„Gdzieś jest taka łąka, której krwią nie napoił świat. Gdzieś jest taka sukienka, uszyta ze zmarnowanych lat.”
Plamka krwi potrzebowała kilku minut, zanim ostatecznie nabrała kształtu. Była to czerwień maku i wyglądała całkiem nieźle, gdy już wpiła się mocno, w kwiecistą podomkę Heleny. Kwiaty polne, zioła i długie szyje traw, rozrzucone swobodnie po ciemnym bawełnianym tle, zawsze wyglądają dobrze- upewniała się, wybierając przed kilkoma dniami, odpowiedni wzór materiału. Miał jej posłużyć na nową sukienkę nocną, którą to w chłodne miesiące, nosiła jako pierwszą z trzech warstw okrycia. Pomijając bieliznę, najbliższą ciału.
Chodziła tak docieplona przez cały dzień, najczęściej do późnej nocy. A wtedy to, o ile zdążyła umknąć książkom w sen, rozebrawszy się wcześniej; zasypiała w majtkach, okręcona jedną ze swoich kap robionych na drutach. Latem, kapę zamieniała na prześcieradło, szyte również samodzielnie.
Była jedynym dzieckiem Izaaka i Sophie, które posiadało w swojej szafie pokaźną kolekcję tkanin, na dodatek, przeznaczoną jedynie do celów osobistych. Nabyty własnym sumptem zbiór, nie mógł się równać, rzecz jasna, z asortymentem zakładu krawieckiego. Za to należał tylko do niej, co zwalniało ją z obowiązku okazywania niepowetowanej wdzięczności rodzicom i wysłuchiwania uwag matki, na temat wybrakowanego gustu i wyglądu, absolutnie każdego jej potomka!
– Palce u rąk zawsze krwawią jak dzikie! Akurat teraz, cholera! Tyle, co wyjęłam nową sukienkę spod igły! – wyzłośliwiała się, trzymając palec pod bieżącą, lodowatą wodą. O ileż byłoby jej łatwiej, gdyby chodziło po prostu o plamę na nowym ubraniu! – zahuczał nad nią duszek wnikliwości. Ten niewygodny znajomy, nie pozwalał jej oszukiwać samej siebie zbyt długo. Uszyta kilka dni temu podomka, świeżo nałożona o świcie, owszem, miała być minimalnym chociaż ożywieniem i osłodą, po niełatwych wydarzeniach, związanych z Marą. Zwłaszcza, że Helena nieczęsto zakładała coś nowego, a jeszcze rzadziej przytrafiały się jej wielobarwne stroje.
Wyszedł idealnie. Długi za łydkę, rozpinany peniuarek. Przecięty w pół- rzędem czarnych, nylonowych guzików w kształcie róży; ze szkiełkami imitującymi diamenciki pośrodku syntetycznych płatków. Do tego dwie pakowne kieszenie; na zapałki, mały notesik z ołówkiem, paczkę papierosów, bawełnianą chusteczkę i sakiewkę z nasionami.
Ten krój przyszedł jej do głowy którejś zaczytanej nocy, gdy spacerowała wyobraźnią po ulicach międzywojennej Warszawy. Zwykle starała się nosić to, co praktyczne i używała tego tak długo, jak tylko się dało. Było jej wygodnie i bezpiecznie w tym, co obyte z ciałem i codziennością. Dziś, po przebudzeniu poczuła, że powinna coś zmienić. Przemęczona ciemnymi chmurami emocji i powracającą podstępnie dusznością, dała się ponieść temu, czemu pozwalają uwodzić się kobiety pokładające nadzieję, że wraz z nowym łańcuszkiem lub torebką- nadejdzie inne, lepsze życie.
Założyła kwiecistą sukienkę z nisko osadzonym stanem i postanowiła przez parę chwil pobyć tylko w niej. Przyjrzała się sobie, okręciła wokół własnej osi. Niby nocna sukienka, ale naprawdę stylowa, odświętna- popatrzyła z uznaniem na swoje odbicie w szybkach kuchennego kredensu. Peniuar, podomka, sukienka nocna… Jakby tego nie nazwać, wyszło naprawdę świeżo i interesująco. Nie była zwolenniczką przypisywania ubraniom konkretnego przeznaczenia. Jej nowe dzieło mogłoby, z odpowiednią biżuterią i obuwiem- występować na oficjalnych uroczystościach. A dla niej będzie codziennym luksusem- skrytym pod cieplejszymi okryciami.
Ale jeszcze nie teraz. Najpierw sukienka musi dostać szansę zadebiutowania na salonach!
Wzięła łyk cieplej wody i głęboki oddech, dla zrównoważenia ekscytacji.
Nie wsunęła nawet kapci. Wyobraziła sobie, że oto jej ciemne, poprzecinane siwymi nitkami loki, to tak naprawdę ponętne blond fale. Aby ułatwić marzeniom drogę, okręciła włosy świetlistym, gładkim jedwabiem w odcieniu écru. Połyskując turbanem i powiewając sukienką, wyszła na korytarz. Przysiadła na schodach i wbiła wzrok w witraże zamieszkujące drzwi. Gdzieś spośród nich przychodziły do niej modlitwy. Najowocniej rozmyślało jej się, gdy była boso. I co ważne, w swoim, li i tylko, towarzystwie. Skąd miała wiedzieć, że Sophie wróci do domu skoro świt po randce i modlitwę szlag trafi?
No cóż, może za dużo sobie obiecała po nowej szmatce, którą i tak, na większość dnia, planowała zakrywać ciemnym fartuchem i rozpinanym, szarym swetrem. Co istotnego miałaby zmienić kwiecista podomka?
W istocie, nowy ubiór, nie jest w stanie zmienić niczego, poza starym- wnikliwy duszek zawył jej pragmatycznie do drugiego ucha.
– Niepotrzebnie szłam do mamy na śniadanie! Gdyby nie to…- wymyślała sobie, spuszczając w odpływie zlewu, popłuczyny własnej krwi. Mogła być zła tylko na siebie. Zerwała bardzo dużo skóry z palca, próbując utrzymać stabilną atmosferę swojego wnętrza, a co za tym idzie- okazać cierpliwość matce.
Udało się. To niestety zawsze działa. Wizyta przebiegła na pozór poprawnie. Owładnięta zadawaniem sobie fizycznego bólu, mającego zagłuszyć emocjonalne katusze w towarzystwie Sophie, nie była w stanie zapanować nad wszystkim.
Nie zwróciła uwagi na to, że trzymając pod stołem dłoń z poranionym palcem, a drugą jedząc, jak gdyby nigdy nic, farbuje swoją piękną podomkę na czerwono! Krew z palca, wlała się akurat tam, gdzie szal Sophie nie chronił jej szczelnie przed chłodem!
Pośród kwiatów i traw, zostawiła bezkształtny ślad w kolorze wyprutego z wnętrza- wstydu i żalu. Na pamiątkę wymuszonego na sobie pojednania z matką… Niech będzie. Ma za swoje.
Plama krwi między kwiatami polnymi.
Tak mogłaby brzmieć jej biografia.
Opatrzyła palec bandażem. Zdjęła z głowy jedwab i poczochrała dłonią ulizane turbanem loki. Przepraną mydłem podomkę, wrzuciła do miski z wodą i przywdziawszy w jej miejsce wyblakłą już, ciemnozieloną sukienkę- postanowiła natychmiast wspiąć się na piętro domu. Stąpając cicho, przewiesiła na klamce warsztatu, rdzawy szal mamy, który niepostrzeżenie wyniosła na sobie. Sophie zasnęła, to pewne. Można było przemieszczać się bez obaw przed niechcianą konfrontacją.
Ruszyła schodami w górę. Znowu boso, łapiąc mróz na kostki.
Bez pukania przedarła się przez salon Gajki. Drzwi sypialni także pozostawały bez nadzoru. Droga wolna. Nieprzerwany niemal sen bratowej, wzbudzał mieszane odczucia. Z jednej strony, gdy nie szalała, po domu mógł rozsiać się spokój. Z drugiej strony, tego typu wyciszenie, zawsze wyzywało na pojedynek porzekadło „cisza przed burzą”. Zawezwane do walki przysłowie, honorowo dokładało wszelkich starań i wypełniało się za każdym razem. Bez wyjątku.
Teraz więc była cisza. Po niej nastanie burza i nie będzie miała innego wyboru. Rozrzuci gromy po niebie i powoli im robić swoje.
Gaja spała na wznak. Z rozmazanym makijażem, choć nie tak upokarzającym, jakim mógłby się stać. I było jeszcze coś. Dziś to szczególnie rzucało się w oczy. Nałóg niesprawiedliwie ją traktował, nadal oszczędzając urodę jej twarzy. W jeansach i koszulce i niezłej kondycji ogólnej, bo nie cuchnęła- oceniła uczciwie Helena, pochylając się nad nią. Podejrzanemu stanowi Gajki towarzyszyła błogość, trudna do ocenienia w skutkach na przyszłość. Ale nie było źle. Na teraz nie było źle. To chyba tylko kontrolowany ciąg leków nasennych, na szczęście bez dramatycznych dawek zagrażających życiu- zrelacjonowała sobie, stojąc nad łóżkiem Gajki. Przypominało halę odlotów na lotnisku. Stąd można było zaliczyć najodleglejsze zakątki globu, pomyślała, widząc dryfującą bratową. Niełatwo byłoby ją obudzić, ale też nie była bliska śmierci. Co robić? Niech śpi.
Helena chętnie pocieszyła się tym, co wydało się pozytywne. Jest nieźle, powtarzała swoim myślom. Nie umiała czy nie chciała wejrzeć głębiej? Uczepiła się nadziei płynącej z tego, że wiele wskazywało na to, iż Gaja wystarczająco często wstaje zjeść, napić się i wykąpać. A nawet zrobić makijaż…
Żeby utrzymać szminkę i trafić…albo tuszem do rzęs wycelować w nie… trzeba być w miarę trzeźwym- uspokajała tylko siebie, bo wnikliwy duszek furczał, protestując przeciw każdemu jej wnioskowi. Cicho tam! – odpędzała go, jak muchę. A muchę ciągnie do łajna, nic więc dziwnego, że wracał do gówno- prawdy tak samo namiętnie.
Helena zapomniała o czymś, nad czym kiedyś rozmyślała często. W słowie nadzieja mieszka samogłoska, która, przy nieuważnej odmianie tego słowa, wróży złowieszczo. I możesz nie zauważyć, kiedy przestajesz mieć nadzieję, bo obłuda cię na szpic nadzieje.
Pragnęła okłamać siebie i cały świat. Nie jest źle. Dziś nie jest źle.
Wzięła ze stolika nocnego pusty dzbanek po wodzie i uzupełniwszy go w kuchni, odniosła na miejsce. Gaja będzie mieć wodę pod ręką. Dorzuciła na talerzyk kilka słonych precelków z otwartej świeżo torebki. Niech ma na wyciągnięcie ręki.
Podjęła decyzję, żeby wrócić do siebie jak najszybciej. Nie chciała zobaczyć czegoś, co pozbawi ją względnie dobrego samopoczucia.
Sytuacja jest opanowana. Gaja śpi, Noe dostała wsparcie Zacharego i z pewnością jest z nią nieźle. Nic się nie dzieje, nic się nie dzieje. Gaja śpi, Noe ma się nieźle. Nie muszę dziś gotować obiadu. Odgrzeję zupę, która od dwóch dni, nietknięta stoi w lodówce. Jej mąż nie podgrzał sobie przecież niczego sam… Za to wyjadł chleb. Trzeba będzie upiec kilka bochenków na zaś- wypełniała głowę swoim życiem, wypierając powoli sprawy dziejące się na piętrze.
Opuszczała salon, mając już przed oczami powieść, do której wskoczy, wraz z pierwszym dotknięciem fotela. Wtedy to, telefon zaryczał jak pośrodku puszczy! Co za przeraźliwe odgłosy! Jak można ustawiać alarmy na maksymalną głośność?!- wyrzucała irytację nad wyraz cicho, żeby nie pogarszać sytuacji. Podbiegła, złapała słuchawkę, kierując się wyłącznie tym, by uporczywe dzwonki ustały i nie zbudziły bratowej. Nie była gotowa na spotkanie z nią, nie miała sił na rozlanie się kolejnej tragedii w swojej obecności. Wciąż miała przesyt szaleństwem Mary, pogubieniem Ajki i jej chorobliwą wściekłością. Do tego mama na huśtawce nastrojów! DOŚĆ! Potrzebowała spokoju. Marzyła, by zaszyć się w mieszkaniu z książką lub włóczką. Najlepiej z jednym i drugim. I zamknąć drzwi do siebie. Na klucz.
Wypadało się odezwać do schwytanego w garść telefonu. Jeśli rzuci podniesioną w ciszy słuchawką, ktoś jeszcze gotów próbować bez końca.
– Kto jest?! – rzuciła nieufnie, nerwowo wysyłając kąt oka w stronę sypialni, z której lada moment mogła wyłonić się zbudzona ze snu Gaja. Na szczęście nadal było bardzo cicho. Widocznie leki były na tyle mocne, że byle odgłosy ze świata rzeczywistego, okazały się być wciąż za słabą pokusą, by tu powrócić.
– Poproszę z Noemi, jeśli można. Jeśli nie można, to też bym prosił- zacharczał nibymęski głos. Przybrał ton zbyt pewny swego, by okazać mu litość.
– Jeśli nie wiem z kim rozmawiam, to nie wiem, czy można- rzuciła mu w odwecie. Skutecznie podniosła jej ciśnienie taka kalamburowa gadka. Złość weszła jej w trzewia.
– To ja, syn Goldbergów. Poproszę z Noemi. Bardzo panią proszę- uładził się, spokorniał.
– A co cię olśniło, że jej głowę zawracasz?! Można wiedzieć?!
– To nasze sprawy, z całym szacunkiem- odparł bardzo cicho. -Tymczasem, naprawdę bardzo byłbym wdzięczny…
– Dobrze, zaraz zaniosę Noemi słuchawkę, ale najpierw wysłuchasz mnie, nadęty szczeniaku! – podżegała. – Tak się nie robi! Nie bawi się ludzkimi uczuciami, rozumiesz?!
– Tak. Zapewniam panią, że rozumiem- potwierdził płaczliwie.
Poczuła zawód.
No nic, nie udało się stoczyć nienawistnej wojny. A taki miała smak na wygraną! Nie zabrałaby jeńców z tego starcia, o nie! i Ech! Obejdzie się smakiem.
Prawda o przeciwniku była trzeźwiąca.
Głos chłopaka gasł. Nie miała czasu na wydobycie z siebie tak jadowitego szeptu, ażeby numer telefonu, na który ośmielił się zadzwonić, obrzydł mu na zawsze. Nie była też pewna, czy nadal byłoby to bezpieczne posunięcie. Tak dla niej, jak dla niego.
Duch zatroskania wypełzł spod zabandażowanego palca. Powołał się na jej ból, by mogła wejrzeć w cierpienie śmiertelnie chorego syna Estery i Dawida. Podpowiedział jej przeczucie, że lepiej nie igrać z „zawsze” młodego Goldberga. Tym bardziej, jeśli nie jest gotowa na zetknięcie się z jego „nigdy”.
Zrozumiała przesłanie.
Uległa człowieczeństwu. To chory dzieciak, choć parszywiec- powiedziała sobie w duchu, łącząc współczucie i fakty. Zebrawszy naprędce słowa, nadające się do wybrzmienia w tej sytuacji, zwróciła się do chłopaka:
– Proszę zaczekać, już idę do jej pokoju.
– Ciociu…- przerwał jej dziewczęcy głos. Usłyszała smutną Noe w słuchawce- Nie ma potrzeby, w międzyczasie podniosłam słuchawkę u siebie, dziękuję…Wiem kto dzwoni, wiem o co chodzi, dziękuję…- powtórzyła coraz smutniejsza, jakby zgadzała się na karę śmierci z chorobliwą wyrozumiałością.
– To ja odkładam. Wyłączam się! – Helena rzuciła bezosobowo, jak niegdyś martwymi ciałami rzucali naziści. Nawet przez chwilę poczuła się jednym z nich. W końcu te dzieci były naprawdę pokiereszowane fizycznie i psychicznie, choć każde przez innego oprawcę.
Odłożyła słuchawkę, następnie poprawiła; podnosząc i kładąc ją, raz jeszcze. Jakby chciała odciąć się nie tylko od Noemi i jej chłopca, ale też od możliwości komunikowania się z ludźmi w ogóle. Miała dość.
Czas wrócić do siebie, zająć się swoimi sprawami!!!- zdecydowała, ucinając wszystkie wtyczki, próbujące połączyć jej zatroskane serce, z zapadającą się teraz w sobie Noemi. Można było się spodziewać przecież, że ta rozmowa z X. zmiecie Noe na kilka godzin, jak nie dni. Młody Goldberg pozwala sobie! Niech go…
To już nie twoja sprawa!!!- hartowała swoje postanowienie nie wtrącania się, powtarzając pod nosem komendy kierowane pod własnym adresem. Prawie dała wiarę samej sobie, że lepiej będzie, gdy się od tego odetnie. Młodzi będą musieli poradzić sobie sami!!!
Od tej pory wisieli bez asekuracji, na kolczastych drutach telefonicznych.
Pragnęła szybko umknąć schodom powrotnym, które to jeszcze wczesnym rankiem, w tej samej przecież postaci, wisząc niezmiennie między parterem a piętrem- stanowiły jej jednoosobową świątynię i wytchnienie. Schodziła pospiesznie, wbrew zbudzonej duszności. Rozczuła się na dobre we wszelkim dyskomforcie i dotarło do niej, jak bardzo przemarzły jej stopy. Była już bliska dotknięcia palcami podłogi korytarza, kiedy to rozległ się dzwonek do drzwi, a potem, od razu, niespokojne pukanie pięścią. Niezbyt agresywne, ale niecierpliwe. Kobiece.