„Noc to przewrotne okrycie. Zakrywa wstyd, odsłania to, o czym marzycie”
Minęło kilka minut zanim uwierzyłam, że drzwi wejściowe zamknęły się na dobre. Jak sądziłam, ekscentryczny gość babci zdążył do tego czasu wyjść za bramę i niewątpliwie ciężkim krokiem, zbliżał się do parkingu. Najciszej więc jak potrafiłam, w skarpetkach pokonałam schody i przystanęłam u progu warsztatu.
Mijając drzwi, złapałam na kark nagłe ziewnięcie mrozu. Odkąd pamiętam; wiatr, chłód i słońce- próbują wpraszać się do korytarza poprzez delikatne ciałka witraży przeplecionych przez górne partie drewnianych skrzydeł.
– Babciu? Czy mogę ci jakoś pomóc? – zapytałam udając głównie przed sobą, że strach nie spętał moich strun głosowych. Sophie leżała tyłem do wejścia, z pupą uniesioną ponad resztą ciała, tworząc niewielki namiot z ciemnej, grubej spódnicy. Wspierała się na łokciach, pochylając twarz ku ziemi.
Jej płacz wypełnił warsztat. Wszystko wokół stanęło w jego tle. Teraz także ja.
Byłam zmieszana.
Lula przylgnęła do babci długowłosym bokiem swojego psiego tułowia. Dawała do zrozumienia, że nie opuści swojej pani. Wzruszyłam się na widok tak czułego połączenia dwóch ciał.
Podziwiałam to, ale nie rozumiałam, jak się to robi. Nie mogłam powiedzieć, że nie umiałabym wykonać tego co Lula, bo to nieprawda. Cieleśnie potrafiłam odwzorować tę scenę. Byłam jednak sparaliżowana o wiele głębiej niż ciało mogłoby się domyślać i tam, gdzieś w moich głębinach, nigdy nie odbyłaby się prawdziwa czułość w stosunku do Sophie.
Nie wierzyłam w to, że moja obecność może dać jej coś dobrego, bo sama też rzadko czerpałam z przytrafiającej się jej życzliwości. Zdecydowanie mniej wątpiłam w to, że jestem w stanie pomóc praktycznie. Posprzątać, ugotować, wyprowadzić Lulę.
Zazwyczaj nie byłam pewna, czy w ogóle powinno się reagować na Sophie pokonaną przez rozpacz. Wznoszone ku niebu ręce nie były u niej zjawiskiem sporadycznym. Najczęściej nie życzyła sobie niczyjego udziału w lamentowaniu. I podporządkowywałam się temu.
Dziś było inaczej. Rozrywająca scena wyceny warsztatu krawieckiego przejęła mnie, ale i zmobilizowała. Ruszyła parcelacja naszego dziedzictwa, podmywało nasze korzenie. Nie tyle dobrze to wówczas rozumiałam- jak czułam doskonale. Chciałam móc coś zrobić- nie tyle dla Sophie, co przy jej pomocy- dla naszego całego domu. Niestety, nie wiedziałam jak się do tego zabrać. Starym zwyczajem czekałam na jej odpowiedź, a raczej na rozkaz. Postanowiłam sobie, że nie stchórzę tym razem, choć spłoszone ciało coraz sugestywniej podpowiadało mi ucieczkę.
– Odejdź. Wolę być sama- wyłkała i jedną ręką przyciągnęła do twarzy łeb swojej suki. – Chcemy być same- poprawiła się, tym razem głośniej, a gdy znieruchomiałam ze strachu dowrzeszczała z całej siły, charcząc – Nie stój tak! Wynocha Golemie!!!
No powiedz coś, uprzyj się jakoś, daj do zrozumienia, że masz dobre zamiary- zachęcałam do działania swoje zdrętwiałe głębiny. Nie chciałam zostawić babci w takim rozdarciu. Zanim jednak wypowiedziałam coś, co przyszło mi do głowy, gdy strach zelżał; mianowicie, że poczekam w kuchni z kawą- raptem pouczył mnie miękki, łagodny głos.
– Pozwól babci popłakać, Noemi- powiedział.
Wygięłam się do ciepła płynącego zza moich pleców, jak kwiat do słońca przenikającego przez szparę w ciemnej zasłonie.
– Zach!!!- odwróciłam się w euforii- JESTEŚ!!! Jakim cudem?!- niedowierzałam.
Rzuciliśmy się sobie w ramiona. Miałam ochotę krzyczeć ze szczęścia! Robiło mi się na zmianę zimno i bardzo gorąco. Serce wdrapywało mi się na głowę, jak radosny szczeniak i niezdarnie drapało skronie od środka. Nie przestawałam przyciskać do siebie Zacharego. Próbowałam wtopić go w siebie siłą. Tak, by nie mógł już nigdy poczuć się odrębnym.
Czy właśnie tak czują się żołnierze, których odwołują znienacka z linii frontu? Bo ja czułam się zbawiona i wynagrodzona po stokroć.
– Jesteś, ty zdrajco- wyszeptałam do jego kurtki.
– Byłem tylko u dziadków, jakby ktoś pytał- odpowiedział wyraźnie zadowolony z wysuniętego zarzutu i mojego zaangażowania. – To żadna zdrada, ale jeśli tak czujesz to droga wolna, złość się- żartował, a każde słowo wypowiadał zza wyszczerzonych w radości zębów.
Staliśmy zaplątani w swoje ręce. Poznawaliśmy się po zapachu, temperaturze dłoni, nasłuchiwaliśmy swojego głosu. Czułam, że mimo, iż jestem tuż obok, a nawet napieram na ciało Zacharego- to jednak wciąż nie mogę się go doczekać. To tak, jak stojąc po pas w morzu, czeka się na uderzenie fal w ciało, na całą jego wysokość. By poczuć morze sobą, potrzeba spotkać się z nim w kilkusekundowym zawieszeniu między śmiercią a życiem. Tak czujemy się poddając się wysokiej fali, która zanim zrówna się z piaskiem- przez krótki moment próbuje nas jeszcze podtopić.
Czekałam, aż fale wyrywające się Zachowi z rąk uderzą we mnie…aż schwyta nas to ekscytujące zwątpienie; czy jeszcze, aby na pewno żyjemy od nadmiaru emocji?! Weszłam swoimi skarpetkami na jego zimowe buciory. Wcisnęłam mu kolano między nogi i przypięłam się ramionami do jego pasa. Ścisnęłam Zacha tak mocno, jak tylko byłam w stanie. Wychwyciłam moment, w którym przestawał się śmiać i wstrzymywał oddech. Nie przyciągał mnie do siebie. Raczej zwolnił uścisk, choć nie zabierał rąk. Jak wiele ciepła mogą oddać innym jego duże dłonie- myślałam i napierałam na nie.
Mijały sekundy. Dla mnie były czupurne, mechate, trochę dzikie. Uparłam się, by nie dać się przegonić z jedynego bezpiecznego miejsca na świecie.
A wszystko to wydarzało się u progu warsztatu, który od pierwszego zetknięcia z Zacharym stracił swoją moc. Zapomniałam po co tu przyszłam…Zapomniałam, że jeszcze przed chwilą nie umiałabym szczerze przytulić drobnego ciała babci, podczas, gdy oto właśnie chcę zawłaszczyć Zacharego i nie wydać z niego światu-nawet drobnej reszty! Nie odpuszczałam, trzymałam się Zacha, jak trzyma się ostatniej deski ratunku, mimo, że on sam dystansował się coraz bardziej.
Wreszcie szloch babci wszedł na tak wysokie tony, że Zach złapawszy mnie za rękę, poprowadził nas do mojego pokoju z fortepianem. Idzie jak do siebie- pomyślałam wspinając się z nim po schodach i obejrzałam sobie tę myśl z przyjemnością.
Wprowadził mnie do ciemnego pokoju. Zamknął drzwi i trzymał mnie nadal za rękę. Oboje słuchaliśmy zegara, w którym dawniej dziadek ukrył ten nieszczęsny, samobójczy pistolet. Czy dlatego mój ciemny kuzyn oddychał tak niespokojnie? Dopiero po minucie, dwóch może, zapalił światło i próbował zachowywać się zwyczajnie, swobodnie. Efekt tych prób był mizerny.
Stałam pośrodku, wsparta o stół. Patrzyłam, jak Zach spaceruje wokół mnie i udaje zainteresowanie fotografiami i obrazami, które dobrze znał. Wypytał mnie o Ernetso i jej małe, o to czy na pewno udaje mi się zaliczać wszystko na czas w obu szkołach. Uspokoiłam go. Uczę się, ile tylko mogę. Czytam co popadnie… Głównie Prousta i Leśmiana…
– Ale bywają tu belfry, tak? Wszystko idzie zgodnie z planem? – pytał pochylając się teraz nad rozłożonymi zeszytami z fizyki i francuskiego. Przeglądał z dużą uwagą listę zadań, którą rozgramiałam po wyjeździe X.
– No, to pod tym względem jest jak zwykle- przyznałam z rezygnacją. Babcia umyślnie nie wpuszcza do mnie nauczycieli. Uważa, że szpiegują nas i niezdrowo interesują naszym życiem. No sam wiesz… Dyrektor szkoły już na to nie reaguje. Radzę sobie sama, z instrumentami też jako tako. Jak trzeba, pan Jaś wozi mnie na zaliczenia albo idę na autobus. No i są jeszcze taksówki, nie jestem bez wyjścia- powiedziałam ze smutkiem, bo czułam się dokładnie odwrotnie, po czym dodałam:
– Zach, czekałam dziś o piątej rano na telefon…Obiecałeś.
– No wiem, mała, przepraszam. Wczoraj tak zaniepokoiłaś mnie swoim zachowaniem podczas rozmowy przez telefon, że wsiadłem od razu do samochodu i jestem…A teraz myślę, że spanikowałem, a ty po prostu nie mogłaś swobodnie mówić przy babci…- kajał się.
– Czemu jesteś taki spięty, Zach? – bardzo chciałam podjeść jak najbliżej niego, ale czułam, że stanął celowo nad zeszytami leżącymi na drugim końcu stołu.
Zach rozejrzał się niepewnie, by w końcu wbić wzrok w otwarte drzwi mniejszego pokoiku. Odwróciłam się za siebie i spojrzałam w tym samym kierunku. Panował tam półmrok. Na dworze już było bardzo szaro, a lampa przed domem najwyraźniej jeszcze się nie zapaliła. Pokoik stał więc w gęstych szarościach.
Wróciłam wzrokiem do Zacharego. – No co? – pytałam wskazując wzrokiem za siebie, na uchylone drzwi sypialenki. Nie wiedziałam co go dręczy.
– On tam jest? Śpi? – zapytał cicho i niepewnie.
– Ojej! – zawołałam- Ty myślisz, że X. tu jest?! Nie, nie ma! Wczoraj wyjechał po twoim telefonie! – obwieszczałam żywo, z ulgą, że wiem co trapi Zacharego, i że nie jest to to, co mnie przyszło do głowy jako pierwsze. Obawiałam się, że jest na mnie zły za to namolne wdrapywanie na niego. Mogłabym za to przeprosić, choć nie mogłam obiecać, że ustanie we mnie to pragnienie.
– Dlaczego to zrobił? Źle się poczuł? – Zach stał nieruchomo, patrzył na mnie ukradkiem- Coś się wydarzyło? – drążył.
– Wkurzyłam go, jak wszystkich. Porzucił mnie. To się stało- wysmuciłam. – Powiedział, że dla mnie udawał, że ma się dobrze… Byłam dla niego obciążeniem…- mówiłam, albo raczej płonęłam ze wstydu mówiąc prawdę. Otwierało mi się skopane serce, ale nie bałam się, że otwiera się przed Zacharym. Roztrzęsłam się. Przed samą sobą także musiałam przyznać, że nie dało się mnie kochać…kolejny raz.
– Moja biedna Noe, co za palant z niego… bez urazy, ale tak myślę…
Podszedł do mnie i otoczył mnie sobą. Jak dobrze czuć, że jest się bez wyjścia pośród takich ramiom, pomyślałam. – Ty jesteś taki dobry, Zach, taki dla mnie dobry. Dziękuję…
– Jak sobie poradziłaś z tym?
– Dobrze.
Zach zabrał swoje ramiona i zdecydowanym ruchem ujął moje dłonie. Dokładnie je obejrzał z każdej strony.
– Nie powiedziałbym- wydał diagnozę patrząc ze smutkiem raz na mnie, raz na moje ręce.
– Strasznie się uszkodziłaś, Noe- wyszeptał. Wzruszył się, zgasł w bezradności nad ranami, które mnie wydawały się naprawdę niczym wielkim.
– Przepraszam cię, przepraszam, przepraszam- powtarzałam w amoku. Chciało mi się krzyczeć i płakać na widok jego łez, ale nie mogłam niczego wydrzeć z bolesnego wnętrza. Zamarłam. Czułam się jak śmieć, jak nikt. Jakim prawem tak niepokoję Zacharego? – wyrzucałam sobie. – Przepraszam, Zach, chciałabym umieć dla ciebie tego nie zrobić…
– Daj spokój, mała. Przecież wiem, że to nie kwestia postanowienia- wyjmował z ust obolałe słowa.
Usiedliśmy na kanapie. Zach zwiesił głowę. Łokcie wsparł na kolanach, a wzrok ułożył na butach. Ja koiłam swój- wtulając go w czuprynę Zacha. Miał tak niepodważalnie ciemne włosy; niespokojne jak czarnoziem świeżo przekopany wiosną. – Masz piękne loki, gdy nie ścinasz włosów na krótko- zauważyłam, nie odrywając wzroku od napomadowanych, czarnych fal.
Zach westchnął głęboko i bardzo smutno.
– Wzdychasz jakbyś chciał nabrać powietrza za wszystkie wstrzymane oddechy podczas całego życia- zażartowałam, a on zsunął się na dywan i przykląkł naprzeciw mnie. Przytknął głowę do moich piersi i nadal wzdychał ciężko. Raz i znowu, i znowu… Przysunęłam się na tyle blisko, by nie napierać na niego, ale by móc jednocześnie poczuć zapach jego włosów. Rozkazałam swoim dłoniom leżeć na kanapie.
– Pachniesz czymś leśnym- zauważyłam.
– Wiesz, że tak nazywa się szampon taty, którego użyłem pod prysznicem dziś rano? Nic dodać, nic ująć: leśny!- Zach rozmuchrzył się delikatnie.
– Tata nie był zły, że tak wpadasz i wypadasz z domu? – zapytałam.
– Nie. Wiedział przecież, że załatwiam coś ważnego. Ułatwiał mi szybką toaletę i śniadanie. Blanka tylko wymuszała pieszczoty, wchodziła mi pod nogi i nie dawała się utulić.
– Rozumiem ją- wtrąciłam. – A wujek co mógł mieć na myśli? Jakie twoje ważne sprawy? Byłeś na uczelni?
– Noe, ciebie przecież…- wyszeptał.
– Płaczesz znów, Zach? – zapytałam. Nie śmiałam wyciągać rąk ku jego głowie. Co innego przytulać się, gdy jego oczy znajdowały się sporo tyle centymetrów ponad mną. Ale, gdy był poruszony, rozmiękczony, tak blisko mnie…
– Noe, martwię się- powiedział ciężko.
– O mnie? Przecież wiesz, że ja dam tu sobie radę. Odklepuje te sonaty, walczyki… uczę się, zaliczam…
– Nie mówię o tym. Zastanawiam się, jak ty w ogóle będziesz żyć; za rok, dwa, potem…
– Czyli nie będziesz chciał wiedzieć na bieżąco? – zapytałam niepewnie, znając koszmarną odpowiedź.
Cisza może dawać ukojenie. Może pachnieć nadzieją. Może otworzyć to, co nieuniknione i zamknąć to, co prosi o swój kres. Czasem przywiewa także cichy niepokój. A potem niespodziewaną ekscytację.
Mnie i Zacharemu- było dane tego wieczora dostać od ciszy wszystko to naraz.
– Zach? Nic nie powiesz?
Wstał, podszedł do włącznika światła i zgasił je. Za oknem pojawił się nagi wieczór. Nie zawstydzała go ani jedna wiejska lampa. Mógł tak stać przed nami i przeglądać się w mroku, który wszedł teraz także do domu. Pokój był o wiele ciemniejszy niż chwilę temu, kiedy to uciekliśmy od lamentu Sophie. Widać, gdy poiliśmy go żarówkami, wieczór zagęścił się solidnie. Zachary wracał do mnie długo. Robił małe kroki w różnych kierunkach pokoju. Czasem usłyszałam go przy fortepianie, potem znów w drzwiach do sypialneki. A gdy podszedł wreszcie blisko- oddychał szybko, chyba nadal płakał. Poczułam, że znów przykląkł niedaleko mnie, ale nie doświadczyłam go fizycznie. Słuchaliśmy ciszy. Leśny zapach jego włosów kładł się kojąco na linii mojego powonienia. To był tak lekki czas, tak korzystny. Nie drżałam o nic. Nie myślałam o Sophie. Ba! Nawet mama nie zaprzątała mi głowy. Byłam pewna, że śpi, ale nie dbałam o to, że mogłoby być inaczej. Skupiłam się na szukaniu Zacharego, na wyczuwaniu go.
To było jak przebudzenie się ze snu. Nie było nigdy dotąd w moim ciele tak wielu strażnic, z których każdy fragment mnie mógłby nasłuchiwać, odczuwać, przeczuwać i obserwować. Siedziałam nieruchomo na kanapie, pośród potęgującej się ciemności, a wewnątrz biegłam. Próbowałam dorównać moim rozpędzonym zmysłom. Strzegłam ich, by dotarły do swojego celu.
Zach zmieniał swoje położenie ciszkiem. Niepostrzeżenie był już się bardzo blisko. Przeciągnął palcami po mojej stopie.
Nie wiem po jakim czasie jego dłoń znów otarła się o moje kostki.
Skradła skarpetki.
Nie mogłam się skarżyć, że zostały same sobie, jak ten nagi wieczór za oknem.
Zachary ich nie porzucił.
Nie marzły.
Moje zmysły karmiły się w oszołomieniem. Nastraszyłam się w takim samym stopniu, jak zaciekawiłam. Nie zdążyłam zdecydować która część serca będzie musiała skapitulować.
Za fortepian dostaliśmy się w pośpiechu. Oboje podejrzewaliśmy siebie o gorączkę i chyba naprawdę oboje ją mieliśmy. Ernesto uciekała przed nami na oślep. Nawoływała swoje dzieci i znalazła im miejsce w sypialence, wśród zapachów X. Dokładnie tak pomyślałam, gdy doleciały do nas odgłosy kociego kotłowania się; najpierw po szafce nocnej, potem kolejno pomaganie małym bąbelkom w dostaniu się na łóżko.
Będą spać wśród zapachów X. To nie są już zapachy, które mnie chciałyby przyjąć. To nie są zapachy, które były prawdą- pomyślałam i uciekliśmy w za kurtynę ciemności.
Tej nocy nakrywaliśmy się kapą ze splecionych rąk, nóg i oddechów.
Padło też kilka słów ciepłych i mocnych, jak ramiona Zacha.
Resztę po dziś dzień trzymamy zaklęte w sercach przed Bogiem, którego obawiał się wówczas Zachary, a którego dziś boję się także ja.