodzina zebrała się, by poprowadzić zmarłego przez kilkadziesiąt metrów na strojny katafalk, gdzie miał być pożegnany. Patrzyliśmy z Zacharym z daleka na kondukt zmierzający do domu pogrzebowego. Przed oczami przebiegały mi co ważniejsze zdania listu, który otrzymałam od Dawida podczas naszego ostatniego spotkania. Nie płakałam. Za to, gdy trumna zniknęła wewnątrz budynku, zawyłam tak głośno, że Zach wpakował mnie do auta i odjechał najszybciej jak się dało. Jak ranny zwierz. Jak ktoś, kto nie miał szans opracować swojego bólu myślami, słowami, nawet sercem. Był to żałobny, organiczny skowyt jednego z moich światów, konającego gwałtownie. Świat Noe i X. rozpierzchł się definitywnie. Nie doczekawszy godnej, ostatniej posługi.
Obie opcje wydawały się nam równie możliwe. Albo nikt nas nie zauważył albo nie ośmielono się tego skomentować i puścić w tak zwane towarzystwo. W przeciwnym razie doniesiono by o tym ze szczegółami wujowi Leonowi i ojcu, niewątpliwie. Może przeszło im przez myśl, że gdzieś za rogiem zaskomlał z bólu pies, ale jego ból nie wydał się nikomu znaczący…
– Zesikałam się, Zach- powiedziałam cicho. Mój cienisty towarzysz dociskał gazu, nie tracąc przy tym czujności na śliskiej drodze. Pokonaliśmy już spory kawałek miasta. Uleciał prestiż eleganckiej dzielnicy, wewnątrz której mieścił się gustowny dom pogrzebowy i kilka nitek świeżych ulic- wysadzonych domkami jednorodzinnymi. Wjechaliśmy między stare kamienice. Miasto żyło swoim życiem. Ludzie nie przerywali zaplanowanych zajęć, nie spowalniali kroku. Dla nich Dawid nie zniknął, dla nich nigdy się nie pojawił. Na jedno wychodziło. To tak jakby odebrać życie ledwie co stworzonemu Adamowi, który jeszcze dla nikogo na ziemi nie zdążył zaistnieć. Nikomu nie stał się bliski. Co za różnica więc odebrać go ziemi…
Bolało mnie to zaaferowanie miasta, jego nieczułość na to niesprawiedliwie szczupłe i martwe ciałko chłopca, który powinien nadal być silnym, postawnym mężczyzną…
Który powinien być żywy i obrastać w czas i doświadczenia.
– To nic, Noe. To nic. Nic się nie dzieje…Przebierzesz się… – Zach mówił zza wyczuwalnego rozproszenia. Zestresował się moją reakcją na trumnę i zapewne też konsekwencjami, jakie mogłabym na siebie ściągnąć, gdyby nie udało nam się rozpłynąć w powietrzu. Wspominał, że w ostatnim czasie sporo dowiedział się o rodzicach Dawida. Nie ufał im. Uważał, że Estera Goldbergowa, zdolna była nawet na pogrzebie syna zrobić mi scenę. Nie zaprzeczyłam. Trafnie przeczuwał. Ta kobieta nie panowała nad sobą i nad swoją niechęcią do mnie. Ale co gorszego mogłaby mi zrobić Estera Goldberg, od tego, co dotąd spotkało mnie w życiu? Byłam nieudanym dzieckiem, niewystarczającą wnuczką, pokraką niepodobną do kobiet, nie pasującą już też do dzieci… byłą, odrzuconą dziewczyną Dawida. Co jeszcze można było mi zarzucić? Znałam na pamięć swoje braki. Byłam biegła w niedocenianiu siebie.
Jak bardzo mogłoby mnie zaboleć to, co ma mi do powiedzenia Estera? Pytałam siebie, przyglądając się ukradkiem smutniejącemu kuzynowi. Uważałam, że niepotrzebnie trząsł się nad moją emocjonalnością. Co mogłoby się wydarzyć? Zwyzywałaby mnie publicznie? Pobiła? Poniżyła?
Nie ona pierwsza.
Nie brałam wówczas pod uwagę takiej możliwości, że można nie podpinać się pod chore głowy innych ludzi. Nie wdawać się w ich toksyczne zakusy. Nie być zaprzęgniętą w cudze zaburzenie. Wydawało mi się, że jeśli zniosłam to tyle razy, to mogę znosić bez końca. Miałabym się przed tym bronić? Z jakiego powodu? Myśl o tym, że życie mogłoby sprawiać mi przyjemność, przez długie lata nie zawitała w mojej głowie. Wystarczała mi świadomość, że potrafię sporo znieść. Czasem nawet się tym szczyciłam przed samą sobą.
Zanim zaparkowaliśmy pod kamienicą, w której mieszkał Zachary, posikałam się jeszcze kilka razy. Nie zrobił z tego kwestii. Ani drgnął zorientowawszy się, że tonę w sikach. W innym wypadku, zapamiętałabym swój wstyd spotęgowany jego grymasem lub najmniejszym nawet komentarzem na ten temat. Dlatego jestem pewna, że celowo nie okazał mi wtedy nawet współczucia. Zachowywał się tak, jakby było to najzupełniej zwyczajne, że siedemnastolatka nie ma kontroli nad oddawaniem moczu.
I, że jej płochliwy pęcherz połączony jest jakimś niewidocznym naczynkiem z pokiereszowanym, dziewczęcym sercem. Im świeższe rany pojawiały się na sercu Noe, tym mniej był w stanie znieść jej pęcherz. Wypłakiwał więc całą swoją zawartość, w smutną pustkę między jej udami. A ona nazywała to zwięzłym: „zesikałam się, Zach, znowu się zesikałam”.
Czy tak wyglądały myśli Zacharego na mój temat? Czy tak starał się mnie widzieć? W taki właśnie sposób rozumiał tę sytuację, której za nic nie dało się przecież w pełni zrozumieć?
Odpowiedzi na te pytania wyszukuję we wspomnieniach. Próbuję odczytać odciski na dobrych dłoniach Zacharego. Nadal tak dobrze je pamiętam… Układam je przed sobą i badam skrawek po skrawku. Przypominam sobie jego ciepłe, uspokajające słowa i wiem o nim wystarczająco dużo, by nie chcieć zapomnieć, by wierzyć w moc jego uczuć do mnie. Dokładnie tak, jak tego chciał. Ocalam nas w sobie po dziś dzień.
Tamta siedemnastolatka…, czyli ja.
– Żałosna! – rzuciłam w trzeciej osobie, trzęsąc się z zimna w zasikanym na wylot siedzeniu auta. Podkręcone na full ogrzewanie nie mogło mi pomóc. Chłód, który się we mnie wkradł, nie pochodził z zewnątrz. Temu, co mnie zmrażało, mogło zaradzić tylko trwałe ocieplenie wnętrza, od lat poddawanego przenikliwym przeciągom. Niepotrzebnie Zach męczył się tym sztucznym ukropem, podsycanym po każdym moim szczęknięciu zębami. – Żałosna! – urągałam sobie. Nie wpasowywałam się do żadnego spośród żartobliwych powiedzonek, którym mogłabym rozładować atmosferę, nawet gdyby udało mi się zebrać na to siły. Bo chociażby „latać jak kot z pęcherzem” – przytacza się, by opisać kogoś zdolnego do bycia w ruchu, wyczekującego czegoś niecierpliwie…W stanie, w którym byłam, nie pasowało do mnie już nawet pierwotne znaczenie tej frazy, nawiązującej do kota, któremu podczas świniobicia przyczepiano do ogona świński pęcherz. Rozrywki miało dostarczać zdezorientowanie zwierzęcia, próbującego pozbyć się balastu…
Ja już nie próbowałam się szamotać, nie wierzyłam, że mogłabym zgubić to, co mi ciąży. Traciłam kontakt z odreagowującym samoczynnie ciałem. Utknęłam w czasie i nieczuciu. Osaczyła mnie jedna, zapętlająca się emocja: opuszczenie. Nie rozpaczałam, nie roztkliwiałam się nad sobą. Podporządkowałam się temu stanowi. Uległam jego zawłaszczającym prawom.
Było już tak źle, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że potrzebuję opieki. Gdyby nie Zachary, nie wiedziałabym, że trzeba wysiąść z auta i zrzucić mokre ubrania. Gdyby nie on, zamarzłabym pod siatką okalającą posesję domu pogrzebowego. Uczucie beznadziei przejęłoby nade mną kontrolę i wyłączyło instynkt samozachowawczy. Umarłabym tak jak żyłam- przekonana, że bez człowieka, któremu powinnam się do czegoś przydać, nie mam prawa wyczekiwać kolejnego dnia.
Dawida już nie ma, Dawid nie żyje, Dawid nie wróci, Dawid mnie nie chciał. Nie umiał mnie chcieć taką jaka jestem. Nie chciał mnie chcieć. Ale jak mogłam zostawić mamę? Jak mogę być tak egoistyczna? Nie wiem co u niej, a wlokę się przez miasto w swoich urojonych troskach! Powinnam skupić się na tym, by jej pomóc. Powinnam przestać przyklejać się do obcych ludzi po to, by jak jakiś pieprzony znaczek pocztowy próbować wyfruwać z domu przy byle okazji! Mama zasługuje na moją pomoc! Nie poradzi sobie sama! Powinnam zdechnąć! Jestem mniej warta niż śmieć, dla którego przeznaczono kosz na odpadki! Nie zasługuję na dom! – wyrzuty opętywały mnie, próbowały zaszczuć. Jesteś nikim! – przypominałam sobie słowa taty.
Wstyd! – na dobre otoczył mnie rój oskarżających myśli. Żądliły boleśnie. Szukałam jakiegoś ujścia, chciałam się ukarać i przywrócić swojemu światu dawne tory. Marzyłam, by zanim umrę, zacząć znów komuś służyć, nadużyć się, potwierdzić swoją przydatność. Mamo, mamo! – próbowałam krzyczeć, ale z ust wyrywał mi się tylko bezsłowny, cichutki jęk. Męczyłam się. Pomimo zmarznięcia, pociło się całe moje ciało. Oddech wariował. W którymś momencie nie ma już czym sikać, żołądek też jest pusty, a pod opieką Zacharego nie ma mowy o próbach kaleczenia skóry. Nie mogłam umrzeć, a wydawało mi się, że życie zamyka przede mną wszystkie drzwi, że gasi wszystkie latarnie, które mogłyby przywołać mnie do bezpiecznego schronu. Tego dnia, przezorny Zach, pilnował moich rąk tym czujniej… Zamierałam, uciekałam na oślep, w głąb siebie przed goniącymi mnie, samobójczymi duchami. Ciekawe, czy Zach zdołałby uratować palec cioci Helenki, gdyby dano mu szansę opiekować się nią…? – rozmyślałam, szamocząc się we własnym ciele i wściekając się na mojego śniadego anioła stróża. Daj mi umrzeć, na Boga! – wypowiadałam w duchu bluźniercze prośby, zakładając, że skutecznie ukrywający się przede mną Bóg, nie będzie miał ich mi za złe.
Trwał przy mnie Zach. Czasem dostrzegałam w nim obrońcę, czasem złodzieja mojej wolnej woli. Trwał niewzruszenie, bo jak mówił, był przekonany, że gdy nie bywam sobą, coś co zostało siłą zapisane na zrostach moich łamanych kości, chce mnie wtedy zabić. Czy to możliwe, żeby mój kuzyn poznał mnie, aż tak dobrze? Nawet jeśli działał na wyczucie, to ocalał mnie nim. Dziś powiedziałabym nawet, że bardzo często nieświadomie przedłużał moje życie. Nie tylko wtedy, gdy mobilizowałam się do prób samobójczych. Zaprocentowało także coś innego, wydawałoby się- prostszego. Otóż, przejawy jego troski i zabieganie o mój komfort przez kilka miesięcy wydarzały się regularnie i dzięki nim, znienacka docierały do mnie pojedyncze, nietrwałe jeszcze myśli, że może można by kiedyś chcieć tak żyć…? Kiedyś, za dziesiątki lat, gdy zmieni się wszystko wokół – marzyłam cicho. Były to zalążki zdrowszych emocji, pojedyncze słowa, które, niczym motyl, przywoływały sobą skojarzenia o wzbiciu się w powietrze, ale też o nietrwałości szczęścia, które trzeba nauczyć się ocalać. Nie rozumiałam jeszcze wówczas, że to nie świat powinien stworzyć mi przyjazne warunki, ale, że kiedyś ja sama zbuduję dla siebie dom, osadzony w spokojnym ciele i w miarowym duchu. I, że znajdę na to siły- czerpiąc z najmniejszej nawet czułości ofiarowanej mi kiedyś przez ludzi.
Wtedy, tej dogasającej zimy, doświadczałam przy Zacharym bycia braną pod uwagę i bezwarunkowo kochaną, nawet w morzu własnego moczu.
Dzięki niemu, uczyłam się dawać odpór tym wszystkim latom, w których uczucie wstydu i zażenowania sobą- były jednymi z niewielu uczuć, które dopuszczałam do siebie na dłużej. Wstyd z powodu żywych reakcji na strach i ból był ze mną nieustająco. A przy tym złość, że pomimo usilnych starań, nie udawało się siebie okiełznać. Zamrozić się i nie przeszkadzać światu- mój niedościgły (dziś wiem, że na szczęście) ideał.
Gaja odreagowywała moje istnienie w jeden wyłącznie sposób, czyli kryminalnie. Na wszelkie objawy bezczelnie przejawiającego się we mnie życia, jej antidotum była przemoc. Zlało się to gówno śmierdzące, nie patrzy jak łazi, ciągle czegoś chce, czas zabiera, jęczy jak mazepa, a ty się człowieku męcz się z takim gałganem niegramotnym, jeśli go w porę nie zabiłaś! A właśnie, że teraz to już ukręcę ci kark!
No cóż.
Dziś wiem, że nie da się logicznie wyjaśnić, jak dokładnie działał koktajl, który nałogi zbełtały w sercu mojej matki. Jakkolwiek się za niego nie zabiorę, kończą mi się fachowe nazwy, ale i ciężko do jej szaleństwa przykładać swoje zdrowiejące uczucia. Jej świat pędzi jak szalony, ma zamazane brzegi, destrukcja jest jego motorem. Gaja pali za sobą nawet te mosty, które sama stawia z trudem w trzeźwiejące dni. Skąd więc miałaby mieć siły, by utrzymać kładki rzucane jej przez nas, jej bliskich?
Rozglądałam się choćby za strzępami sensu wokół mnie. Chciałam zgromadzić w swoim świecie jakieś sprawy dające ubrać się w słowa, trzeźwiejsze niż mama i trwalsze niż ona. Trafiłam na pewien trop.
Ciało od zawsze było brzemieniem dla mieszkańców domu w polach. Przeszkadzały nam ciała własne, ale i ciała innych, otaczających nas osób. Tak na przykład- niekontrolowane zachowania mojego ciała, były podsumowywane przez Sophie z dużą jadowitością. Prawdopodobnie właśnie tak traktowała też samą siebie. Zabierz mi sprzed oczu swoje cuchnące zwłoki! – krzyczała, marszcząc skórę na nosie, gdy dopadał ją duch obrzydzenia fizycznością. Naprawdę czuła smród i z miejsca zapadała na migrenę. Mogłabym wysmarować się wtedy mydłem i stanąć przy niej, a dla niej i tak byłabym obrzydliwa. Zresztą, nie tylko ja. Zależy na kogo padło… Używała rozmaitych form zawstydzania i poniżania mnie za emocjonalne reakcje mojego ciała. Sikanie, wymioty, gorączka, zawroty głowy, omdlenia, okaleczanie się. Ciężko było się połapać, co jest dobre i czy w ogóle jest we mnie cokolwiek, co babcia mogłaby zaakceptować. Zastygły Golem, którym także bywałam, irytował ją niemniej. Zdarzało się, że używała przemocy fizycznej, chcąc okazać mi swoje niezadowolenie i przy okazji obudzić mnie z tego destrukcyjnego snu. Biła mnie, bym przestała być taka, jaka jestem. Biła mnie, bym zaniechała wyzwalania w niej uczuć, z którymi nie chciała mieć kontaktu. O czym jej przypominałam? O tym, że więźniowie obozu koncentracyjnego, wpadający w apatię, tracili szansę na przeżycie? Może widziała we mnie kogoś, kim byłaby, gdy pozwoliła sobie zupełnie opaść z sił? Kim była, gdy nikt nie widział? Mną? Golemem?
Jakże niesprawiedliwe bywają słowa.
Pisząc, że byłam bita zarówno przez mamę jak i babcię – niezamierzenie zrównuję je ze sobą. A przecież bicie Sophie w niczym nie przypominało amoku mamy. Babcia nie karciła mnie z myślą o unicestwieniu. Zazwyczaj uderzała pięścią w plecy. Raz, może dwa dostałam w twarz za sikanie w majtki na jej oczach. Jej przemoc niosła ze sobą komunikat: Ejże! Nie rozpadaj się tak bezwstydnie na naszych oczach! Nie żyjesz tu sama! Za chwilę wszyscy będziemy na to chorzy! Na bezsilność i beznadzieję…
Szybko zorientowałam się, że Sophie nie chce patrzeć mi w oczy, gdy gubię się w ciele, gdy podtapiam się we własnych myślach i wchodzę samej sobie i wszystkim pozostałym pod nogi…
Pewnie dlatego decydowała się zadawać mi w takich chwilach cios między łopatki. Znienacka, by ograniczyć konfrontację. Przebudzona siłą- czułam, że najlepszym co mogę wtedy zrobić, to zejść jej z oczu w milczeniu. Nie okazywać nawet smutku. Wyprać się z reakcji. Zignorować ból rozlewający się po kręgosłupie, a potem wielkiego sińca podeszłego krwią. Przeczuwałam, że zaraz po moim wyjściu, Sophie dopadają wyrzuty sumienia, a mój widoczny smutek, z chwilą wyparowania babcinej, szalonej złości, sponiewierałby jej i tak niestabilną psychikę. Obawiałam się, że z trudem wybacza sobie przemoc, która wchodzi w nią niepostrzeżenie by nakłonić jej drobne ciało do swoich scenariuszy. Martwiłam się o nią.
Natomiast nigdy nie trapiłam się tym, że sama także posiadam nieliczne, zdrowe cząstki, których wciąż ubywa pod wpływem przemocy stosowanej wobec mnie. Są takie myśli, które bez pomocy z zewnątrz, nigdy nie zrodzą się w głowie, która wzrastała w dolinie wiecznego cienia, nie podejrzewając świata o słońce…
Wyćwiczyłam się za to przeświadczeniu o własnej szkodliwości. Z wiecznie smutną ćmą na sercu. Motyle dopiero miały mi się przypomnieć przy Zacharym.
W przeciwieństwie do mamy, Shopie nie zawsze reagowała na moje nieokrzesane ciało w ten sam sposób. Dobrze zapamiętałam nieliczne, znaczące wyjątki. Zdarzało się, że nie mogąc się poskromić, przy okazji sikania w majtki na jawie, wpadałam jednocześnie w prawdziwą rozpacz i za nic nie mogłam zasklepić się przy tym w sobie. Wręcz przeciwnie, ogarniało mnie żywe rozczarowanie, które musiało być nie do przeoczenia, nie do zlekceważenia. Czy byłam nierównoważona? Nikt nigdy tego nie skomentował. Sophie nie radziła sobie ze mną i tym, co przy mnie wtedy czuła. Dosłownie słyszałam, jak spina kark, spłyca oddech i przyczaja obok, niczym kot oceniający z daleka naturę zbliżającego się psa. Moje nieutłuczone emocje prowokowały ją do ucieczki, przestraszały. Nie mogła zebrać sił, by na mnie huknąć, przywrócić mnie do porządku jak zwykła była to robić, gdy nie kontaktowałam. Jakby przypuszczała, że moje rozgoryczenie w sekundę może zamienić się w odwet- gdyby mnie tylko tknąć. Wzywała więc Helenkę lub pana Jasia na pomoc. Sama natomiast wycofywała się, obniżała ton głosu i obserwowała ciszkiem, zza uchylonych drzwi swojej kuchni.
Ale gdzie ja teraz jestem?
Ah tak. Auto Zacharego, kałuże mojego moczu, mokre spodnie. Mróz. Zaparkowaliśmy, wyszłam z samochodu. Poza nim tak samo zimno jak wewnątrz… Mój duch jak sopel. Czy kiedyś urwie się i przebije komuś serce?
Nie pamiętam przekraczania progu kamienicy ani mijających nas klientów kancelarii. Musiałam być też głucha na orkiestrę zamka w drzwiach wejściowych prowadzących do mieszkania Zacharego. Blanka podobno łasiła się do mnie, podobno wuj, rezygnując ze stypy, wszedł na chwilę do mieszkania, by przekąsić coś przed powrotem do pracy. Mieliśmy, jak się zdaje, nawet wymienić kilka zdań. Niepokoił się jak to wszystko znoszę…
Nie pamiętam tych kilkunastu minut.
Dopiero prysznic mnie obudził, rozluźnił. Wreszcie zrobiło mi się ciepło i zaczęłam zapamiętywać przebieg zdarzeń.
Zach uprzątnął samochód, gdy brałam prysznic. Poprosił jedynie żebym włożyła do pralki przemoczoną bieliznę i spodnie, a on zajmie się resztą. Słowo stało się ciałem. Bez zbędnych komentarzy usuwał ślady mojego moczenia się. Nucił coś pod nosem wywieszając na suszarce moje odświeżone majtki. Zachowywał się naturalnie, jak gdyby to co robił, emocjonalnie nie ważyło więcej niż parzenie kawy lub ścieranie kurzy. W pierwszych minutach nie zaufałam temu. Siedziałam na szezlongu wuja udając, że czytam Steinbecka. Tak naprawdę prześwietlałam Zacharego, szukałam haczyka. Czekałam, aż wybuchnie, zarzuci mi chorobę psychiczną lub niedorozwój. Ale nic takiego się nie stało. Nie poleciały śmieci, barachła ani Golemy.
Chwilę potem piliśmy wytrawne wino i jedliśmy macę na słodko. Siedziałam po turecku na miękkim dywaniku w salonie i uczyłam się pływać w napływającym do spokoju. Lejący się, akacjowy miód, kawałki twarogu i żurawina naprawdę mi smakowały w połączeniu z macą saute. Jakiś zalążek głodu a nawet kulinarnych zachcianek pojawił się we mnie na ten czas. Wreszcie mogłam także swobodnie wypróżnić się. Poczułam się na tyle bezpiecznie, by móc, jak człowiek skorzystać z toalety.
Ulga i radość napełniły mnie w łazience na myśl, że nie wszystko stracone. Nie oszalałam na dobre. Znowu wiem, kiedy strawił się pokarm i kiedy pęcherz się przepełnia.
Na to wszystko naszedł wuj Leon, szczęśliwy, że widzi nas w winnym nastroju. Nie potrafił ukryć jak bardzo cieszą go oznaki czyjejś obecności w mieszkaniu. Uśmiechał się na widok rozstawionej suszarki z praniem, okruszków macy na kuchennym blacie i świeżego jedzenia w misce Blanki. Wszystko to komentował aksamitnym głosem, a kolejno odnotowywane ślady naszej bytności, potęgowały jego zadowolenie. To było dla mnie jak baśń- jego szczera radość z naszego przebywania. Niczego więcej nie potrzebował. Wiedziałam, że próbuje oswajać się ze zbliżającą się wyrwą po synu. Czy podobnie jak ja- intensywnie przygotowywał się na nagłą samotność? Na tę ciemną ścianę, która wyskoczy znienacka, gdy dotrze do nas fakt, że Zachary umarł dla naszej codzienności? Czy on także odkładał żal na później, nie chcąc rozpaczać przy synu? Bo jakaż to byłaby strata, skoro syn jeszcze tu jest…?
Przebrał się. Wymienił elegancki garnitur i białą koszulę, na jeansy i seledynową polówkę. Pani Jasia prasowała doskonale. Nawet w nieoficjalnym stroju, ten maleńki skrzat- mężczyzna, sprawiał oczom niezmąconą niczym przyjemność. Czując teraz większy luz w stawach, obszedł salon dookoła. Przywołał świecom ogień w kilku porcelanowych świecznikach. W tle leciała Etta Jones. Stary adapter nastrojowo oprawiał wyśpiewywane przez nią słowa w trzask i chwilowe przyciszenia. Nie rozumiejąc angielskiego, mogłam mieć nadzieję, że Etta snuje opowieści o lekkim życiu, które gdzieś tam, bardzo daleko, jest możliwe… I może przytrafi się kiedyś mnie…
Podziękowałam za wspaniały, niespodziewany prezent. Marcel Proust w oryginale, do tego wydany tak zachwycająco… Wuj Leon zauważył moje poruszenie. Przypatrywał mi się z uwagą, gdy usiłowałam w kilku zdaniach zawrzeć ogrom przyjemności, jakiej to dostarczają mi te urokliwe tomy podczas lektury. Wzruszył się, zaczerwienił i postanowił, że przysiądzie się do nas, zgodnie z naszą propozycją. Rozochocony okazją, że w niewymuszony sposób otworzyły się między nami literackie klimaty, zarekomendował książkę, którą, tyle co o poranku, ze smutkiem ukończył. Ktoś polecił mu kryminał z bardzo głębokim tłem psychologicznym. Ekscytował się teraz i podśmiechiwał zarazem, wspominając, jak to w każdej przerwie pracy, tonął w stronicach powieści, ostatecznie zapominając o jedzeniu.
– Wyobraźcie sobie, moi drodzy- snuł miękko patrząc na przemian w nasze oczy- że Nowy Jork tonie w śniegu i krwi. Rokrocznie, drugiego stycznia o świcie śnieg upijany jest litrami krwi! Nie ma jednak ciał, nikt nie zgłasza zaginięć takiej ilości ludzi, którzy zabici, mogliby zafarbować całe City! A jest to pewne, zapomniałem dodać, że to ludzka krew…
Słuchaliśmy z zaciekawieniem, próbując podążać za tajemnicami, które stopniowo zagęszczały się w streszczanej nam fabule powieści. Wuj poprosił o kieliszek wina i wychylając go do dna, odchrząknął, by wyznać: – Czytając to, synku- zwrócił się czule do Zacharego- zdecydowałem, że gdy wyjedziesz do Izraela, ja przeniosę się do Nowego Jorku.
– Słu-cham? Zaskoczony Zachary, szczęśliwie, jakoś przełknął świeżo naczerpany łyk wina.
– Sam wiesz, od dawna mamy taką możliwość… – odpowiedział mu ojciec, badając mimikę swojego dziecka- Dostosowałem się do ciebie, gdy zarzekałeś się, że tam się nie przyzwyczaisz, że nie chcesz wyjeżdżać z Polski na studia, ale dziś? – zapytał retorycznie, po czym dodał: – Co mnie tu trzyma? Moi trzej kuzynowie od dawna już czują się tam jak u siebie. Zadomowili się, osiągnęli więcej niż w młodości mogłoby im się przyśnić. Doczekali się wnucząt, angielskojęzycznych do cna i z pewnością wszyscy oni już tam pomrą. Jest tam także bliska rodzina twojej matki… oni także pragnęli mieć nas przy sobie, gdy mama… pamiętasz? A teraz, w pojedynkę… Czułbym się z nimi wszystkimi raźniej. Wiesz jaki mam status w rodzinie, tu, na miejscu… Postaram się o niezbędne papiery. Blankę, oczywiście zabiorę! – odrzekł zdecydowanie uśmiechając jednak dość niepewnie.
Czego się bał? Dziś sądzę, że napierającej zewsząd rozpaczy rozstania. Czy ktokolwiek mógł być w takich okolicznościach pewien, że ciało z niego nie zakpi i w mgnieniu oka nie zaleją go niekontrolowane łzy? A przecież oni tak bardzo byli ze sobą zżyci…
Zobaczył w oczach swojego syna to samo, co i ja w nich widziałam, gdy rozmawialiśmy o mojej mglistej przyszłości. Zachary był bezradny. Podjął drastyczną decyzję, jaką jest, niewątpliwie, emigracja do Izraela w celu oddania się w ręce Boga interpretowanego z nadprogramową surowością, w odcięciu od reszty świata. Ta decyzja, w zetknięciu z naszymi planami- skutecznie odbierała mu mowę. Pragnął być zrozumiany podążając tak skrajną drogą. Czy mógłby więc, komukolwiek teraz perswadować złe wybory życiowe?
– Jak chcesz to załatwić? – zapytał ojca ostrożnie- Jesteś pewien, że ktoś z nich cię zatrudni? Wiesz już, że dostaniesz wizę dla pracownika? Czy raczej chcesz to jakoś rodzinnie uwarunkować?
– Chcę pracować i w tej formie będzie najbardziej komfortowo to przeprowadzić -odrzekł
– Prowadzę rozmowy z moim kuzynem Janem i jego trzema synami od mniej więcej dwóch tygodni- mówił ze smutną, ale jednak ekscytacją- Młodzi nabierają doświadczenia i lada dzień przejmą cały interes po ojcu. Mają niesamowite osiągnięcia. Każda założona przez nich kancelaria rodzi kolejną filię. Wyruszyli na podbój największych miast w Ameryce Północnej. Potrzebują seniorów, by szkolić młodych i przekazywać im kolejne placówki. Mają sektor dla Polonii, a także usługują na stałe kilku gminom żydowskim. Rozejrzę się i sprawdzę, czy mi to pasuje. A potem się ułoży, jestem pewien- zapewnił optymistycznie. Nie tryskał czystą radością. Nikt z nas nią nie tryskał od dawna. Wiedzieliśmy, że lada dzień, duch rozstania spali za nami wszystkie mosty. Także te, które dziś, coraz bardziej chwiejne, jeszcze łączą naszą serdeczną trójkę.
Zachary polał nam jeszcze. Cierpkie wino pasowało do tematu, który wypełnił cały salon i przywołał czujne duchy rozstania.
– A co z tym mieszkaniem i kancelarią, tato? – zapytał, robiąc zamaszysty gest zawłaszczający sporą część salonu. Smutniał z każdym oddechem. Właśnie dowiedział się, że jego rodzinny dom zniknie. Nie będzie mógł wyobrażać sobie z daleka, że kraina jego dzieciństwa trwa hen, hen, nietknięta. Tata wstaje do pracy, karmi Blankę, wieczorami czyta na szezlongu. Gdy nie ma taty, do południa pani Jasia gotuje, piecze, prasuje… Potem robi zakupy i wypełnia nimi szafki i lodówkę… Wydawało mi się, że słyszę, jak ta baśń kona w sercu Zacharego. Chciał zabrać ze sobą to wyobrażenie. Potrzebował go dla równowagi. Czy słysząc o planach ojca, zwątpił w swój plan choć trochę? Czy miał ochotę raptem wszystko odwołać, by zatrzymać znany sobie od zawsze świat na bezpiecznym miejscu?
– Poproszę Jakuba, by zaopiekował się tym miejscem. Mamy na oku wspólnika, który skutecznie pomoże mojemu bratu. Zachowam sobie prawo do decydowania o niektórych sprawach w kancelarii, ale postawię na nowe życie. Mieszkanie zostawię w pełni umeblowane. Przez jakiś czas będzie tu czekać, gdyby któryś z nas, jednak postanowił wrócić. Ale z czasem odsprzedam je Jakubowi. On sam już będzie wiedział, jak je spożytkować. Nie dam rady żyć na więcej niż jednym świecie, synu. Wybiorę nowy.
– Rozumiem, mam podobnie… Ale chcesz tam być do końca? Na starość?- syn pytał po omacku.
– Wiesz- westchnął wuj- nauczyłeś mnie czegoś bardzo ważnego…
– Ja? – Zach czochrał się niespokojnie po włosach.
– Tak, ty synu. Zafascynowałem się samą drogą. Mam na myśli drogę mojego życia jako taką- snuł w zamyśleniu. – Przestałem myśleć o konkretnym celu. Zauważyłem, że wcale nie muszę wiedzieć do czego zmierzam. Chcę czuć, że jestem. Chcę być, ile uda być. Może być to w Ameryce, a może coś się zmieni i znajdę się znów w Europie? Kto wie…- rozmarzył się.
Kotu nie pasowała taka intensyfikacja uczuć nie związanych z nim. Blanka pomiaukiwała coraz głośniej i włączając w to drżenie całego ciała wraz z mruczeniem, namolnie ocierała się o nas. Domagała się pieszczot, chodząc kolejno do każdego z nas i demolując przy okazji grę planszową. Uśmialiśmy się z niej. Była niedopieszczona częstymi zniknięciami Zacharego, ale jednocześnie nie dawała już rady się na niego gniewać. Mieliśmy okazję obserwować, jak przemijająca, kocia uraza zamienia się w zniewalającą kota- falę nieutulenia. Jak moglibyśmy to zignorować? Wszak przyszła nam z pomocą. Nam i coraz gęstszemu powietrzu…
Temat Izraela i Stanów Zjednoczonych nie wrócił już tego wieczora. Śmialiśmy się, graliśmy w chińczyka, słuchaliśmy muzyki i na przemian pieściliśmy kotkę. Bardzo rzadko myślałam o mamie tego dnia. Zaledwie kilka razy przeszedł koło mnie duszek żalu, ale nie o nią się upominał. Biadał nad losem Dawida. Znalazłam na niego sposób. Gdy zaczynał nadto podnosić głos, żywo włączałam się w rozmowę z moimi towarzyszami i udawałam, że go nie słyszę.
Następnego ranka wróciłam w pola. Zachary nie wyłączał silnika, zostawiając mnie na parkingu i upewniając się, że rozumiem jak prawdziwe jest zapewnienie, że w razie czego- on w pół godziny zjawi u mnie… Udowodniłam, że zakupiony przez niego gaz pieprzowy mam w tylnej kieszeni spodni. Na dokładkę obiecałam trzymać przy sobie jedną ze słuchawek stacjonarnego telefonu, by mógł w każdej chwili i z każdej budki na mieście zadzwonić do mnie. Tymczasem wrócił do swoich spraw na uczelni. Zgodnie postanowiliśmy wreszcie pouczyć się oddzielnie. Będąc razem- kończyliśmy zbyt zespoleni, by móc trzymać w dłoniach coś więcej niż swoje wrażliwe członki. Książki, długopisy i klawiatury instrumentów nie miały szans nas wtedy sobą zainteresować. A nowe porcje wiedzy do przyswojenia wisiały nad nami nieubłagane i oczekiwały naszego zaangażowania.
Śnieg zapiszczał, gdy wysiadając z garbusa, wbiłam się w niego mocnymi podeszwami traperów. Rozejrzałam się. Pola w dalszym ciągu nosiły się na biało. Do moich uszu dochodziły tylko dźwięki, które może zrodzić tylko cisza w przyjaźni z dużą przestrzenią. Wydawało mi się, że jestem w stanie usłyszeć nawet sny polnych, zmarzniętych kamieni. Mieszkamy w tak pięknym miejscu, pomyślałam i chyba po raz pierwszy w życiu udało mi się zdjąć emocjonalne rany z oczu. Oddzieliłam świat wewnętrzny od zewnętrznego i oddałam przyrodzie należną jej cześć.
Od parkingu do głównej bramy- szłam, odmierzając swoje kroki w białym puchu. Śnieg leżał nadal, owszem, ale nie sięgał już nawet kostek. Nowa pora roku z wolna wydzielała dla siebie terytorium. Będąc poza domem, bez obaw napełniało się płuca powietrzem. Od jakiegoś czasu nie groziło to już bolesnym przełykaniem mrozu.
Na naszą posesję weszłam nieskrępowanie. Stawy i myśli trzymały jeszcze ciepło serdecznej nocy z Zacharym. Przydomowe psy nawet nie ruszyły w moją stronę, gdy kolejno przekraczałam bramę, potem bramkę i wreszcie stąpałam ostrożnie po zlodowaciałych przez noc, kamiennych schodach. Pan Jaś jeszcze nie przyszedł, pomyślałam, chwytając za śliską poręcz. Drzwi wejściowe były otwarte, światło w korytarzu zapalone. Wyglądało na to, że Lula chwilę temu wychodziła za potrzebą.
Głośno otrzepawszy buty ze śniegu, weszłam do środka i skierowałam się ku schodom prowadzącym na górę. Sophie wyjrzała z warsztatu. Miała na sobie czarną, długą sukienkę z ciężkiej bawełny, tę z wszytym z przodu krawieckim fartuszkiem. Jego liczne kieszonki pęczniały od kredy i nici, a przewieszony przez kark centymetr, niczym dodatkowe ręce, zwisał swoimi dwoma końcami ku podłodze. Była w trakcie pracy. Spora część jej spojrzenia została w warsztacie, przy zafastrygowanym manekinie. Wypatrywała mnie jak zza mgły. Zwróciłam uwagę na kilkanaście igieł różnej wielkości, wpiętych w fartuch na kształt piramidki. Zachwycała mnie tą bruzdą zamyślenia nad oczami, gdy pracowała nad jakąś kreacją. Wyobrażałam sobie, że próbuje utrzymać przed oczami wizję klientki w nowym stroju, że szyjąc, usiłuje doścignąć to wyobrażenie. Najbardziej lubiłam właśnie te chwile, kiedy to Sophie dostawała wolną rękę. Sama stwarzała wszystko od podstaw, gdyż pewni jej umiejętności klienci, zostawiali jej wolność doboru materiału i kroju… Zaciekawiło mnie dla kogo aktualnie szyje, ale nie chciałam wdawać się w rozmowy. Zauważyła to.
– Przystań na chwilę, proszę- powiedziała łagodnie. Uległam jej prośbie i skierowałam wzrok ku niej.
Włosy otoczyła błękitną chustą. Przez płatki uszu przewlekła drobne perełki. Umalowana delikatnie patrzyła teraz na mnie pojednawczo. Schlebiało mi to, że jej chęć skomunikowania się ze mną jest silniejsza niż praca, która ewidentnie brała ją dziś w niewolę. Na jej twarzy nie było śladu lęku. Spodziewała się, słysząc otwieranie bramy, że skoro Lula i psy na dworze są spokojne- ku domowi zmierza ktoś znajomy, bezpieczny. Ale czy czekała właśnie na mnie? Nie chciałam sobie zbyt wiele obiecywać po sposobie w jaki mnie przywitała, ale emocje skorzystały ze swojej wolności i na nic zdały się im przestrogi rozumu…
– Dzień dobry- powiedziałam z nadzieją. Jeszcze kilka sekund temu chciałam jak najszybciej znaleźć się u siebie, położyć z książkami za fortepianem i zająć się nauką. Sprawdzić co z Ernesto i z mamą…Przykleić się do telefonu i czekać, aż Zach powie do mnie cokolwiek swoim dobrym gardłem.
A teraz czekałam na powiew ciepła od Sophie.
– Na parkingu nie zauważyłam samochodu taty. Już wyjechał?
– Tak- odpowiedziała z wyraźnym smutkiem, enigmatycznie nakreślając jego przyczynę – sponiewierała go ta cała sytuacja…emocje, ciasta, sama wiesz…
– Nie dziwię się. Narobiło się…- przyznałam oszczędnie, nie chcąc naruszać świeżego strupa ciszy, pracującego nad zabliźnieniem kolejnych poczynań taty. O czym tu rozprawiać…
– Chciałabyś wypić ze mną kawę? – zapytała niepewnie. Nie dowierzałam do końca, że ona wie z kim rozmawia. Sprawiała wrażenie, jakby wysłała z warsztatu swój cień jako reprezentację- Mam też chałkę- dorzuciła po namyśle- Muszę tylko coś dokończyć… Tak, tego już jest niewiele… Jeśli chcesz, zaczekaj, proszę z Lulą w kuchni. Ona, zdaje się, drzemie po porannym spacerze- dorzuciła zza światów i zamknęła za sobą drzwi warsztatu.
– Dobrze- powiedziałam szemrzącemu w ciszy duchowi domu. Ona tymczasem wróciła do wsobnego świata szwów i haftów.
Zaszyła się.
Usiadałam w babcinej kuchni, tyłem do okna. Sophie przyszła po kilkunastu minutach mojego zamyślenia. Przypominałam sobie scenę z sarną i panią Czesławą, stojącą wtedy dokładnie tu, gdzie teraz siedziałam. Pocieszała mnie myśl, że dzięki ingerencji Sophie, odstąpiono od niepokojenia pani Czesi w związku z nękającym ją zwierzęciem. Wyobrażałam sobie co też może motywować sarnę do tej prześladowczej więzi z wiejską gospodynią. Posiedziałam trochę sama z głową rozgrzaną tym wspomnieniem. Nic to, bo kawa stała na obrzeżasz pieca i wystarczyło zestawić imbryczek bliżej centrum płyty. Po krótkiej chwili kofeina i czarnuszka, splecione ze sobą gorącym uściskiem, wysyłały spod unoszonej pokrywki i dziubka- wrzące wydechy. Zapachniało. Obie miałyśmy swoją parującą filiżankę i kawałki chałki przed sobą. Nie czułam głodu, ale kawa mogła bardzo się przydać przed zatopieniem się w nauce.
Spoczywający na mnie wzrok Sophie niewiele mi mówił. – O co chodzi, babciu? – zapytałam więc.
Przyglądała mi się bacznie, zanim postawiła przede mną gotowe stwierdzenie. Przyszło mi na myśl, że w taki sam sposób patrzy na klienta, zanim zaprezentuje mu doskonale wykończony strój.
– Zmieniasz się- orzekł jej wewnętrzny, wysoki sąd. Czy to ma związek z tym, co zrobił ci ten chłystek?
– Zmieniam się? Co masz na myśli? I kogo? Dawida?
– Tak, jego też- przytaknęła. Widzę już od jakiegoś czasu, że rozgoryczenie sięgnęło w tobie zenitu. Teraz stoisz pod ścianą i zastanawiasz się, czy się skapitulować, czy ruszyć na wszystkich z odwetem.
– Myślisz, że mnie na niego stać? – zapytałam śmiało. Poczułam satysfakcję, że ona to czuje, że nie może już przerobić mnie w głowie na etatowego głupka lub ukochaną wnuczkę- według swoich potrzeb. Teraz zaczynałam stanowić dla niej wyzwanie. Byłam gotowa coś zmienić, choć nie wiedziałam jak i kiedy. Mimo braku planu, puchła we mnie gotowość. Chodziłam z nią w ciąży i była szansa, że urodzę. Tego bała się Sophie, że skorzystam z wewnętrznej siły, która coraz głośniej dawała o sobie znać.
-Tak. Myślę, że stać cię na wiele. Wyczuwam w tobie gniew i pogardę wobec nas, twojej rodziny- odpowiedziała krótko, po czym dodała pokornie- Nie spodziewałam się tego, ale muszę szczerze przyznać, że to zauważalne, jak zbierasz siły do odlotu stąd. Dobrze myślę?
– To pewne, że się wyprowadzę. Muszę iść przecież na studia- odpowiedziałam bezpiecznie kołyszącej się już nerwowo staruszce. Choroba sieroca? Z jakiego powodu akurat teraz? – zastanawiałam się, śledząc rąbek falującej nad jej uchem chusty.
Szwy jej puszczają, pomyślałam.
– Zaliczysz wszystko? W szkole muzycznej też? Zaliczysz rok w obu szkołach, tak? – pytała neurotycznie, oczekując ukojenia moimi zapewnieniami. Słyszałam szelest zeschłych myśli w jej głowie. Co ją tak spala do tego stopnia, że nawet tak rzutki umysł, jaki niewątpliwie posiada Sophie, odwadnia swoje owoce?
– Tak. Za kilkanaście tygodni będę mieć wystawione oceny i zdam egzaminy przed komisjami. W obu szkołach. Byle do maja.
– To dobrze, dobrze… Nie zdradź nas, obiecaj- wymamrotała. Zobaczyłam kroplę potu spływającą po jej czole. Czego się bała? Co miała na myśli?
– Co chcesz przez to powiedzieć? O co mnie prosisz?
– Dobrze wiesz o co. Przyjdą tu i zaczną węszyć. Nie ocalą nikogo. Miej się na baczności. Nie opowiadaj o tym co dzieje się w domu. Nawet jeśli wydaje ci się, że możesz komuś ufać, to zawsze będzie bzdura. Masz tu rodzinę, masz tu komu ufać, pamiętaj nam tylko, nam tutaj- powtarzała zapętlona wańka- wstańka.
Kołyska jej drobnego ciała nabierała prędkości. Nie miałam sił na to patrzeć. Czułam obrzydzenie do wymuszania na mnie pewnych zachowań. Nie chodziło przecież o mnie, do cholery. Tylko o wyobrażone napaści ze strony ludzi, którzy mogliby zainteresować się naszym domem z mojego powodu.
– A już myślałam, że chodzi ci o mnie! – sarknęłam – Że trapi cię może jakimś cudem mój stan po pogrzebie Dawida! – wyrzuciłam z siebie żółć i popiłam go kawą. Zdając sobie sprawę, co ze mnie wytrysnęło, natychmiast postawiłam się w stan gotowości. W każdym momencie mogła wpaść w szał i mnie pognać. Nie rozbiła tego. Wręcz przeciwnie. Błagalnie zapytała- Myślałam o tym, nie myśl sobie, Noe. Zapytam więc: jak zniosłaś jego pogrzeb?
– Dobrze, bez kłopotu- odpowiedziałam sucho i zadrwiłam – Tylko sikałam w majtki bez końca. Nic więcej.
– Ech, Noe, ty nasz paluszku…Ty i to twoje sikanie…
Paluszku? Noe? Już nie Golemie? – dociskałam ją w myślach, zawstydzałam jak, po tysiąckroć razy robiła to swojej nieudanej wnuczce, czyli mnie. Ile razy można zmieniać do kogoś nastawienie? Żebym nawet co do rodzonej babki nie mogła być pewna, czy jest mi wrogiem, czy przyjacielem, do cholery?!
Oczywiście, to co wypowiedziałam na głos, brzmiało zupełnie inaczej.
– Przed kim mam was nie zdradzić, co? – zapytałam zaczepnie. Z trudem słuchałam swojego dominującego tonu.
Patrzyłam na nią jak w mgnieniu traci piękno i wiotkość. Ulatywały z niej intencje towarzyszące Stwórcy w chwili, gdy powlekał pierwszego człowieka w ciało. Na moich oczach Sophie zapominała, jak korzystać z fizyczności dla swojego pożytku. Jej drobna postać wyciągnęła szpony i coraz chciwiej zamykała w nich ten prężny rozum. Umiałam już to rozpoznać i nie miałam wątpliwości. W ciele niewielkiej wdowy po krawcu E. trwał już terror spinających się mięśni, zdziczałego ciśnienia krwi i mdlącego żołądka. Wiedziałam, że nie odpowie mi już na pytanie. Pognało ją w stronę prześladowczych duchów. Coraz energiczniej kołysząc się w rytm swoich amoków, wyciągnęła szczupłą dłoń i wskazała nią drzwi. Skłoniła przy tym głowę, prosząc bym wyszła. Uciekła zranionym wzrokiem, ale uśmiechnęła się poddańczo. To nie był rozkaz. Po prostu była świadoma, że fala wzbiera, że już nie zdoła się opanować, a nie chciała abym była tego świadkiem.
Wychodząc, przykucnęłam i pogładziłam śpiący łepek Luli.
– Przed Bogiem już dawno was wszystkich zdradziłam. Jemu mówię wszystko, nawet jak nie chce słuchać- mówiłam dosadnie, patrząc na śpiącego psa. Słyszałam wyostrzający się słuch Sophie, wzmocniło mnie to. Mówiłam coś czego nie chciała słyszeć, a jednocześnie nie była w stanie przestać mnie słuchać. – Poza tym, On wszystko wie. Jest świadkiem tego co przeżywam niezależnie od tego, czy powiem mu co mnie spotyka. On wie wszystko! Ha-Szem wie wszystko! Ty pierwsza mi to powiedziałaś, babciu! Pamiętasz?!- zapytałam zamykane za sobą drzwi. Opuściłam jej kuchnię, tak jak prosiła. Mimo to usłyszała mnie i dokładnie wysłuchała. Na potwierdzenie wydała charakterystyczny odgłos wzdrygając się, gdy powtórzyłam: On wie wszystko!
To niesamowite, jak powstają przekleństwa. Ot, bzdurna kwestia umowy międzyludzkiej, które słowo uznamy za niestosowne! Wtedy, w moich ustach, słowo babcia, wybrzmiało jak hańba. I tak też czułam. Babcia, babcia, babcia!
Wchodząc na schody, nie sądziłam, że przez wiele następnych tygodni, niemal wcale nie będę z nich korzystać, że utknę na piętrze. Sophie zaskomlała głośno, dosięgnął mnie też odgłos padania na ziemię, na kolana, a potem fragment jej opętanej modlitwy. Poszłam do siebie. Wówczas sądziłam, że idę niewzruszona. Ale pamiętam ten zrozpaczony zryw jej modlitwy do dziś…
Na górze było cicho. Udałam się od razu do swoich pokoi i otwierając nową zgrzewkę wody od Zacharego, oddałam nauce. Nie oderwałam się już od fortepianu i książek przez następnych kilkadziesiąt dni. A potem kolejnych dziesiątki.
Jedynym moim wytchnieniem był pukający do drzwi, a wpuszczany przez Sophie życzliwie, Zach. Mama trzymała się z daleka, wiedząc, że on bywa tu regularnie. Nie było z nią dobrze. Coraz częściej odlatywała na całe dnie, a gdy się budziła, nie miała siły za więcej niż jedzenie na oślep. Zostawiała nieprzeżute jedzenie na stole kuchennym, parapecie… Jej brudne obsikane i pokrwawione okresem majtki- zakwitały regularnie, jak maki pośrodku łazienki, ale też parkietu w salonie.
Sprzątałam po niej. To był nasz najczulszy w tym czasie kontakt. Dotykałyśmy się. Odciski naszych palców spotykały się na tych samych przedmiotach. Miałam spokój od strachu, choć byłam na niego coraz bardziej odporna.
Czy ona to czuła? Czy zwąchała ode mnie to samo, co Sophie? Zapach pospiesznego, pokątnego wzrastania skrzydeł? Słodki, emocjonalny pot instynktownego ustawiania się z kierunkiem nadciągającego wiatru?
Sophie uświadomiła mi, że od jakiegoś czasu zbieram się do odlotu. Tkwiło mi to w głowie.
Czas robił to, co potrafi najlepiej. Dni otwierały oczy i pozwalały je sobie zamykać nocom. Nie ma nic bardziej naturalnego niż czas, myślałam wtedy patrząc na swoje zmieniające się ciało. Zach podkarmiał mnie, uspokajał. Powoli pojawiała się tkanka tłuszczowa na biodrach, piersi robiły się ciepłe i cięższe. Gdy grałam na fortepianie, zauważałam, że żyły i kostki dłoni łagodnieją.
Nieczęsto wyglądałam wtedy przez okno. Za każdym razem, gdy myślałam o tym, by przejść się po polach, od razu napływała do mnie fantazja, że pola to teraz dom Dawida. Leżał sobie w głuszy ziemskiej, w szelestach i szmerach podziemnych. Ja tkwiłam na piętrze domu, podłączona do opasłych tomów biologii, historii, języków etc. Minęło kilka dobrych tygodni od śmierci Dawida. Nie odnotowywałam zmieniających się miesięcy. Ich granice przenikały się jak mijające się duchy. Ale któregoś ranka, jadąc taksówką na egzamin z fortepianu, poczułam zapach kwitnącej alei czereśniowej. I kilka ciepłych, dobrych promieni słońca na kościach od dłuższego czasu trzymających swoją ciągłość. Poczułam, że słońce chętnie dotyka mojej dawno nieposiniaczonej skóry… Byłam poza zasięgiem mamy. Nie tylko fizycznie. Wewnątrz mnie utrzymała się i pączkowała myśl: nigdy więcej! – i wydawało się, że nie pozostanie ze mną. Chodziłam po domu śmielej, bez pomysłu na to jak się obronię, ale z jasną wizją tego, że kiedyś będę mogła żyć swobodnie, inaczej. To było tylko wyobrażenie, że się da, bez pomysłu jak wprowadzić to w czyn. Jednak dziś wiem, że była to AŻ wizja, AŻ wyobrażenie. Od tego miało się zacząć wyzwolenie. Od możliwości pomyślenia o nim.
Taksówkarz obserwował mnie w lusterku. Czułam, jak ściąga mój wzrok- przyklejony do tego, co pokazuje mi boczna szyba. Wreszcie śmiało spojrzałam w odzwierciedlenie jego oczu. – Co cię tak ciągnie do tych wsiowych widoków, że oczu od nich nie odrywasz? – zapytał, komentując z wyższością mijane podwórka i ogródki. Nie odpowiedziałam na tę zaczepkę. Chłonęłam rozluźniające się twarze staruszek. Siedziały sobie cichutko w ogródkach, na krzesełkach, obok kwitnących jabłonek, co to pamiętają wojnę, podobnie jak i te stare dziewczynki w fartuchach i chusteczkach przykrywających resztkę włosów.
Ktoś je wystawił przed dom, żeby wiosenny wietrzyk odświeżył im stawy, tak jak robi to z wyciągniętymi po ziemie pierzynami i poduchami.
– Nigdy więcej- powiedziałam na głos długo po tym jak przestał już do mnie mówić.
Spojrzał zdziwiony.
– Nigdy więcej- powtórzyłam, wpatrując się w jego twarz ujętą przez lusterko wsteczne. A potem zobaczyłam tam kolejno; twarz mamy, taty, Sophie, dziadka, Dawida, Estery Goldberg, ciotki Mary, niektórych kolegów ze szkoły, niektórych nauczycieli…