„Pozostańmy w kontakcie, niech nas przejdzie prąd”
Świt podnajmuje swój dom od wolności. Pojawia się więc w przestworzu dokładnie wtedy, kiedy jest dla niego najlepsza pora. Nie daje się upraszać ani sobą rządzić. Spóźnionym kochankom zagląda pod powieki zawsze za wcześnie. A tym wyczekującym dnia, którym to noc przynosi lęk i bezsenność- niemiłosiernie się opóźnia.
Zachary nie tęsknił dziś do jutrzenki. Obawiał się, że spłoszy ona to, co miało odwagę dziać się tylko po zmierzchu. Nie zdołał jednak ukryć przed sobą, że przebudzając się, dojrzał która jest godzina. Zresztą, samobójczy zegar-skrytka, nie dawał za wygraną z odliczaniem gongów.
Czy tylko ja mam wrażenie, że nad ranem można dosłyszeć moment, gdy w tym starym pudle- wbrew sobie i z trudem, rodzą się kolejne minuty? – zadał to nieme pytanie, chcąc skupić uczucie zawodu na czymś innym, niż na samym sobie. W końcu jest to wyłącznie jego decyzja, by niebawem wyjechać. Tak samo jak ta, sprzed paru godzin, by pójść za głosem serca i głodem ciała.
Za Noe.
Do niedawna ekscytowała go myśl o zbliżającym się przełomie w relacji ze Stwórcą. Był ciekawy nowego, czysto religijnego życia. W pochyleniu nad Świętym Pismem, w oddaleniu od zagubionego, świeckiego pędu. Zdarzało mu się śnić o ciemnych spodniach i płaszczu, o białej koszuli i wzroku szczęśliwie nadpsutym od studiowania Tory. I wbrew smutkowi kilku bliskich mu osób- bardzo klarownie widział niezaprzeczalny sens tego postanowienia. Czy nadal go widzi? Czy z czystym sumieniem mógłby teraz wykrzyczeć Bogu, że jest On jego największą tęsknotą? No nieważne- stęknął odrzucając niepokojącą myśl, która mogłaby złamać jego świat. Stare zegary są wkurzające! – rzucił w powietrze.
Podniósł się z materaca, nieznacznie poruszając zgrają młodych kociaków śpiących wokół jego głowy. Ernesto, bezbrzeżnie bezpieczna przytulała się do Noe. Wszyscy rozstawili żagle snów, aż miło. Wyszedł zza fortepianu bezszelestnie. Niestety, krok dalej, trafił bosą stopą na sprzączkę swojego paska. Syknął kontrolowanie cicho. Są i spodnie- na ich widok poczuł nadciągającą tremę.
-Skarpety też- dodał zaróżowiony. Wstydził się samego siebie. Swojej religijnej twarzy, która patrzyła dziś na wszystkie pozostałe z obrzydzeniem i wyrzutem. Zebrał z dywanu strząśniętą w podnieceniu bieliznę i resztę garderoby, usiłując przy tym zignorować sygnały ciała:
Wrażliwość absolutnie całej skóry.
Gotowość rozgorączkowanych dłoni.
Chęć wyzwolenia się z ubrań i przylgnięcia do JEJ ciała.
Niecierpliwe zerkanie w stronę fortepianu. Dociekanie, czy wstała? Czy to tylko koty się poruszyły?
Dość! – rozkazał sobie.
Wsunął sweter na nagą klatkę. Wieczorem, zrzucany pospiesznie, przeszkadzał. Stwarzał niepotrzebny mur między nim a Noe. Przy pierwszych oznakach budzącego się dnia i znacznie obniżonej temperaturze, w tak przestronnym pokoju- bawełniany pulower wrócił do łask. Poczuł przyjemne drapanie włóczki na łopatkach i brzuchu. Zupełnie jak wczoraj- podszeptywało mu subtelne, sensualne porównanie.
Uśmiercił je.
Wyjrzał przez okno i spowolnił oddech, jak gdyby można było tym sposobem zyskać trochę czasu na przyszłość. Spróbował zapamiętać huśtawkę towarzyszącą ogrodowi warzywnemu ciotki Heleny. W tym miejscu rozmawiali z Noe pierwszy raz, oboje świadomi już swojego pokrewieństwa. Było to wówczas, gdy przyjechał po podchmielonego wuja Jakuba, oddającego się żałobie po dziadku Noe, Izaaku.
Świt był dyskretny i konsekwentny zarazem. Niczym czuły kochanek; wyciszał i zapraszał do odczuwania przechodzącej w niepamięć ciemności. Trudno nie przyjąć takiego zaproszenia. Zmiękczony, rozanielony Zachary-chłonął wszystko. Nagle powstało w jego pamięci niezliczenie wiele szuflad na obrazy zza okna, na zapach pokoju po nocnym kochaniu, na odgłos chrapiącej kotki w objęciach Noe.
Wyostrzył wzrok. Zatrzymywał go na tym, co najmocniej chwytało go za wydelikacone serce. Oglądał wybrane kadry ogrodu, po czym wrzucał ich niewidzialne przeźrocza na tył głowy. Nie zapomnieć tego, nie zapomnieć… tego też nie zapomnieć…
Wokół solidnie ogrodzonej posesji; pola uprawne, okryte grubą warstwą śniegu- leżały z ulgą. Kto by pomyślał, że w tym domu można zaznać tak błogiego spokoju, tak odżywczej ciszy… Nie dało się ukryć faktu, że gdy Gaja śpi przez większość dnia; świat wewnątrz i wokół tego domu, nabiera innego charakteru. Dzięki temu Noe potrafi czuć cokolwiek więcej niż paraliżujący strach, a śnieg obiecuje tworzyć piękne widoki, zamiast straszyć śnieżycą. Gdyby miał to sobie zapisać, zanotowałby, że nie mógł pozbyć się wrażenia, jakoby wnętrza mieszkańców tego domu, projektowały świat materialny wokół, a nawet delikatnie wpływały na aurę za oknem.
W jaki sposób mógłby na trwałe zabezpieczyć te wspomnienia w głowie? Jak naszkicować huśtawkę i kawałek ziemi wokół niej? Ten skrawek trawy, który nakarmił jego przyszłość tak niebywałą relacją z Noe… Niczym niewyróżniający się, cienisty fragment ogrodu wydzielony dziesiątki lat temu przez Izaaka, na porządnie wykonaną, czteroosobową huśtawkę. Ani drzewa, ani ptaki przyglądające się spod nieba ludzkiemu życiu- nie spostrzegły, jak wiele się wydarzyło, właśnie tam, między dwójką młodego kuzynostwa. To COŚ rozpaliło się przecież wyłącznie wewnątrz nich i z wielu powodów zmuszone było ledwie się tlić, a często nie dawać o sobie najmniejszego znaku. Zanim dzisiejszy świt wytężył swoje przenikliwe oczy-nikt nie przypuszczał- jak wiele z tego, co zasiało się w Noe i Zacharym, rozkwitnie pewnej nocy…
Nie wracaj do tego- Zachary strofował się dla zasady- nie licząc już, że podporządkuje się sobie. Było za późno na zamykanie serca w klatce. W chwili, gdy otworzył okno, by wychyliwszy się kontemplować to symboliczne miejsce, ogród już wszystko wiedział. Wyczytał to z jego zdziczałego spojrzenia i fryzury, w której Noe odcisnęła najbardziej prywatną wersję swoich rąk. Zaczęło się od tego, że kiedyś przeczesywała nimi rośliny…
Zachary! Nie myśl, nie myśl, nie myśl! Na Boga Jedynego!
Niewidoczne teraz paprocie, w czupryny których Noe, włożyła wtedy, przy huśtawce, swoje dłonie… zapach ziemi i odgłos leniwie pluskającego oczka wodnego…
Wszystko to, i ona w tym…
Chciało mu się płakać, bo już tęsknił. Postanowił sobie, że nie straci teraz na to czasu. Na łzy zawsze jest czas, a tak rzadko starcza go na obecność- powiedział sobie.
Usłyszał szuranie w rurach doprowadzających ciepłą wodę do grzejników. Pan Jaś zapewne- pomyślał miło o sprawcy zbliżającego się ciepła. Zaraz zrobi się tu przyjemniej, a Noe, najpewniej się zbudzi.
Zamknął okno. Spojrzał za fortepian. Nasłuchiwał przez kilka sekund.
Śpi.
Ruszył więc z odwagą w czeluść domu.
Wszedł do kuchni, zaparzył kawę w imbryczku. Z sypialni Gajki dolatywała cisza i rzadkie, stłumione kaszlnięcia wydobyte z głębin snu. To dobrze, dobrze… Niech Gaja śpi jak najdłużej…Noemi musi mieć spokój…
Dajmy się kawie zaparzyć- postanowił, podpatrując co zadziewa się pod przykrywką dzbanuszka. Z kuchni wymknął się boso. Poszedł pod błyskawiczny prysznic. Zmuszony nałożyć wczorajsze ubrania, mimo wszystko poczuł jako taką świeżość. Rozpoczął poszukiwania. Znalazł w kredensie słone precelki. Dopasował do nich francuskie sery. Udało mu się wykroić z nich piramidki, tak jak lubi mała. Były też suszone pomidory w słoiku i oliwki. Wszystko z francuskimi nalepkami, zapakowane w stylowym koszyczku na prezent. Ucieszył się. Wszystko, co wchodziło mu w ręce, w tej zdradliwie ciemnej kuchni- było na ten moment jak znalazł.
Wracając do Noe, miał nadzieję przysłuchać się temu, co działo się u podnóża schodów, na dolnym korytarzu. Miał wrażenie, że odbywa się tam bardzo poważna rozmowa, ale nie chciał ryzykować aż tak, by to potwierdzić schodząc. Słyszał Helenę i Sophie. Zapewne była gdzieś między nimi Lula. Nikt nie podnosił głosu, ale dałby głowę, że przez chwilę ktoś szlochał. Unosząca się ku górze atmosfera, nastrajała do wyciągania trupów z niejednej szafy.
Wybrał więc powrót do Noe. Zasadniczo, sam planował za niedługi czas, stać się jednym z niewygodnych lub bolesnych tematów w rodzinie. Ale zanim…
Postawił tacę na stole i omiótł wzrokiem, raz jeszcze, zeszyty młodej. Szła jak burza, jakby bez zastanowienia-przez gramatykę francuską i fizykę. Jak to możliwe, że jej mózg był w stanie zarządzać traumami dociążającymi ją od lat i jednocześnie tak sprawnie poruszać się w oceanie wiedzy, które serwowały jej obie szkoły?
Może nie doceniam faktu, że nauka to jedyna, możliwa stąd ucieczka- powiedział półgębkiem, przerzucając strony zeszytu. A który więzień, decydując się na ucieczkę, nie przyłoży do niej się z całych sił? – dedukował.
Każdy podręcznik to odrębny świat oparty na ściśle określonych zasadach. Co najważniejsze; dający się pojąć, bo mający swój wyraźny początek i koniec zamknięty w okładce.
Jeśli tym kierowała się Noemi, to poprzez ciężką pracę umysłową- faktycznie zaznawała ulgi. Świat nauki miał „ręce i nogi”, w przeciwieństwie do wszystkiego, co otaczało ją tutaj, w jej rodzinnym domu.
Ona sama, tak często była pozbawiona własnego ciała na wyłączność. Spojrzał na śpiącą kuzynkę. Jęknął boleśnie. Od lat! Od lat! Te drobne dłonie, ramiona, stopy- we władaniu chorej matki! Skandal! Przeszedł go dreszcz na samo wyobrażenie przemocy, której przez kilkanaście lat ciotka dopuszczała się na swojej córce. Na dziewczynce, która przed kilkoma godzinami łakomie zasypiała tak blisko niego, kradnąc niemal jego sny. Wiedział, że nie zdoła przed wyjazdem uruchomić machiny ubezwłasnowolniającej Gaję i przymuszającej ją do leczenia. Mógłby prosić o to ojca, ale … musiał mieć na względzie jak to się zwykle kończyło. Wujek Ilia wyciągał swoich prawników, Sophie swoich na dokładkę i rozpoczynała się wojna. Rodzina stoi na straży niewygodnych tajemnic i gotowi są zniszczyć ostatnie spokojne lata życia jego taty- gdyby tylko tknął tego, co ma być zakryte. Los schowanych w szafie trupów, od lat był znacznie ważniejszy od losu żywych. Gdyby tata zechciał przyjrzeć się pod kątem prawa wszystkim sprawom związanych z Noe a zamiecionych pod dywan, spotkałby po drugiej stronie armię bezwzględnych, bo przerażonych odkryciem tajemnic- niszczycieli. Zachary nie był hipokrytą i starał się widzieć wszystko szerzej. Znał doskonale dwie strony tychże obyczajów rodzinnych. Sam przecież, gdy był w potrzebie i uginał się pod lawiną podejrzeń co do samobójstwa Ewy… ta sama wojownicza, rodzinna szajka, pomogła mu wyjść z oskarżeń- bez szwanku.
Co robić? Zamyślił się. Rozpisał w myślach notatkę z konkretnymi podpunktami. Przejrzał wszystkie możliwości. Nie mógłby narazić ojca. Porzucić go, wyjechać i poddać takim obciążeniom…
Nie. Nie jest w stanie. Nawet dla Noe.
– O, kawa! – zachrypnięty głosik wyrwał go znad wirtualnych zapisków.
– O, Noe… – odpowiedział miękko.
Przywitali się niepewnie. Posłali sobie ciepłe spojrzenia ze znakiem zapytania. Jak to teraz będzie? Jak rozmawiać, jak zachowywać się po …nocy?
Noe stanęła niedaleko, ale dalej niż na długość jego ramienia. W samej koszulce i grubych, wełnianych skarpetach. Koszulka w kolorze wczesnej, wiosennej trawy, ogłaszała całemu światu słowa wypowiedziane przez Kurta Cobain’a: „I think I’m dumb. Or maybe just happy”.
To by się zgadzało, odpowiedział sobie Zach. A już najbardziej zgadzało się nam obojgu, tej nocy… Nie myśl! – kontrolował się.
– Napij się mała- wskazał na kawę w imbryczku i dwie filiżanki ustawione na tacy. Przyjrzał się im uważnie; położył je, z braku miejsca, jedna na drugiej, jedna w drugiej. A teraz, na sam ich widok w towarzystwie zaspanej Noe- zaczerwienił się.
Jedna w drugiej… Jedna, przenikająca drugą do połowy…
Poczuł drobną kropelkę potu, płynącą spod włosów poprzez kark i topiącą się wreszcie w pierwszych milimetrach swetra.
Zduś to- karcił się- i zapomnij!
Dziewczyna rozstawiła filiżanki i starając się, by było sprawiedliwie- wypełniła obie do pełna ciemną i aromatyczną kawą. Pokój z fortepianem zachłysnął się tym zapachem. Zachary poczuł złość na jej ciało przebijające się przez koszulkę. Na jej długie, rozczochrane, wokół twarzy i ramion, włosy! Dlaczego nie miała nawet jednej krostki na czole, by mógł się wzdrygnąć z obrzydzeniem?! Musiała go tak rozczulać -farbując usta sączoną z wolna kawą?! Jak śmiała tak po prostu wsysać się w brzeg filiżanki i patrzeć przy tym w jego stronę?!
Nie myśl!!
Nie mógł oderwać oczu i myśli. Noe weszła gdzieś głęboko za swój wzrok i pijąc cierpliwymi, małymi łyczkami kawę- oddalała się.
Nie rób mi tego, mała- zniecierpliwił się, jakby opuszczała go na zawsze. Nie było już przecież między nimi, czasu do stracenia…
– Powinnaś coś zjeść- powiedział dość głośno, by ją przywołać do siebie.
– Dlaczego? – zapytała całkiem szczerze. Nie rozumiała tych prawidłowości, ale była gotowa uspokoić Zacharego. Jeść, nie jeść. Dla niej znaczyło dokładnie tyle samo. Sięgnęła po precelka i piramidkę sera. Pamiętał- pomyślała z czułością, łapiąc ser w palce. Jadła, oblizując palce. Nie miała pojęcia, że poddaje torturom swojego towarzysza.
Nie myśl! Nie patrz! – napominał swoje oczy i głowę.
– Tak przyszło mi do głowy, Noe…-zaczął niepewnie – Może to nie czas na taką rozmowę, ale kiedy w sumie będzie? – Zach uśmiechnął się koślawo. Udał, że to, co chce powiedzieć nie kosztuje go aż tyle, że nie mógłby jednocześnie dosładzać kawy i podgryzać śniadania. Żałował sam siebie, mając świadomość teatru, na którego deski właśnie wszedł, na znieczulenie dla siebie i dla niej…
Spojrzała mocno w jego oczy. Poczuł, że drętwieją mu powieki.
– Boję się, że chcesz się pożegnać- powiedziała bez ogródek i odłożyła jedzenie. Zbladła, nie czuła już nawet smaku kawy na języku. – Nie rób tego, nie kończ tego- powiedziała wyraźnie. – Po prostu kiedy będzie czas, wyjedź i nie zostawiaj mnie z poczuciem, że to się już wydarzyło. Nigdy się z tym nie pogodzę, Zach- wyrzuciła to z siebie i schowała za fortepianem.
Bał się, że wreszcie zobaczy ją pokonaną przez płacz, w stanie, w jakim poprzedniego dnia ujrzał jej babkę Sophie… Że będzie musiał patrzeć na zalewającą się łzami, o które było u niej tak ciężko. I że akurat teraz, z jego powodu- wypłyną z niej- poruszając każdy, nieuwolniony dotąd żal. Nie chciał tego, a czuł, że fala wzbiera i tamy puszczają. Noe schowała się przed nim.
Odcięła się i zabrała ze sobą wody napierające na zaporę.
Bał się zajrzeć za fortepian. Słuchał zegara. Przeklętego złodzieja czasu, jaki im został.
Gdy po kwadransie wstał, by zmierzyć się z tym, co dzieje się we wnętrzu kuzynki, okazało się, że zasnęła. Przykrył ją dokładnie, czyniąc to samo dla maluchów tulących się do jej rąk. W pokoju zrobiło się przyjemnie ciepło.
Przegryzł jeszcze trochę, mając na uwadze, by zostało coś dla małej. Zebrał się dyskretnie i ruszył do domu. Planował przebrać się i odbyć odwleczoną wizytę w bibliotece.
Zostawił kartkę na stole, przycisnął ją filiżanką, która kilka chwil wcześniej wnikała we wnętrze swojej siostry.
„Noe, pojechałem do domu przebrać się. Potrzebuję też pouczyć się i pogrzebać w bibliotece. Około dwudziestej pierwszej powinienem być w domu. Zadzwoń, będę czekał. W kontakcie- Zach.”
Ubrał się po samą czapkę. Spojrzał raz jeszcze na śpiący za fortepianem kokon ludzko-koci. Noe też potrzebuje czasu na naukę… Odda jej ten dzień do dyspozycji- mówiąc tak, utwierdzał się, że robi dobrze, wyjeżdżając w takiej sytuacji.
Schody przemierzał prawie pewny siebie. Prawie, bo pamiętał stan Sophie z wczoraj… Dziś jednak, gdy zbliżył się do ostatnich schodków, na których staruszka siedziała obok Heleny- nie było już na jej twarzy wczorajszej rozpaczy. Wydawała się pogodna, choć jej oczy pamiętały świeże łzy. Wstała sprawnie na jego widok i przepuściła młodzieńca do wyjścia. Gotów był przysiąc, że otwierając mu drzwi wejściowe- puściła do niego zalotne oko.
Nie udało mu się wyłapać niczego znaczącego z rozmowy między matką a córką. Był jednak pewien, że toczą się tam ważkie dyskusje. Helena zamilkła, gdy usłyszała, że ktoś schodzi i utrzymała milczenie, gdy ją mijał. Mógł się tego spodziewać po nastroju, w jakim zastał ją pod szpitalem. Nie dziwił się temu i nie miał oczekiwań. Rozumiał, że nikomu w tym domu nie jest łatwo.
Odpalił odśnieżonego wcześniej, rozgrzewającego się długo garbusa i usiadł za kierownicą. Gdy tak czekał, spłynęła na niego wdzięczność.
Za tę noc.
Za ciepło oddechu.
Za jęk stęsknionych siebie ciał.
Postanowił napisać to wszystko Noemi- jak tylko dotrze do domu. A potem wysłać pocztą, by, zanim to trafi w jej ręce- świat i czas obejrzały to z każdej strony.
Tak. Chciał to wyznać światu w staroświecki sposób! Skradał się przecież do niej tak, jak miłośnie skradali się do siebie jego dziadkowie, dziesiątki lat temu…
Gdy auto się rozgrzało dostatecznie- ruszył białymi drogami, wśród zimo-baśniowych pól.
Nie padało. I pola celebrowały ciszę. Znikąd ludzi- pomyślał. Życie na wsi, zimą toczy się jakby skrycie! – zachwycił się. On sam bowiem, zeszłej nocy, skorzystał z tego prawa do bycia niepostrzeżonym. Z rozkoszą…
Dotarł do rodzinnej kamienicy.
Dopiero, gdy ciepła woda obmywała mu ciało pod prysznicem- poczuł wstyd przed Bogiem. Ale w tym samym momencie, namydlając brzuch- podniósł oczy wprost w strumień wody i zamykając je samoczynnie- powiedział Stwórcy:
– Wybacz, jeszcze nie teraz. Zaczekaj na mnie.
Leon był już u góry, w kancelarii. Zach zamierzał wstąpić do niego na chwilę przed wyjazdem do biblioteki. Wcześniej jednak, zgodnie ze wcześniejszym zamiarem, opisał Noemi całą swoją wdzięczność i wzruszenie, a także tę chwilę pod prysznicem.
Zakładając świeże ubrania, a potem ponownie zimowe buty i kurtkę, nie mógł nie zauważyć spacerującej w urażeniu Blanki. Nie pozwalała się pogłaskać i dopóki nie wyszedł udawała, że pełna miska jej nie zajmuje. Pozostawił dziś dwie obrażone kobiety. Nawet mu to schlebiało.
Odwiedził, na minutkę dosłownie, zafrasowanego pracą, ojca. Tata uścisnął go i życzył owocnej nauki. Zach właśnie tak zrobił; okupował bibliotekę od wejścia. Utonął wzrokiem w kodeksach karnych- totalnie ignorując zainteresowanie sobą kilku młodych dziewcząt zalegających przy stołach czytelni. Chciał po prostu zrobić co należy, by skończyć edukację ze wszystkimi uprawnieniami i dyplomami. Czuł się jak żarłoczny mózg, jak nienasycony narząd. Zapominał, że jest atrakcyjnym mężczyzną. Wzniósł się ponad ciało i w tym momencie przyszło mu na myśl, że być może w taki sam sposób Noe odcina się od świata i samej siebie. Podczas kilku godzin intensywnej nauki doświadczył tej nieopisanej wolności ducha ignorującego istnienie i potrzeby ciała. Dopóki pojawiająca się znikąd strużynka potu na karku przypominała mu, do czego tęsknią jego usta, do czego lgną biodra…
Pot załaskotał przyjemnie szyję i tym razem powędrował między łopatki.
Zupełnie jak wczoraj…
Nie myśl Zach!
A w nosie!
Myśl!
Trudno…
Zerwał się i nie dopinając kurtki, biegiem opuścił gmach biblioteki.