„Śpiewajcie pieśń o dziewczynie, śpiewajcie pieśń o jej winie. A winą jej były złe nawyki; rozpamiętywała uparcie napotkane wnyki”

 

Sophie podciągnęła powieki z trudem. Odkąd sięga pamięcią, otwierała oczy właśnie tak, jak gdyby rozprawiała się z opornymi okiennicami. Próbując rozruszać ich zardzewiałe zawiasy, zmuszała całe ciało do ogromnego wysiłku.

Dawno temu, a dokładnie wtedy, gdy zrozumiała, że JEST- spostrzegła też przykrą prawidłowość towarzyszącą każdemu porankowi. W ciągu szarpiącego nią życia, do udręki poranków dołączyły beztlenowe zrywy nocne i bezduszne szpony, wykradające ją z popołudniowych drzemek. Tuż po każdym przebudzeniu, na jej oczach kładły się wzorzyste, jaskrawe firanki przesłaniające widoczność i wywołujące lęk. Czy były wytworem jej wyobraźni, czy nierozpoznanej choroby oczu? -raz jeden odważyła się zapytać o to okulistę i na jego dociekliwość- szybko się wycofała, sprowadzając dolegliwości do żartu. Zamiast zająć się oczami, za dużo chciał wiedzieć na temat lęku, który towarzyszył jej nagłym przeskokom ze snu- do świadomości.
Nie jego to rzecz! – pomyślała wtedy. Potrzebowała, by przejrzał jej oczy na wylot i odnalazł miejsce, z którego wyłaniają się te podstępne firanki! A potem przepisał jej na to proszek albo krople, które rozpuszczą męczące ją zwidy.
Nie udało się.
Gdziekolwiek by nie zasypiała, ilekolwiek nie miałaby lat- pojawiały się na drodze jej wzroku. Te same, grube, nieprzezroczyste wzory. Niepokojące i drażniące, choć z czasem coraz lepiej znane. Czy to wtedy, gdy budziła się się w dziecięcym pokoju, zajmującym niewielki skrawek zamożnego domu rodziców i dziadków; czy na tłocznych, obozowych pryczach… Nawet dziś, gdy zdążyła zestarzeć się i owdowieć… Niezależnie od tego, czy sen urwał się jej za dnia, czy w środku nocy- przebudzenie oślepiało ją. Okaleczało psychicznie. Przerażało.

To chyba Jaś…- wymamrotała, niepewna tego, co widzi. Na skraju łóżka, w roboczym ubraniu, któż inny mógłby być? – wytężyła wzrok, aż zapiekło ją w skroniach. -Tak, to chyba on…On, no bo i któż? -z trudem identyfikowała zarys sylwetki zza firanek.
– Coś się stało, Jasiu? – zapytała, zamykając powieki i zmniejszając przy tym ból udręczonych gałek ocznych.
– Nie, tak tylko chciałem dowiedzieć się, a po prawdzie, zapytać o coś ważnego, myślę…
– Pytaj, śmiało- zachęciła, po omacku wyciągając dłoń w stronę zaspanego pyszczka Luli. Rozpoczęła delikatne drapanie ulubionych przez sierściową przyjaciółkę, miejsc jej ciała. Odprężało ją to. Suczka pochrapywała cicho i przeciągała się, dając tym wyraz, jakże rozkoszne są pieszczoty pochodzące z rąk pani!
Jaś wyprostował się, poprawił nieco. Robocze spodnie przetarł tylko dla zasady. Co prawda, wiedział, że Sophie nie spodziewa się szyku po robotniku odśnieżającym posesję. Uznał widocznie, że okoliczność wymagała odpowiednich gestów. Zrobiło się ważko.

– Chciałbym wiedzieć, Sofijko, jak my swoje Bogi połączymy? Jestem katolikiem, jak wiesz- mówił, nie podnosząc wzroku. Patrzył w splecione, niby do modlitwy dłonie, wsparte na kolanach. – Nie chodzę do kościoła od wielu lat, ale modlę się. Jestem związany z tym, co dostałem od rodziców. Niewiele więcej po nich odziedziczyłem, poza ich religijnością. Tak bym to jakoś powiedział…- zakończył i zamyślił się. Chyba dotykał wspomnień, ośmielony tym, że Sophie też na swój sposób przechadzała się wzdłuż swojej głowy, za zaciśniętymi powiekami.

Nie otworzyła oczu, ale odpowiedziała bez namysłu. Zupełnie jakby czekała na to pytanie od dawna, wielokrotnie ćwicząc się w odpowiedzi:
– A czy teraz mamy z tym jakiś problem? Na dzień dzisiejszy? – zapytała retorycznie, by jeszcze pewniej wyłożyć ukochanemu resztę myśli: -Życie toczy się nam dobrze ze sobą i lekko, według mnie… A ja na nic już nie będę naciskać, to ci też obiecuję- ślubowała donośnie.
– Ani na nikogo, Jasiu. Na nikogo nie chcę już naciskać, by był taki jak ja- dopowiedziała po chwili namysłu i odrzekła smutno: – Sama ze swoim Bogiem ledwie się dogaduję, więc tracę też zdolność przekonywania innych do Niego- ciągnęła. – Zadałam mu wiele pytań, a On milczy jak grób. Czasem naprawdę myślę, że w Jego miejsce, gdzieś ponad chmurami, stoi najsmutniejszy, największy na świecie pomnik. A wokół niego rozrasta się cmentarzysko niewysłuchanych modlitw. Słyszę je czasem we śnie, jak jęczą z porzucenia i beznadziei, aż skonają- kończąc tak, ściszyła głos i podlała go jedną łzą- partyzantką zza zamkniętych powiek.

– Nie mów tak. To nie może być prawdą. Sama dobrze wiesz- zareagował żywo.
– Wiem. Ale, jak powiadają: człowiek bardzo wcześnie uczy się mówić, a bardzo późno milczeć. Gadam cokolwiek, gdy ból serca przestaje mi się mieścić w głowie, która przecież większa jest od niego. Moje serce puchnie z bólu nie do pojęcia, Jasiu. I niestety, jak wiesz, do szaleństwa – westchnęła, zawstydziwszy się. – A co do nas…Nie widzę już żadnych problemów, mój drogi. Teraz widzę już tylko możliwości. Bądź przy mnie. – powiedziała, zasypiając głęboko i pozwalając, by wyzwoleńcza łza, nawilżyła jej wargi.

Jaś rozpłynął się, w końcu i tak zjawił się w ledwie widocznym zarysie.

Kilka minut później, Sophie patrzyła na swoje roztrzęsione kończyny i docierało do niej, że już nie ma jej w łóżku. Stała teraz przed nim w roztrzęsieniu ciała i opętaniu myśli, którym musiała zaufać. Zerwało ją brutalne dobijanie się do drzwi. Wyskoczyła z łóżka jak polana wrzątkiem, a za nią Lula, stojąca teraz tak blisko, jak tylko się dało. Ciało staruszki bezwiednie podjęło próbę poradzenia sobie z presją, która uwięziła go w swoich szponach, gdy tylko w sercu Sophie zasiał się i ukorzenił paraliżujący strach.

Przyszli po mnie. Zabiją nas wszystkich. Okradną. Poniżą… Moje dzieci, moje wnuki, moje zwierzęta. Zamordują moje rośliny i każą na to patrzeć ośnieżonym polom.

Myśli stawały się coraz płodniejsze, coraz bardziej atakujące. Gdy napięcie dosięgło zenitu, rozdygotane ciało puściło soki. Sophie zalał pot. W kilkadziesiąt sekund jej piżama była przemoknięta a po nogach płynęły krople potu i moczu. Ktoś na zewnątrz uruchomił wszystkie z możliwych sposobów zakomunikowania, że chce dostać się do środka. Nerwowe przytrzymywanie dzwonka, potem walenie pięścią i żałobne pokrzykiwanie: – To ja, proszę się nie bać, to tylko ja! TO JA, PROSZĘ SIĘ NIE BAĆ!!! TO TYLKO JAAAAA!!!

Teraz wiem na pewno… To na pewno podstęp- myślała, nie wiedząc, że te myśli szczuły ją do ataku na samą siebie. Zastraszyli jakąś kobietę, by była przynętą. Ma nas wywabić z domu na rzeź- mamrotała, ubierając się nerwowo w najcieplejsze rzeczy, tak, by pędzona całymi godzinami w mrozie, miała jakieś szanse przetrwać. Ale jak dać znać Helenie, by zrobiła to samo? Jak powiadomić Noemi, by przygotowała matkę i siebie? Jak wysłać Jasiowi znak, by nie ryzykował ratowania jej?
Nie może przecież przejść korytarzem. Na pewno już namierzyli witraże w drzwiach i nie odpuszczą…Obserwują, na pewno, na pewno…

Kobieta krzyknęła jeszcze raz: – Proszę się nie obawiać, to tylko ja, mam coś dla państwa!

Sophie poczuła znów ciepło własnego moczu na stopach. No pewnie, otworzę im, a oni wywleką nas i zamordują na śniegu. Najpierw wycieńczą do granic, żebyśmy nie uciekli kulom.

Ale co to? Co słyszę?- próbowała choć na chwilę uspokoić rozedrganą głowę i skierować bystrzejsze ucho w kierunku źródła dźwięków.
Ciche poruszenie dało o sobie znać, jak szelest poddany doskonałej akustyce. Dolatywało z serca domu. Ktoś z jego wewnętrza dał się zwieść.
Uszy Sophie naddały głośności zasłyszanym szmerom. To szuranie jest na korytarzu! – wrzeszczała w sobie, oddychając przy tym niemo. To podstawowa zasada; zniknąć dla świata, gdy on chce byś się pokazała w całej krasie. Jak zwierzę podczas polowania.

Myśl, myśl- otrzeźwiała się. Może jeszcze uda się coś zrobić!
O nie! – krzyczała, ile sił w piersiach, rozpoznawszy dochodzące ją dźwięki. Boże! Helena dała się nabrać! To ona! No tak, urodziła się po wojnie! Urodziła się za późno, by mieć już to na zawsze wytatuowane na podszewce każdego mięśnia. Lepiej ci sczeznąć niż zrobić krok, ku zagładzie!
Dlaczego nie przeczołgałam się do niej? – wyrzucała sobie. Była szansa, że gdybym, sunąc po podłodze, nie oderwała głowy od ziemi, nie zauważyliby mnie! Poinstruowałabym ją co robić…- rozlewał się w niej żal, ból w klatce dociążał oddech.
To koniec- powiedziała sobie i usiadła z Lulą na dywanie.
Nasłuchiwała. Robiła już tylko to.
I mówiła cicho. Sobie i Luli.

Słyszę, że przekręca klucz, podnosi zasuwy. Boże Jedyny, Stwórco tego świata, odwróć wzrok i nie patrz na to, co będzie się działo- zamodliła się, kołysząc do przodu i do tyłu. – Jeśli do tej pory nie zareagowałeś, nie narażaj się przynajmniej na przeżywanie konsekwencji zaniechania- tłumaczyła, powstrzymując, wyrywającą się Lulę, przed instynktem obrony domu. Zostań przy mnie i tak nie wygramy już życia- uspokajała. Możemy spędzić razem ostatnie chwile. A ty możesz mieć szczęście, że cię puszczą wolno, albo przygarną i będą traktować dobrze. Bądź im posłuszna-tłumaczyła- a jeśli wyczujesz, że są dla ciebie okrutni, nie czekaj na ciosy. Gryź i wiej! – powiedziała jej wprost do ucha, dziarsko. Rozumiesz? Ja pomodlę się za tobą dopóki dadzą mi żyć, żebyś była bezpieczna- mówiła to, gładząc psią główkę i roniąc słone łzy.
Jak to możliwe, że zgasł dzień? – zapytała siebie i z lękiem spojrzała na swoje piersi, które uczyniwszy tamę dla tchu, uniosły się niebezpiecznie podsuwając jej pod oczy fragment nocnej sukienki. Rozejrzała się. Wszystko traciło ostrość. Ciemność rozlała się wokół. Wreszcie zgasła też Lula i ona sama.

Usłyszała strzał w kuchni, potem w swojej sypialni.
Pif.
Paf.
Czy zabili też Lulę?- zastanowiła się jeszcze, przeczuwając, że chłód, który czuje, po wcześniejszym napadzie gorąca- to stygnąca wokół niej, jej własna kałuża krwi.