„Najpierw idziesz z trudem i bolą cię nogi. Potem trudno cię zatrzymać, przylgnąłeś do drogi!”

 

– Noe?! Co jest?! Mała!? Hej!!! – niecierpliwe pytania Zacharego rozdrapywały, i tak z trudem gojącą się we mnie bezsilność. Wolałabym, żeby przez chwilę nie zwracał na mnie uwagi. Zamknięta w wolno przemieszczającej się puszce buczącego garbusa, usiłowałam poradzić sobie z ciałem, które nie zamierzało zapomnieć spotkania z tatą tak szybko, jak była skłonna zrobić to przesilona głowa. Kolejny już raz, nie udało mi się pozostawić domu na jego stałym miejscu, w polach. Koniecznie chciał mi towarzyszyć, by móc mnie nawoływać. By brać we władanie moją kruchą postać. To odbywało się jakby na granicy świata baśni i realności. Nie można było dostrzec tego gołym okiem, a jednocześnie było to prawdą, że nosiłam swój dom przed sobą. Poświadczały to liczne objawy lokujące się w ciele. Ramiona mdlały mi od obciążenia, a stopami nieustannie wchodziłam na ostre przeszkody. Zupełnie jakby budynek, w którym wzrastałam, rzucał mi pod nogi fragmenty fundamentów dla przypomnienia, że nigdy już nie uda mi się stąpać po tej ziemi swobodnie.
Rodzinny dom kruszył się na każdą z dróg, którą obrałam.
I nie był to cukier puder.
Dla jasności…

Nie myślcie, że podczas tych ślimaczych wędrówek z domem pod ręką, udało się choć trochę rozrzedzić smutek panującego w nim ducha. Bynajmniej. Duch domu i jego przepastny, pamiętliwy smutek, rozrastali się. Wszystkie urazy moje i moich bliskich, puchły mi w rękach do granic. Wykoślawiając stawy, ściągając kark ku ziemi tak długo, aż wreszcie skruszał też mój kręgosłup.
W tamtej chwili także miałam dom przy sobie. Do pewnego momentu wypełniał wnętrze auta Zacharego i kradł moje ciepło.

– Jest mi tak bardzo zimno, Zach…- zaskomlałam i krytycznym uchem dosłyszawszy swój żal, natychmiast go stłumiłam. „Bez przesady, mazepo” – szczelnie zamknęłam w sobie zawór skarg, cytatem z mamy odpalanym w pamięci na zawołanie.
– Przepraszam, że marudzę, ale mam wrażenie, że tego nie wytrzymam…- wyszeptałam, okalając się w pasie rękami i przyciskając do brzucha ciepły, ale zbyt luźny sweter i nałożony na niego kożuszek. Jakimś cudem ani szalik, ani wełniane skarpety obute ocieplanymi traperami, nie przystawały do mnie. Nic nie oddzielało mnie od mrozu. Czułam się jak zaklęta, jak ukarana przez wyższą, nieprzychylną mi siłę. Chyba nawet skóra była przeciwko mnie i wpuszczała, zewsząd nacierający chłód, wprost na moje żyły i oniemiałe mięśnie.

Siedziałam z przodu, obok kierującego uważnie kuzyna, który to nie miał pojęcia jak wyglądał mój poranek. Czyżby uwierzył, że z dnia na dzień stałam się do tego stopnia nieodporna na niskie temperatury, tak, iż teraz niemal tracę przytomność i zmysły z zimna?
Oby tak właśnie było, Baruch Haszem… Niech chociaż Zachary ma dziś lekkie serce i klarowną wizję świata…- wyraziłam ciche pragnienie, wysyłając je ku blademu niebu. Patrzyło na mnie ze wszystkich stron świata przez sześć szyb garbusa i odbicia w bocznych lusterkach. Było nieme. Przypominało puste siedlisko po Bogu. Czyżby nawet On zrobił krok w tył, nie chcąc być świadkiem tego, co mnie zaraz czeka?

Rozumiem, że nie chcesz patrzeć na to, jak moje naiwne, romantyczne wspomnienia, nabierają okrutnych barw pod wpływem zachowania X.? Nie zamierzasz nawet rzucić okiem, gdy po raz kolejny i zapewne ostatni- będzie wycierał buty w to, co nas kiedyś łączyło? – pytałam Boga usilnie, choć wyglądało na to, że celowo nie pozostawił po sobie nawet śladu… Błądziłam za Nim wzrokiem po wygasłym niebie, mimo, że domyślałam się daremności tych wysiłków. Bo któż skuteczniej może się ukryć, jeśli nie sam Bóg? Stworzył ten świat i zna jego wszystkie zakamarki… Z pewnością, na mapie nieba pozostawił sobie takie miejsca, których nawet najbystrzejsze oko naukowca nigdy nie dostrzeże, a najwnikliwsza myśl nie zdoła się ich domyślić. Wyobraziłam sobie, że Bóg posiada pokój – skrytkę, pancerny schron, jak ten dziadkowy, w piwnicy naszego domu. Że nawet On bywa przeciążony tymi, którym dał życie. Zupełnie jak ziemscy rodzice. Jak Gaja, jak Ilia. Jak Sophie, w stosunku do swoich dzieci, z wyjątkiem mojego taty…

Byłam prawdziwie i chorobliwie wyrozumiała wobec, jak mi się wydawało, urywającego się przede mną Boga. Jednocześnie utrwalałam w sobie przekonanie, że nie ma nikogo, kto mógłby być przy mnie stale. Takiego kogoś, co to największą jego zaletą jest to, że zawsze jest. Każdego dnia, niezależnie od okoliczności. Cóż. Nawet sam Stwórca świata- nie chciał być dla mnie wszechmogący.

El Szaddaj, powiedziałam pod nosem, by zaraz dopowiedzieć: nie dla takich jak ja.
Bóg Wszechmogący, z dopiskiem: nie dla wszystkich- wyszeptałam, by przypieczętować to cierpkim: Amen.

Obejrzałam się przez ramię.
Za nami została moja wieś i pola, z których pochodzę. Śnieg padał niezdecydowanie. Na razie nic nie zapowiadało większych kłopotów. Wjechaliśmy na odśnieżoną, gminną drogę i jak na razie- znikąd zasp uniemożliwiających przejazd. Ustały silne wiatry i śnieg z pól nie zawłaszczał jezdni. Dobrze, oby tak dalej- sekundowałam aurze. Chciałam mieć już za sobą spotkanie z X. Wiedziałam, że będzie ostatnie. Byle szybko, byle zamknął się dla mnie ostatni kanał łączności z tą rodziną. Zaczynałam rozumieć niechęć Sophie do Goldbergów. Chwilami żałowałam, że nie umiem, tak jak ona, rozgrzać do czerwoności swoich nerwów, by wywrzeszczeć w niebo, jak bardzo zostałam zraniona i że w związku z tym- dziś nie zaryzykuję, by poczuć cokolwiek. Byłoby to tak oczyszczające- zagrozić na głos całemu światu swoim niezrównoważeniem. Chociaż raz…
Zamiast przepalić się, moje uczucia do X., podobnie jak do taty- stygły tak szybko, aż dosięgły temperatur poniżej zera. Zbyt długo nieogrzewany dom- wychładza się. Było mi więc coraz ciężej mieszkać w moim ciele.

– Auto zaraz się rozgrzeje, jeszcze chwilę, kilka kilometrów- pocieszał mnie Zach, patrząc na mój struchlały embrion. Dosłyszałam burczenie jego żołądka. W poczuciu winy rozprostowałam się nieco i przestałam narzekać na rozdygotane ciało. Nie zjadł śniadania przeze mnie, bo stchórzyłam przed ojcem. Opatuliłam się solidnie, ale to wszystko na nic. W aucie przybywało stopni Celsjusza, ale mnie ciepło omijało. Musiałam pogodzić się z faktem, że tego dnia, miało mi być bardzo zimno na tym świecie.
Przeczuwałam, że lada chwila zostanę całkiem sama, choć konkretne myśli jeszcze nie przychodziły mi do głowy. Ciało zwąchało opuszczenie. Trafnie, jak zawsze. Targało mną, zamrażało krew w żyłach. Czyżby chciało tym sposobem unieruchomić mi serce, zanim zagrożą mu prawdziwie śmiertelne szarpnięcia, podczas spotkania z X.?

– Już ci trochę cieplej? – zapytał zmartwiony. Nie musiałam odpowiadać. Wystarczyło, że chwycił moją dłoń i dotknął odpowiedzi.
– Ojej, ty zamarzasz! – wykrzyknął z przejęciem i co chwilę podkradał drodze swój wzrok, by patrzeć w moja stronę – Wiesz może, co się dzieje? Bo wyglądasz mi na porządnie ubraną, a w aucie zrobiło się już przyjemnie… mnie jest nawet ciut za ciepło- stwierdził i zamyślił się w moim kierunku. – Źle się czujesz? Może jesteś przeziębiona? – dociekał coraz ciszej. Dotarło do mnie, że strapił się moim stanem. Nie dość, że jest przeze mnie głodny, to jeszcze teraz zajmuję mu głowę swoim zziębnięciem. Dość, powiedziałam sobie i spróbowałam raz jeszcze się rozprostować.

– Pytałeś o to, skąd pomysł, by smarować od wewnątrz imbryki kawowe olejem z czarnuszki… – zmieniłam temat i uwolniłam dłoń, by oburącz rozgrzewać sobie górne partie ud. Pocierałam nimi energicznie, mając jednocześnie nadzieję, że temat chwyci.
– Okej Noe- przystał skonsternowany – Niech będzie czarnuszka! – wymusił na sobie entuzjazm. Westchnął zaraz po nim i oznajmił z poważną miną: – Może być i o tym… ta rozmowa…Żeby dla ciebie było dobrze…
Zwróciłam uwagę na jego usta. Odcieniem przypominały dojrzałego buraka, kiedy to rozkraja się go po przegotowaniu. Były duże i mocne, ale też tkliwe. Nie miałam wątpliwości, że żyją i reagują na to co mówię. Oczekiwały teraz na mój ruch. Drżąc niemal niezauważalnie, dawały sygnał, że są obecne w rozmowie, że są skłonne poddać się słowom, gdy tylko ja wypowiem swoją kwestię.
– Wiesz, że czarnuszka nie jest polską rośliną? – zapytałam, chłonąc jego cienisty profil. Oczami wyobraźni mierzwiłam ten kojący, gęsty, kilkudniowy zarost i czuprynę.
– No coś ty? A brzmi tak swojsko! – zadziwił się i zaciekawił.
– To typowy ergazjofigofit.
– Że jak, proszę?! Chyba to teraz zmyśliłaś, przyznaj się! – zaśmiewał się, nieświadomie uwodząc bielą zębów kontrastującą z ciepłym beżem cery.
– Nie, skąd- zaprzeczyłam z powagą – To termin nadany roślinom uprawnym, które są obcego pochodzenia.
– O kurczę, to chyba nie słyszałem jeszcze tej nazwy! I co z nią? Z czarnuszką, w sensie?
– Wiesz, ja osłuchałam się z tym słowem. Dziadek szukał okazji, by móc je wypowiadać i objaśniać jego znaczenie. Regularnie, w dni wolne i święta, zbierał imbryki z całego domu do kuchni Sophie i smarował olejem ich świeżo oczyszczone, żeliwne wnętrza. Robił to niby ukradkiem, ale zwykle, kto tylko mógł, przystawał przy nim i przyglądał się temu misterium. Gdy już czuł się słyszalny, wówczas podkreślał zwłaszcza to, że takie rośliny jak czarnuszka, czyli ergazjofigofity, zasiane na nie swojej ziemi, w którymś momencie zawsze zdziczeją.
– O proszę… Zaczyna brzmieć poważnie…- odparł studziennym tonem.
– Dla dziadka miało to wielkie znaczenie – zauważyłam. – Daję głowę, że trafnie wychwytywałam moment, w którym pojawiał się pośród naszego zbiorowiska duszek pamięci. Działo się to, kiedy tylko dziadek zaczynał cytować swój botaniczny atlas słowami: „Gatunki te nie mają szans na przejście całego cyklu rozwojowego w obcych warunkach klimatycznych i nie udaje im się trwale zadomowić na obcej ziemi”.
– Czarnuszka jest taką rośliną, Zachary – oderwałam się od dziadka i przemówiłam swoim głosem – Ona tutaj, w Polsce, nie może się rozżyć na całego- podsumowałam, rodząc bezwiednie nową, gęsią skórkę na całym ciele. Tym razem nie z zimna, ale od świadomości tego, czyją historię tak naprawdę opowiadał nam dziadek, powtarzając w koło opowieść o czarnuszce. Być może za każdym razem miał nadzieję, że ktoś z nas przerwie mu, wypowiadając odczarowujące słowa: TO PRZECIEŻ O TOBIE, O NAS!
Ale nikt nie zrobił tego za życia dziadka. Ja sama, dopiero teraz domyśliłam się, że być może czekał na to, by móc przejść do właściwej historii, zaśniedziałej w sercu, nietkniętej tęsknoty, której dane było umrzeć razem z nim. Nieopowiedzianej. Nietkniętej naszymi sercami. Samotnej.

– Teraz rozumiem- powiedział Zach, wolno wydychając powietrze. Czyżby wysłuchał na wdechu- tego fachowego opisu czarnuszki, co to go dziadek odtwarzał nam niezmordowanie?
– Powiem ci, że nawet polubiłem ten jej specyficzny posmak -mówił o czarnuszce- A teraz wiem też, jak poważna kryje się treść, za tak prostą czynnością, jak picie kawy w waszym domu…
– Ja także rozumiem od pewnego czasu- konstatowałam ze smutkiem- Dziadek pił ten olej na zimno każdego ranka, a dzbanki tak po prostu, jak to mówił, wyścielał nim, bo zdawał sobie sprawę, że olej wiele traci ze swoich właściwości, po zderzeniu z wrzątkiem kawy. Mawiał, że smak czarnuszki przypomina mu, że kiedyś zjawił się tu. Że nie żył tu od zawsze. Co ciekawe, udało mu się nas wszystkich przekonać do czarnuszkowego smaku, bo po śmierci dziadka, wszyscy nadal używamy oleju z czarnuszki do picia i do naoliwiania imbryków. Nawet wujo W., mąż Helenki dba, by zawsze był zapas buteleczek… A on nie przywykł do zabiegania o tak zwane dobro wspólne…

– Czujesz się erga… no, jak to szło?
– Ergazjofigofitem?
– Tak… Czujesz się nim, Noe? – pytał.
– A ty? – uciekłam od odpowiedzi, kierując pytanie ku Zacharemu. – W sumie głupie pytanie- zreflektowałam się. – Przecież Twój wyjazd… to próba uniknięcia zdziczenia. To chyba nawet walka o szansę na, jak mawiał dziadek, „przejście całego cyklu rozwojowego”. Prawda, Zach?

Zapytałam, a potem z miejsca posmutniałam, zdając sobie sprawę z tego, do jakiego oświadczenia zobowiązuję Zacharego. Znów, na wyobrażenie nagłego zniknięcia kuzyna, rezygnacja rozlała się po mnie. Od wewnątrz porósł mnie szary, umierający mech. Ale nie wycofałam się i nie dałam po sobie poznać, co czuję. Obiecałam Zachowi wspominać go, pamiętać, że czuł do mnie to wszystko naprawdę. Nie mogłam więc uruchomić swoich wewnętrznych toksyn, by rozpuściły pamięć o nim, by pochowały go na zawsze w odmętach głowy. Powstrzymałam destrukcję, gotowa na ból, który będę musiała wpuścić w trzewia pozostając przy trzeźwym umyśle. Patrzyłam na jego piękny profil i w skrytej głęboko żałobie, czekałam na odpowiedź. Zach zawahał się, ale nie po to, by uniknąć tematu. Odebrałam to raczej jako szukanie odpowiednich słów i tonów. Powściągnął się nieznacznie, po czym potwierdził, że tak właśnie się czuje. Jak czarnuszka. Tymczasowy. Nie w pełni swoich możliwości. I, że tak właśnie chce zrobić: odzyskać wszystkie siły swojej duchowości.

– Chciałbym odnaleźć swoją dobrą ziemię i tam rozkwitać, dojrzewać i obumrzeć w odpowiednim momencie- marzył. Widząc jak błoga staje się przy tym jego twarz, rozumiałam, że to najlepsze, co mógł dla siebie wybrać. – Nie dać się nikomu przerabiać na swoją modłę i nie odejść z tego świata przedwcześnie- kontynuował w uniesieniu. Ostatnie zdanie podkreślił bardzo wyraźnie, szukając przy tym moich oczu: – Mogłabyś jechać tam ze mną. Wtedy spełniłyby się wszystkie moje pełnie. Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi, Noe…

Z chwilą, gdy wybrzmiały te słowa, przekonałam się, że ból jest w stanie przeszyć, nawet zamrożone serce. Jak wyjaśnić niewytłumaczalne? Chciałam być blisko Zacharego, ale nie umiałam utrzymać się w pewności, że wolno mi przy nim ożyć. Podskórnie pragnęłam tego wszystkiego, czego pragną normalni ludzie. Ale wygrywała otchłań, która pojawiała się i wsysała nadzieję. Stracę go na własne życzenie. Stracę go, bo nie pasuję do świata, do ludzi- lamentowałam w duchu. Nie mogłabym pozostawić mamy, by tak po prostu wybrać życie. Byłam nią opętana. No i niosłam przed sobą swój smutny dom… Zrujnowałabym Zacharemu piękne życie, którego osią miał stać się Bóg. Zalałabym jego codzienność smołą bulgoczącą w moim sercu. A gdyby przeze mnie stracił to, czego pragnął- odebrałabym sobie życie – tłumaczyłam sobie i widziałam siebie dobrze schowaną i martwą w jakimś ciemnym zaułku Jerozolimy.

Zach jeszcze tu jest- powiedziałam sobie na osłodę i na otrzeźwienie. Nie trać czasu, on nadal tu jest! – zachęcałam się.
Udało się zatrzymać gonitwę myśli.
Chwyciłam od góry jego dłoń znienacka i bardzo mocno ścisnęłam.
– Powinieneś sam zjawić się przed Bogiem. Jesteś Mu to winien- wygłosiłam czule i zanim dokończyłam, widziałam, że Zach także ukrywa przede mną swój smutek. Oczy mu płakały, ale próbował utrzymać pogodę na twarzy. Dlatego gładziłam jego dłoń i kilka razy mocno ją wycałowałam. Nie chciałam żebyśmy stracili radość z TERAZ, które nadal było nasze. Byliśmy w zasięgu swoich rąk, więc przywoływałam Zacha do siebie.
– Muszę zmienić bieg, Noe- powiedział z arkadyjskim uśmiechem, jak zawsze wtedy, gdy stawałam się na niego zachłanna.
– Zmienię go z Tobą. Wykorzystajmy czas, który mamy- zaproponowałam śmiało. Z miejsca pokarało mnie wstydem za pożądanie. Skurcz żołądka nadszedł z pomocą, by przyjemne uczucie podniecenia, nie rozbestwiało się w moim brzuchu. Dokończyłam mimo to, bo przecież to Zach… Bo nie mamy zbyt wiele czasu…

– Potrzymam swoją dłoń na twojej i nie będę przeszkadzać, słowo- obiecałam cicho. Ukryłam ból, który znosiłam na skutek wymierzanej na mnie kary. Dziś już nie jestem pewna, kto mnie karał. Być może to jak sprzeciwiałam się swojemu szczęściu najsilniej… Skurcz przewędrował z żołądka do operowanej przed miesiącami nogi. Mama przypomina znów o sobie- pomyślałam. Skopała mi nogę, aż pękła kość. Nie pierwszy raz… Zostawiła po sobie ślad, który będzie się nasilać z każdą zmianą pogody. Po to, by mnie do niej odsyłać myślami. Żebym nie odchodziła zbyt daleko od domu.

Może to był już ostatni raz, gdy mama zaatakowała mnie fizycznie? Kto wie, kim się stanę tracąc naraz dwóch mężczyzn? – zapytałam siebie i zapytałam ukrywającego się Boga. Był to pierwszy raz, kiedy zaświeciło mi w głowie zdanie: NIGDY WIĘCEJ JEST MOŻLIWE. Nie sądziłam, jak ważna będzie ta króciutka chwila dla całej mojej przyszłości. Niemal niezauważalny moment- jakby motyl przeleciał na linii wzroku. Ale zostawił smugę po swoich barwach.
Okazało się, że tamta migawka myśli- była ważniejsza od sprawy z X. i nawet od Zacha. Dotyczyła bowiem związku z kimś bliższym mi niż oni.
Dotyczyła mojej relacji ze mną.
Zalążek gniewu, który pozwolił mi spłodzić myśl inną, niż wszystkie inne dotąd- nie wyglądał wówczas na taki. Ale to on mnie ocalił i nauczył pisać.

Szpitalny hol wessał nas i postawił pośrodku swojego ciepłego wnętrza. Przystanęliśmy. Potrzebowaliśmy zebrać myśli. Puściliśmy swoje dłonie, by zaraz je złapać i ponownie puścić. Pacjenci w grubych szlafrokach i kapciach mrowili się przed wejściem do sklepiku. Co słabiej subordynowani, mimo głośnych pouczeń personelu, czmychali, solidnie opatuleni, na papieroska.

– Przeziębi mi się pan, panie Adamie i nie daj Bóg, zejdzie na płuca! Za karę zarządzę brak obiadu! – zażartowała szczupła blondyneczka w fartuchu. Przebiegała pospiesznie, jak to pielęgniarka, między jednym zadaniem a drugim. Mimo to zachowała czujność i dobry nastrój, bo osoba, do której skierowała ostrzeżenie, miała się żwawo. Pacjent sprawny, chodzący. Zapewne nie sprowadzało go tu nic poważnego, a Taka Sytuacja, nie groziła mu w najbliższej przyszłości. W przeciwnym razie, ta serdeczna kobietka, nie sugerowałaby śmierci, nawet w żartach. Na tyle znałam już wewnętrzne kody szpitalnej gadki, żeby wiedzieć, że przy umierającym, nie mówi się o śmierci. Podobnie jak dziecka podejrzanie połamanego i pokiereszowanego- nie pociesza się rychłym spotkaniem z matką…

O ja nieostrożna! Nasłuchując radosnego przekomarzania się tamtych dwojga, nierozważnie wpuściłam w siebie ostry ból. Zaatakował mnie bez najmniejszego ostrzeżenia, w chwili, gdy tylko liznęłam wspomnień z moich dziecięcych wizyt w szpitalu.
Od OIOMU, na którym dogasał X. dzieliły mnie jakieś dwie minuty smętnego spaceru. Wnioskowałam, że ja i on- nie zagramy już w zielone, nie pożartujemy z umierania…Nie mrugniemy do siebie okiem, na znak, że dla zabawy powiększamy problem- jak zrobiła to sympatyczna pielęgniarka i jej pacjent przed chwilą… Zach stał obok, czekał na mój ruch. Zamknęłam oczy. Próbowałam otoczyć zalewający mnie ból kokonem ciała, ukryć piekielny ucisk w dłoniach i kolanach. Straciłam kontakt ze stopami, a żołądek zdążył wyhodować ciężkie gwoździe. Na szczęście nic nie jadłam, nie było czym wymiotować. Wszystko w moim ciele wrzeszczało: Stój! Nie masz sił! Wróć, połóż się. Nie bierz już niczego na swoje barki! Nie uniesiesz tego!
Nie umiałam tego wysłuchać. Swoją fizyczność postrzegałam jak ciało obce. Traktowałam je tak, jak nauczono mnie je traktować. Jak przeszkodę. Nie liczyłam się z nim, choć dziś wiem, że krzyczało do mnie bólem, gorączkami, powracającym ściskiem żołądka- tak jak w tamtej chwili.
Postanowiłam przeforsować się i wykonać zadanie.

Zach zauważył moje splątanie. Wyszukał w miarę spokojne miejsce. We wnęce wypełnionej kilkoma następującymi po sobie gabinetami lekarskimi, chwilowo nie było nikogo. Nie była to cisza. Zaledwie wykusz w szpitalnym zgiełku. Dobre i to, powiedzieliśmy chórem i tak zaskoczeni, jak stłamszeni- uśmiechnęliśmy się niepewnie do siebie. Usiedliśmy na dwóch z kilkunastu krzeseł ustawionych pod ścianą. Przyjrzałam się temu martwemu pochodowi czworonożnych sług. Drewniane płytki umieszczone w siedzeniu i oparciu krzeseł, w moich oczach wyglądały już jak wieko trumny. „Młodym, jeśli umarli godnie, należą się trumny z jasnego drewna. To nawet wypada, by przesłać ziemi młodość w drewnianej skrzynce pozbawionej ciemni” – usłyszałam w głowie słowa babci Sophie. Miałam kłopot z wzięciem głębszego oddechu. Zach rozpiął mój kożuszek i wsunął po niego ciepłą, dobrą dłoń. Instynktownie odwróciłam się tyłem. Otwartą dłonią masował i rozgrzewał mi plecy tak długo, aż udało mi się uspokoić.

Wdech, wydech. Wdech, wydech.
Gdy oddech nie sztyletował już klatki piersiowej od wewnątrz, zapragnęłam powrócić do twarzy Zacharego. Ból stopniowo opuszczał moje ciało.
Odwróciłam się. Dotknęliśmy się surowymi oczami. Zanim się odezwał, wyczytałam z czerni jego spojrzenia, że chce przekazać mi coś ważnego.

– Posłuchaj Noe- powiedział z powagą, chwytając delikatnie moją dłoń – obiecałem, że cię przywiozę tu. Obiecałem mojemu tacie i tobie. Dotrzymałem słowa. Jesteśmy na miejscu – podkreślił, rozglądając się i zaznaczając linią wzroku panoramę szpitalnego holu. – Przyznaję, jak chłopaka nie trawię, tak zgadzam się, że sprawa jest poważna, a nawet honorowa. Ale, musisz wiedzieć, że ty jesteś ważniejsza od Goldberga i jego choroby. I najważniejsze jest to co czujesz, teraz gdy tu weszliśmy. Zrozum – mówił czule- Możemy się wycofać. Co ty na to? To chyba za dużo dla ciebie. Trudno…najwyżej Dawid się nie doczeka. Nie musisz składać mu się w ofierze – tłumaczył.
– Jak to? Obiecałeś swojemu tacie? Dobrze zrozumiałam? – zapytałam zdziwiona. Co wuj Leon miałby mieć do X.?
– Tak, no… nieważne. To co? Wracamy? – dociekał. Bardzo tego chciał, nie miałam wątpliwości.
– Nie! – zareagowałam zdecydowanie- Nie ma mowy, Zach. Ja tu więcej nie wrócę. Wiem, że to koniec, że nie będzie już okazji. A jeśli nawet… to ja już na pewno nie skorzystam… Poza tym… Czujesz to? – zapytałam, rozglądając się uważnie wokół.
– Co takiego? Masz na myśli te medykamenty i detergenty w powietrzu?
– Nie, Zach. Przyleciał już. Nie czujesz?
– Kto taki, Noe? – zmieszał się, dotknął mojego czoła. Sądził, że mi znów odbija w gorączce.
– Duszek śmierci już tu jest- odpowiedziałam spokojnie- Wszystko na co patrzę, służy mu, służy śmierci- tłumaczyłam szeptem- Ona już tu jest. To koniec, Zach. Pożegnajmy go, pożegnajmy X.- powiedziałam tajemniczo, wstając jednocześnie i ruszając przed siebie. Nie odwracałam głowy. Czułam go.
Szedł za mną jak zawsze. Kochany, wierny i pomocny Zach. Pewnie uznał, że mam zwidy. A może rozumiał już wtedy, że duchy towarzyszące mojej rodzinie i mojemu domowi, to nic innego, jak zalewające nas uczucia? Czy wiedział, że sam stanie się jednym z duchów w moim sercu? Że zamieszka w nim na zawsze?
Wiedziałam, że muszę wejść do sali sama, że tak należy. Przeżyliśmy z X. swoje chwile sam na sam i właśnie tak musimy je domknąć.

– Witaj Noemi, moja droga Noemi- przywitał mnie X. Domyśliłam się, że wolałby wypowiedzieć to przywitanie rozmarzonym tonem.
Świszczał.
Odważnie wbiłam w niego wzrok. Wyglądał znacznie gorzej, niż to zapowiedział duszek śmierci. A musicie wiedzieć, że ten- nie odstępował mnie ani na chwilę, układając się w niepokojące zdania i obrazy, dosłownie na kilka sekund przed przekroczeniem progu Intensywnej Terapii. Nawet teraz, gdy zbliżałam się do łóżka, na którym X. dopełniał swojego życia, duszek szeptał mi do ucha: wiadomo, że wszystko źle się kończy. Nie więc ma co panikować. Śmierć przyjdzie wykonać wyrok i nie zabierze jeńców- przygotowywał mnie.

Nawet przez chwilę dyskutowałam z dictum zjawy pouczającej mnie nieustannie. Nie czułam, że przeżywam choćby ćwiartkę adekwatnych na tę sytuację uczuć. Miałam świadomość, że jestem golemem, że odcięłam X. w sobie. Na życzenie samego zainteresowanego.
Przystanęłam obok niego, po jego lewej stronie. Miał tu okno, zawahałam się, czy aby go nie przysłonię. Może to ostatnia wola? Widzieć strzęp świata zza okna?
Wciąż było mi bardzo zimno. Nie odrywałam od niego wzroku. Czekałam co dalej. Ściągnął maseczkę z tlenową i położył ją sobie na brodzie.

– Tak się cieszę, że się zdecydowałaś- zaskrzypiał- Za pamięci- powiedział, sięgając pod kołdrę i wręczając mi białą, grubą kopertę- To list do ciebie, bo nie zdołamy tu wszystkiego sobie wyjaśnić. Proszę przyjmij i na spokojnie odczytaj w domu. Chyba oboje wiemy- zadrżał mu głos i wydał mi się chłopięcy, słodkawy- że to nasze pożegnanie raczej….

Chwyciłam kopertę za jej rant przeciwległy do miejsca, w którym X. zaciskał na niej palce. Uprzejmie przyjęłam list napisany do mnie i nie chcąc zatrzymywać na nim wzroku wsadziłam go w tylną kieszeń spodni. Gdy tylko upewniłam się, że nie wypadnie, z powrotem spuściłam na biodra długi sweter i dopięłam kożuch. Nawet tak zakamuflowana koperta, przeciążyła mnie. Plecy rozbolały mnie dosłownie w tym samym momencie, w którym uruchomiłam wyobraźnię i zadałam sobie pytanie, co tak ważnego chciał napisać do mnie X., a czego nie może powiedzieć osobiście? Czy boi się mnie zaatakować? A może uznał, że szkoda na to sił?
– Oczywiście, masz rację. Przeczytam na pewno- obiecałam, niezamierzenie ukazując zafrasowaną bólem pleców mimikę.
– Źle się czujesz? – zapytał. Zauważył! – pożałowałam w duchu i próbowałam rozpogodzić oczy, które aż cierpły mi od zmarszczek powstałych w grymasie cierpienia. Na bezbarwnym czole X. pojawiły się wielkie krople potu. Przyszły mi z pomocą. Złapałam za jeden ze sterty małych ręczniczków, przygotowanych na taką okoliczność i wytarłam je. Patrząc mu cały czas w oczy, wyznałam szczerze, bez ozdobników i znieczulaczy – Jest mi dziś bardzo zimno, X. Nie sądzę, że ma to jakikolwiek związek z problemami ciała. Nie radzę sobie z głową, po prostu.

– No tak- pokiwał głową i wziął łyk tlenu. Byłam pewna, że zbiera myśli.
– Chciałem cię przeprosić, Noe. Byłem bardzo nieprzyjemny. Jestem pogubiony, załamany, wściekły i zazdrosny. Tych wszystkich uczuć jestem pewien i szczerze się do nich przyznaję- mówił z trudem. Starałam się nie zwracać uwagi na zaniepokojoną pielęgniarkę. Zerkała od czasu do czasu, a raz nawet podeszła, by podkręcić morfinę.

– Wiem, że to koniec, X. Wiem, że chciałeś żyć, że walczyłeś. Współczuję- cedziłam słowa surowe, ale były czystą prawdą, choć pozbawioną mojego wnętrza, sedna mnie. Usłyszał to.
– Odrzuciłaś mnie? Zabiłaś mnie już w sobie, jak innych, którzy cię przerazili?
– Ty mnie nie przeraziłeś. Ty mnie zmusiłeś do tego jak jest- oświadczyłam cierpko, choć nie czułam złości. Byłam jak surowy kalafior. Pełnowartościowa, ale nie do strawienia. Nie mogłabym w tej formie wyjść mu na zdrowie.
– Tak, to racja- przyznał na wydechu- Spróbuj mi wybaczyć, bo działałem jak ostatni głupek, jak cham i jak pieprzony złamas. Nawet nie sądziłem, jak próżny i naiwny jestem. Jak podobny jestem do moich snobistycznych rodziców! – rozemocjonował się.
– W porządku X.- odpowiedziałam kojąco. Wydobyłam z siebie nadmiar spokoju.
– Mów do mnie po imieniu, proszę. Chcę tego posłuchać z twoich ust.
– Dobrze, Dawidzie. Jak sobie życzysz. Czy mogę coś dla ciebie jeszcze zrobić?
– Tak. Wiesz, że nie będę mieć religijnego pogrzebu… Domyśliłaś się?
– Tak.
– Napisałabyś o mnie kilka słów, by mój kuzyn mógł odczytać? Oczywiście, podam mu do ciebie e-maila. Na wszelki wypadek ty też zapamiętaj do niego: karol kropka schwarz, małpa, tlen… Przez rodziców nie ma co nawet…
– Jasne, nie ma sprawy- powiedziałam z trudem. Podany przez niego adres wryłam w głowę. Zdjęłam wzrok z X., poluzowałam spojrzenie. Zaczęłam dostrzegać okolicę. W otwartych chwilowo drzwiach OIOMU zauważyłam cierpliwie czekającego na mnie Zacha. Mojego ciemnego, dobrego anioła…
– Dziękuję, Noemi. Za wszystko – zachrypiał Dawid.
– Czyli za nic, bo byłam przecież samym złem w twoim życiu- parsknęłam niekontrolowanie- Zdążyłeś mi to dość jasno wyłożyć i zaprezentować- dokończyłam z wyrzutem, którego nie umiałam w sobie zdusić.
– To była histeria i zazdrość, Noe.
– Ok. Nie mówmy o tym. Masz jakieś życzenia co do przemowy?
– Tak. Wybierz sobie z mojego listu, to co uznasz za słuszne. Ufam ci.
Załamał mu się głos. Pociekły łzy i znów pot. Kroplami przesilenia na jego czole umiałam się zająć, ale płacz był mi tak obcy, tak odległy. Pogładziłam go po chusteczce obwiązanej wokół głowy. Zwróciłam uwagę na napis w języku włoskim. Wydrukowane gotykiem hasło: la vita e bella! Białe litery na błękitnym tle i coś jakby fale morskie, może zarys ptaków. No faktycznie, życie jest piękne… Im dłużej gładziłam go po głowie i mokrej twarzy, tym spokojniej oddychał. Pielęgniarka raz jeszcze podkręciła morfinę i dała mi znak, że powinnam dać mu zasnąć.
Wyczuł, że odpływa.
– Cały czas byłem dla ciebie panem iks, jak dla nic niewartych znajomych. Używałaś tej ksywki, jakbyś czuła, że nie umiem przy tobie być naprawdę… Mam ostatnią prośbę, Noe.
– Tak?
– Myśl o mnie już zawsze, jak o Dawidzie Goldbergu. Tym, który się w tobie zakochał. Tym, którego włosy i oczy kochałaś. Tym, z którym zdecydowałaś się kochać. Proszę cię, Noe. I w taki sposób napisz o mnie przemowę. Nadaj mi kształt, nadaj mojemu imieniu wartość, głębię. Wiem, że to potrafisz. Jesteś w tym najlepsza.
– Dziękuję.
– Mówię prawdę, Noe. Nie rób takiej miny, błagam! – wydyszał nerwowo. – Przecież wiem, co oznaczają twoje skrzywienia. Znam cię. Nadal chcę cię znać, Noe, choć ty już mnie zamordowałaś w swoim sercu.
– Co oznaczał mój grymas sprzed chwili, twoim zdaniem? – zapytałam, popędzana spojrzeniami pielęgniarki zaglądającej co minutę. Rozstawiła wokół nas parawan, którego, jak przypuszczałam, X. nie był już w stanie zauważyć po takiej dawce narkotyku. Dała mi tym do zrozumienia, że będzie zajmować się X. Może myć? Nie zamierzałam się nad tym głowić. Spieszyłam się, by dopiąć szczegóły.
– Nie wierzysz już w nic dobrego ode mnie. Nie wierzysz w moje uczucia, ani w to, że cię doceniam. Zasłużyłem na to.
– Kochałam cię, X. To znaczy, Dawid. Kochałam cię i zapamiętam. Napiszę o tobie jak najwierniej potrafię. Twój kuzyn wszystko dostanie. Zacznę pisać już dziś, nie wycofam się, obiecuję. Cokolwiek tam napisałeś, wszystko wezmę pod uwagę i uwiecznię cię.

Powiedziałam ciągiem. Był już w odlocie, gdy skończyłam. Chciałam już odejść od jego łóżka, ale zobaczyłam, że wyciąga kościstą, siną dłoń ku mnie. Złapałam ją. Był zimny, nie nosił w sobie już ciepła, które noszą żyjący, snujący plany. Mimo, że moje zimno także było chorobliwe, to nijak nie przypominało tego, które rozpanoszyło się w Dawidzie.

– Nie mów, że mnie kochałaś- wymamrotał. Ślina pociekła mu po brodzie i jak klej zwisała lepką kroplą w kierunku poduszki. – Kochaj mnie, nie zapominaj mnie. Te wszystkie chwile dobre między nami… Przeczytaj list, Noemi. Przeczytaj i nie wyrzucaj mnie z siebie…

Odleciał. Ciało zwiotczało, oddech zwolnił. Spał. Był daleko ode mnie. Zostałam przy jego łóżku ze złożoną mu obietnicą i listem w tylnej kieszeni spodni. Poruszona, choć jeszcze o tym nie wiedziałam.
– Musisz już wyjść, jak matkę kocham!!! Jego rodzice mnie zabiją, jak cię tu zobaczą! – popędzała mnie zestresowana pielęgniarka. – Przyrzekałam im, że nie wpuszczę do pana Dawida kogoś, kto odpowiada twojemu wyglądowi, czyli pewnie chodziło o ciebie- mówiła ze strachem w oczach. – Za to on, prosił o coś przeciwnego. I jemu też obiecałam… Bo jak odmówić umierającemu?! Weź tu nie zwariuj! Ja się tam na stróża nie pisałam! A oni dziani są, jakieś szyszki w mieście. Jeszcze mnie zwolnią przez ciebie! – mówiła coraz bardziej wściekła i poganiała mnie.

– Już wychodzę i nigdy więcej nie przyjdę w odwiedziny do Dawida Goldberga. Spokojna głowa- powiedziałam dosadnie i ledwie omiatając ją wzrokiem, wyszłam na korytarz. Przez chwilę byłam jak Sophie i byłam z tego dumna. Zach, gdy tylko zobaczył rąbek mojej postaci na korytarzu, przechwycił mnie szybko i wsadził do windy. Wcisnął guzik na jakieś absurdalnie wysokie piętro.
– Co jest?! – zapytałam oszołomiona.
– Goldbergowie tu są. Zobaczyłem z okna jak parkowali. Nie chciałem żebyś musiała na nich patrzeć. Damy im chwilę na dotarcie do syna i zjedziemy na dół- mówił spokojnie. – Dobrze, że już jesteś ze mną. Nie chciałem wam przerywać, ale lada moment musiałbym po ciebie wejść żebyś uniknęła przykrej konfrontacji…
– Dzięki.
– Wszystko ok? To znaczy… w miarę ok?
– Tak. Mam to za sobą. Chodźmy coś wreszcie zjeść i napić się kawy.
– Jasna sprawa, szanowna pani- Zach uśmiechnął się, zapewne na wyobrażenie jajecznicy, która była tuż tuż…

Przez resztę tego dnia byliśmy razem. Nocą także. Przed zacumowaniem w polach, Zach wstąpił do swojego mieszkania, by zabrać kilka potrzebnych mu ubrań i książek. Zapakował też świeże ciasto drożdżowe, które upiekła dla nich niezastąpiona pani Jasia. Przekazał mi prezent od wuja Leona. Wewnątrz bzyczącego i lecącego w stronę mojego domu w polach garbusa, otworzyłam piękne wydanie trzech pierwszych tomów „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta, w oryginale. Byłam zachwycona. Nawet strach o to w jakim stanie jest mama, tata, dom… nie odebrał mi tamtego zachwytu. Tamtego dnia wracałam do domu wystarczająco pewna tego, że mam po co przetrwać noc. Chciałam napisać przemowę dla Dawida i wykorzystać czas, który ofiarował mi Zachary. Zaznaczył, że na pewno zostanie na noc. Miałam więc cel, miałam nadzieję i sens.
Do samego rana.
Potem ruszył do miasta, do bibliotek i swoich spraw.
Zaznaczył jednak, że jeszcze wróci.