” Gdy serce musisz rozdzielić między dwa światy- raz wydasz się sobie biedny, raz bardzo bogaty”

Zwartą pomrokę warsztatu rozpuściło nagłe przebudzenie lampy za oknem. Samoczynnie włączająca się, miała za zadanie oświetlać schody prowadzące do domu. Podczas swojej ostatniej wizyty, Ilia zaprogramował ją tak, by o drugiej w nocy zapalała się i trwała w olśnieniu aż do szóstej rano. Najwięcej światła rzucała do dawnego pokoju Magi- najmłodszej córki Heleny. Druga, słabsza wiązka światła, ocierała się właśnie o jedno z okien warsztatu.

Minęły długie godziny, a wszystkie zostały opite żalem. Sophie zwiędła na ciele i duchu od powracających, jak porodowe bóle- napadów szlochu. Wstała więc z podłogi odnosząc wrażenie, że pożycza ciało od swojego cienia. Nie czuła rąk ani nóg. Jakimś cudem utrzymywała prostą postawę, choć rozchwiana spódnica uzmysławiała jej, że kolana nadal opłakiwały Izaaka. W miejscu głowy ciążył jej odrętwiały słój i zawodził uwięzionymi modlitwami. Nazbierało się tego do drugiej w nocy, oj nazbierało…

Po ciemku ruszyła w stronę kuchni. Zatoczyła się dwa razy. Dopasowane trzewiki z trudem narzucały dyscyplinę obrzękniętym stopom. Wciąż jeszcze zamiast podbicia, miała do dyspozycji niewygodne poduszki, niespokojne od przeszywających je skurczy. Jestem taka nietrwała! – wyrzucała sobie z pogardą.
U progu kuchni stanęła w takim stanie, jaki miała do dyspozycji. Uniosła rękę, nie przypuszczając, że włącznik światła może zadać jej tyle bólu.
Dłoń. Przedramię. Ramię. Kark. Łopatka.
Finał niemal zrzucił ją z nóg; ogień wylewający się z kręgosłupa w biodro, wypełniał je jak miskę!
Wreszcie się przelało.
Dotkliwy prąd popłynął całą prawą stroną jej drobnego ciała. Zajęczało nawet pod paznokciami stopy.
Jestem starą, żałosną kobietą- wysapała i gdy tylko poczuła, że ból po osiągnięciu apogeum maleje, spróbowała raz jeszcze. Tym razem wolniej. Zaparła się. Wyobraziła sobie, że ciężarem ciała rozprasowuje podeszwy stóp i nadaje im stabilny kształt. Wsłuchiwała się w tkliwe ramię, ale nie przestawała próbować.
Oddychaj, to nie zemdlejesz tak szybko- powiedziała w ciemność sięgając włącznika.

Udało się.
Zaiskrzyły się kinkiety wartujące po obu krańcach kredensu. Tyle wystarczy. Nie miałaby sił, by stanąć w pełnym świetle żyrandola. Rozejrzała się. Oczy powoli nabierały zaufania do światła. Lula od jakiegoś czasu była już na swoim posłaniu, przy kuchennym piecu. Doskonały psi instynkt, nawet w stanie spoczynku, podsuwał jej grzbiet w stronę ulatującego spomiędzy kafli, ciepła.
Nie masz w sobie tyle żalu- pomyślała do suczki- to i nie uleżysz tyle co ja, na gołej podłodze, u stóp Boga. Około północy, ucieszył ją moment, w którym ta kochana psina, po wielu godzinach towarzyszenia swojej pani na klęczkach, wybrała wreszcie wygodny sen i wyszła do kuchni. Teraz z kolei, pokrzepił ją widok budzącego się, wiernego spojrzenia Luli.
– I dobrze, po co masz cierpieć- powiedziała na głos i podeszła, by pochyliwszy się z bólem, chociaż przez chwileczkę pogładzić Lulę po głowie. Suczka uniosła łepek, a potem też zadek na tyle, żeby Sophie zobaczyła, że ogon wprost wyrywa się do okazania sympatii i aprobaty dla nocnych pieszczot ukochanej pani.
Staruszka przemyła twarz i napiła się zimnej wody z kranu. Bez namysłu poszła do sypialni, by wyciągnąć z szafy ciepły kożuch. – Chodź, pójdziemy się przejść- zachęciła miękko, ubierając się solidnie. Nie sypało, ale mróz, skrzypiącymi palcami, zapisywał ostrzeżenia na szybach. Odczytała go poprawnie.
Zmieniła więc chustę okręcającą włosy, na cieplejszą, z dużą domieszką wełny. Lula zareagowała błyskawicznie. Sen bowiem odszedł z jej smukłego ciała w chwili, gdy zorientowała się, że jej Pani nie zamierza już płakać. Wszystkie psie pragnienia na powrót uwolniły swoje zawory i opanowały jej postać, od łap po czujny nos.
Była gotowa i szczęśliwa. Jak to możliwe, że psie serce odradza się bez wahania, gdy tylko ludzki opiekun, ponownie okaże mu troskę? – Sophie z uśmiechem obserwowała, jak przyjaciółka otwiera pyszczkiem uchylone drzwi kuchni i merdając ogonem wychodzi na korytarz. Jest taka piękna, taka mądra! – zachwycała się w duchu.
W tym samym momencie, Sophie w pełni powróciła do swojego ciała. Było mnóstwo powodów, by spróbować mu umknąć i nigdy już nie wchodzić z nim w bliskie relacje. Było stare i pamiętało zbyt wiele zła…
A jednak. Spuściła wzrok. Przyjrzała się przemęczonym stopom. Z sykiem zdjęła trzewiki i zaskakując samą siebie, rzuciła je niedbale, nie bacząc na to, gdzie wylądują. Byle z dala od oczu, które cierpiały teraz od samego patrzenia na te skórzane narzędzia ucisku! Przy wejściu do piwnicy stały rozczłapane kozaki Heleny. Zajęczała z ulgą, gdy maleńkie a wielkie bólem stopy, zanurzyły się w luźnym, wyłożonym kożuszkiem, obuwiu.

Wyszły.
Lula wzięła rozbieg i pomknęła w głuchą noc, rozsmarowaną nad polami. Lubiła załatwiać swoje potrzeby z dala od domu. Wróciła po dobrym kwadransie, bez kłopotu odnajdując szlak, który obrała jej pani. Przynajmniej się przebiegła- pomyślała Sophie, kierując latarkę w stronę powiększającego się, rudo- białego punktu, zmierzającego w jej stronę. Męczyły ją wyrzuty sumienia. Jak mogła nie zadbać o to, by ktoś wypuścił suczkę, gdy jej, pożal się Boże opiekunka, nie potrafiła podnieść się z ziemi?! Było jej wstyd. Żal tak wspaniałego psa, dla szalonej staruchy! – powiedziała sobie do słuchu.

Zastanowił ją jednak fakt, że suczka nie domagała się jedzenia po przebudzeniu… Może więc jednak, ktoś…?

Mała latareczka, w którą zaopatrzył ją Izaak, polecając, by zawsze nosiła ją przy sobie, przydała się już kilka kroków poza posesją. Zima powinna mieć w swojej nazwie, przede wszystkim słowo mrok. Niewiele w niej przejaśnień. Ciężko ten, w miarę przejrzysty strzęp zimowej doby, nazywać dniem. To raczej krótka, nieobiecująca przerwa w ciemnościach- żaliła się głośno, sama nie wiedząc do czyich uszu kieruje swoje wynurzenia.
Lula od kilku minut trzymała się blisko dolnych partii kożucha swojej pani. Ruszyły w stronę wsi. Latarnie świeciły tu gęsto. Nie to co wokół domu krawców. U nich, w polach, trzeba było mieć się na baczności po zachodzie słońca. Jedyna, wiejska latarnia, której światło można było zaobserwować z domu, to ta, widoczna z kuchennego okna Gajki. A Gaja nie miała w zwyczaju patrzeć w stronę światła. I nie życzyła sobie, by ono jej szukało.

Wieś spała. Sophie nie zapuszczała się zbyt głęboko. Nie zamierzała zbudzić psów, które mogłyby ożywić się na widok Luli i rzadkiego gościa, jakim była ona; wdowa po krawcu E. Czy jakiś pies na wsi pamiętał ją jeszcze? Próbowała sięgać pamięcią, kiedy za dnia była tu z własnej woli, dłużej niż przejazdem… Jeśli z jakiegoś powodu, jej stopa musiała stanąć blisko wiejskiego terenu zabudowanego, Sophie pokonywała tę przeszkodę w pośpiechu. Nie rozglądała się. Nie szukała ludzkich oczu, bo i nie spodziewała się znaleźć w nich niczego sprzyjającego. To było niebezpiecznie proste. Obawiała się mieszkańców swojej wsi, zatem okazywała im wrogość. Nie potrafiła tego w sobie zweryfikować. Obcy ludzie, mogli skosztować jej- wyłącznie w wersji surowej. A obcym był dla Sophie, niemal każdy człowiek na tej planecie. Nieznajomym nie ufała z założenia, to oczywiste. Niestety, zbyt często zdarzało się i tak, że nawet jeśli obcowała z kimś przez wiele lat, deficyt jej zaufania do takiej osoby, nie miał szansy uzupełnić się nigdy. Choćby o jotę. Choćby na chwilę.

Zdarzyły się wyjątki.
Jak Izaak.
Jak Jaś.
Jak Ilia- choć jemu bardziej ufać pragnęła, niż ufała rzeczywiście. Znała go przecież zbyt dobrze. Jego chore, wiecznie uciekające serce.

Wyjątki objawione w ludziach, przywróciły Sophie nadzieję na to, że jest w stanie powierzyć siebie komuś, w dużej mierze. O pełnym zaufaniu, nie można było mówić, nawet w przypadku samego Stwórcy. Jednakże, ci dwaj mężczyźni i dziś także Lula, poziomem bezpieczeństwa roztaczanego wokół siebie, przypominali jej relację z Bogiem. Trudną, ale mającą w sobie plany na wieczność. Wartą więc każdego wysiłku, gdyż Sophie, bez cienia wątpliwości, podejrzewała siebie o nieskończoność.

Przystanęły przy niewielkim skrzyżowaniu dróg. Od strony ich polnego domu, był to pierwszy zaludniony przyczółek, który należało pokonać, chcąc przekroczyć granicę wsi.
Pięknie tu o tej porze, pomyślała. Znikąd żywego ducha. Nikt nie zagłusza i nie zadeptuje prawdziwego oblicza tej małej krainy. Gospodarstwa spały, może nawet śniły jakąś mroźną baśń. Chciałaby tego.
Lula miała rację, co do swojej pani. Sophie nie chciała już płakać. Już nie! Z całych sił odwracała cienistą naturę swoich myśli. Za kilka godzin będą tu mężczyźni posłani przez kupca i może nawet wtoczy się do warsztatu, raz jeszcze, on sam… Zabiorą maszy…i mate…- obmyślała, wgapiając się w ośnieżone, spadziste dachy domów, stodół i gospodarczych przybudówek.

Nie chciała dokańczać tych słów, nawet w myślach. Spięła mięśnie i zacisnęła pięść w rękawiczce, którą Lula natychmiast zaczęła całować. Jaki to mądry, dobry pies…- Całowaną dłonią, pogładziła zgrabną główkę Luli, ku wielkiej, psiej uciesze.

Nie płacz już, teraz podziwiaj, teraz oddychaj- mówiła sobie.

Mroźne powietrze wdychały z ochotą. Dłoń Sophie spoczęła znów na głowie wiernej towarzyszki. Obok siebie i bardzo ze sobą. Razem. Upajały się widokiem spokoju przechadzającego się między milczącymi domami dotąd, aż udzielił im swojego błogosławieństwa i rozjaśnił myśli. Lula nie narzekała na chłód wpijający się w łapy, ale Sophie nie chciała tego wykorzystywać. O komfort swoich stóp przecież zadbała, wkładając te ciepłe i jakże wygodne człapy Heleny!
Stały kilka kroków od bramy prowadzącej do domu zamieszkiwanego przez pana Jasia. Czy jej zmęczony mózg przyprowadził ją tu, by zaznać ulgi? Czy to właśnie miało być lekarstwo? A może serce szukało ukojenia?
Przepaści, jaka została po Izaaku, nikt nie mógłby zakleić, bo było to uczucie z innego świata. Tamtego, obozowego…Tamta miłość narodziła się w łonie śmierci i za śmiercią chodzić będzie już zawsze, jak dziecko za matką. Zrodzona w okrutnym świecie, nie przedostanie się do dni sytych i spokojnych. Nie zaufa im na tyle, by w nich zamieszkać.

A Jaś jest życiem. Wszystko, czym się zajmuje, jest żywe! Pszczoły! ogród! Przy nim, odzyskują werwę nawet stare, przydomowe psy!
Zostawiając teraz bardzo ostrożne ślady na grubym śniegu, przypominała sobie wszystkie te chwile, gdy jej młody mąż, Izaak przysiadał obok kwitnącej w ogrodzie wiśni, a ona, przyglądając mu się z okna, widziała tylko smutne jutro, w którym kwiaty z gałązek opadną i nadejdzie bolesny poród owoców. A potem śniła kilka nocy z rzędu, że dojrzałe wiśnie dopada śmierć z ust obojętnego człowieka albo ostrodziobych szpaków. Budząc się z przerażeniem, nie zdołała zatrzymać myśli. Nawet po przebudzeniu podążały swoją drogą. Wokół łóżka, w którym spali z Izaakiem, wbrew rozumowi, widziała opadłe z drzew owoce, konające samotnie, w trawie, która na ten czas, zasłaniała dywan sypialni…
Nigdy nie powiedziała mężowi, że złe sny, które nie pozwalały jej odpocząć, miały z nim związek. Bezpiecznie było latami, wszystko zrzucać na pojemne i wieloznaczne, jak dno oceanu, słowo WOJNA.

– Sofijka, to ty? – zapytał zaspany, ale radosny. O trzeciej nad ranem, pukanie do drzwi, w wykonaniu niepewnej swojego działania Sophie, przypominało raczej skrobanie myszy lub ucztę wyjątkowo głośnego kornika. Jednakże „to coś” nie ustawało i trwało dłuższą chwilę po przebudzeniu, więc pan Jaś zaufał tym dźwiękom i odszukał ich źródło.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzamy…- powiedziała niepewnie i spuściła wzrok. Za to Lula wpatrywała się w gospodarza płomiennymi oczyma. Przecież był to człowiek, który odżałował już swój bolący kręgosłup i wiele innych spraw dla tej rodziny… A dla samej Sophie, gotów był na więcej niż ona chciałaby wiedzieć… Lula nie rozumiała wszystkich ludzkich spraw, ale wyczuwała intencje i lgnęła do nich.

– Ale gdzieżby tam! Niespecjalnie spałem tej nocy. Kręgosłup widocznie nie potrzebuje tyle snu, bo trzeszczy i boli, jak tylko uda mi się zdrzemnąć. Przebudzałem się i nudziłem w łóżku- żartował i pomniejszał swoją dolegliwość, by ośmielić Sophie i zachęcić obie gościnie do wejścia. W całym wielorodzinnym gmachu, który Niemcom służył za knajpę i hotel- nie było dziś szczęśliwszej osoby od Pana Jasia. On jeden, pośrodku śpiącego, zapewne, mrowia sąsiadów- tryskał radością absolutną, bowiem wszystkie sensy życia odnalazły go w jednej sekundzie. Tak właśnie działał nań widok ukochanej Sophie i jej drogie towarzystwo.

Weszły więc.
Przestronna kuchnia zapraszała dużym, kuchennym piecem, szeroką wersalką ustawioną pod oknem wychodzącym na podwórze i stołem mieszczącym cztery dorosłe osoby. Solidne, drewniane krzesła sugerowały nawet, że mogą to być dorosłe łasuchy. – Tak tu przytulnie, tak swojsko! – powiedziała zauroczona Sophie- I to nawet, gdy cię zaskoczyć wizytą…
Zaczęła ściągać kożuch. Gospodarz porwał go w locie i odwiesił na wieszak przytwierdzony do wewnętrznej strony drzwi. Odsunął krzesło i wskazał z uśmiechem. Kawę przygotował tak szybko, jak to było możliwe. Miał też makowiec, który wdzięczna za drobne naprawy sąsiadka, wręczyła mu poprzedniego wieczoru, gdy już wrócił z wojaży z Heleną i Ajką.
– Chciałam cię zobaczyć, Jasiu… i przeprosić za to, że tyle masz z nami roboty…Helena, ja, Noe, Gaja… ciągle o coś prosimy.
Pan Jaś, spowity kraciastym szlafrokiem, sączył kawę z mlekiem i podgryzał makowca. Uśmiechał się. Był zachwycony tym, co jawiło się jego oczom. Lula rozłożyła się przy piecu. Mądrze wybrała! – pomyślał. Zajęła sobą chodniczek, który nieprzypadkowo leżał tuż przy popielniku. Dzięki temu był stale ciepły, właśnie po to by po powrocie z chłodu- móc stanąć na nim bosą stopą i ogrzać się. Piec utrzymywał temperaturę bardzo długo, zupełnie jakby dostosował się do właściciela. Nierzadko zdarzało się przecież, że pan Jaś zakorzenił się na cały, boży dzień u krawców. Miał spokojną głowę, bo wiedział, że nawet pod jego nieobecność, dom stoi ciepłem. Pozostałe, pokojowe piece kaflowe- długo się nagrzewały i szybko gasły, ale serce domu, emanowało wystarczająco.
Suczka, ukojona gościną i kilkoma kawałkami boczku, bardzo szybko zapadła w sen. Niewątpliwie poczuła tę samą domowość i błogość, która oczarowała jej panią.
– Kto by pomyślał?!- trwał w zadziwieniu. – Sofijka u niego, w środku nocy, bez zapowiedzi! Do tego; taka cichutka, pokorna…- nie dowierzał własnym zmysłom, chcąc dać im się nieść jednocześnie. Nie znaczyło to, że do Sophie przyciągnęła go jej miękkość. Bynajmniej. Początkowo podziwiał siłę panoszącą się po jej niewielkiej, kobiecej postaci. Jej niezawodny, zdawałoby się, umysł i smak, gdy była dla niego tylko szefową, wspólniczką swojego męża, szanowanego krawca E.
Dziś widział szerzej; to, co mocne w ukochanej i co w niej kruche, a nawet ulotne. Przekonał się też, że żadna z jej cech, nigdy nie stoi przez dłuższy czas w pierwszym rzędzie. Sophie była kalejdoskopem emocji i cech, bo życie było dla niej wyłącznie walką o przetrwanie i niekończącym się szukaniem ukojenia. Im mniej w danej chwili czuła strachu, tym więcej jasności i ciepła mogło się z niej wydostać. Zagrożona- zagryzała wyobrażonego napastnika, kimkolwiek był. Podejrzanym mógł być każdy; od mrówki po człowieka.
Było mu jej żal. Tak bardzo żal…, bo sporo już wiedział o tym, co działo się z nią podczas wojny, a resztę wyczytał z jej cierpkich zachowań.
Obdarował ukochaną uśmiechem i rzekł: – Nic z tych rzeczy! Ja jestem przy was, odkąd podjąłem się pracy, jak to na wsi mówią: u krawców E! – wyrażał się radośnie. – I tak pozostanie do końca moich dni i sił- ślubował bez patosu, prosto z serca- Częstuj się, proszę- nalegał na korzystanie z tego, co szczodrze wystawił na stół. – Porozmawiajmy- doprosił cicho, intymniej.

– Dziękuję ci, to bardzo dużo znaczy, w tym niepewnym świecie, Jasiu.
– Powiedz mi, co się stało? Chodzi o Marę? Martwisz się nią tak bardzo? – pytał czule i przykrył swoją, jej dłoń leżącą bezradnie obok filiżanki.
– No pewnie, że się martwię. Choć sam wiesz jak ze mną jest… Nie wiem już, kiedy jestem zła, a kiedy smutna. Wszystko waży się we mnie jak w garach przed świętami. Miesza ze sobą słodkie z gorzkim, gorące z zimnym… i co wygra w danej chwili, tym trącę świat.
– Wiem to. Przecież znam cię jeszcze jako panią krawcową E… zanim stałaś się moją dobrodziejką Sophie…Myślę, że może uda ci się z czasem nie krzywdzić tak dzieci lub chociaż Noemi… Wiesz, mam na myśli twoje słowa. Może mogłabyś zwracać się inaczej, łagodniej…?

Sophie zadrżały usta.
– Gdybym mogła, nie robiłabym tego, przysięgam- wyznała.
Była pokorna, ale pewna tego, co o sobie wie. Nie pouczała, nie ignorowała tego, na co zwracał jej uwagę. Nie przyciskał więc, uwierzył w jej niemoc. Czekał. Wreszcie powiedziała więcej.

– Jaś, ja wczoraj chyba zdradziłam mojego męża- powiedziała z trudem, rodząc dużą łzę i pozwalając jej przepłynąć policzek i zgubić się w rdzawym szalu ozdabiającym jej szyję. Zostawiła go na sobie, na wypadek, gdyby zimno przechodziło zbyt często obok jej pleców, pomimo rozpalonego pieca. Spojrzała na Jasia ukradkiem.
– Nie, nie to mam na myśli! – zareagowała odpowiednio do momentalnie zatrważającej się twarzy przyjaciela. – Mam na myśli tego kupca, który wczoraj był oglądać to, na czym pracował
Iza-ak…-załkała wypowiadając imię nieżyjącego męża. – Za kilka godzin będą tu po dwie maszyny, kilka beli materiału i manekiny…
– Potrzebujesz pieniędzy? To dla ciebie pilne, by to sprzedać? – zapytał wprost.
– Nie. Nie potrzebuję, choć nie ukrywam, że ograłam go smacznie, tego baryłę! – dokończyła z ożywieniem. – Sam, wyobraź sobie, zaproponował mi niezłą kwotę! – mówiąc to, odzyskała promień zadowolenia w oczach i nabrała trochę pewności- ale tak…- dodała- mamy za co żyć i to nieźle żyć. Sam wiesz.
– Wiem, tym bardziej mam pomysł. Podaj mi numer tego kupca- poprosił spokojnie.
– A co zamierzasz? Jest czwarta nad ranem dopiero…
– No i dobrze! Posiedzimy sobie, pogadamy. Może też poczytasz mi coś, a po piątej zadzwonimy, by odwołać tę transakcję i pójdziemy razem do was- zaproponował. – Muszę wreszcie odśnieżyć i kilka innych sprawunków czeka na mnie już drugą dobę. Nie chcę byś w taki mróz brała się za karmienie psów i kaczki. Chcę pomóc- mówiąc to, uścisnął obie jej dłonie, gdyż wiedział, że od połączenia rąk, do utonięcia w swoich oczach, droga jest błyskawiczna.

Przepraszam cię, Izaaku, ale to inna miłość- Sophie zwróciła się do pamięci swojego serca. To uczucie z innego świata. Nie zabiera twojego miejsca we mnie- myśląc słowo miłość, Sophie zaczerwieniła się, ale nie wycofała spod pieszczot dłoni pana Jasia. Tak naprawdę nikt wcześniej nie dawał jej tyle spokoju, co dwie osoby, które były teraz przy niej.
Jaś i Lula.
Izaak był jej bliski, jak skóra na dłoniach, ale nieustannie prowokował ducha pamięci. Pozwalał mu niepokoić ich małżeńską codzienność- pomyślała z wyrzutem, za który od razu przeprosiła pielęgnowane w sercu, dobre imię męża.

– Popatrz, jak ona wspaniale śpi…- wskazała wzrokiem na suczkę. -Jest doskonała, jak nikt inny. Kocham ją, jak dziecko, jak przyjaciela, jak boskie stworzenie…
– A mnie? – zapytał szeptem.

Wybacz mi Ty, Boże Jedyny, którego imię jest zbyt święte na moje usta- Sophie wmodliła się tymi słowami w przedsionek nieba i znów zeszła niżej, do kuchni Jasia. Usiadała mu na kolanach, dotknęła jego oczu swoimi i ofiarowała pocałunek. Pachniał kawą z mlekiem. Smakował makiem i cukrem. I nie był duchem, jak wszyscy ludzie wokół niej. On jeden już nim nie był. Dlatego, gdy minęła piąta rano, pozwoliła mu, jak mężowi, w swoim imieniu zadzwonić do opasłego kupca i odwołać wyprzedaż warsztatu.

Nie chcąc rozstawać się nawet na krok, wspólnie nakarmili wszystkie piece. Nieporęcznie, bez swobody ruchów, za to nie tracąc kontaktu z ukochanym ciałem swojego towarzysza; Sophie i Jaś byli gotowi stracić na tę prostą czynność, nawet cały dzień. Byle przytulić się przy każdym piecu, choć na sekundę. Byle musnąć ukochaną dłoń drugiego- chwytając za ten sam kawałek drewna w koszu i uśmiać się przy tym, i pocałować.
Gdy opuszczali ciepłe mieszkanko, Sophie zorientowała się, że jej dolegliwości od dawna już milczą, a ciało, które przez tyle godzin znęcało się nad nią- na tę chwilę stało się jej domem i sprzymierzeńcem. Stała bez wysiłku. Ból nie wyciekał znikąd, nie rozpalał stawów.

Zazgrzytał stary, poniemiecki zamek u drzwi. Jaś zamknął swoje mieszkanie dużym, ciężkim kluczem. Wsunął go sobie teraz w wewnętrzną kieszonkę płaszcza, po czym szczelnie się dopiął. Minusowa temperatura utrzymywała się i często, zupełnie znienacka, pieściła mroźnym wietrzyskiem. Nie byli już młodzi, musieli na siebie uważać. Nawet szaleńczo zakochani.
W przepastnym korytarzu, prowadzącym do kilku jeszcze mieszkań na parterze, nie bacząc na oddzielające ich kożuchy i chusty, rzuciła się raz jeszcze w męskie ramiona.
Za chwilę przecież, na dobrych kilka godzin, będą musieli rozejść się do swoich zajęć…

– Jesteś moja miłość z tego świata, rozumiesz? Z tego świata, w którym nie ma młodej mnie, tej ładnej, ale głodnej i umierającej. Tamta ja- kocha Izaaka, musisz to przyjąć. A Ty jesteś moje dobro- mówiła namiętnym szeptem do jego ucha. Dobro z TEGO świata, gdzie nie ma bezwzględnego zła, gdzie nigdy nie będzie też Izaaka, rozumiesz?! Izaaka kocham sercem tamtej młodej dziewczyny, którą strach przeżarł, a potem odebrał jej rozum. Przy tobie, ona nigdy się nie pojawi! – zapewniła dobitnie i wzięła głęboki oddech nie odsuwając twarzy od męskiego płaszcza, który odebrał jej bliskość ukochanego. Nabierając powietrza, naczerpała też jego zapachu. Jaś pachniał mydłem i dobrem. Tak po prostu.

Zamilkła. Spuściła głowę. Nie uzgadniając między sobą, odruchowo odszukali swoje ręce i ruszyli przed siebie. Mróz trzaskał pod butami. Lula pobiegła bardzo szybko w stronę pól i wróciła. Bawiąc się w ten sposób, kilka razy pokonała odległość między domem Jasia i domem w krawców. Oboje włączyli latarki. Wieś, zupełnie jak lampa zaprogramowana przez Ilię- czekała na konkretny znak, by móc przestawić się na tryb dzienny. Wciąż jeszcze niebo nosiło się w granatach.
Pan Jaś kilkukrotnie razy nabierał więcej powietrza, by odnieść się do wyznań swojej towarzyszki. W konsekwencji, zrezygnował z tego pomysłu taką samą ilość razy, co mogło przypominać zwyczajne milczenie. Doszedł z Sophie do końca wsi i jednocześnie do wniosku, że nie musiał wszystkiego rozumieć i niczego komentować. Czuł, że Sophie jest blisko i pragnął jedynie tego, żeby to nigdy się nie kończyło. Niczego więcej. Na dowód tego, postanowił nie wracać do domu po leki uśmierzające ból pleców. Zapomniał w uniesieniu, w ekscytacji gośćmi, że nie wziął porannej dawki.
Poradzi sobie. Od kilku godzin był pozytywnie oszołomiony. Miękkość i przystępność Sophie- która odwiedziła go w nocy, zupełnie, jak prezent, o którym nikomu nie wspomniał, a który objawił się z nagła- działała skuteczniej od tabletek.

Gdy weszli w pola, dom krawców wzięły we władanie wiatry. Z daleka można było dostrzec kręcące się tu i ówdzie, starsze psy. Najprawdopodobniej trwał ich krótki, poranny rekonesans po obejściu. Jak na komendę, staruszkowie puścili swoje ręce i przeszli kilka metrów obok siebie, jak dobrzy znajomi, nie wiedząc co począć z osamotnioną dłonią.
Sophie nie była już w stanie wejść w tę rolę. Zabolało ją serce, sczerniało. Czuła, że rozchoruje się od tej rozłąki. Nie! – powiedziała sobie. Nie wiem, jak to wyrazić, ale NIE! – głowiła się i uruchomiła przypływ wewnętrznej opozycji.

Zdążyli już dojść do bramy. Zatrzymała się. Czuła, że wstrzymując krok, wciska pięty w ubity śnieg i daje odpór strachom. Jednym, zdecydowanym gestem przytrzymała też swoich towarzyszy. Zebrała się w sobie, stanęła naprzeciw Jasia, poprawiła chustę. Przebiegła myśli wzdłuż i wszerz. Wszystkie dotychczasowe straty z całego życia stanęły wokół. Dobrze się im przyjrzała, zaglądając najpierw przez jedno, potem przez drugie ramię. Niczym duchy, nieopłakane nadal żałoby- utworzyły wianuszek wokół ich kochającej się trójki.
Zamordowana rodzina, zagłodzone kuzynostwo podczas wojny… Zaginieni przyjaciele, poronione dzieci, odebrane domy, porzucone dobra, ukradzione książki…niewysłuchane modlitwy… Wszystko to i wszyscy ci- stali teraz i oczekiwali od niej tylko jednego: głosu w ich sprawie. Nie wypowiedziała niczego na głos, bo niewypłakane straty nie oczekują słów. Wypatrują gestów, wiedziała to.
Dość już! Niby dlaczego nie mogłaby na starość mieć ukochanego? Miałaby ukrywać to przed własną rodziną?! Absurd- powiedziała sobie jasno.
Złapała dłoń Jasia tak zdecydowanie, iż on także nie potrzebował już żadnych słów. Tak spleceni, nie kryjąc młodzieńczego podniecenia- minęli rozpływające się zgromadzenie duchów. Sophie wiedziała, że nie wolno jej obejrzeć się za lamentującymi w polu stratami i żałobami. Muszą odejść napojone tyloma łzami, ile była im w stanie dać przez te wszystkie lata. A teraz dość- powiedziała na głos, ku zdumieniu Jasia, po czym weszli do domu.

-A ten pies, co tak od wejścia macha ogonem, co? Nie sądzę, że na mój widok! Prawda, pięknotko?! – Na mszysty ton Heleny, nie sposób było nie zareagować. Lula, opętana przez swój merdający ogon, podbiegła do kobietki siedzącej u dołu schodów. Helena od około pół godziny rozmyślała. W korytarzu, naprzeciw drzwi wejściowych, na drugim stopniu od dołu, siedziało jej się najwygodniej i myślało najowocniej. Psina nadstawiła łepek, potem grzbiet i zadek. Jak mi dobrze! – pokazywała całą sobą, od czasu do czasu liżąc hojne dla pieszczot- dłonie Heleny.
– I ktoś tu ma moje kozaki! – zaśmiała się na widok mamy i jej mikroskopijnych stóp poniewierających się po rozczłapanych buciorach podwórkowych. – No wiesz, mamo, na randkę w takich butach? – zaśmiała się- Kopciuszkiem to ty nie jesteś! – żartowała.

Pan Jaś stał za plecami Sophie. Dał jej pierwszeństwo. Dobrze, gdyby to jej głos wybrzmiał w tym domu- pomyślał i jasno dał to do zrozumienia milczącym uśmiechem.
– Jesteśmy parą. Nie będziemy tego kryć. Kochamy się. I co mi zrobisz? – początkowo chciała powiedzieć to zaczepnie, ale postanowiła zakończyć wyznanie miękkim uśmiechem.
Usiadał obok córki.
– Na mnie już pora, zajmę się odśnieżaniem- zameldował Jaś i wysyłając spojrzenia pełne wszystkiego, co dobre- wyszedł, wpuszczając po sobie wycieczkę mroźnych igieł, wprost na bose stopy Heleny. Sophie rozpięła kożuch, zdjęła rdzawy szal i okręciła nim córkę od stóp do głów. Helena nie zdążyła dowiedzieć się, czy tego chce. Poddała się instynktowi matki i rzeczywiście, pokrzepiło ją przyjemne ciepło płynące spod szala.

– Opowiedz mi, jak z nią jest? – poprosiła. Z naszą Emką, to znaczy… z naszą Marą- staruszka odezwała się zapraszająco. Nie unikała wzroku, otworzyła uszy. Pokazała wnętrze swoich maleńkich dłoni, kładąc je na kolanach.
Helena oniemiała. Spodziewała się nieoczywistych zaczepek, bolesnych podtekstów i triumfu siły. Na stale serwowane, niestrawne menu stanów psychicznych matki, była już uodporniona. Tymczasem Sophie była naprawdę ciepła, dostępna! Najgorsze było to, że córka, nie zdążywszy włączyć myślenia- instynktownie zaufała jej trosce. Skarciła się za to i szybko rozgrzeszyła. Została przecież stworzona tak, by nie ustać w żywieniu nadziei, co do głęboko ukrytego ciepła w matce. Helena miała mnóstwo powodów, by stale podważać to, co działo się w niej pod wpływem Sophie. Nieraz przecież przyłapała się na tym, że dała sobie aktywować poczucie winy, albo strach przed odrzuceniem i konieczne w związku z tym przypodobanie się matce. Ale skończyła z tym! Mijały kolejne dni w niezależności wobec tej okrutnicy i chciała, by już tak zostało.

Jakim prawem nagle jest taka miękka i dobra?! Czyżby ktoś ją porwał i obił jej kolczaste serce aksamitem?! – drwiła, patrząc na matkę zza zamglonych oczu.
Przyszła złość. Nieufność dołączyła do niej jak po sznurku.

– No?! W co niby mam uwierzyć?! Naprawdę ona cię interesuje?! Od kiedy?!
– A jak sądzisz? – odparła cicho Sophie.
Nie do wiary, że nie dała się sprowokować!
– Byłam tam przecież, w tym samym szpitalu. Trafiłam tam po śmierci waszego Ojca. Sama w tym brałaś udział, Helenko- wyznała. – Wybacz! Te cholerne łzy nie dają mi mówić! Ale uwierz mi, wiem jak tam jest i wiem, że Mara bardzo cierpi! Co mam zrobić, żebyś przestała mnie tak traktować ?!- Sophie skarżyła się i tonęła. Zasłoniła oczy dłońmi i wprawiając w ruch plecy i pośladki, zaczęła delikatnie bujać się do przodu i do tyłu. Dokładnie tak, jak kołyszą się porzucone dzieci.

Trudno. Niech się męczy. Niech lamentuje. Myśmy lamentowali przy niej całe nasze życie. Z tym wyjątkiem, że nam nie można było robić tego na głos. No, może Ilia mógł i nadal może gadać co chce… Męcz się, pomyślała przyglądając się pogrążonej w żalu matce. Nie dam ci się złapać na ten niezidentyfikowany przypływ człowieczeństwa. Przyjrzała się introwertycznie, by po chwili zapytać:
– Chcesz porozmawiać ze mną, czy zmusić mnie żebym była kimś innym? Bo jeśli o mnie chodzi, nie wierzę ci – Helena nie poddawała się w wyzwalaniu w sobie podstępnej czujności. Wydawało jej się, że dobrze zna odpowiedź.
– Nie katuj mnie, dziecko. Wybacz mi to, kim się stałam i powiedz, jeśli możesz, co z moją biedną Emką.
– Cieszę się, że pamiętasz jej imię, mamo- westchnęła ironicznie. – Nie będzie łatwo wybaczyć. Nawet, gdy umrzesz…
A tak w ogóle…Sama pojedź i sprawdź, co u Emki.

Czasem przechodził ją dreszcz> Działo się to w tym samym momencie, w którym Sophie podduszał płacz. Pytała wtedy samą siebie co robić. Ostatecznie, za każdym razem wydawała sobie pozwolenie, by w niewzruszeniu patrzeć na szlochającą matkę. NIE REAGUJ. POZOSTAŃ OBSERWATOREM. Tak zrobiła.
Smutek wyciskający łzy z czarnych oczu Sophie, obrał już konkretny tor. Dążył do tego, by pokonać te starą i upartą kobietę. W podobnym stanie, choć powaloną już matkę, widziała wczoraj, gdy wróciła do domu wieczorem. Cieszyła się, że zgodziła się posiedzieć z Ajką w pustym mieszkaniu nad ośrodkiem zdrowia. Powrót ze szpitala psychiatrycznego, podobnie jak powrót z każdego innego szpitala, w którym nasi bliscy są oddzieleni od świata i od nas- czy to z powodów fizycznych, czy psychicznych – wymaga wielu wspierających rozmów. Nawet Pan Jaś, kochany człowiek, posiedział z Ajką i z nią…
A Sophie w tym czasie oddawała się swoim bólom. Jak zwykle! Czym był ból jej dzieci?!
Trudno było Helenie odnieść inne wrażenie, niż to, które towarzyszyło jej zazwyczaj, mianowicie, że matka płacze tylko nad sobą. Nad nikim innym nie chce i nie potrafi. Dlatego, gdy wchodząc do domu po tak trudnej wyprawie do obłąkanej siostry i zastając matkę zatopioną w żalu, wolała udać, że tego nie widzi.
I z zimną krwią zasnąć, ledwie dotykając poduszki.

– Żyjesz sama dla siebie! – wytknęła ostro. – Nawet wczoraj, po tym tułaniu się po hotelach i szpitalach, musiałam od wejścia wziąć cię na swoją głowę! Nie było komu nakarmić Luli! Nie wspomnę już o tym, że totalnie wypompowana, poszłam doglądać Klementyny! Bo? Bo oddałaś się temu, co wychodzi ci najlepiej, czyli samej sobie! Litości! Wolę nie myśleć, co by było, gdyby pan Jaś nie zarywał nocy, by przyjść i wykarmić nasze stare psiska koło domu! Amos i Oz mają więcej zaufania do niego, niż ciebie! A to twoje psy! Czemu mnie to nie dziwi?! Jak myślisz, co?!- podniosła głos i napierała. – O mnie też nie pamiętałaś, jak byłam mniejsza! Nieraz czekałam na chwile uwagi, podczas gdy ty wyżywałaś się na tacie lub Bogu, godzinami!!!- zawyła, jak wtedy, w polach.

Każda rozpacz podszyta jest palącym gniewem. Każdy gniew brata się z rozpaczą. Zanim więc skowyt zamienił się w płacz, Helena w porę zdążyła przerwać jeremiadę. Umilkła. Zabolało ją w gardle. Tak, jak boli serce, co to podchodzi do przełyku i zaciska go obręczą żalu. Przesadziła. To nie w porządku wracać do tamtych samotnych, dziecięcych chwil…- myślała teraz, uspokajając oddech. Matka nigdy nie miała w sobie miejsca dla tej małej, chorobliwie cierpliwej wobec rodziców, dziewczynki… Jakim cudem znalazłaby go dziś? Milczała nadal. Nie wiedziała, jak zacząć innym tonem. Skąd go w sobie wziąć, po takim treningu niewzruszenia?
Nie chciała dziś już więcej uderzać w matkę. Wiedziała, że ma w sobie siłę, by ją tym wykończyć.

– Dziękuję, że zrobiłaś to wszystko za mnie. Za Klementynę i za Lulę. Postaram się bardziej na przyszłość. Już od jutra. – usłyszała.
Staruszka próbowała wyrzucić spomiędzy spazmów coś więcej, ale nie udało się.
Dobra, niech ci będzie- pomyślała i odezwała się ludzkim głosem:
– Mara jest nieobecna, nie ma z nią kontaktu. Ale za kilkanaście dni ma być lepiej. Ma dobrą opiekę – oświadczyła Helena, pomijając celowo opłakane fizys siostry. Ulitowała się nad matką, a ta uspokoiła się szybko i przetarła twarz chusteczką wyciągniętą z kożucha.

– Dziękuję. Nie ustaję w modlitwach o was, możesz mi wierzyć lub nie. Nosiłam was w sobie i tych dni nie cofnie ze mnie nikt- powiedziała pogodnie. Płacz jeszcze niepokoił jej oddech, ale zrobiło się lżej między nimi.
Naraz schody zagrały jak werble. Ach- to Zachary! Helena odwróciła się bez słowa, a Sophie wstała, zwalniając mu przejście do drzwi.
Nocował u Noemi- ta myśl zrobiła coś Helenie. Nie była pewna co.
– Boże, jeśli jeszcze patrzysz na ten dom- połóż grzech tych dwojga młodych na mnie. Moim kosztem zwróć im lekkie serca i nie odrzucaj ich modlitw- poprosiła, gdy chłopak żegnał się z Sophie, wychodząc w biały poranek.

– Chciałbym żebyś wiedziała, że kocham pana Jasia inaczej niż twojego ojca. Umiem kochać ich obu jednocześnie- staruszka oświadczyła, zamykając drzwi za młodzieńcem, który wyzwolił w niej radosne ożywienie.
– Rozumiem.
– Zjadałabyś ze mną jajecznicę? – zaproponowała, ściągając kożuch i kierując się w stronę kuchni.
– Mogę. Tak.

Jajka smakowały jak oddech ciepłego domu, po zimowej przeprawie. Helena jadła w ciszy. Sophie zapytała jeszcze kilka razy o Marę, ale widząc smutek w oczach córki, poprzestała na skomentowaniu zbioru wierszy Anny Świrszczyńskiej, który ostatnio przeczytała.

– Mój Boże, moje dzieci mnie nie mają za co kochać- pomyślała głośno nad pustym talerzem, po tym, jak Helena, siląc się na nieudany uśmiech, podziękowała za śniadanie. Córka opuszczała mieszkanie matki jak sparaliżowana, próbując nie oglądać się za siebie. Sophie zauważyła jej nieruchomą szyję i ściągnięte łopatki. Podczas całej wizyty, najwięcej ciepła oddała na koniec, schylając się po swoje schodzone kozaki, które Sophie zrzuciła w progu.
Z nimi- pomyślała Sophie- przynajmniej jest jej wygodnie w życiu. Ja jestem dla niej niepotrzebną parą trzewików, w których nawet nie ma się, gdzie wybrać.

Lula leżakowała przy piecu, który lojalnie podtrzymywał ciepło. Helena najpewniej podłożyła kilka drewienek w międzyczasie. I chyba przyniosła też węgiel… Tak, na pewno to zrobiła- zauważyła, badając czujnie okolice pieca, fragment po fragmencie. Pełna węglarka i kosz na drewno- podsuwały jednoznaczny wniosek i zbudziły całą masę uczuć.

Smutek.
Wstyd.
Napięcie.
Ból w karku.
Ścisk w klatce.

Wychowywałam dzieci tak, by uzupełniały moje niedociągnięcia- Sophie wypowiedziała te słowa na głos, w stronę ściany, którą dzieliła z milczącą teraz kuchnią najstarszej córki.
Podeszła do swojego parapetu- biurka i zapisała w dzienniku to, co wybrzmiało w niej przed chwilą. To jedno zdanie zostawiło w sercu starszej kobiety pięć igieł. Po jednej na każde dziecko.
– Helenę wychowałam tak przede wszystkim- dopisywała jeszcze, nie przestając jednocześnie deklarować wszystkiego na głos, w ścianę współdzieloną z córką – Dlatego nie zdobyła się wyprowadzić ode mnie nawet na piętro, jak choćby Ilia- mówiła donośnie. – Osadziła się zaledwie na odległość ściany. Oby tylko nie sądziła, że my z Jasiem, tak jak Noemi i Zachary… Co to, to nie! – obwieściła i zapisała.

Pióro zapiekło ją w palce od emocji, która w nią wstąpiła. Zostawszy sam na sam, przeraziła się tym, co też mogła sobie pomyśleć Helena, na widok matki i pana Jasia, o świcie wchodzących do domu.

Nie zadręczała się długo. Z wszelkich rozterek zwolniło ją zmęczenie; takie, co to nie daje się wciągać w dyskusje. W ciągu ostatnich godzin, jej niewielkie ciało przerzuciło kilka ciężkich napięć i nadszedł ten moment, w którym nie istniały poza nim, żadne wyższe instancje i bogi. Ciało domagało się odpoczynku. Rozpoczęło więc powolne wygaszanie zdolności myślenia przyczynowo- skutkowego, zwalniało refleks i ruchy. Pozostawiło starszej pani, pośrodku jej głowy, jedyną, za to jaskrawą myśl: połóż się.
Nie było innej drogi.
Sophie weszła do sypialni i położyła się po swojej stronie łóżka. Miejsce Izaaka zapełniła poduszkami, by nie wpatrywało się w nią bladymi oczami opustoszałego prześcieradła. Poduszki pomogły, choć nie za wiele. Na szczęście, łoże małżeńskie szybko się wypełniło.

Lula uparła się, mimo licznych błagań i reprymend, że będzie dziś spała ze swoją panią w łóżku. Nigdy wcześniej nie zabiegała o to tak uparcie. Dziś postawiła na swoim. Sophie zrzuciła poduszki i pozwoliła suczce umościć się wygodnie. Nie minęło pięć minut, jak leżały przytulone policzkami i okryte pierzyną po uszy. Ich ciała rozluźniły się pod wpływem ciepła z grzejników, którymi pan Jaś nadawał sygnały z piwnicznego kotła. Gdy straciły już ludzką i psią czujność, która przeszkadza baśniom, zza zasłon mógł wyjść sen i zaopiekować się nimi.