„Nie spotkają się głowy, co uciekły w głąb siebie. Choćby czas je ponaglał, choćby były w potrzebie.”
– Mamo…- zaszeleściła ustami do otumanionej matki. – Już lepiej się maaasz? To jaaa. Poznajesz mnie…? Twoja Ajka… – dziewczyna badała kruchy grunt delikatnie, usiłując schwytać matczyną dłoń. Dlaczego jest taka ciężka i śliska? – Ajka szukała odpowiedzi w niespokojnych myślach, podczas gdy ręka matki wymykała jej się z uścisku, jak nieprzytomny karp.
Mara siedziała niemo na metalowym krześle. Nie miało prawa być jej wygodnie. Spłowiałe obicie siedziska z trudem powlekało wspomnienie gąbki oddzielającej pośladki od skrzyżowania metalowych rurek. Zapewne kiedyś, lata temu, takie krzesło dawało obietnicę komfortu…
W świetlicy, w której przyprowadzona przez pielęgniarkę chora mogła podjąć gości, wszystkie krzesła wyglądały podobnie. Ustawione po cztery wokół kanciastego stolika; na chłodnych, rdzewiejących latami nogach- bynajmniej nie zapraszały do spoczynku.
Ajka i Helena nie oczekiwały zbyt wiele. A już na pewno nie od szpitalnych mebli. Lekarz będący tego dnia na dyżurze, nie miał zwyczaju osładzać ciężkich tematów. Wyraził się na wskroś klarownie. Nie podnosząc wzroku znad dokumentów wyrecytował, że pacjentka jest w uśpionej psychozie, a cud ten zawdzięczać można wyłącznie końskim dawkom leków. Na konkretniejsze zmiany w jej zachowaniu trzeba będzie czekać przynajmniej kilkanaście dni. Potrzebna jest opieka psychologa, do którego oczywiście jest dostęp na oddziale, więc chyba nie trzeba tłumaczyć, że pobyt w tym miejscu będzie pacjentce służył. Odwiedzić, owszem, można, ale to nie będą, jak się żachnął, owocne rozmowy. A nawet dodał z beznadzieją: cud, jeśli odbędą się w ogóle…Środki, które chora bezwzględnie musi przyjmować, w znacznym stopniu spłycają jej emocje i reakcje.
Było jak przepowiedział. Ajka zastała blade i zobojętniałe ciało matki, które to powinno było przecież ją godnie reprezentować i zadośćuczynić upokorzonemu umysłowi. Trafnie wyłapała ostrzeżenie zawarte w diagnozie doktora, że znanej sobie matki w matce- raczej nie uświadczy. Przygotował ją na to, że wszelkie niezdrowe i zdrowe odczucia chorej, ale też spostrzeżenia, których dotąd była wulkanem- zostały skutecznie wyjałowione i pozbawione werwy.
I na taki stan psychiczny mamy była gotowa, owszem.
Niestety, to co zobaczyła Ajka zawiodło ją totalnie. Trzymała się bowiem zbawczej myśli, że przynajmniej fizycznie matka będzie dla niej kimś rozpoznawalnym. Tymczasem wzrok Mary był martwy, oddech cuchnący, a włosy niedbale splecione w mysi ogonek. I ta brudna, poplamiona moczem koszula!
Jak mogli?! Jej mama to dumna, inteligentna kobieta! Nie byle kto!!!
Miała ochotę zawrócić do gabinetu lekarskiego i wywrzeszczeć to temu ważniakowi, że mają natychmiast przywrócić jej mamę do życia.
Zamiast tego odwróciła się do ciotki. Helena uspokajała oddech, który wyrywał się spod bardzo solidnie zakutanego płaszcza. Nie dało się ukryć, że potrzebuje usiąść i to szybko. Zajęły więc miejsca po prawej i lewej stronie Mary.
– Mamo, to ja, Ajka. Jest ze mną ciocia Helena, twoja siostra…
Objaśnianie świata matce na niewiele się zdało. Mara siedziała nieruchomo przez pół godziny i nie zareagowała w żaden sposób, mimo że jej córka z bezsilności zalewała się łzami i drżała od słów po stopy. Siedząca po prawicy obłąkanej siostry, Helena zmieniała kolor twarzy goniąc niknący w piersi dech. I smutniała wprost proporcjonalnie do ilości błagań wysyłanych Ajce wzrokiem, by zakończyć już spotkanie z nieżywą Emką.
Wyzwolenie przyszło od pielęgniarki, która bez słów podeszła do krzesła Mary, wzięła ją pod ramię i wyprowadziła. Pacjentka bezwolnie wstała i wyszła nie obracając się za siebie.
– No… to chyba wszystko na dziś. Wrócę tu z tobą, kiedy będziesz chciała- wydusiła Helena. Obie siedziały na swoich krzesłach i nie bardzo wiedziały co robić dalej. To by było na tyle? Nikt nie przyjdzie ich pocieszyć po tym co tu zobaczyły?
Najwyraźniej nie było dziś więcej chętnych na spędzanie czasu w świetlicy. Pozostawała pusta i z wnętrza chłodnego brzucha odpowiedziała na pytania kotłujące się w głowach obu kobiet.
Nie ma nikogo, kto mógłby do was przyjść. Nikt was nie pocieszy.
Trzeba czekać na lepsze dni- szepnęła Ajka. Mama jest zamknięta w kleszczach szaleństwa, na szczęście ten uścisk jest już powoli rozpuszczany przez leki. Wszystko wróci do normy…
Wmawiając sobie tę uspakajającą mantrę, wpadła w złość i na jej fali bojowo zerwała się z krzesła. Skierowała się w stronę wyjścia. Była gotowa przefrunąć między futryną drzwi, tym razem nietknięta przez odłażącą od nich płatami, olejną farbę.
Walcie się – wycedziła nie bardzo wiedząc do kogo.
– Poczekaj… Ajka, poczekaj… nie czuję się…, żeby tak szybko iśćććć… auć!- Helena próbowała powtórzyć po siostrzenicy ten sam zestaw kroków. Mówiąc jednak z dużym trudem, przystanęła już po pierwszym zrywie i przycisnęła dłoń do mostka.
– No, nareszcie się przyznałaś! – Ajka początkowo odpaliła ciotce z żalem, by zaraz zawrówcić się ku niej z czułością, która okazała się lepszym kierunkiem – No? Co złego w tym, że źle się czujesz? Udajesz bohaterkę, choć ledwie dyszysz! Po co? Mnie możesz zaufać chyba, co?- meszyła.
Przystanęły na szpitalnym korytarzu. Zderzyły się bolesnymi spojrzeniami. Obie poczuły, jak tkliwe jest ich spotkanie. I jak dzięki temu ważne.
Milowe.
– To nie tak jak sądzisz…- wysmuciła z siebie Helena- Nie chciałam cię martwić dziś…no wiesz…twoja mama jest ważniejsza… Od jakiegoś czasu coś mi się dzieje…- przyznała zgaszona.
– Poprośmy pana Jasia, żeby zawiózł cię na izbę przyjęć, kilometr stąd jest normalny szpital… chyba, że wolisz zostać tu- zażartowała w końcu Ajka. Serce jej skruszało od szczerego wyznania ciotki i jej pozbawionej koloru, zbolałej twarzy. Widziała, że nie jest dobrze… Helenę podduszało niepokojąco często i intensywnie. Ajka wyczuliła fachowe oko. Początkująca acz pilna pielęgniarka przebiła się w niej na pierwszy plan i obstawiała, że ciotka cierpi na dusznicę.
– To tylko serce. Nie biorę regularnie leków, ale od dziś już zacznę- obiecała na tyle prawdopodobnie, by Ajka oczami wyobraźni mogła zobaczyć ciotkę połykającą pastylki do kolacji i zasypiającą pod kopcem ręcznie wykonanych kap- ze spokojnym oddechem.
Helena nie mogła być aż tak wiarygodna w ślubach składanych przed siostrzenicą. Za to chorobliwa potrzeba cudownego uzdrowienia choćby jednej trudnej sytuacji, pomogła Ajce uchwycić się obietnicy z wiarą. Pozwoliło jej to złapać równowagę, ale przy okazji niestety, straciła Helenę z oczu.
Wyszły ze szpitala przedziwnie niepewne, czy aby na pewno powinny opuścić to miejsce. W jednej chwili zalało je to samo rozdzierające odczucie. Nikt nie powstrzymywał ich przed wyjściem, ale też nikt nie pospieszał, by wróciły do świata nieskrępowanych lekami umysłów, powszechnie nazywanych zdrowymi. Biegający pracownicy szpitala, niezależnie od rangi powziętych obowiązków zawodowych- nie zatrzymywali wzroku na ciągnących się korytarzami postaciach. Lekarze zdawali się nie opuszczać swoich głów i noszonych przed oczami teczek z dokumentacją. Pielęgniarki goniły swoje cienie, niemal namacalnie wizualizując w napiętej mimice twarzy kolejne zadania do wykonania. Najdobitniej zaznaczały swoją obecność panie salowe, ale one także nie znajdowały w sobie miejsca na wpuszczanie kogokolwiek w swój zwarty rytm pracy.
Chorzy snuli się w bezpiecznych kaftanach szytych podskórnie z mieszanki odpowiednich medykamentów. Nie trzeba było już pętać ich ciał. Dawno je opuścili.
Podobnie jak Mara.
Nagła, szalona myśl, niczym wiadomość spoza ludzkiego świata- ogrzała osamotnione umysły obu kobiet…Mogłyby zostać w świetlicy i może nawet rozgościć się na kilka godzin! Nikt przecież nie powiedział tego precyzyjnie; kiedy powinny wyjść, i że wyjść w ogóle muszą!
A one obie czuły się na tyle zagubione, że dziecięce wyobrażenie, iż nigdzie indziej, tylko tutaj znajduje się miejsce dla wszystkich trudnych stanów ducha- pobudziło je i zachęciło. Jakże byłoby błogo móc przytulić się do Mary i zamieszkać tu z nią, pozwolić się karmić, myć, prowadzać na świetlicę…
Odezwała się w Helenie nieskontrolowana tęsknota, która to mesząc jej do ucha powiadała: – to przyczółek szaleńców podobno… a przywraca mi wiarę w dom z moich wyobrażeń, w ukojenie…gdybym mogła tu zostać…
Znalazły się na zewnątrz. Mróz z miejsca bezlitośnie chuchnął im w powieki i w cienką skórkę ust. Tym mocniej poczuły, że opuściły oddział wbrew sobie. Zupełnie, jak gdyby pragnienia, które obudziły się w nich pod wpływem siedliska dla chorujących psychicznie, były tymi najprawdziwszymi, do których tęskniły od lat. Stanęły na niewielkim skwerku wyszarpanym jakby siłą spomiędzy ruchliwej jezdni i poniemieckiego szpitala.
– Niezła sugestia z puszczeniem tędy tylu rozpędzonych aut! – prychnęła Ajka; po trochę z rozpaczy, po trochę gorzko żartując. Sięgnęła do torebki po paczkę papierosów z wielbłądem i uruchomiła zestresowane płuca.
Gdybyś ty wiedziała, że ta torebka, którą nosisz to prezent dla twojej matki od Sophie …- pomyślała do Ajki Helena i zrobiła to sekretnie, najciszej jak mogła. Wierzyła bowiem w to, że można dosłyszeć czyjąś myśl.
– Co masz na myśli? – zapytała siostrzenicę i nie ukrywając podniecenia widokiem dostępnej na wyciągniecie ręki nikotyny- wbiła wzrok w papierosa pochłanianego łapczywie przez Ajkę.
Z przyjemnością nasłuchiwała tęsknego zawodzenia z wnętrza siebie, które zdziczale wręcz łaknęło statusu osoby chorej psychicznie i bezzwłocznego zakwaterowania w budynku, przed którym wciąż przecież stała… Niech mnie zrobią najbardziej nawet pomyloną- marzyła- byleby ktoś wziął ode mnie moje życie. Już nieważne kto…nieważne po co…byle od ręki, już.
Spojrzała na Ajkę objadającą się dymem i spalinami.
Z ulgą odnotowała, że wraz z upustem swojej tęsknoty za oddziałem zamkniętym- ból za mostkiem znacznie się zmniejszył, a oddech jakby stanął na właściwych torach i spokojnie ruszał przed siebie. Nogi nabrały lekkości i przestały wchodzić jej w drogę. Odzyskała kontrolę nad swoim ciałem.
– Jak to, co mam na myśli? – Ajka rzuciła ciotce przebiegłe spojrzenie i wskazała papierosem obiekt swoich przemyśleń. – Wprost ze szpitala- powiedziała sucho- można wybiec na ruchliwą drogę. I po sprawie…
– Masz na myśli samobójstwo? – ciotka pytała czujnie i zostawiła wzrok na zaciągającym się dymem profilu siostrzenicy.
– Tak- przytaknęła gorzko dziewczyna – właśnie to. – Wychodzisz stąd znieczulona lekami i biegniesz z całych sił przed siebie, nie zastanawiając się za wiele. Po chwili jest już po całym tym gównie…tylko pomyśl. Tak należałoby zrobić- mówiła zdecydowanym, chłodnym tonem, po czym dodała- właśnie tak powinna zrobić moja mama.
Czy trudno sobie wyobrazić, co stało się w chwilę po wypowiedzeniu przez córkę Mary takich słów? Zalały ją łzy a łkania odebrały spokój jej oddechowi. Zakrztuszała się płaczem jak dziecko, przykucając bezradnie obok głównego wejścia do szpitala psychiatrycznego. Stara, mocno przybrudzona już czerwona cegła, z której Niemcy ponad sto lat temu wznieśli ten przepastny gmach- w mgnieniu oka zrobiła się jeszcze ciemniejsza.
Helena stała nad nią jak sparaliżowany anioł. Chciała pomóc, miała na języku nawet szereg słów, które zamierzała przytoczyć, by przywrócić Ajce logikę istnienia. Ku swojemu zniecierpliwieniu pozostawała jednak bez ruchu i tak naprawdę kto wie, ile trwałoby jeszcze jej skonfundowanie- gdyby z piskiem opon nie podjechał ktoś do złudzenia przypominający Zacharego. Dzięki sile przekonania, że chłopak wysiadający z garbusa może być jej krewniakiem- okrzepła i nabrała odwagi. Przykucnęła i objęła ramieniem tę młodą kobietę, która pochłonięta przez otchłań przypominała teraz raczej zmarnowanego ptaka.
– Nie mam matki- wykrztusiła z siebie i wydmuchała nos w chusteczkę wygrzebaną z torebki.
Chusteczka też szyta i wyhaftowana przez Sophie- odnotowała w sekretnej myśli Helena.
– Nie mów tak. Masz matkę, masz. Podreperują ją tutaj, zobaczysz. A ja potem zadbam, by wracała do ciebie częściej, zamiast siedzieć u nas- uspokajała.
– Już nie ma sensu. Kupiła mi mieszkanie niedaleko szpitala, w którym pracuję- wyła po cichu Ejka- celowo, żebym sobie poszła w cholerę z jej życia.
– A ty nie chcesz iść na swoje? To chyba fajnie tak- meszyła Helena- mnie nigdy nie udało się wyprowadzić od matki na długo…
– Chcę i nie chcę! – zareagowała żywo- Nie jestem przecież głupia. Jasne, że chcę być u siebie, urządzić się po swojemu…, ale… ale przecież wiem, że ona chce mnie mieć z głowy. Wiedząc to, jak niby mam się cieszyć?!
– Przestań sobie dośpiewywać powody, dla których twoim zdaniem matka kupiła ci mieszkanie! Każda matka kocha dziecko i na pewno Mara także kierowała się uczuciami, by coś dla ciebie zrobić dobrego- Helena mówiła z pełnym przekonaniem, dosadnie. Gładziła rękawiczką mokre czoło Ajki. Wycisnęła ze swojej głowy ostatnie soki stresu i żalu, biedaczka. Co do pobudek swojej siostry; naprawdę tak myślała. Miała świadomość ograniczeń i udziwnień umysłu Emki, ale tego była pewna, tego jednego- że Mara kocha swoje dziecko i praktykuje tę miłość tak jak umie.
Minęło kilka minut zanim parę głazów spadło z głów przycupniętych blisko siebie kobiet.
Ajka spojrzała na Helenę resztką nieufności, której pragnęła się pozbyć. Zaczynała się uspokajać i odzyskała swobodę ruchów. Jaskinia, w której przez moment się znalazła, powoli zostawała gdzieś za nią. Rozluźniła kark i rozejrzała się wokół. Helena uchwyciła drogę jej wzroku i okazało się, że u celu spojrzenia Ajki stoi nikt inny jak Zachary! Mało tego, znajduje się o krok od nich i patrzy na nie z góry. Pytająco.
Zawstydziła się za siebie i za Ajkę. Wstała, automatycznie poprawiając przy tym kapelusz i płaszcz. Stanęła prosto i zapytała tonem profesorskim, który to- wyłapywany u pozostałych członków rodziny- wzbudzał jej frustrację, a nierzadko nutkę pogardy. Musiała jednak w tej sytuacji przyznać, że ów ton był jak znalazł, gdy zachodziła potrzeba, by z rozedrgania wcisnąć się znów w bezpieczny gorset emocjonalny. Postanowiła go przywdziać.
Ściągnęła kąciki ust, poprawiła mięśnie nadające policzkom powagi i przede wszystkim; wzmocniła wzrok.
– Co tu robisz? – zapytała udawanym zdziwieniem i nadmuchaną powagą. Już kątem oka przecież dostrzegła Zacharego, gdy podjeżdżał. Może nie była do końca pewna, czy to na pewno on, ale jej zaskoczenie zdecydowanie nie pozostawało tak bezbronne, wobec tego spotkania, jak to okazywała.
Zachary z godnością przyjął sztuczny ton Heleny, ale na szczęście nie poprzestał na tym. Starał się zrozumieć skąd w ciotce to spięcie i ucieszył się, że nie zadowolił się tym, co dotarło do niego jako pierwsze. Dostrzegł po chwili także potworny strach, wstyd i napięcie unoszące się nad Ajką i jej ciotką.
Córkę Mary ledwie zidentyfikował. Bez umieszczenia jej w kontekście Heleny nie skojarzyłby kim jest ta młoda kobieta, ale w zestawie- szybko wychwycił podobieństwo rodowe. O Ajce krążą od lat podobne historie, jakie rozpowiadano o jego mamie.
Kolorowy, zbuntowany, grzeszny ptak!
Nieprzypadkowo, w obu sytuacjach najbardziej entuzjastyczną wieszczką, temu podobnych haseł, była Sophie- nietolerująca farbowania i podkręcania kobiecych włosów, a także swobodnego fantazjowania barwami i długością kobiecej garderoby. Nietrudno uwierzyć, że ktoś tak uczuciowy jak Zachary, nie musiał znać Ajki, by szczerze, choć platonicznie ją miłować.
Bądź co bądź, w jakiś cudownie metaforyczny i niosący mu radość sposób- Ajka dziedziczyła los jego matki.
Olena nadal po trosze żyła…
Zamilkł na chwilę, ale zniecierpliwiony wzrok Heleny wessał go ponownie w rozmowę. Nie był w stanie pozostać w jej nerwowym spojrzeniu. Oparł więc swoje oczy o jej spięte usta i odrzekł: – Przejeżdżałem tędy, szukałem parkingu, mam tu coś do załatwienia…
– Tak? – dopytała nieufnie. Ajka dołączyła do podejrzeń wstając na równe nogi i stając tuż przy Helenie z dyscyplinującym wzrokiem skierowanym w Zacharego.
– No dobra, powiem co pomyślałem. Przejeżdżałem tędy kierując się w stronę biblioteki i na wasz niespodziewany widok w tym miejscu dostałem opresyjnych myśli- wyznał neurotycznie szurając buciorem w śniegu. – I nie mogłem się nie zatrzymać i nie zapytać…
Czuł, że wzrok grzęźnie mu o wiele bardziej niż buty. Tonął nie tylko w śniegu, ale pragnął, by jego oczy pochłonęło teraz wnętrze ziemi.
– Znaczy, że co? – Ajka zadziwiła się tonem sztajmesa, co Zachary zbawieńczo podchwycił i z miejsca zaciągnął w odpowiedzi:
– Ano, że Noe postradała, no…, że ześwirowała pomyślałem…
– Nic takiego się nie stało! – stanowczo sprostowała Helena. Mierziła ją ta podwórkowa gadka młodych. – Moja siostra, a mama Ajki jest chora na schizofrenię, to tyle z sensacji- obwieściła lodowatym językiem.
Jest zła, niepotrzebnie zachowuje się jak jej własna matka. Ale widać tak trzeba, na okoliczność chwili – analizował ze zrozumieniem Zachary.
– Nie chcę rozdrażniać nikogo- zameszył, na co Helena chętniej podniosła uszy, ale nie skruszyła jeszcze rozgniewanego serca. -Bardzo współczuję z powodu cioci Mary, naprawdę. Gdybym mógł pomóc w czymś…jestem bardzo gotów…
Po tych słowach zawiesił głos, ale uniósł brodę. Zdecydował się spojrzeć Ajce w oczy. Patrzyła na niego od chwili, gdy ciotka swoją surową posturą zbiła z tropu jego ciepły wzrok. Uśmiechnęła się zachęcająco, gdy wreszcie spotkały się ich oczy. Uwierzyła w jego opowieść i dobre intencje.
Zachary trafnie odebrał ciepło, które mu wysłała. Nie tylko oczy nam się spotkały, pomyślał w tym momencie, ale przede wszystkim zetknęły się nasze punkty widzenia. Bardzo sobie sprzyjające…jakby znały się od zawsze. Czuli wzajemną sympatię i zrozumienie oparte zaledwie na pogłoskach zasłyszanych na swój temat. Oboje, w skrytości swoich myśli, uznali to spotkanie pod szpitalem psychiatrycznym za cenne.
– Nie przejmuj się- rzuciła Ajka z uśmiechem i doprawiła to solidnym, gęstym wydechem dymu. – Obie jesteśmy zestresowane, załamane i wściekłe naraz. Nie tylko z powodu mojej mamy- mówiła. – Wczoraj dotarłyśmy tu tak późno przez tę zawieruchę, że byłyśmy zmuszone przenocować i stołować się w koszmarnym hotelu i dziś nie mamy się najlepiej. Powiedz lepiej, co u ciebie? – zachęciła.
– Jest dobrze i źle jednocześnie- oświadczył i dodał: – Przede mną duże zmiany. A dziś…Wybierałem się do biblioteki po ostatnie skrypty i kodeksy do wkucia- powiedział śmielej, po czym dorzucił- Ale coś mi uświadomiłyście.
– Mianowicie? – Helena spojrzała nań zza niechętnie uniesionych powiek i dała niesubtelny znak siostrzenicy, że chce zapalić jej papierosa.
– Myślisz, że jak przyłożysz konspiracyjnie dwa palce do ust, to mnie zamroczy i dam chorej osobie szluga? – Ajka zaśmiała się, ale i zaraz nastroszyła.
– Nie marudź, bo sobie sama wyciągnę z twojej torebki- zagroziła Helena.
Zach poczuł, że warto wziąć żywszy udział w tej wymianie. Ściągnął rozmowę na inny tor.
– No cóż, zrozumiałem, że powinienem był po powrocie raczej zajrzeć do Noe… Po wczorajszej, lakonicznej rozmowie z nią przez telefon od razu wsiadłem do auta, ale pomyślałem, że jeszcze tutaj coś załatwię…Ech, trzeba było jechać do…a nie pakować się do tego gmaszyska – wskazał na widoczny z oddali, wielki, podobny do szpitala, stary budynek z czerwonej cegły. – Teraz widzę, że zmęczenie odebrało mi rozum. To było głupie. Nie wiem przecież na jak długo wessie mnie tam, między regały…i czy to aż tak ważne…?
– Czy jakiś mężczyzna w ogóle wie, co robić się powinno?! Czy po prostu robi coś, by robić hm?! – tym pytaniem podminowana Helena dała mu jasną odpowiedź, że właśnie od Noe powinien był zacząć…
To wystarczyło, by pojaśniały mu myśli. Skierował je wszystkie ku odwlekanej radości, która przypadkiem pomieszkiwała pod tym samym adresem, co utęskniona i tęskniąca kuzynka, Noemi. Niedługo myśląc, zaproponował paniom podwózkę. Helena nie potrafiła ukryć wyraźniej aprobaty w odmiennym niż dotąd spojrzeniu, słysząc o planach młodzieńca. Zgrabnie jednak wywinęła się ze wspólnej przejażdżki, wspominając niezawodność czekającego na nie pana Jasia. Od kwadransa widziała, że zjawił się na parkingu naprzeciw szpitala o umówionej porze. Kiwnęła mu, że jeszcze to potrwa…
Zachary pożegnał się z ciotką na dystans dłoni, a Ajkę uścisnął serdecznie. Podniecony myślą o celu podróży, ruszył swoim garbusem niebezpiecznie szybko. Obrał kierunek przeciwny do placu, któremu ciążyła przepastna biblioteka.
Zanim na dobre wyhamował u bram Noemi i własnego rozsądku, jechał stanowczo zbyt nieczujnie, jak na śliskie i zasypane wiejskie dróżki. Za nic nie pamiętał jak się tu znalazł! Był pewien, że wsiadł do auta pod szpitalem psychiatrycznym, a także tego, że teraz z niego wysiadł, na wsi. Ze zdumieniem i wyrzutem, zorientowawszy się, że jest już na miejscu, sam siebie zapytał, trafnie stawiając diagnozę; co ja sobie myślałem jadąc tu w takim roztargnieniu?
Kiedy więc jego oczom ukazał się człowiek skrojony na miarę bohaterów powieści Bułhakowa; swoim przerysowanym wyglądem i sposobem bycia sprawiający wrażenie odklejonego od realiów- Zachary nieufnie przetarł oczy. Zrobił to dosłownie, opierając się o boczne drzwi swojego garbusa. Wzrok poddany zmrożonym palcom Zacharego, wyświetlał ten sam film. Ów jegomość nadal szedł przed siebie niespiesznie, by w końcu minąć ciemnego młodzieńca dyskretnie skłaniając przy tym głowę na przywitanie. Czyli ten człowiek to jednak prawda- Zachary przekonywał sam siebie i wyostrzył czujność. Rozejrzał się po parkingu.
Nie dowierzając sobie, odprowadził nieznajomego wzrokiem do niebywale zielonej, odrestaurowanej Warszawy.
Kto jeszcze jeździ Warszawą na co dzień?! Wow!!!- zachwycił się i tym razem użył mroźnych dłoni do zatkania uszu, gdyż melodia, która towarzyszyła rozgrzewaniu zabytkowego auta rozbrzmiała niczym chór starych ciągników. Uspokojony co do kondycji swojej psychiki, z chęcią ruszył w stronę domu. Stare psy powychodziły ze swoich ciepłych szop i wydały kilka szczeknięć ostrzegawczych. Nie był pewien, czy na niego, czy raczej na Warszawę, bo zanim dotarł do bramy wpuszczającej na posesję- wróciły do siebie. Gdy stanął przed drzwiami wejściowymi znów zaskoczył sam siebie, bo oto zanim się zorientował- wchodził do korytarza bez uprzedniego użycia dzwonka, czy choćby symbolicznego puknięcia w witrażyki wbudowane u szczytu drzwi.
Coś z jego wnętrza ewidentnie wyprzedzało dziś jego świadomość i przejmowało stery nad ciałem.
W razie czego powie, że przecież, zgodnie z prawdą, drzwi były otwarte…- zaplanował linię obrony przed ewentualnie wściekłą, odźwierną Sophie.