„Rozmowa najpotrzebniejsza- wie o tym, jak wiele waży. Rozmowa najpotrzebniejsza- właśnie dlatego, nie może się wydarzyć”

 

– Posłuchaj, Noe- zaskrzypiał, gdy ciche kliknięcie w eterze potwierdziło, że Helena opuściła konwersację. Miał zamiar wprowadzić łagodnie swoją osobę do rozmowy, w której i tak funkcjonował już jako terrorysta. Miał tę świadomość, że w świecie Noemi, z wiadomych powodów, każdy kto wyrażał złość, był przegrany. Osądzony. Unikany. Odcięty.
Od zwykłej, ludzkiej niecierpliwości lub rozgniewania z byle powodu- do przeobrażenia się w jej głowie w oprawcę- był krok tak niewielki, że robiło się go najczęściej przypadkiem, niezauważenie. W jej odczuciu jednak, zawsze był to ruch intencjonalny.
A dokładnie; zaplanowana Napaść.

Noemi, dziewczyna, w której się zakochał i która opętała go emocjonalnie i fizycznie- bała się go teraz panicznie. Spodziewała z jego strony wszystkiego najgorszego i najpewniej przeklinała dzień, w którym się poznali. Gdyby przy niej stał, najpewniej patrzyłaby mu na ręce, oczekując na cios. Czekałaby na to, choć nigdy jego dłonie, nie miały innego kontaktu jej z jej ciałem niż najczulszy dotyk.
Taka jest cena za przeszłość. Wiedział to, odkąd ją poznał.
Jeden jego grymas- zamieniał go w kata.

Stało się, bo tym razem zrobił znacznie więcej. Załamał się nerwowo przy niej. Pozbawił ją bezpieczeństwa, nie radząc sobie z własnym umieraniem. Wybuchł jak wulkan.
Wiedząc to wszystko, zaczynał rozmowę z nią jak skazaniec pukający do jej serca.

Jego dwa, zmęczone słowa, jak na razie zdążyły zapowiedzieć wyłącznie atak kaszlu, który oddalił go od słuchawki na dobre kilka minut.
– No- przemówił cicho- chyba już będzie spokój. Na chwilę chociaż. Jestem już, wybacz. Jesteś tam? – zapytał niepewnie.

Milczała. Szukała formy, w której mogłaby to przetrzymać. Najpierw dzwonek telefonu wyrwał ją ze snu. Skamieniała, gdy dotarło do niej, że ciocia Helena walczy na słowa z ledwie zipiącym X. Przyciskając z całej siły, przenośną słuchawkę do ucha, wyszła zza fortepianu i siadła przy stole. Rzuciła okiem na liścik od Zacharego. Rozbolała ją głowa i podskoczyło serce, na sam widok jego odręcznego pisma. Bezwiednie chwyciła za zeszyt do francuskiego. Używała go na dwa sposoby. Z oficjalnej strony podążała za programem nauczania, natomiast obróciwszy go do góry nogami, zaczynając od ostatniej strony, praktykowała swój sposób wgryzienia się w język obcy. Zapisywała tam rzadkie słówka, czasem całe zdania, przeczytane lub zasłyszane, których próba zapisania w języku francuskim, mógłby być interesująca, bo trudna. Przyszło jej do głowy, że mogłaby bezpośrednio, tłumaczyć na język francuski, zdania wypowiadane teraz przez ciotkę i X. Była w połowie spisywania wypowiedzi, z której wynikało, że Helena, skapitulowawszy w planach bojowych wobec X., planuje zbudzić bratanicę, by przekazać jej słuchawkę telefonu i napoczętą rozmowę.

Ogień w kościach, ból przeszywający lewą skroń. Musiała się odezwać, dać znak, że słyszy i przejmie rozmowę. Ciocia się wyłączyła. A ona została bez sił, tłumacząc w zeszycie słowa X., a nawet opisując po francusku jego kaszel.
Zielonym długopisem.

Resztę szczegółów dopisała na czarno.
Wiedziała, że X. czeka na potwierdzenie. Ale co miałaby potwierdzić? Że chce rozmawiać? Nie chciała. Bała się go. Nie mogła być pewna, co tym razem usłyszy. Jakie jeszcze słowa posiekają jej serce? I w jakim celu? By porzucić je jak kawałki bezimiennego mięsa na wieczne dogorywanie?

– Noe- wykrztusił i wstrzymał oddech, by uciszyć świsty z płuc- przepraszam cię. Bardzo cię przepraszam.
– Nie ma za co- odpowiedziała, odczytując najpierw po francusku, a potem od razu tłumacząc na polski. Nie przestawała pisać. Zapisywała myśli, próbując od razu je przekładać, jak najdokładniej, jak najwierniej. Lewą dłonią, bez ustanku przeczesywała i na powrót kołtuniła – puszczone po ramionach włosy.

– Czemu mówisz po francusku? – zapytał skonfundowany, jakby już coś wiedział.
– Nie wiem. Przeprosiny przyjęte- powiedziała sucho, bez emocji.
– Nie wierzę w to- odpowiedział bojowo- nie uważasz, że powinniśmy poważnie pomówić ze sobą? Bardzo szczerze? Że na to zasłużyliśmy?
– Już to się stało, X.- rzuciła jego imieniem, jak suchą, rybią łuską. Zabolało.
– Co masz na myśli?
– Już byłeś ze mną bardzo szczery. Wszystko jest dla mnie jasne- zatrzymała się, by dobrze zapisać to w języku francuskim.

Czekał. Ale nie dokończyła. Usłyszał coś. Nie był pewien czy dobrze rozpoznał odgłos, ale przypuszczał, że Noe szpera w piórniku. Czy zmienia kolory długopisów, jak wtedy, gdy przy nim trenowała różne stopnie trudności, przekładu zdań na języki obce?

– Zajmujesz się tłumaczeniem? Teraz? -zniecierpliwił się.
– Tak.
– Jak ci idzie? – drążył zawiedziony, zaduszając podirytowanie.
– W porządku.
– Co miałaś na myśli, mówiąc, że już byłem z tobą szczery? To, że wszystko zrzuciłem na ciebie? Ten pobyt w twoim domu?
– A jak myślisz?
Poczuła złość, smutek, niedorzeczność. A potem pustkę. Po co do niej dzwoni? Żeby się pastwić? Żeby powtórzyć jej, jak bardzo go obciążyła w chorobie? Jakim jest problemem w jego ciężkim, sponiewieranym chorobą, życiu?

– Przesadziłem ze środkami wyrazu, Noe. Za to cię przepraszam. Strach tak mnie wykończył, że zamiast opisać ci go tak po prostu, skierowałem go na ciebie- szeptał, bo jego głos tracił już moc. – Byłem zły, że tak bardzo mnie potrzebujesz, a ja resztką sił staram się jakoś z tobą być, trzymać się, udawać. To nie twoja wina, wiem. Ale nie cofnę tego. Tak właśnie czułem. Złość. Wściekłość, że nie jesteś supermanką, która poradzi sobie ze wszystkim, jak …
– Poradzę sobie. Naprawdę masz już ode mnie spokój. Od tamtej pory nawet o tobie nie myślę.
– Co ty mówisz, Noemi?!- nie dowierzał, wysilał głos, by móc wyrazić niedowierzanie.
– Tak. Tak właśnie mówię i tak właśnie jest.
– Nie wierzę w to. Nigdy w to nie uwierzę, słyszysz?! – pytał w napierającym, duszącym szlochu. – Bo co?! Bo puściły mi nerwy?! Naprawdę mi się dziwisz?! Patrzyłem na ciebie w rozsypce. Oczami wyobraźni widziałem, jak beze mnie nie umiesz żyć, jak kaleczysz się, odcinasz od rzeczywistości, a w końcu wyskakujesz z okna albo wpadasz pod samochód!!! Dziewczyno, poniosły mnie emocje, ale wariuję! Boję się o ciebie, ale także o siebie. Wylałem na ciebie całą frustrację, bo byłaś mi najbliższa. Poza tym, nie wiem, czy jesteś w stanie to sobie wyobrazić- wtrącił sarkastycznie- Ale w przeciwieństwie do ciebie, ja nie wyczekuję śmierci, jak zbawienia! Ale to mnie, rozumiesz, to mnie, ona zmiecie lada dzień?! Nie ciebie!!!

Poczuła dyskomfort. Zacisnęła mięśnie karku i brzucha. Próbowała poprawić swoją efektywność wytężając słuch i poganiając rękę trzymającą długopis. Mówił za szybko. Nie zdążyła zapisać każdego słowa. Notowała więc tylko sens wypowiedzi. Była zmuszona tłumaczyć po łebkach. To będzie Źle, to będzie Niewystarczająco- kołatało się jej po głowie. W miejsce napięcia, ból wszedł jej w dłoń i pod łopatkę. W głowie zaczęło lekko szumieć.
– Rozumiem. Współczuję ci, jeśli to tak dla ciebie ważne, by żyć- powiedziała powoli, by przynajmniej własną kwestię, móc porządnie zapisać i przetłumaczyć.
– Nie wierzę! Ty mówisz do mnie jak maszyna! – posmutniał. Cisza, która zawisła między nimi na kolczastym drucie telekomunikacji, postępowała jak nowotwór X. I faktycznie, robiła się dla niego coraz dramatyczniejsza. Wiedział, że jest teraz tylko przepisywaną na czysto kwestią. Noe pracowała w pocie czoła, by wykorzystać brak nowych słów i próbować odtworzyć te, które wcześniej padały zbyt szybko.
X. nie mógł tego znieść.

– Posłuchaj. Będę mówił wolno żebyś zdążyła to sobie zapisać i przetłumaczyć na wszystkie języki świata! – mówił spoza łez i zza zębów. Był tak samo zły, jak zrozpaczony. – Jestem na tym samym oddziale, co ostatnio. Czekam na ciebie. Może uda nam się przynajmniej zobaczyć, jeśli nie umiemy już rozmawiać- powiedział i dodał bardzo cicho, z wnętrza beznadziei: – Wierzę, że Zachary pomoże ci i nie będziesz musiała szukać transportu w taką pogodę. Pospiesz się- po tych słowach odczekał kilkanaście sekund i odłożył słuchawkę.

Noe położyła słuchawkę obok piórnika. Sięgnęła po fioletowy długopis, by cały dialog zapisać w jeszcze inny, bardziej skomplikowany sposób. Niestety, oszalały dzwonek do drzwi i czyjeś pięści uderzające w nieneurotycznie, nie pozwoliły jej dokończyć dzieła.
Zeszła schodami na dół.

Mniej więcej w tym czasie, Zachary wyskoczył pospiesznie ze swojego mieszkania. Wpadł tu, wracając z biblioteki, by, tym razem przezornie, zabrać ubranie na zmianę. Postanowił dobrać też trochę gotówki na paliwo, a przede wszystkim na większe zakupy dla siebie i Noe. Komponowanie posiłków z tego, o czym Gaja raczyła zapomnieć lub czego nie zniszczyła w szale, nie mieściło się w jego światopoglądzie. Pomyślał nawet o jakimś dobrym winie, może białym, słodkim? – rozmarzył się, przekręcając klucz w zamku i dla pewności raz jeszcze łapiąc za klamkę, kiedy to Leon, powolnym krokiem schodząc z piętra kancelarii, zwrócił się do syna:

– Dzwonił syn Golbergów- oznajmił smutnym tonem i niezmiernie cierpiącymi oczami- prosił, żebyś zawiózł do niego Noemi.
Leon miał tego dnia mnóstwo pracy. Uśmiechnął się więc i machnął na cześć. Okręcił się na schodach wokół własnej osi i ruszył z powrotem, by utonąć dla świata przy swoim biurku. Ta sprawa jednak nie dawała mu spokoju. Czuł, że odebrał telefon wielkiej wagi. Dlatego raz jeszcze obrócił się i bardzo łagodnie, z coraz większymi, mokrymi oczami, powiedział:
– Zachary, synku…
– Tak? – Zach ruszał właśnie w stronę drzwi wyjściowych z kamienicy. Obejrzał się w stronę taty. Zrobił to tym czulej, że jego wzruszenie czuł wewnątrz siebie.
– Zrób to, proszę. Nawet jeśli pragniesz zrobić coś przeciwnego, zrób to, o co prosił. Bo teraz- westchnął, przypominając sobie słabnący głos X.- teraz to i ja bardzo cię o to proszę. Ten chłopak, synku, nie pożyje długo…

Smutek ojca spłynął po schodach rwącą rzeką i porwał Zacharego. Nie czuł już złości na to, że X. wydzwania za nim po rodzinie. Miał ochotę podejść i utulić tego małego- wielkiego mężczyznę. Mój dobry, wrażliwy tata… Mój ukochany staruszek…

Popatrzył w smutne oczy spaniela. Ten wzrok; budzący tyle ciepłych uczuć wychował go i rozpieszczał całe życie.

Uśmiechnął się do ojca z miłością. Przywiązanie i niepodważalny szacunek do tego człowieka- były dla Zacharego czymś tak oczywistym, jak krążąca w nim krew.

– Dobrze, zrobię to jeszcze dziś. Właśnie wybieram się do Noe. Masz moje słowo- zapewnił.

Pożegnali się bez słów. Każdy poszedł w swoją stronę. Zachary wskoczył do auta i podjął próbę odpalenia garbusa.
Leon wsłuchiwał się w jego kroki na śniegu, potem w rzężenie jego auta. Obawiał się, że nie będzie potrafił odtwarzać w pamięci wszystkich dźwięków, które towarzyszą obecności syna w domu… Od jakiegoś czasu zapisywał sobie to, co chciałby zapamiętać. Zapach perfum Zacharego, pantomimę gestów, ton głosu, który przybiera, by pomówić czule z Blanką…

Wszedł do kancelarii. Minął gabinet Jakuba, swojego rozemocjonowanego brata. Toczył właśnie bój prawny przez telefon z innym prawnikiem i co chwilę chrząkał zadowolony z siebie. Leon wszedł do siebie i zamknął drzwi. Pochylił się, by zasiąść za biurkiem, ale nie mógł zrobić tego swobodnie. Zrobiło mu się słabo i trochę duszno.

Przeciążone serce pierwszy raz dało o sobie znak tak mocno.
Bo przecież…
Nie tylko syn Goldbergów odchodził w nieznane.
Zachary planował zniknąć dla jednego życia, na rzecz innego. A Leon wiedział, że między tymi światami, nie będzie zbyt wielu mostów…

Kiedy ucisk w mostku zelżał, nie był w stanie wrócić do pracy. Zamknął swój gabinet i zszedł do mieszkania. W salonie, na szezlongu spała Blanka. Nie otwierając oczu zbyt sumiennie, przesunęła się, a potem idealnie wpasowała między przestrzeń między oparciem leżanki, a brzuchem starszego pana. Czy ona także śniła, że Zachary, niczym biblijny Samuel, zostaje ofiarowany na służbę do świątyni? Leon był poddawany tejże sennej wizji niemal codziennie. Rozpromieniał się po takim śnie, odprężał. Z pewnością dlatego, był w stanie zaakceptować i uszanować sercem- wybór syna.

Zastąpiłem mu matkę- myślał czasem po takiej drzemce. Ale Boga nie zastąpię i nigdy, przenigdy, nie będę próbował z Nim konkurować.

Tak będzie brzmiała modlitwa, wypowiadana przez Leona do samej śmierci.