„Zapłacę uczciwie, podziękuję solennie- tylko to życie moje brudne, odplamcie, proszę, ze mnie”
Minęła dwudziesta. Kilkuosobowa firma sprzątająca, niezmiernie zadowolona z napiwków, hojnie dorzuconych im przez ojca do spodziewanej należności, opuściła właśnie nasz dom.
„Dyskrecja to godny partner w interesach. Dobrze rozgrywana, staje się silną walutą. Dlatego nie warto na niej oszczędzać” – zanuciłam pod nosem sobie a muzom- wyświechtane słowa ojca. Zwykł powtarzać je w podobnie opłakanych okolicznościach, jak ta dzisiejsza. Tym razem nie musiał za wiele wyjaśniać. Wciskając gotówkę w dłonie usatysfakcjonowanej, koedukacyjnej brygady, rzucił porozumiewawczym hasłem: „Na fakturę poproszę wpisać jakieś standardowe porządki. Rozumiemy się, mam nadzieję. Wiecie o czym mówię?” – zapytał retorycznie i nerwowo chrząknął.
Wiedzieli. Byli tu już nieraz. Rozumieli za co dostają równowartość swojej miesięcznej pensji w kieszeń, w ramach pojedynczej usługi.
Za milczenie. Czyli – za niezadawanie niewygodnych pytań podczas sprzątania oraz za nieodpowiadanie na podobne – po opuszczeniu naszej posesji. Zawsze przecież ktoś na wsi, w miasteczku lub ktoś z rodziny… mógłby chcieć coś wiedzieć. Milczenie jest złotem, jak mawiają. Tata traktował to porzekadło bardzo dosłownie, gdy dotyczyło zmowy milczenia w związku z jego rodzinnym domem. Im mniej oczu spoglądało w jego stronę, tym sprawniej robiło mu się interesy. Choć to niedorzeczne, wydawało się, że wyjeżdżał stąd częściej, niż wracał. Z chwilą, gdy opuszczał nasz parking, wyrzekał się niewygodnych faktów na swój i nasz temat. Zrzucał je z siebie, niczym ubranie drażniące ciało. Po kilku przejechanych kilometrach, odczuwał już ten uzależniający luz w ciele i przeciąg w głowie. Był znikąd. Mógł wreszcie skupić się na czymś tak nieobciążającym i przejrzystym, jak pomnażanie pieniędzy.
Koło nie przestawało się zamykać. Gotówką zarobioną dzięki dyskrecji, ponownie płacił komuś za milczenie. Przed chwilą, zupełnie nieświadom tego mechanizmu, postąpił tak z ludźmi, którzy kolejny raz uprzątnęli mu sprzed oczu skutki „tornada”, na co dzień zwanego Gają, uzależnioną od leków i alkoholu, żoną tegoż eleganta i biznesmena.
Korytarz zionął upojony środkami do dezynfekcji. Od czasu do czasu, przebijała się przez nie słodka nuta lawendy, która to, szczęśliwie, znalazła sposób, by dotrzeć do mojego pokoju. Idąc do toalety, zauważyłam liczne odświeżacze powietrza, ustawione na cykliczne wydalanie aerozolu. Słusznie przypisałam im ten przyjemniejszy zapach. Lawenda to w końcu coś ziemskiego, dotykalnego. W przeciwieństwie do żrących substancji, mających unicestwić niewidoczne zagrożenie, czyhające na nas z pozornie oczyszczonych dywanów, co to chwilę temu-parowały od wymiocin, moczu i fekaliów mamy.
Korzystałam wyłącznie z tych pomieszczeń, do których prowadzi wejście bezpośrednio z korytarza. W miarę bezpieczna łazienka i toaleta. W ścianie zabudowanej drewnem, tkwiły też, niewidoczne gołym okiem, drzwi do ukrytego pokoiku, z którego to już łatwo przedostać się do pokoju z fortepianem. Gdybym więc poczuła zagrożenie na korytarzu, równie dobrze mogę schować się tam i tym sposobem przedostać się do siebie. Niestety, jeszcze nigdy w strachu, nie skorzystałam z takiej możliwości. Nadal więc był to dla mnie ratunek widmo. Może kiedyś nabierze realności- rozmyślałam, próbując rozeznać się w sytuacji po „tornadzie”, jak nazywał to tata…
Jak na razie, do kuchni zachodził tylko Zachary. Przyrządzał jedzenie, które w większości sam zjadał. Ja piłam kawę i wodę. W koło. Nerwowo połknęłam też kilka migdałów, by temat mojego niejedzenia wydał się Zacharemu bardziej znośny. Bo mnie, prawdę mówiąc, tylko obtłukły wnętrze.
Mama była gdzieś tam. Cicho, nieruchomo. Próbowałam nie wyobrażać sobie, że zmarła pod moją nieuwagę. Jednak co chwilę wracał do mnie ten przejmujący, tradycyjnie wysysany z poczucia winy, obraz. Porzucona, zraniona mama- leżąca na wznak, na podłodze sypialni. Zaduszona wymiotami na śmierć. I niekończący się wodospad wyrzutów w mojej głowie: Mogłam jej przypilnować! Zabiłam ją!
Tata, stojąc mniej więcej w połowie schodów, melodramatycznie zalamentował nad tym, jak to zakręciło mu się w głowie z głodu. Krzątająca się Sophie, błyskawicznie zareagowała na biadanie swojego oseska. Nie zdziwiło mnie więc, że skorzystał z jej zaproszenia na posiłek. Z pewnością poczuł się wystarczająco dopieszczony, gdyż od momentu rozliczenia się z ekipą od porządków, nadal nie wracał na górę.
Siedzieliśmy w dużym pokoju, po obu krańcach stołu. Udało mi się znaleźć wspólny język z książkami. Wgryzłam się w podręcznik od biologii i uruchamiając wyobraźnię, odtwarzałam niewidoczne procesy zadziewające się w drzewach. Od świadomości, że pod korą tych dumnych, jednonogich roślin, komórki dzielą się nieustannie, czułam podekscytowanie i rozgorączkowanie. Cała spowijająca mnie skóra- parowała, a oczy zachodziły słodkimi łzami. Lgnęłam do tej wiedzy i obrazów, które podsuwał mi podręcznik, we współpracy z głową. Zach, w tym czasie, trawił jakiś opasły tom prawa, na które ja, osobiście byłam obrażona, więc niespecjalnie patrzyłam w jego stronę. Goldbergowie, ale też niekończące się matactwa taty i babci, zraziły mnie do tej dziedziny nauki. Nieodwołalnie.
To uprzedzenie mogło być pierwotne i wypływać z mojego wiecznie zagrożonego ciała. Od urodzenia przecież byłam wyjęta spod prawa, choć bardzo długo nie umiałam tego ani zrozumieć, ani nazwać. Z czasem jednak dowiadywałam się, że każde zgłoszenie na policję, każde podejrzane złamanie i pobicie – da się zatuszować banknotami. One zaś, oczyszczają karty pacjenta z nieporządnych wpisów, a służba mundurowa, zaciskając je w pięści, wycofuje się bez słowa. Mama pozostawała nietykalna. Dla mnie także było to wtedy ważne, by ją chronić. Dziś myślę nawet, że to właśnie mnie zależało na tym, jak nikomu innemu. Obserwowałam więc te nieczyste zjawiska bez lęku, może nawet z ulgą, że nie dzieje się jej krzywda. Zanurzona po czubek głowy w jedynym świecie jaki znałam, nie umiałam wyobrazić sobie innego. Nie przychodził mi do głowy żal na swój własny temat, który, gdyby był wyrażany płaczem, krzykiem czy skargą- być może zmieniłby bieg tej historii. Być może wprowadziłby w życie, tak zwanych dorosłych, dyskomfort- wymuszający zmiany.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że Zach miał inny dom, inne wspomnienia. I podejrzewam, że, w przeciwieństwie do mnie, znał moralną siłę prawa, nad którym całe życie ślęczał jego tata, czyli ktoś zaufany, kochany. Mojej podświadomości natomiast- stos reguł nie wprowadzanych w czyn- potwierdzał tylko ponurość tego świata i fakt, że życie nie może się rozpędzić, bo co i rusz, wpada w ślepe zaułki beznadziei. Często śniłam jeden i ten sam sen, że nie tylko ja, ale też wszystko co żywe, nagle zaczyna dusić się i umierać ze strachu, zdając sobie sprawę, że zbliża się coś okropnego, od czego nie ma ucieczki i za co nikt nie poniesie konsekwencji. Po takim śnie budziłam się zwinięta w kłębek, ze zsiniałymi od zaciskania pięściami. Obsikana i spocona. Za każdym razem.
Spojrzałam na rozśpiewany zegar. Celebrował kolejną, pełną godzinę, choć wszystkim nam kojarzył się już tylko z bronią dziadka, ukrytą na wypadek konieczności odebrania sobie życia… Wiedziałam, że nawet jeśli zjawię się u X. o dwudziestej pierwszej i później, bez kłopotu wpuszczą mnie na oddział. W TAKIEJ SYTUACJI, można liczyć na wiele ustępstw. To takie ludzkie, mawiają dotknięci TAKĄ SYTUACJĄ członkowie rodzin, obdarzani nagłym wysypem odruchów człowieczeństwa ze strony najrozmaitszych osób. „Co prawda, nie mamy w zwyczaju, by rodzina nocowała w szpitalu, ale w TAKIEJ SYTUACJI, oczywiście, proszę zostać z chorym”. TAKA SYTUACJA towarzyszyła mi od dzieciństwa. Członkowie naszej rodziny nie unikali odwiedzania się wzajemnie, w tak zwanych okolicznościach terminalnych. Wręcz przeciwnie, to one, najsilniej nas magnetyzowały. Nie bardzo umieliśmy się wczuć w radosne wesela i zjazdy z powodu nowonarodzonych dzieci. Za to atmosfera czyhającej śmierci, obdarzała nas swobodą ruchów, nawet w ogromnym smutku. Zdecydowanie łatwiej przychodziło nam oszaleć z rozpaczy niż ze szczęścia.
Poza spuścizną rodziny, miałam też swoje zasoby. Przy mamie nie sposób było nie nabrać doświadczenia szpitalnego. Na zmianę; albo ja lądowałam ze złamaniami i innymi urazami na oddziale, albo ona trafiała tam z mojego powodu, bo jak mawiała: „To przy tobie staję się potworem! Nikt inny tak nie wyprowadza mnie z równowagi!”. Było nie było, widziałam niejedno odejście z tego świata. Sama także, regularnie byłam przekonana, że wydaję ostatnie tchnienie.
Dlatego też czułam się wystarczająco biegła w TAKIEJ SYTUACJI. Egzystencjalnie nie rozumiałam zbyt wiele, za to nie było dla mnie tajemnicą, że gdy z ust lekarzy, pielęgniarek i duchownych- padają TE DWA słowa, oto trwa jakiś poniosły spektakl! Czyjeś życie rozpina się właśnie między jawą a snem, między „jestem” a pustką następującą po byciu. Bo przecież „nie jestem” nie może być przeciwieństwem „jestem”. Wszak oznaczałoby, że ktoś zmarły nadal ma świadomość i może dzięki niej zrozumieć i wyrazić fakt, iż przestał istnieć. A jednak mózg gaśnie, więc- pustka. Słynna TAKA SYTUACJA- to stan na chwilę przed pustką, przed zgaszeniem światła w czyjejś głowie. I temu stanowi rzeczy, nierzadko naginają się wszelkie normy i ustalenia szpitalne. Wobec TAKIEJ SYTUACJ, często kruszą się najbardziej zasadnicze kręgosłupy.
Pozornie nieugięty świat biurokracji- w TAKIEJ SYTUACJI, nagle jest w stanie urodzić całą masę ustępstw i dróg na skróty. Zatem byłam przekonana, że mimo zerwanej przed chwilą zawiei i późnej godzinny, mogłabym jeszcze dziś zobaczyć się z X. Mój dawny chłopiec, kochanek i przyjaciel- zasilił właśnie szeregi tych, przed którymi swoje wyjątkowe podwoje, otwiera TAKA SYTUACJA…
Zamknęłam podręcznik. Postanowiłam poświęcić mu kilka myśli. Czy czuje się uprzywilejowany? Czy korzysta z hojnych ramion SYTUACJI, w której się znalazł? Czy cieszy go to, że może więcej, niż rokujący pacjenci? – rodziłam coraz to surowsze pytania.
Niestety, nie umiałam zobaczyć X. oczami wyobraźni, która jeszcze przed chwilę działała na szalonych obrotach podczas nauki. Moja głowa kasowała go takiego, jakim widziałam go jeszcze niedawno, ale i tego z przeszłości, gdy był w pełni sił i zachwycał mnie spojrzeniem, ciałem i przecudnymi, długimi włosami. Próbowałam podpowiedzieć coś moim myślom, ale mimo potu na skroniach i suchości w ustach, X. jawił mi się nadal jako obojętny, teoretyczny opis z kroniki policyjnej. Czy moja podświadomość zakodowała go sobie jako przestępcę i dlatego wykradła ze mnie wszystkie dobre chwile, które przy nim spędziłam?
Ucięłam te zmagania i spojrzałam na Zacharego.
Jego myśli zaczęły mnie szukać, gdy bezceremonialny zegar zmusił go do wynurzenia oczu z głębin tłustej księgi. Mogłabym wgapiać się pasjami w jego skupioną twarz. Rzucił okiem na tarczę zegara, potem na mnie. Patrzył teraz spojrzeniem zamroczonym nauką i czułam, jak próbuje porzucić tamtą namiętność dla mnie. Był przepiękny, gdy tak intensywnie przepychał jedne myśli, na rzecz drugich. Trafnie odczytał, co rozważam, bo wyrzekł miękko:
– Jak się czujesz? Dziś chyba nie pojedziemy już, co?
– Nie. Zostańmy- odpowiedziałam.
– A jak się czujesz?
– Żyję, Zach. Co więcej mogłabym powiedzieć? -wydusiłam speszona- Przepraszam cię za te moje chimery dziś…
– Noe, o czym ty mówisz?! – podniósł głos i poderwał się, wyraźnie kierując się ku mnie. Zauważył jednak, że się kurczę i usiadł z powrotem na swoim krześle. Patrzył na mnie. Wiedziałam, że nie muszę już nic mówić. Akurat Zach zrozumie wszystko, a nawet więcej.
Ale… przecież…- przebiegły po mnie kolczaste myśli- …przecież przystał na moją prośbę, żeby odejść z mojego życia bez pożegnania- zachłysnęłam się niepokojem. A co, jeśli jutro zniknie z mojego życia? – pytałam się swoich lęków i niemal dałam im szansę, by mnie podtopiły. Nie mogłam pozwolić im wyjść na zewnątrz mnie. Na twarz, na poranione dłonie. Wdech, wydech, jak mówi Sophie. Otworzyłam ranę swojego serca i wcisnęłam na samo jej dno- rozmyślania o nagłym wyjeździe Zacha. Nie psuj tego, co jeszcze masz… Nie psuj…
Przez chwilę patrzyłam na samą siebie z boku. Z krwawej saszetki serca, siłą zatrzaśniętej, pociekła nie tylko krew, ale i łzy rozpaczy.
– Zach, nie czuję się dobrze. Przejechał mnie dziś walec. Za dużo emocji. Wybacz mi, bo nie dałam rady stawić czoła mamie. Może ciężko w to uwierzyć, ale wcześniej szłam jak burza, by ratować nasz dom, gdy ktoś walił pięściami w drzwi… a potem… sam wiesz…
– Co?! Kto tu walił w drzwi?!- pytał poruszony- Noe, o co chodzi?! Coś się stało?!
– Nie, nic- uspokajałam. – Ostatecznie okazało się, że to pani Czesława, ale mieliśmy tu wszyscy stracha, bo zachowała się jak nigdy… dobijała się, a rozumiesz chyba, że Sophie, ciocia Helenka, ja i reszta- my… tu boimy się, gdy ktoś nas napada.
– Ale to tylko pani Czesława, tak? – upewniał się, neutralizując napięcie.
– Tak. To nieważne. Po prostu mówiła o tacie, tym zamordowanym dziecku i pani Beatce…No i biedny pan Robert…- wyrwało mi się nagle w nieszczęsnej wyliczance.
Odkąd usłyszałam grobowe nowiny przekazane przez panią Czesię, nie umiałam pomyśleć o wszystkich ofiarach tego nieszczęścia. Dopiero teraz przypomniałam sobie o istnieniu pana Roberta! Co z nim?! Pani Czesława, podczas tej smutnej wizyty, niewyraźnie nakreśliła jego stan. Zapewne sama bała się w to wgłębiać, zwłaszcza, że jej własny, matczyny ból, naturalnie szedł przodem przed innymi. To z pewnością nie ułatwiało zajmowania się zięciem. Widziałam jej niecierpliwość, gdy początkowo ciocia Helena, potem Sophie- skradły swoimi niedyspozycjami całą naszą uwagę, która to była tak bardzo dziś potrzebna pani Czesławie…
No ale pan Robert…Jak on sobie poradzi teraz? Jak zdoła wrócić do pustego domu; zbudowanego dla żony i przyszłego życia, które odjechało wraz z nią…?
Zdrada, kłamstwa, porzucenie. Ile upokorzeń i ran- można przyjąć na siebie podczas miodowego miesiąca? – histerycznie krążyłam myślami wokół tego człowieka, dotąd aż Zach doskoczył do mnie. Patrzył analitycznie. Brakowało mu tylko lekarskiego kitla.
– Noe?! Ty masz gorączkę?! Jesteś cała rozpalona?!
– Chyba tak, bo zaczyna mi być coraz zimniej- odpowiedziałam, uderzając coraz mocniej-górnymi zębami o dolne.
– Chodź, położysz się- zachęcił i zapytał wzrokiem, czy może mnie zanieść za fortepian.
– No pewnie Zach, ale mam nogi- uśmiechnęłam się.
– Może i masz, ale moje ręce są dłuższe od nich- zaśmiał się perliście i zaniósł mnie do kociej rodziny.
Zaraz zjawił się z ciepłą, słodką herbatą.
– Noe, musisz zacząć jeść. Wiem, że w gorączce ciężko o apetyt. Teraz ważniejsze, żebyś piła, ale nie jesz nic… Martwię się- informował mnie z żalem, który miał być z założenia nieobciążający. Cóż poradzić, że poczułam jego ciężar? Nie ze względu na własne życie, ale w związku ze złym samopoczuciem Zacharego. Gdyby nie to, że totalnie opadłam z sił, wmusiłabym w siebie worek ziemniaków, by poczuł spokój.
– No wiem. Zrobię coś z tym- obiecałam mgliście, niewidzialnymi czułkami dotykając już snu.
Śniło mi się nagłe nadejście lata. Zima, wycofująca się dosłownie na moich oczach- niczym płachta ciągnięta przez jakieś dalekie, duże dłonie- odsłaniała zielone trawy, rodzące krzewy i drzewa. Wypuszczała stęsknione słońca ptaki. Było przepięknie. Świat nie budził się stopniowo do życia, jak to zwykle na wiosnę. On wręcz eksplodował manifestem istnienia! Życie było gotowe do życia. Dojrzałe, rozkwitłe, pełne!
Nie rozumiałam tylko skąd ten dziwny dźwięk- jakby karetki pogotowia? Czyżby zima odchodziła z naszego ogrodu w asyście służby zdrowia? – zastanawiałam się z pozycji niewidzialnego, niemego obserwatora. Nie byłam człowiekiem, nie byłam rośliną, ni zwierzęciem. Mając niewielki wpływ na to co wydarzało się wokół, pragnęłam ujmować to w jak najtrafniejsze słowa.
Czyżbym śniła wtedy o byciu narratorem?
Otworzyłam oczy. Ten niespokojny hałas niemalże zgrzytał w połączeniu z sielską przyrodą i odebrał mi chęć do dalszego śnienia. Zach siedział przy lampce. Widocznie, ze względu na mnie nie chciał zapalać głównego żyrandola. Wyszperał sobie starą, biurkową lapę dziadka. Trzymałam ją w małym pokoiku, w którym sypialiśmy z X…
Zach przytwierdził lampę do stołu i uwiądł nad swoimi księgami. Widziałam go wyraźnie, choć jedyna widoczność jaką dysponowałam, rozciągała się między czterema nóżkami taboretu. Ściślej mówiąc, była to nowa, niezwykle praktyczna, regulowana ława do fortepianu. Najświeższy prezent od taty. Nie umiałam zapamiętać, z jakiego kraju ją przywiózł. Dokładałam starań, by wypierać jego podróże. Zwłaszcza te, które budziły we mnie podejrzenia o jego nielojalności wobec mamy.
– Obudziłaś się? – Zach zagregował natychmiast.
– Dosłyszałeś, że się poruszam?! – zapytałam zdziwiona. Zachowywał się tak, jakby miał wbudowany alert na każdy mój ruch. Niczym najczulszy system przeciwwłamaniowy. Wystarczyło, że wdarło się we mnie nieco silniejsze uczucie, a Zach już stał na baczność.
– Tak- odpowiedział i dodał- wkurzył mnie ten koleś! Spodziewałem się, że cię obudzi!
– Ale kto? – zapytałam niemrawo. Gorączka pozbawiła mnie sił bardziej niż się spodziewałam. Kręciło mi się w głowie. Wypiłam wodę prosto z butelki, którą Zach zostawił mi przy poduszce. Ugryzłam kanapkę z serem i oliwkami. Czekała na mnie na żałobnym, maleńkim stołeczku- wykradzionym zapewne mamie z kuchni. Zach spojrzał na mnie z uznaniem. Uśmiechnął się.
– No jem, jem- odpyskowałam zaczepnie- No to o jakiego kolesia chodzi? Hmmm?
– Policjant tu był. Taki gnojek, nie chłop! – odpowiedział z ciśnieniem. Widziałam, jak pracują mu dziurki w nosie. Za każdym razem, tak zadziwiała jak i śmieszyła mnie, męska porywczość. Niezależnie jakiemu mężczyźnie się przypatrywałam; od poety do atlety- każdy był jak kogucik. Wystarczyły odpowiednie okoliczności, by był gotowy do walki wręcz.
– O co chodzi? – dopytywałam, wypleniając z siebie ironię- jesteś nieźle nabuzowany…
– Dzielnicowy, pewnie go znasz- relacjonował- taki chłystek- zamiast zapukać do drzwi- to geniusz, wyobraź sobie, włączył pod samą bramą koguta policyjnego i to kilka razy! Bałwan! Zbiegłem do niego, oczywiście! – zapewniał napuszony.
– A on tu czego? – pytałam, pałaszując kanapkę. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio coś tak bezdyskusyjnie mi smakowało, jak to.
– Chciał rozmawiać z babcią i ciotką Heleną. Wypytywał o jakąś Czesławę i sarnę- po tonie głosu domyśliłam się, że Zach ewidentnie nie potraktował sprawy poważnie. Nadymał usta i rozhulał w zuchwalstwie swoje ciemne, dobre oczy. – Muszę przyznać- wrzucił kąśliwie- że macie tu niezły cyrk, na tej wsi!
Zarechotał.
Odłożyłam talerzyk i usiadłam prosto. Zach zauważył, że nie jest mi do śmiechu, więc się dostosował.
– O co chodzi Noe? – zapytał.
Nie odpowiadałam przez chwilę, bo wdałam się w rozmowę ze sobą. Analizowałam możliwe scenariusze. Wiedziałam przecież, jak poważną i poważaną osobą jest pani Czesława. Nie w głowie jej były plotki i jakiekolwiek machlojki. Na dodatek byłam świadkiem tego, że tajemnicza sarna istnieje! Moje stanowisko było klarowne. Tyle co przedarłam się przez splątaną kurtynę domysłów, gdy Zach już siedział przy mnie, na materacu za fortepianem. Szturchał delikatnie moją dłoń.
Spojrzałam na niego, potem na niepokojoną przez niego rękę.
– Wybacz- wyśpiewał z siebie od razu- próbuję cię przywrócić do świata żywych- mówił łagodnie. – O co chodzi z tą sarną i panią Czesławą? Powiesz?
– Tak, ale najpierw mam kilka pytań.
– Jesteśmy na sali sądowej, widzę- uśmiechnął się- Ok. Pytaj śmiało.
– Powiedz mi wszystko co słyszałeś- poprosiłam. Czułam niepokój. Po części dlatego, że przedziwne losy mojego taty i pani Beaty, zbliżyły mnie do pani Czesławy. Wiedziałam też, że jest matką pozbawioną córki i babcią zamordowanego wnuka… A do tego- poczułam ją, gdy w bardzo prywatnej odsłonie, stojąc na widoku kuchennego okna Sophie, opowiadała mi o sarnie zachodzącej jej drogę i zwiastującej śmierć. Poczułam kim jest i nie musiałam znać więcej faktów. Nie chciałam dla niej krzywdy.
– No to tak. Twoja babcia wyszła do dzielnicowego- Zach opowiadał w skupieniu, masując sobie prawą skroń- towarzyszył jej pan Jaś. Funkcjonariusz pytał, czy wiedzą jak to się stało, że Pani Czesława ma sarnę. Czy może wykradła ją z lasu nieobecnej chwilowo matce i oswoiła, albo czy jest nielegalnie kupiona od tych, co łamią prawo i oswajają dzikie zwierzęta, bo tak im się podoba? Podobno istnieje jakaś dziwna farma w okolicy parku…
– Co…?!- wzburzyłam się- To zwierzę przecież bez powodu za nią chodzi!
– Tak też powiedziała twoja babcia i pan Jasiu, dzięki któremu Sophie w ogóle wyszła, tak na marginesie mówiąc- zaznaczył Zach. – Pan Jaś zjawił się w mig, gdy ten palant podjechał na sygnałach. Słyszałem, że zarzekali się jakoby pani Czesława miała dokonać jakiś zakazanych czynów. Twoja babcia- zaśmiewał się, przypominając sobie całe zajście- powiedziała, „że gdyby policja zajmowała się śledzeniem złodziei tak gorliwie, jak zmyśla afery- ten świat byłby kolebką bezpieczeństwa” – Zach cytował, próbując naśladować przemądrzały ton babci. Wiedziałam o jaką wypowiedź i jaki ton chodzi. Byłam szczęśliwa, że tym razem, babcia użyła go w takich okolicznościach. Zwykle- te słowa padały, gdy nauczycielki „nasyłały” różne instytucje na zwiady do naszego domu. Było to efektem moich nietypowych zachowań pośród dzieci. Unikałam dotyku i zasypiałam na lekcjach. Nie wyglądałam najlepiej…Ratowałam się wykutym na blachę programem nauczania. Zawsze o krok przed innymi.
– A co z moim ojcem? Był tam?
– Nie. W międzyczasie chyba wszedł już na górę i chyba śpi, albo ma to gdzieś. Nie słychać go.
– Dziwne, ale cóż… Mam nadzieję, że dadzą jej spokój- powiedziałam do Zacha i odetchnęłam częściową ulgą.
– Wiesz Noe, ale tak między nami, to jest naprawdę niepokojące- mówił cicho. – Dzikich zwierząt nie można sobie ot tak udomowić, a podobno, według wiejskich doniesień, ta sarna czasem nocuje w stodole u tych państwa… jakby faktycznie ją sobie przywłaszczyli- argumentował.
– Ale, że co?! Twoim zdaniem, wskazuje to na oczywistą winę pani Czesławy? – dziwiłam się, co też sugeruje Zach- Wierz mi, że to zwierzę zjawiło się znikąd i nie odpuszcza. Do stodoły wchodzi bez zaproszenia, z tego co wiem! Ludzie dobrze wiedzą jak jest, tyle, że są złośliwi! – perswadowałam obruszona. – Sama widziałam, jak czatuje w naszym ogrodzie, by mieć na oku panią Czesławę, uwierz… W kuchennym oknie Sophie- wyraźnie widać było te wgapiające się ślipia, podczas całego pobytu tej biednej kobiety u nas…- żołądkowałam się.
– Noe…- Zach przybliżył się i dotknął mojego czoła- Nie denerwuj się, mała moja… Pal sześć te sarnę… Jak się czujesz, powiedz? Gorączka chyba minęła- obwieszczał łagodnie. Po każdym jego zacisznym słowie, chciałam wskoczyć pod te przybijające ku mnie ciche a elektryzujące fale, co to je przynosił tembr głosu kuzyna.
Przykryć się nimi po czubek głowy!
Co mi po sarnie, jak mam go obok?!- rozpływałam się w zapomnieniu.
Czy Zachary mówił do mnie wtedy z takim ciepłem? Czy faktycznie wytworzył intymny nastrój, grając świadomie swoim męskim głosem? Nawet jeśli tego nie zrobił, to i tak, tego wieczoru wszystko się dobrze ułożyło. Gęste zdania kleiły się w rozmowy, a ciała do siebie pasowały, jak sobie przeznaczone, jak dla siebie zrodzone. Czegokolwiek byśmy się nie podjęli, nie musieliśmy robić rozgrzewki czy podchodów. Byliśmy ze sobą. Zaskakiwało nas to niczym oddychanie, na którego fenomenie czasem człowiek niespodziewanie się przyłapie. Na tej samej zasadzie – przebywanie ze sobą podtrzymywało nas przy życiu, bez najmniejszego wysiłku z naszej strony. I niczym samoczynny oddech, jako para oddziałujących na siebie ludzi, byliśmy cudem.
Zmierzając do toalety, Zach usłyszał, że Sophie, przy otwartych drzwiach warsztatu, wykonuje jakieś ważne telefony w sprawie pani Czesławy. Gdy kończy, mówi usatysfakcjonowanym głosem do pana Jasia, goszczonego na wieczornej naleweczce, „że nikt nie ośmieli się teraz tknąć tej rodziny!”.
Do kogo dzwoniła babcia? Jak to możliwe, że kilka telefonów, wykonanych przez maleńką wdowinkę po krawcu E. ma taką moc? -zapytał mnie potem, a ja zadałam to pytanie samej sobie. Do dziś zastanawiam się, jak to się działo, że babcia umiała ochronić jednych, jednocześnie narażając drugich. Jak to możliwe, że dla mojej mamy i dla mnie- nie starczyło wpływowych znajomych, ani konszachtów, które mogłaby przyjść nam z pomocą?
Mijały słodkie kwadranse u boku Zacharego. Mama zamilkła. Zach zarzekał się, że jest wykąpana i leży w łóżku. Rozluźniła mnie ta wieść, bo to znaczy, że tata zajął się Gają, że zatroszczył się jak należy. Mogłam skupić się na sobie, na nas.
Staraliśmy się nie rozmawiać o zbliżającym wyjeździe Zacha, choć nie zawsze się to udawało. Siłą rzeczy, przypadkiem wtrącał, co go czeka albo co musi jeszcze przygotować. Udawałam, że mnie to nie spotka, choć wiedziałam, że stanie się to na pewno. Gdy padały niebezpieczne zwroty, odwracałam od nich uwagę jakimś pytaniem albo opowieścią o tym, co ostatnio przeczytałam. Temat na chwilę znikał. Zach zapytał o moje samopoczucie w związku z X. Czy to przypadek, że zaczął o niego pytać, rozpakowawszy właśnie chrupkie pieczywo z cierpką, ziołową posypką? Umartwiał się przełykając gorzkie kęsy i uszczegóławiał:
– Noe- przywołał mnie w taki sposób, że od razu skupiłam się wyłącznie na tym, co chce powiedzieć. – Chciałbym żebyś o czymś wiedziała. Ja… wszedłem między ciebie i Dawida, podobnie jak między Ewę i jej partnera… Skurczybyk ze mnie…Coś ze mną nie tak…Nie chcę znajdować dla siebie wytłumaczeń…- wyznawał posępnie. Nie mogłam tego słuchać. To nie był czas na rozgrzeszenia, a już tym bardziej na rozwlekanie bólu. To nasze ostatnie chwile razem, do cholery!
– Nie obwiniaj się, Zachary- przerwałam mu. – Jesteś jedyną osobą, której byłam przez chwilę naprawdę potrzebna- mówiłam i automatycznie chwyciłam za gorzkie wafle, by przytykać się nimi co chwilę i mieć w tym wytłumaczenie dla milczenia. Nie chciałam, by wiedział, że gorączkuję z emocji związanych z nim, co chwilę przywołując myśl, że lada dzień zniknie bezpowrotnie. Nie mogłam dopuścić do tego, by domyślił się, że milknę z bólu, który opętuje mnie na samo wyobrażenie tego dnia, w którym zorientuję się, że odszedł. Że już się stało…
– Teraz tak mówisz, ale kiedyś będziesz wspominać to ze złością- tłumaczył płaczliwie- albo z wielkim żalem, co nie jest lepsze- dodał. – Przygotowałem się na to… Zrozum i zapamiętaj co mówię: nie umiałem inaczej. Poczułem do Ciebie to wszystko NAPRAWDĘ! Nie miałem zamiaru cię wykorzystać. To, że tu jestem, Noe, to wszystko PRAWDA! Zapamiętasz to? – upraszał, patrząc we mnie, jak sarna w panią Czesławę. Zapamiętywałam co mówi i wierzyłam mu. Nie sposób było nie wyczytać także tego, czego Zach nie ujął w słowa.
Otóż, wzrokiem proroka, bez słów przekazywał mi informację o swoim rychłym wyjeździe. Nagle pojawiły się przy nas niewidzialne walizki, w których Zachary, syn Leona, spakował zaledwie kurz z dotychczasowego życia. Obojgu nam szkodził ten temat…
– Tak. Będę pamiętać. Obiecuję. Bądź spokojny- rzucałam urywane zdania, podobnie jak rzuca się chleb na wody rwącej rzeki. Nie oczekiwałam, że prędko się we mnie spełni dobra pamięć o Zacharym. Czekał mnie najpierw ogromny smutek po jego stracie. Ptak rozpaczy trzepotał już we mnie skrzydłami. Chciał odlecieć, unieść się wysoko, poddać moje ciało żałobie. Ale żal było czasu na to. Oboje będziemy opłakiwać się nawzajem, gdy to się w końcu stanie…
– To dobrze, bo z Bogiem Najwyższym idziesz łeb w łeb- mówił z ponurą miną- Wiem, że tak nie powinno być u kogoś, kto chce uczyć się na rabina i przyłączyć się do próby odrodzenia korzeni naszej wiary… Nie powinienem tego wszystkiego tu z Tobą…- słowa ugrzęzły mu w gardle.
Przyszłam z pomocą.
– Skąd wiesz? – zapytałam- Może to nie takie najgorsze, że umiesz się przywiązać? Jeśli, oczywiście, tak mógłbyś nazwać to coś, co ma związek ze mną…- mówiąc to, zawstydziłam się, czy aby nie przeceniam swojej roli w jego życiu.
– Przywiązanie?! – wyprostował się i nie kryjąc zaaferowania, przeczesał dłonią włosy, zostawiając na nich okruszki i suchy majeranek z chrupkiego pieczywa.
– Noe- znowu przywołał mnie zdecydowanie- Nie rozumiesz co mówię? Ja Ci mówię, że cię POKOCHAŁEM, że ledwie daje radę upchać Boga w tym wszystkim!
Oddychałam niespokojnie. Czy tak właśnie czuje się ciocia Helena, gdy z nagła dopada ją duchota?
– Noe, co jest?! Noe?! Halo?!
– Nic, nic- uspokajałam niewiarygodnie i odsuwałam go od siebie ręką. Chciałam złapać choć jeden głębszy oddech. Wydawało mi się, że jesteśmy za blisko siebie, by móc podzielić się tlenem. Powietrze tężało, a moje płuca męczyły się niemożebnie.
Ustało po kilkunastu minutach.
Mężczyzna, który przed chwilą zadał mi cios nagłym wyznaniem miłości- siedział teraz na odległość swojego wyciągniętego ramienia. Wyprostowany i czujny. Wbijał we mnie wzrok. Czy pomimo uczuć, którymi mnie obdarzył, miał mnie czasem za wariatkę? Czy myślał o mnie czasem z litością?
– Już lepiej? Przesadziłem z wylewnością, co? – pytał chyba jednak troską.
– Nie- zaprzeczyłam przypudrowując prawdę- Jest dobrze. Dziękuję, że to powiedziałeś. Tyle, że nie wiem co z tym zrobić…
– Przyjmij jako fakt, jako naszą gorącą… no… więź. Już na zawsze.
– Tak zrobię, choć …
– Tak? – zaciekawił się i dostając ode mnie zgodę na migi, na powrót przysunął się do mnie.
– Nie mówmy o tym. Nie chcę rozwijać tematu twojego zniknięcia, gdy nadal tu jesteś- uprosiłam. – Przyjmuję wszystko co mówisz. Ja czuję podobnie- powiedziałam lekko, tak jak wyznaje się uczucia żywione do kogoś bezsprzecznie.
Spojrzałam na niego. Wśród ciemnego zarostu malował się wyraźny uśmiech. Próbowałam odczytać, co takiego Zach usiłuje przekazać mnie i światu…
Ucieszył się, że też coś czuję? Nie widział tego?
Wzięłam wreszcie głęboki wdech, upiłam trochę wody i przegryzłam cierpkiego wafla, który teraz nie smakował już tak gorzko.
– Gdy X. mnie zostawiał- zaczęłam, uważnie wydychając powietrze- zawsze przy mnie byłeś. Już nie wspomnę o tych hojnych podwózkach w tę i z powrotem. Co chwilę bardzo mi pomagasz…Zach… Od śmierci Ewy- jesteś jak mój zbawczy cień. Jak pomocny duch.
– Robię to, by z tobą przebywać i chronić cię, Noe – odrzekł. – Wyrzucam sobie, że to się skończy z mojej winy. I chociaż dobrze pamiętam, że dałaś mi do zrozumienia, że nie byłabyś, nie bylibyśmy razem…- tu przerwał, by ruszyć temat z bezpieczniejszej strony- Teraz, gdy już wiemy, że Dawid nie przejmie mojej roli… Jestem w rozpaczy…co z tobą będzie? Możesz mi cokolwiek dobrego obiecać, Noe?!
Nie czułam się kompetentna do składania obietnic. Niczego dobrego nie planowałam, złego także. Spodziewałam się, że któregoś dnia smutek będzie nie do wytrzymania i w końcu nieczucie przejmie mnie całą. Jak dotąd. Jeśli więc przetrwam życie, to za mgłą.
– On to zupełnie inna historia- powiedziałam szorstko, odnosząc się do wzmianki na temat X. – Zdecydował już dawno temu. Potem tylko wracał do mnie i chyba sam nie wiedział po co. Między mną a X. trwa wojna o nic i po nic. Chcę tam jechać, bo dzwonił i prosił o to. On umiera, Zach. Nie odmówię mu tego. Kochałam go kiedyś.
– Już nie kochasz? – Zach spojrzał zza ciemnych pióropuszów, swoich przymrużonych oczu.
– Nie wiem. Od pewnego czasu nie czuję nic. Tego chciał. Tak myślę.
– Powiedział tak?
– Tak postępował, by wreszcie mieć mnie z głowy. Czułam, że mam przestać na niego czekać, że mam przestać oczekiwać i czuć. Na koniec, niemalże zrównał mnie z ziemią swoimi nieprzyjemnymi telefonami. Zupełnie jak mój ojciec, jak babcia, jak…
– Mama?
– Nie, mama to zupełnie coś innego. X. po prostu odchodził i zjawiał się, gdy mu pasowało. Nie jestem aż tak upośledzona, by wreszcie nie połapać się, że nie tak wygląda rokujące uczucie. Nawet jeśli ja jestem tą, która dostała zbyt wiele razy w głowę, to on powinien chyba umieć kochać tak po prostu…? Chłopak z pokazowej rodziny? Jak myślisz? – pytałam retorycznie, kryjąc wstyd z powodu tego, kim się czułam.
– Z drugiej zaś strony- kto normalny by się związał z takim odmieńcem jak ja? – kończąc zadawać to pytanie, wybuchnęłam śmiechem. A zaraz za mną Zach, który, w odpowiedzi na moje rozważania, wskazał palcem na siebie.
– No ja! Ja bym się związał! I co ty na to? Przecież chciałem nawet zostać dla Ciebie w Polsce…- powiedział ostrożnie, poważniejąc nagle- Pamiętasz tę rozmowę, od której uciekłaś mi z auta piechotą, przez pola? – zapytał smutny.
– No jasne, że pamiętam. Noga bolała mnie jak wściekła po operacji, a ja gnałam przed siebie… Mam coś z głową, nie ma innej opcji- skwitowałam zakłopotana.
– Ejże, ejże! – zareagował zaczepnie. Zbliżył się, chwycił moją twarz w ciepłe, duże dłonie. – Bez takich mi tu! Nie idziemy w tę stronę, Noe! – straszył na niby. Mówił zabawnym, profesorskim tonem i uśmiechał się do mnie cały. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się co widzi… Czy domyśli się, że w tej chwili zrobiłabym wszystko, by powrócić do tamtej rozmowy, przed którą zwiałam w okaleczanie się i szalony bieg polami do domu?
Gdyby moje ciało nie było tak uszkodzone… Gdyby moje reakcje nie były tak głęboko skryte, tak zakłamane, nawet dla mnie samej niejasne… Gdyby mógł tylko na mnie spojrzeć i wyczytać z labiryntu westchnień, co naprawdę byłoby dla mnie dobre…
Zach wierzył w Boga, ale nie był Bogiem. Nie był w stanie doszukać się we mnie pragnień zepchanych chorobliwie głęboko.
Patrzyłam w te ciemne, głębokie oczy. Korzystałam z ciepła jego dłoni i wiedziałam, że nie zrobię nic, by go zatrzymać przy sobie.
Bo w głębi mnie, coś syczało, że będę mieć za swoje, gdy ośmielę się zatrzymać lawinę strat.
Umierający, wyzłośliwiający się X., którego odrzucenie już dawno przerosło moją wytrzymałość… I Zachary, który lada dzień zniknie bez śladu…. Tak. Na to zasłużyłam.
Głos, powołany we mnie przez mamę i chór dorosłych szyderców nie radzących sobie z własnymi sercami, podpowiadał mi, że powinnam zniknąć, gdy tylko nachodzi mnie myśl, by zrobić dla siebie coś dobrego. Jak miałabym niby znieść przy sobie kogoś, komu naprawdę i trwale na mnie zależy? – dopadła mnie gonitwa myśli.
Ścisk w żołądku. Ukłucie w mostku. Duszność.
Zaświerzbiły mnie dłonie. Ale jak okaleczyć się, gdy Zach obejmuje moje policzki dłońmi i moje oczy- swoim intensywnym wejrzeniem? Ileż bym dała, by móc się jakoś zranić i nie czuć tego, co napływało w każdy zakątek mnie!
Pragnienia bliskości.
Pragnienia stabilności.
I proporcjonalnie wielkiego lęku przed tym samym…
To wszystko mogłabym wybłagać u Zacharego, gdybym mogła cokolwiek mu obiecać, przyrzec. Tak przynajmniej sugerował, wtedy, w aucie… Ale kogo ja chciałam oszukać? Zachary był księciem, a ja żebrakiem. Co mogłabym mu dać, poza pustymi dziurami w sercu i dziwacznym zachowaniem? Ciało? Są zdrowsze i piękniejsze ciała od moich. Nie tak obciążone. Ja mam cały pamiętnik przetrwania- spisany na skórze i kościach. Zapis trwa po dziś dzień- uświadomiłam sobie z obawą i wspomniałam ostatnie sińce, które Zach na pewno dobrze już sobie obejrzał podczas naszych zbliżeń za fortepianem.
– Wszystko dobrze?!- pytał zaniepokojony. Usiłował złowić odpowiedź w moim nieczytelnym spojrzeniu- Coś nie tak mówię?!- upewniał się.
– Nie, skąd. Jest okay…- wymamrotałam, uciekając przed jego czujnymi źrenicami.
– Twoje „okay” – powiedział zmieszany- zawsze mnie prowokuje do dalszych pytań.
– Tym razem daj im w sobie umrzeć, jeśli możesz… – poprosiłam.
– No dobrze- skapitulował i dał zielone światło naszym ciałom, by mogły omówić to, co było prostsze do wypowiadania. Mimo odprężenia, wracała do mnie gorączka i duszności… Moje ciało śpiewało na dwa głosy: jeden z nich- latami nawrzeszczany we mnie przez mamę, drugi- wszeptywany we mnie właśnie przez Zacharego.
A gdy noc zajrzała do pokoju z fortepianem, oboje przytuliliśmy się do jej miękkiego, puszystego brzucha, niczym kocięta do Ernesto. Zachary obiecał, że następnego ranka pojedziemy do X. Byłam więc spokojna, że jest nam dany jeszcze jeden wspólny poranek przynajmniej. Nawet kilka zaplanowanych, bezpiecznych godzin, podnosiło mnie wówczas na duchu. Były jak wyspy, do których można dopłynąć, pomiędzy podtapianiem się w kapryśnym oceanie stanów odurzenia mojej matki.
Około czwartej nad ranem, wyplątawszy się z kończyn Zacharego, postanowiłam zaufać ciszy zalegającej w kuchni. Ostrożnie wyszłam od siebie z pokoju, zostawiając uchylone drzwi tak, by Zach, w razie czego, mógł usłyszeć wrzaski. Cóż, obłąkany krzyk i niepochamowane ręce- to było moje pierwsze wyobrażenie napotykanej mamy. Na szczęście nie ziściło się tym razem.
W salonie- cicho zasiewał się mak. Zadałam pytanie Bogu- czy to może za Jego sprawą, zrobiło się tutaj tak jednostajnie? Czy dał mi chwilę, bym złapała oddech? Zanim odpowiedział, wynuciłam półgłosem modlitwę dziękczynną. Działało. Czułam się wdzięczna.
Uchylone drzwi do sypialni Gajki, nie zaniepokoiły mnie na tyle, bym musiała się wycofać. Jej sen mógł mieć w sobie dużo zdrowych cząstek. Być może trzeźwiała… Albo po prostu moje wnętrze, pod wpływem wsparcia od Zacha, nie dało się tak łatwo zatrwożyć. Ktoś przecież był gotów stanąć w mojej obronie. Nie tylko widziałam go już w akcji, ale też czułam jego wzmożoną troskę, gdyby byliśmy w moim domu.
Skręciłam do kuchni. Na bosaka, na paluszkach, niby półduch.
– Dzień dobry Noemi, albo dobry wieczór, bo nie wiem, czy kładziesz się, czy wstajesz…?
– Tata? Co ty …? – zadziwiłam się, aż oddech zapomniał, co zwykł był czynić. Trochę mnie zakręciło. Ugięły się pode mną kolana.
– No co ty?!- zaśmiał się- wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła!
Istotnie tak było, choć zabrakło mi odwagi, by powiedzieć, że naprawdę dużo w tym powiedzonku prawdy.
Wówczas moja reakcja wydała mi się nieporadna. Dziś rozumiem, że w żadnym razie- nie było bezzasadna. Tata siedzący przy kuchenny, stole nad ranem, dojadający okruszki po cieście- to nie był codzienny widok. Ojciec nie był tu dla nikogo z nas codziennym widokiem. No, może dla Sophie i reszty jej potomstwa, którzy to mieli ten przywilej widywać Ilię w domu każdego dnia, gdy był dzieckiem i nastolatkiem… Ale mój rytm spotkań z tatą, był tak nieregularny i nieprzewidywalny, że łatwiej było mi sądzić, że go zmyśliłam, niż że ktoś taki naprawdę istnieje.
Gdybym mogła teraz się wycofać niezauważona, zrobiłabym to. Nie miałam ochoty przebywać z nim zbyt długo sam na sam. Przyglądał mi się bacznie.
A ja kurczyłam się od tego. Z winogrona, które ledwie co Zach wypuścił z rąk- w rodzynkę- wysuszaną niepokojącą analizą źrenic ojca.
– To jak? – zapytał- Dosiądziesz się?
– Nie. Ja tylko…
– A ty co tak się boisz, co?! Nie chcesz posiedzieć z tatusiem?! – naciskał. Co niby miałabym odpowiedzieć, ledwie żyjąc pod niepuszczającym mnie szokiem? Przygotowałam się na niespotkanie mamy i szczęśliwe zaparzenie kawy, a o NIM zapomniałam…
Wsunęłam się naprzeciw taty, poruszając niechcący ogromny żyrandol z brązu. Korona cesarska kołysała teraz nad nami niepewnym światłem. Uprzątnięte przez Zacharego leki, znów leżały byle gdzie- rozrzucone po stole. Tata, pośród nich, wydzióbywał wspomnienie po ciastach przyniesionych przez panią Czesławę. Nie był w tak dobrej formie, jak początkowo wywnioskowałam z jego zaczepek. Dostrzegłam cienie pod jego oczami. Nie sądzę, by spał tej nocy choćby chwilę. Odważyłam się zapytać:
– Źle się czujesz?
– A jak mam się czuć?! No powiedz?!
Nie wiedziałam do czego zmierza ani co ma na myśli. Uznałam, że to pytania retoryczne. Myliłam się.
– No jak?!- zagajał poddenerwowany- Nic nie powiesz?! Babcia mówiła, że byłaś przy rozmowie z mamą Beaty. Nie udawaj, że nie wiesz nic!!!- krzyknął i uderzył pięścią w stół.
– Byłam- wykrztusiłam. Chciałam zniknąć. Spuściłam wzrok.
– Co się tu dzieje?! – Zach przybiegł w samych bokserkach- Co to za krzyki?! – wgapił się w ojca, pytając.
– A ten też przeciwko mnie! Idźcie ode mnie! Idzie mi stąd! Niech padnę na zawał z tego wszystkiego! Będziecie mnie chować w ziemi lada chwila! – jęczał i pokładał się na blacie stołu, odbijając na skórze policzków, pastylki mamy.
– O to tu chodzi, Noe? – zapytał Zachary, przykucając przy mnie.
– Nie wiem, weszłam tu, a tata siedział i dojadał ciasto, które babcia kazała ci wnieść dla niego na górę…
– Nie mów, że zjadł to wszystko, co zostało! Toż to był kopiec na kilkanaście osób!
– Wydaje mi się, że zjadł sam…- mówiłam niepewnie, bo łkania ucichły i ojciec wyraźnie nadstawił uszu. Nadal miał na sobie swoje eleganckie ubrania, które, jak widać, sporo dziś z nim przeszły. Bransoleta zegarka odpięła się, gdy uderzył w stół. Nie poprawił jej do tej pory. W jakimś sensie- bardzo przypominał mi niedoćpaną i niedopitą, pobudzoną mamę.
– Noe, zrób spokojnie, co miałaś zamiar tutaj zrobić- komenderował Zach. Stał teraz prosto i trzymał się blisko mnie. Zrobiłam kawę. Tata nadal milczał i ocierał łzy. Wreszcie zaczął ostentacyjnie smarkać, co rozjuszyło Zacha. Dał mi znak wzrokiem, że mam iść do siebie z kawą. Na migi pokazał, że powinnam coś zjeść.
Gdy wychodziłam, usłyszałam tylko gorzki ton mojego taty:
– I co? Dobrze się bawisz z moją córką? – drwił- Jesteś jak twoja matka…dziwka…
Cichy krzyk i upadek. Jęki ojca. Szamotanie.
Zachary zjawił się zaraz. Nic mu nie było. Siedziałam przy stole, udając, że mogę się skupić na czytaniu Prousta.
– Czy tacie coś się stało? Uderzyłeś go? – zapytałam, próbując przede wszystkim wyczytać odpowiedź z mowy ciała mojego walecznego przyjaciela. Nie uderzył mocno, bo jego pięść nawet się nie zaczerwieniła, oceniłam w duchu.
– Nie warto się tym zajmować, Noe. Dostał raz, ale to tylko ostrzeżenie. Twój ojciec to palant, wybacz mi, że to mówię- zawiesił głos przepraszająco.
– Jak jest? Jak u ciebie? – zapytał, całując mnie w ucho i szepcząc.
– Jest okay, jest okay- odpowiedziałam wybuchając śmiechem, czym natomiast zaraziłam mojego czarnookiego wojownika.
– Jak tak, to wspaniale- zaśmiewał się i całował mój nos, potem szyję, ręce.
– To jakaś nowa technika, czy straciłeś na mnie ochotę i nie wiesz, jak to ukryć? – zapytałam, śmiejąc się i nie dowierzając, że mnie tak dzióbie ustami gdziekolwiek. – Łaskoczesz!
– Nie znam żadnych technik- odpowiedział z głębi rozbawienia- kąsam cię po prostu!
– Kąsasz mnie? Czyli co? Chcesz mnie zjeść po kawałku? – chichrałam się. Jego zarost łaskotał mnie.
– Mówiłem, że cię kocham, a nie, że cię kąsam! – sprostował.
– Lepiej napij się kawy ze mną! Zaraz wystygnie- zmieniłam temat.
– Dobra! – przystał z radością- ale powiesz mi, dlaczego wszyscy smarujecie kawowe dzbanuszki olejem z czarnuszki! Zgoda? To wtedy dam ci trochę spokoju! – bawił się pocałunkami i kładł na mnie ciepłe oddechy.
– Zgoda! Zgoda! Tylko daj mi najpierw w spokoju wypić chociaż łyk!
Oczywiście, nie chciałam, by ten spokój trwał więcej niż dziesięć minut.
Zach, na szczęście, był podobnego zdania.
Wstałam, by wziąć prysznic i zwolnić Zacharemu łazienkę na korytarzu. Nie byłam pewna, czy zechce po wczorajszym- spotkać się z tatą po rodzicielskiej stronie domu. Mieliśmy wyruszyć za około godzinę. Zaraz zbudzę Zacha- postanowiłam, ale coś poprowadziło mnie jeszcze do rodziców. U mamy cisza. Za to z łazienki dobiegały niepokojące dźwięki. To tata, nie zamknąwszy drzwi, wymiotował do muszli. Zmarnowany, słysząc moje kroki, podniósł głowę i obrócił się.
– Widzisz? Umrę od tego wszystkiego. Zobacz, co zrobiliście mi z tym chamem! Nie dość, że musiałem pomóc Beacie uciec stąd, nie dość, że straciłem dziecko, to jeszcze ty i ten twój przydupas mnie poniewieracie! Wynocha stąd, wywłoko! Jesteś nikim! Dla mnie nie istniejesz i radzę sobie to wziąć do siebie! – jątrzył, dopóki nie zaczął znów zwracać niestrawionych ciast.
Wyszłam, nie czując, że mam nogi. Nie miałam już żadnego kawałka siebie. Zgodnie z pragnieniem taty, nie podejrzewałam się już także o bycie człowiekiem. Nie wspomniałam Zacharemu o tym spotkaniu. Obudziłam go i zniechęciłam do robienia kawy. Zaproponowałam, że po odwiedzinach u X. wstąpimy do tego miłego baru przy szpitalu. Tego z rudym kotem i kominkiem. Zach wiedział, że się boję, że uśmiecham się nerwowo. Przystał na wszystko. Nie pytał o nic. Byłam mu wdzięczna. Wychodząc, nie spotkaliśmy nikogo, choć dałabym sobie rękę uciąć, że gdy szliśmy ku wyjściu, trzymając się za ręce, zarówno tata, jak i babcia, patrzyli na nas zza uchylonych drzwi swoich mieszkań.
Lula pożegnała mnie radosnym szczeknięciem z okna warsztatu. Gdy odwróciłam się na chwilę w stronę zostawianego za plecami domu, stała na dwóch łapach, wsparta o parapet. Zawyła głośno na pożegnanie i zamachała uniesionym wysoko ogonem. Jej serdeczność ociepliła mnie od środka. Może Sophie, tym sposobem, przesłała mi odrobinę wsparcia? – marzyłam.