„Nie odrzucaj słów wariata, gdy cię z własnym cieniem brata”

 

Noe, chciałem napisać, że tworzę ten list na kolanie. Ale to byłaby dobra wiadomość o tym, że jestem w stanie siedzieć. Nie jestem. Nie mam sił na to, by utrzymywać postawę siedzącą, ani na to, by kolejny raz prosić pielęgniarkę o użyczenie mi słuchawki telefonu. Zadzwoniłbym do Ciebie jednak. Zrobiłbym to pomimo braku sił. Zadzwoniłbym umierając i przyspieszając tym utratę życia nawet. Zaryzykowałbym siebie, gdyby to było możliwe, byśmy faktycznie porozmawiali, Noe. Porozmawiali tak naprawdę.

Odłożyłem słuchawkę przed kilkoma minutami i już wiem, ile popełniłem błędów. Obiecałem sobie, że będę spokojny podczas naszej rozmowy. Ale znowu zezłościłem się na Ciebie, na siebie i na całą tę sytuację bez wyjścia. Kiedy przybędziesz tu z Zacharym, nie jest pewne w jakim będę stanie. Nie wiem, na ile będziemy mieli możliwość prywatnie porozmawiać. Dlatego piszę to teraz i postaram się wręczyć Ci ten list, gdy się zobaczymy. Gdyby było za późno, przekażą Ci go pielęgniarki. Muszę wyznać z goryczą, że nigdy nie zaufam już rodzicom w tej kwestii. To znaczy…W naszej sprawie…

Noe, wiem, że jest między Wami coś więcej, niż rodzinne więzi. Między Tobą a Zacharym. Nie ma słów, by opisać co czuję na myśl o tym, że nie pozostałaś mi wierna. Skąd wiem? Takie rzeczy się po prostu wie! Gdybyśmy się spotkali w innych okolicznościach, niż moje dogorywanie, wywrzeszczałbym Ci pytanie za pytaniem: Czy nie można było tego lepiej ukryć?! No i… czy nie mogliście poczekać, aż mnie nie będzie?! I co takiego on dał Ci, czego nie mogłem dać ja?! I gdzie masz serce, bezlitosna wariatko?!

Kotłuje się we mnie wiele pytań, ale gdy je wszystkie wywrzeszczę z siebie w samotności i niestety tylko w myślach- staję się sprawiedliwszy wobec Ciebie, siebie i Zacharego.
Tak. Umiem jeszcze spojrzeć prawdzie w oczy, Noe.
Zostawiłem Cię i zdradziłem, zanim zrobiłaś to Ty. Wtedy, gdy po raz pierwszy wyjechałem się leczyć i zataiłem swoją chorobę. Nie miałem innej kobiety, ale nie traktowałem Cię tak, jak traktuje się osobę ukochaną i partnerkę. Patrzyłem na Ciebie przez pryzmat tego, czego nie możesz, nie umiesz, czego się boisz. Nie dostrzegłem, jak wiele mogłabyś zrozumieć, właśnie dlatego, że tak wiele złego i bolesnego doświadczyłaś…i doświadczasz. Jesteś w tym biegła. Postawiłem na moją matkę, na jej wyobrażone rozeznanie. Ona ma na Twój temat zamkniętą już na zawsze opinię. Bardzo nieprzychylną, kłamliwą, teraz to wiem. Przyznaję, na pewien czas odwróciłem się od Ciebie. I gdybym w takim stanie ducha był zdrowy na ciele, opuściłbym Cię także dla innej kobiety. Nie mogło być inaczej, bo pozwoliłem sobie wmówić to wszystko…
Niemniej jednak, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi, uważam i zawsze uważałem Cię za swoją ukochaną, tyle, że niezdolną do współdzielenia ze mną mojego świata. Wybacz. Nie sprawdziłem tego, a wydałem wyrok. Na uczelni oblałbym taki egzamin.

Za to Cię przepraszam. Jesteś kimś o wiele więcej niż osobą, którą chciałem chronić, kochać i porzucać-według własnych wyobrażeń. Nie zauważyłem nawet tego, że nie tylko ja się Tobą opiekowałem, ale Ty także robiłaś to; dźwigając mnie, karmiąc, przebierając pościel w nieskończoność, gdy pociłem się bez ustanku. Teraz przypominam sobie jak często miałem wrażenie, że zatajasz swój ból patrząc na mnie. Chciałaś i potrafiłaś mnie odciążyć emocjonalnie, a nawet, dam głowę, że przez sen słyszałem, jak modlisz się za mną. Jestem taki głupi i egoistyczny! Taki bufon z bogatego domu… jakich wiele i jakimi się zawsze brzydziłem. A jednak i ja taki bywam. Potraktowałem Cię jak maskotkę, którą nosi się przy sobie, bo sama iść nie potrafi, a gdy ciąży, zostawia się ją, by zająć się poważniejszymi sprawami. Oczywiście, gdy znikałem, tęskniłem jak głupi i martwiłem się. Targały mną tak ciężkie emocje, jak wtedy, w lesie, gdy pojechałem zakopać moje listy do Ciebie, pisane w rozłące. Oszczędziłem Ci tych zapisków, w których pragnąłem z całego serca, pozbyć się Ciebie, albo postawić rodzinę pod ścianą i wybrać życie z Tobą. Tak, to także przychodziło mi do głowy. Ale nie miałem odwagi. Zdradzałem Cię. Zawierzyłem moim rodzicom. Ich doświadczeniu, ich wizji mojego szczęścia.

Noe, umieranie jest do luftu. A ja nie umiem umierać, a już na pewno nie umiem odchodzić w towarzystwie. Tak bardzo skupiłem się na sobie, że straciłem Cię z oczu. Nie byłem w stanie zauważyć czegoś więcej ponad to, że mnie potrzebujesz. Takie przekonanie odbierało mi siły, bo bardzo szybko przestałem być dla samego siebie oparciem, a każde oczekiwanie wobec mnie napadało mnie, odstraszało.
Nie chciałem się przyznać, że uciekałem od Ciebie od momentu diagnozy. Dziś wiem, że nie unikałem Cię z powodu Twojej bezradności, ale swojej.

Jestem bezradny wobec życia, które ze mnie spieprzyło, nie pytając mnie co ja na to! Rzygać mi się chce na myśl o godzinach nauki prawa, o latach spędzonych na uczeniu się tego wszystkiego, co już nie przyda mi się nawet w jednym procencie. Nikt, do cholery, nikt nie uczył mnie jak się umiera! Obiecywali mi, że będę żył, że pokonam to, bo jestem młody, bo mamy dość pieniędzy…
Wszystko trafił szlag! A mnie nikt za to kłamstwo nie przeprosił.

Nie byłem pewien, czy warto inwestować uczucia w Ciebie, czy nie żal na to sił…Twoich też, ale będę szczery, bo musiałaś to czuć- myślałem głównie o sobie. O tym, co mi się opłaci emocjonalnie.
A tak naprawdę, ze wszystkiego, co dotąd przeżyłem- nie żałuję teraz tylko dobrych chwil, które miałem z ludźmi. Nie żałuję naszych cielesnych spotkań, od których puchły nam dłonie, zmęczone sięganiem po siebie. Nie żałuję naszych emocjonalnych rozmów, od których pękały nam serca i po których milkliśmy i znikaliśmy w swoich światach, by przeżywać każdy swoje bóle.

Byłaś źródłem mojego szczęścia, od którego uciekłem, jak głupek. Straciłem możliwość chorowania przy Tobie, uczenia się nas. Przepraszam, że uwierzyłem w to, co mówiła moja matka; że nie jesteś zdolna do pomocy, bo sama jej potrzebujesz. To nie była cała prawda, ale zadowoliła mnie, wybacz. Umierający człowiek próbuje zrzucać obciążenia. Tak robią tonący na statkach…Dla mnie byłaś takim magnetyzującym balastem.

Piszę to, bo wiem, że uwierzyłaś w moje bezsensowne i nieprawdziwe zarzuty. Nieprawdziwe, bo pomyśl…nie wyglądam już dobrze i nie mam się dobrze. A Ty…
Nie brzydziłaś się mnie, choć czułem, że nie zawsze odnajdujesz mnie we mnie. Umiałaś i umiesz zajmować się innymi z troską, Noe. Robisz to od lat dla swojej matki. Nie chciałem tego dostrzec i docenić. Widziałem w tym tylko patologię, o której w koło gada moja matka a propos waszego domu. Ogłupiałem do reszty słuchając jej i zapominając, że mama ma kłopoty z emocjami i zaufaniem do kogokolwiek spoza rodziny. Jest też szybka w osądzaniu nie tylko Was, ale mnie i ojca także.

Ta sytuacja, mam na myśli to co dzieje się u Ciebie w domu, nie jest łatwa. Myślę, że to wiesz. Nikt nie reaguje na to, co dzieje się z Twoją mamą i nie tylko… Bo to jak odbija się to na Tobie to jedno, ale jest też cała świta rodziny, która, nie wiem jak to napisać, bardzo odbiega od …sam nie wiem jak to ująć… normy? Nie chcę nikogo obrażać, ale próbuję wykazać Ci, że niełatwo jest odnaleźć się w tym, co zastaje się, wchodząc do Waszego domu. Zachowujecie się, jak gdyby to co najokrutniejsze, było normalne. Pod tym względem, nie dziwię się moim rodzicom, że nie chcieli, bym tam spędzał czas w chorobie. Nasłuchaliśmy się od psychologów, że moje nastawienie jest bardzo ważne w walce z chorobą. Wydawało nam się, że to realne; odstrzelić toksycznych ludzi. W tym Ciebie, niestety…choć to gdzie mieszkasz, nie jest Twoją winą. Jednak byłem gotowy, tak jak piszę wyżej; odstrzelić Cię. I pewnie to czułaś. Bo kul wycelowanych w Ciebie, w nas, było kilka.

Czy przebaczysz mi, że tak myślę o twojej rodzinie? To najgorszy dom, jaki mógł Ci się przytrafić i powinnaś zrobić wszystko, zebrać w sobie wszystkie siły, by uciec stamtąd. Może Zachary by pomógł? Jak to widzisz? Może też ktoś zdiagnozowałby te wszystkie objawy, które Ci dokuczają, a z powodu których trafiasz do szpitala tak często. Słuchaj, ja tu znam też kilku dobrych lekarzy. Noe, te krwotoki, bóle brzucha, ciała… Może da się to jakoś nazwać i leczyć. Pomyśl, proszę.

Naprawdę Cię kocham. Nie wiem, co to do końca znaczy w moim wykonaniu, ale gdy wypowiadam te słowa, myślę najpierw o Tobie. Komu ja to udowadniam, powtarzając w koło tak abstrakcyjne do tej sytuacji wyznanie? Być może Ciebie już to nie obchodzi wcale co czuję. Ale jestem Ci winien sprawiedliwość, nawet jeśli już nie potrzebujesz jej. Dałem się zwariować matce. Ojciec też jej na to pozwolił. W kryzysie i panice, po prostu trzeba się czegoś złapać. Złapaliśmy się tego, co wykrzykiwała stanowczo mama. Potrzebowaliśmy kogoś, kto chociażby udaje, że wie, co robić.
Myślałem wtedy, że to brzmi sensownie, to znaczy, że tylko pociągniesz mnie w dół, że głowę dociążysz mi swoim pogubieniem. Żeby to było wszystko takie proste…
A Ty zajęłaś się mną naprawdę porządnie, dlatego wiem, że zajmiesz się też swoim życiem. Gdybym nie udawał tyle przed Tobą, wiem, że byłabyś gotowa unieść także to, jak naprawdę się czuję. Dziś to wiem. Z perspektywy tego obrzydliwego łóżka i białych, zimnych jak śmierć ścian. Niestety nie ma dla nas już przyszłości i nie będę mógł w praktyce zasłużyć na odkupienie win u Ciebie. Przepraszam Cię za to, że zabrałem nam wspólny czas. Żałuję tego, naprawdę i w każdej chwili.
Jakimś cudem nie wziąłem pod uwagę tego, że nawet nasze kochanie się podczas mojego pobytu u Ciebie, odbyło się w dużej mierze dzięki twojej cierpliwości i wyrozumiałości. No bo co ja mogłem Ci dać tak naprawdę? Przecież za każdym razem myślałem, że się uduszę, z trudem odczuwałem jakąkolwiek przyjemność, poza tą, że jesteśmy blisko. A Ty nie narzekałaś, poddawałaś się moim potrzebom, zapewne wymuszając na sobie, by mi w tym towarzyszyć. Nie tak przecież wygląda kochanie młodych ludzi, nie tak powinno wyglądać. Mieliśmy porównanie…
Nie wierzę już w swoje dawne przekonanie, że nie zdawałaś sobie sprawy, jak ze mną kiepsko. Musiałaś to widzieć i nosić to w sobie. Wkładać to między wszystkie inne dramaty, łażące za Tobą, jak głodne koty, od samego urodzenia.
Za to dziękuję Ci i raz jeszcze wybacz.
Czekam na odwiedziny, liczę, że się pospieszysz. Kocham Cię to za mało, by wyjawić co czuję. Kocham Cię tak jak umiem. Jak człowiek, który dostrzegł, że przegapił coś ważnego, że pobłądził. Ułomnie, głupio, przepraszająco. Na pewno są sprawy, na które nadal pozostaję ślepy i ponieważ kończy mi się czas, pozostanę ślepy na zawsze. Mimo to, przyjmij mnie takim jakim pozostanę w Twojej pamięci. Takim, który sam sobie musi tłumaczyć, że kogoś kocha, by byle co lub kto, nie zdmuchnął w nim tego. Stąd rozumiem, że pojawił się obok Ciebie Zachary. Niewzruszony i wierny. I chyba kochający, ku mojej zawiści…
To rozwściecza i boli, bo chciałbym mieć teraz wszystkich po swojej stronie, skupionych tylko na mnie emocjonalnie. Wydaje mi się, że moje cierpienie mnie w tym usprawiedliwia. A może wcale nie?
Nie ma tego czego pragnę, ale jest to co jest i godzę się z tym. Po każdym napadzie gniewu i nienawiści do Ciebie, kocham Cię znowu.

Z prawdziwym uczuciem przywiązania i żalu, Dawid Goldberg.
P.S. Bardzo często, w swoim sercu, byłem tylko Twój.

Syn Dawida i Estery Goldbergów nigdy nie był specjalnie zadowolony z tego, że nosi imię swojego ojca. Mógłby co prawda, jak każdy inny Dawid na świecie, bez cienia żenady uznać nadane mu imię za własne, ale nigdy mu się to nie udało. Z jakiegoś powodu, nie był w stanie zdystansować się na tyle, by nie czuć się przedłużeniem swojego taty. Przez całe dzieciństwo i okres dorastania, pragnął stać się kimś innym, odrębnym, ale gdy osiągnął pełnoletniość i trzeba było zdecydować o kierunku swojej drogi życiowej- wybrał zawód panoszący się w rodzinie od kilku pokoleń. Zadowolił tym grono nieżyjących, jak i nadal żywych krewnych. Stare fotografie wujów- radców prawnych- patrzyły na niego z uznaniem. Ojciec, słysząc, że przewidywany wybór studiów syna stał się faktem, gładził się z zadowoleniem po brodzie przez kilka kwadransów, popijając przy tym whisky z niepotrzebnie pozłacanej na rantach szklanki. Mówił tym samym, nie używając słów: zrozumiałeś co należało zrobić, synu, by zachować status, który osiągnęliśmy wspólnie z braćmi, kuzynami, wujostwem… Zrozumiałeś, że zbytek bywa niezbędny w pewnych sferach. Podtrzymasz nasze tradycje i pomnożysz pieniądze…

Chcąc więc jakkolwiek zaznaczyć swoją obecność na świecie i postąpić w drobnych sprawach przynajmniej według własnego uznania, Dawid Goldberg junior krygował się. Wolał to niż kłopotliwą konfrontację i napięcia przy niedzielnych, obowiązkowych obiadach rodzinnych. Były to spotkania nie tyle ważne dla niego emocjonalnie, co przez swoją powtarzalność budujące jego poczucie bezpieczeństwa. Szybko zrozumiał, że w obecności rodziców, nie warto poruszać swoich szczerych strun. Wrzeszcząca, ciskająca przedmiotami matka i obrażony ojciec, którego mina mówiła aż nadto wyraźnie: „zawiodłeś mnie” – były ponad siły wrażliwego jedynaka. Zatajanie faktów dotyczyło części znajomych, w tym Noemi, którą udało się skutecznie przemilczać do pewnego czasu, zanim ktoś „życzliwy” zobaczył ich razem, spacerujących za rękę pod szkołą Noemi. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że gdyby była taka możliwość, rodzice Dawida juniora, nigdy nie dowiedzieliby się, że tych dwoje, łączy coś więcej, niż wspólna społeczność, w której interesy dziadków, wujków, stryjków i ojców- zawsze w końcu splatały się ze sobą.
Ale wydało się.
Warto zaznaczyć w tym miejscu, że nawet lektury, które mogłyby nie być pochwalone przez matkę lub ojca, młodzieniec ów czytał ukradkiem i raczej w bibliotece, niż w domu. Wyjątkiem od tej zasady, były kilkutygodniowe pobyty u dziadków na Podlasiu. Tam, już jako mały chłopak, robił co chciał i czytał co wpadło mu w ręce, bez konieczności znoszenia ingerencji w wolność swoich wyborów i upodobań. Miał to szczęście, że rodzice jego matki, przeżywszy traum aż nadto, zaszyli się w sąsiedztwie Puszczy Białowieskiej- interesy i przywileje zostawiając ambitniejszym i silniejszym psychicznie członkom rodziny.

Przewrotność losu sprawiła, że tak pozbawionej odwagi osobie, trzeba było zacząć umierać w młodym wieku. Bez wcześniejszej szansy na osadzenie się w poglądach i sczerstwienie w potrzebach. Czy może to kogoś zdziwić, że podduszony przez śmiertelną chorobę Dawid junior, zasugerował się matką, zdającą się wiedzieć lepiej, w jakim towarzystwie jej syn powinien stoczyć walkę na śmierć i życie? Teraz więc, gdy napisał odręcznie swój ostatni w życiu list, opadł na poduszkę z poczuciem wstydu i porażki. Rozumiejąc, jak niewiele już może siebie z siebie wykrzesać, spotulniał i przyjął szpitalne łóżko, jako ostatni swój dom.

Zdał sobie sprawę bowiem z tego, że nigdy nie miałby siły przeforsować na łonie rodziny, swojego związku z Noemi, wnuczką krawca E. I mimo zapewnień, którymi ją karmił od początku ich romansu, nie miał w sobie sił, by przeciwstawić się rodzinie. Zrozumiał, tonąc teraz w litrach swojego potu, że nie istnieje już żadne prawo pozwalające wyrzucać Noemi i Zacharemu, że zbudowali intymną relację za jego plecami. Bo to także nie było prawdą. Ich więź powstawała na jego oczach, a sposób, w jaki traktował swoją dziewczynę, stanowiło sine qua non jej niewierności.

Gdyby nie Zachary, Noemi nie podniosłaby się tak szybko z opuszczenia i zatajania prawdy, które zaserwował jej Goldberg junior, uciekając i ukrywając swoją chorobę przez tak długi czas. Żyłaby, ale poza życiem- jak zwykła robić w takich sytuacjach. A mając Zacharego- wypuszczała do światła co żywsze czułki… I może kaleczyła się mniej, może więcej jadła…- fantazjował.
Jakim więc prawem miałby ich osądzać? Czy małej Noe, nie dość już w życiu kar? A jednak powinna być tylko dla niego! Czuł piekącą zazdrość, a złość napływała mu w słabe ręce tak często, że niemal wierzył, iż dałby radę udusić Zacharego. Ale … za co? – pytał samego siebie zaraz. Za to, że nie porzucił Noemi, gdy była sama? Za to, że zobaczył w niej kobietę, a nie przestraszoną dziewczynkę? Za to, że oboje się odszukali i dostrzegli szansę, którą on, tchórz, zaprzepaścił? Za to, że Zachary wziął ją taką jaka była i nie wstydził się jej?

Ona jest moja! – mówił sobie, gdy dopadała go bezduszna myśl o tym, że Zach trzyma Noemi w dłoniach i ma ją dla siebie całą. A ona, na dodatek, chce tego! Niewdzięczna, dziwaczna, głupia!!!

Zazdrość, którą czuł teraz, była przede wszystkim zazdrością o życie. O to, że Noe stać było na ten cholerny wybór między nim a Zacharym. Że w ogóle miała siły na jakąkolwiek znajomość!!! Nawet ona miała teraz więcej od niego, nawet ona!!! Ta zastraszona kijanka!
Czuł też złość na nią, za to, że nie zaczęła z Zacharym żyć ukradkiem, tak, by on nie mógł się tego domyślić. Że… nie postąpiła tak, jak on, Goldberg, postąpiłby. Zatajając niewygodne fakty. A oni spotykali się jawnie i jawnie wspierali. Za każdym razem w szpitalu, czy to u matki, czy u niego- była w towarzystwie swojego kuzyna. Nie tłumaczyła się z tego nawet, perfidna! – wrzeszczał każdą myślą.

Ale ta złość mijała. Bo nawet na to nie miał sił. Do tego, gdy ochłonął, ciężko było mu uwierzyć, że Noe świadomie korzystała z dobroci, jaka spotykała ją ze strony Zacharego. Każdą sympatię brała dotąd za chwilową. Z chorą łatwością umiała się odzwyczaić od ludzi, od ich przywiązania, które po czasie wydawało się jakby snem, wyobrażeniem.
Przychodzące znikąd i w nicość rozpadające się uczucia, to była jej codzienność. Nawet te najsilniejsze doznania, umiała z siebie wykorzenić bezpowrotnie.
Tak. Przecież wiedział, że Noe nie potrafiła utrzymać w sobie niczego dobrego na stałe. Czyjeś ciepło- w jej wnętrzu zamieniało się po chwili w sztylet dźgający ją w samo serce. W najlepszym wypadku- wzbudzało jej nieufność. Czego miałby więc zazdrościć tym dwojgu? – pytał w próżnię, próbując przekonać samego siebie, że między kuzynostwem, nie ma prawa dziać się nic wartościowego…

Schodziło z niego powietrze i zasypał z wycieńczenia. A gdy sen przychodził i brał go w ramiona, miał w głowie tylko jedną, prostą myśl: niech już będzie, co ma być.
I faktycznie przychodziło, co nadejść musiało.
To właściwie była najprawdziwsza z jego myśli, gdy wraz ze snem, przychodziło też pogodzenie. Nie chciał już przed sobą udawać, że jest w stanie walczyć o Noemi, a tym bardziej, że jego zazdrość jest tak silna, jaką czuł dawniej, gdy wyobrażał sobie, że Noe poznaje kogoś i angażuje w niego serce.

Nie było komu walczyć, bo dla niego wszystko się kończyło. Chciałby tylko usłyszeć, że miał dobrą przeszłość. Że był kochany, potrzebny, zauważony, godny jej tęsknoty. Że ta poraniona dziewczyna darzyła go czymś prawdziwym, co poniesie ze sobą przez życie. O czym, być może, opowie swoim dzieciom i wnukom… O czym może napisze w pamiętniku…

Potrzebował to wiedzieć, by móc odpuścić życiu chociaż trochę za to, że go opuszczało. Ku wielkiemu zaskoczeniu, od powrotu z domu Noemi, każdorazowo zapadając w chorobowy sen, co to był czymś na zasadzie przepaści wyściełanej wycieńczeniem- Dawid junior widywał jedną tylko postać. Oto, po powiekami wymęczonego śmiertelnym kaszlem młodzieńca, stawała Sophie i kilka tych sytuacji, kiedy to mijali się sam na sam, a ona syczała na niego…

„Od początku wiedziałam ktoś ty jest! – odgrywało mu się przed oczami jak film. – Jesteś jak ci Polacy, co mnie nienawidzą, co widzą we mnie zarazę i obcość! Nie można ci ufać! Uśmiechasz się, przymilasz, ale zdradzasz. Swoje wiesz, co? No jak, kolego? Swoje wiesz i swoje sprawy załatwiasz za plecami mojej wnuczki?! Jesteś jak Polak, co u mnie kupi ubranie, ale obgada od pazernych Żydówek! A najgorsze, że jesteś nasz, a fałszywy, nieludzki i podły! Wykorzystałeś ją! Myślisz, że nie wiem?! Rodzicami się wykręciłeś, jak szczeniak!”.

Ta szalona staruszka miała rację. Przejrzała go. To nieprawda, że kierowały nią uprzedzenia zrodzone z konfliktu między ich rodzinami. Wiedział, że umiałaby to pokonać, tak jak niejednokrotnie potraktowana obrzydliwie przez sąsiadów, umiała przegryźć to w sobie, póki się nie przelało w niej… Nawet w napadzie szału można było ją zatrzymać. Wiedział to, bo nieraz mu sprzyjała, choć wiedziała czyim jest synem. Odwróciła się na dobre, dopiero wtedy, gdy doszły ją słuchy, że nie umiał stanąć murem za Noe. Zasłużył na brak szacunku i zaufania pani Sophie, kryjąc się i kłamiąc, jak ostatni krętacz. Zwodził Noemi. Tak naprawdę, marne to były szanse, by będąc zdrowy, zdecydował się przeciwstawić rodzinie i związać z nią. Z tym zlepkiem nieszczęść, dziwacznym stworzeniem z pogranicza niepewnej dziewczynki i bystrej, ale chylącej się ku śmierci staruszki. Pewnie zniknąłby tak samo, jak wtedy, gdy poznał diagnozę. Nie chcąc jej zranić, porzuciłby ją jak psa pod sklepem. Uciekając tylnym wyjściem, wmówiłby sobie, że chroni psa przed okazaniem mu odrzucenia, gdy ot tak, znienacka rozpływa się w powietrzu.
A przecież miał na myśli głównie siebie. Zrobiłby wszystko, by nie musieć zmierzyć się z niewygodnym wyborem i jego konsekwencjami. Planując po wielokroć, że zerwie z Noemi, powtarzał sobie, że ona umie zapominać, że umie żyć dalej- cokolwiek by się nie działo w jej życiu. Albo że po prostu przestanie żyć i niekoniecznie byłaby to jego wina. Miała przecież sporo innych powodów do rozpaczy…
Tak.
Tak się to się plotło.
Będąc z nią łaknął jej towarzystwa, ale gdy wracał do zeskorupiałego świata, dziedziczonego wraz z rodzicami i krewnymi- obmyślał plan ucieczki i wybielał się z tego, przed samym sobą, profesjonalnie. Jako przyszły prawnik; reprezentował siebie w domniemanym sądzie, oczywiście jako zajadły obrońca.
Na pewno nie był jedyną i najtrudniejszą kwestią w życiu tej zaburzonej dziewczyny- tłumaczył sobie, oczami wyobraźni widząc jej samobójczą śmierć i nekrolog, na który przypadkiem trafia, spacerując pod jej szkołą. Nie oszukujmy się, jeszcze zanim się poznali, miała sporo powodów do tego, by nie chcieć żyć- snuł swoją linię hipotetycznej obrony.

– Jestem cyniczny- powiedział sobie na głos, czym wzbudził zainteresowanie drobnej salowej, niemal bezszelestnie opróżniającej kosz na śmieci w jego sali szpitalnej. Nic sobie nie zrobił z jej zaciekawienia. Wziął głęboki, bolesny oddech. Poprawił widełki w nosie, poddające mu tlenu. Nazywają to tutaj wąsami tlenowymi. To ostatnie wąsy, jakie będzie nosił.

Przesunął przed oczami galerię twarzy zapamiętywanych podczas całego życia.
To zaskakujące.
Krawcowa Sophie, jako jedyna, patrzyła teraz z tej wystawy, na wskroś jego głowy i serca. Uśmiechnął się tkliwie. Ileż to razy osądziła go, słusznie spluwając mu pod stopy i sycząc! A mimo to, gdy marzł w kawiarni, ale też kiedyś, gdy spotkała go w nocy wracającego z przechadzki wokół domu, okrywała go kocem, podawała ciepłej kawy.

Mając w pamięci Sophie, Dawid Goldberg junior, zasypiał snem sprawiedliwego. Rozmyślał więc o niej śmiało, nie bał się przywoływać coraz to nowych wspomnień. Widział na przemian; a to scenę, gdy staruszka wyszła z sali szpitalnej, w której wylądowała kiedyś Noe, by oni, młodzi mogli się pokochać. Za chwilę znów śledził pod powiekami; staruszkę wypychającą go do listonosza, by gadał z nim „jak Polak z Polakiem”, czyli jak dwoje obcych, z pewnością wrogich jej ludzi… Dokuczyła mu tym- w swoim mniemaniu, ale akurat to rozumiał aż za dobrze… Sophie opętał ten sam duch, który nie omijał całej ich społeczności. Niewidzialny wykładowca, podpowiadał im wszystkim strach i przeświadczenie, że ludzie mieszkający wokół- życzą im śmierci i pragną ich upokorzyć. Jakże podobne klimaty miał w domu… Jak nieudolnie uciekali przed tymiż duchami- dziadkowie zaszyci na Podlasiu…
Znał to, owszem. I to braterstwo w strachu, rozczulało go w nich wszystkich, znanych mu mniej lub bardziej.
Ale z tych wszystkich znanych mu, przerażonych- tylko odtwarzana w koło, paleta zachowań Sophie, przynosiła mu niekłamaną ulgę. Ta szalona staruszka jako jedyna reagowała na niego spontanicznie, dzięki czemu mógł przejrzeć się w niej, jak w wewnętrznym lustrze, w które od lat nie umiał spojrzeć z odwagą. Koiły go te chwile, gdy przypominał sobie, jak bardzo zła była na niego i jak wściekle uderzały go jej oczy. Dobrze, bardzo dobrze- mówił sobie, zasypiając. Zachował się jak zwykły drań, co to bawi się uczuciami niewinnych… Dobrze mi tak- mówił sobie szeptem i przysyłał z głębi głowy kolejne wspomnienia. Gdy był już wewnątrz snu na odległość kilku kroków, przypomniał sobie też troskliwy uśmiech Sophie podającej mu ciepłą kawę, kiedyś tam, kiedy to żaden mieszkaniec domu w polach, poza ich przypadkową dwójką, nie zarywał akurat nocy. Spotkali się i spędzili dobry czas w zupełnej ciszy i oparach ciepłej kawy.

Odtwarzał ten moment. Zakodowany aromat kawy tulił go do piersi, jak matka tuli niemowlę podczas karmienia. Wydawało mu się, że kołysze się na znikających w powietrzu obłokach, unoszących się znad ciepłego napoju, w stygnącej nocą kuchni Sophie.

Teraz już spał. Nie reagował na pielęgniarki sprawdzające jego oddech i temperaturę. Zmieniały się kroplówki i widok za oknem. Dawid Goldberg junior nabierał sił na kolejny świadomy brak sił. I czuł, że jest w porządku wobec świata, dzięki temu, że ktoś miał odwagę i chęci – potraktować go tak, jak na to zasłużył.

Na zdrowe zmysły- Sophie reagowała zdrowo, na chore- oddawała szaleństwem. I nawet, gdy od czasu do czasu wszystko się w niej mieszało, nie zatajała uczuć i prostą drogą szły za nimi wszystkie jej czyny. W tym specjalnym sensie- można było nazwać jej reakcje naturalnymi. I choć nie zawsze zdrowe- spełniały swoją ozdrowieńczą rolę w życiu umierającego X.

„Obyś cierpiał tak długo przed śmiercią, aż zrozumiesz coś jej zrobił” – wywaliła mu, gdy ostatni już raz rodzice zabierali go od Noe, po jego dramatycznym, zdradzieckim telefonie.
Amen- każdorazowo odpowiadał we śnie na odtwarzające się, zaadresowane do niego, złorzeczenie Sophie.

I był to jedyny związek Dawida Goldberga juniora z niebem.