„Serce niesie cię jak morska fala. Gdy zbliżasz się do jednych, od drugich cię oddala.”
Wyłysiała zmiotka niechętnie zbiera na szufelkę ostre zęby- wybite porcelanie z rodowej zastawy. Robię to mimo wszystko, kalecząc się tłuczonym szkłem i podśmiechuję się z tego, jak na te drobne, moim zdaniem, zadrapania reaguje X.
Od czasu do czasu bywa czułym histerykiem na silnych lekach, które przede wszystkim jednak; dość mocno go oddzielają od reszty świata. Wyśmiewam jego nadwrażliwość na kropelki krwi spływające mi z palców dłoni. Jakoś przecież muszę pomóc tej cholernej zmiotce! Sama nigdy tego nie zmiecie! -żartuję, ale też naprawdę dziwię się temu, że X. jest tak małostkowy.
Nie chcę się obruszać, nie drążę tematu. Jest chory. Bardzo chory. Powinien czuć ode mnie spokój i akceptację.
Bez większych wrażeń chwytam roztłuczone strzępy talerzy i układam je sobie na przedramieniu, tak jak robią to kelnerzy z kompletnymi naczyniami. Krew plami resztki, które zostały ze śnieżnobiałych filiżanek i salaterek. Uspokaja mnie to. Nie czuję bólu. Tylko chwilowy dyskomfort, gdy pęka skóra, ale potem niezawodnie przychodzi ulga. Nie słucham już biadolenia X. Skupiam się na tym, by jak najdokładniej posprzątać.
Pamiętam o tym, by na bieżąco usuwać czerwone plamy z podłogi.
X. patrzy w okno. Ja zmyślam i rozmyślam to, co przychodzi mi do głowy. Myśli jak fale. Zwijają się w kłębki, w których można zobaczyć cokolwiek podpowie wyobraźnia, by za chwilę rozwinąć się i pokazać w całej okazałości. Bez tajemnic.
Pozostawiona na oścież kuchnia cioci Helenki, mogłaby dziś tym jednym slajdem, który tu zastałam, opowiedzieć historię mieszkającego tu małżeństwa. Wujek W. nie podniósł się z łóżka ani na czas głośnej wizyty A., ani teraz. Robił to dla zasady demonstrując odsypianie nocnego stróżowania w fabryce. Ciężko uwierzyć, że nie wybudziły go krzyki, przepychanki i tłuczenie szkła.
Nic to, nie ulegnie! Tak jak nie uległ przez cały okres trwania tego związku.
Jego czas należał do niego, jego sen był tylko do jego usług, a łóżko zwalniało go z wszelkiej odpowiedzialności za wszystkie role, które chciało narzucić mu społeczeństwo. Mniej więcej takim poznały go jego dzieci i z takim miała do czynienia Helena przez te wszystkie lata; zajętym sobą z uporem maniaka i niezdolnym do najmniejszego poświęcenia. Na przekór rozsądkowi i wszelkim oznakom empatii…
O miłości nie wspominajmy, bo żal mi duchów od ciepłych uczuć, które bywają tu tylko przelotnie i zwykle nie wiedzą, jak się zachować. Jakby niepokojąco nie mówić o domu w polach, to wujek W. tego niepokoju roznosił naprawdę sporo. Poprzez niedostępność, nieprzystępność i niesprzyjalność.
Na najgorszy z możliwych sposobów, wujek W. potrafił zadbać o swoje sprawy. Bo jeśli jednak okazywał się pomocny, to tylko dlatego, że sam dla siebie widział w tym jakiś sens. Innych sensów nie raczył zauważać.
Podobnie jak Sophie, ja także nasłuchiwałam rozmowy cioci Heleny i A., kiedy to przed lustrem szykowały się do wyjścia. Wychylając się sekretnie, zauważyłam pękate siatki w ich dłoniach, gdy zamykały za sobą wejściowe drzwi i witały się z mrozem. Przez materiał jednej ze szmacianek przebijały słoiki. Na pewno ciocia zapakowała też świeżą chałkę, bo czuć nią do teraz w całym korytarzu. To dobrze, dobrze- myślałam. Doskonale wiedziałam, gdzie jadą. Wszyscy dobrze wiedzieliśmy. My wszyscy schowani w swoich dziuplach…
Zeszliśmy z X. dopiero wtedy, gdy samochód pana Jasia odjechał z dwiema pochłoniętymi rozmową krewniaczkami na pokładzie. Nie chciałam spotkać rozżalonych oczu mojej kuzynki Ajki. Nie chciałam jej pytać o to, co oczywiste, a co nie jest do wypowiedzenia. Poczułam, że ciocia byłaby zadowolona z mojej cichej pomocy. Nie mogła liczyć na gburowatego męża ani silnie trującą matkę. To było dla mnie jasne.
Miałam nawet wrażenie, że na moment przed wyjściem, dopinając płaszcz pod szyją, zerknęła ukradkiem ku szczytowi schodów, na którym przykucałam w ukryciu. Schody brały swój początek kilka kroków od wejścia do salonu mamy. Ich szczyt był niedostrzegalny z dołu, bo w zasadzie już na rozbiegu, stopnie wchodziły w ostry zakręt i dopiero około piątego zaczynały wylewać się prostym strumieniem w dół. Jednak Helena zatrzymała wzrok znacząco- jak gdyby była pewna, że tam jestem i odczytuję jej dyskretną prośbę.
Puściła Ajkę przodem, a sama- zamykając za sobą drzwi, raz jeszcze rzuciła spojrzenie ku górze. A potem kolejne- na swoją kuchnię.
Nie trzeba było mi więcej. Zabrałam mojego X. i przytaszczyłam na dół.
Kuchnię Sophie mijałam z półżywym chłopcem u boku. Ledwie łapał oddech. Babcia wyjrzała na chwilę i bez słowa przysłała mi najokrutniejszego ducha, jakiego wysłać w czyjąś stronę spomiędzy rzęs. Spośród jej wściekłych oczu na widok X. nagle uleciał ciężki jak ołów duch zmartwienia i usiadł mi na klatce. Nawet ona patrzyła na niknącego X. z przerażeniem, jakie mamy wszyscy wyczuwając kres życia nieopodal…
Zamknęła drzwi po kilku sekundach. Prawdopodobnie chciała tylko sprawdzić kto, w jakim celu i gdzie idzie. Z pewnością domyśliła się z jakim zamiarem idę do kuchni cioci Heleny.
Zostałam z duchem zmartwienia i cieniem ukochanego u boku. Notabene, z całych sił starałam się, by jeden nie wyczuł obecności drugiego.
Ale teraz już…mówię sobie:
Sprzątaj.
Od czasu do czasu zerkam na X. Siedzi przy kuchennym stole, koi oczy widokiem zza okna. Podobnie jak Sophie, ciocia Helenka ze swojej kuchni może spotykać ogród od jego najlepszej strony. Teraz widzi go także X. Z oddali nawołuje go zasypany śniegiem park, w którym króluje legendarna wampirzyca. Tutaj także można dostrzec, jak wyraźnie oddziela się od pól, ścieżka snująca się tyłami wsi. Ścieżka, którą zwykle naciąga tu zdeterminowana ciocia Emka…
Popatrzyłam na X. Wtopił się w żywy obrazek, jaki udostępniała mu teraz rama okienna eksponująca zaprószane stopniowo śnieguliczki, świerki, sosny… Czułam, że mój chłopiec znika. Blady i szczupły- ginął w krajobrazie zza okna. Stawał się przeźroczem. Był może na półobecny, a może nawet i tyle nie. Każde kolejne znieczulenie odcinało go na coraz dłużej. Morfina studziła jego emocje, zmieniała jego twarz na niepodobną do chłopca, który tak wiele czuł jeszcze niedawno.
Miał papierowy wzrok. Coraz trudniej było mi dostrzec w nim życie.
Nawet podczas krótkich zrywów nadwrażliwości- nie był w pełni żyw.
Patrząc teraz na niego, znowu zaprosiłam tu ducha zmartwienia. Pozwoliłam mu skakać po swoim oddechu zbyt długo, bo po nerwowych dusznościach, jak po zwodzonym moście przyczołgał się do mnie- duszek śmierci…
Nie przeganiałam go. To duszek, który był przy mnie zanim jeszcze wiedziałam, że jestem.
Zanim uformowały się moje płuca w łonie mamy- pisał mi ciemnymi paluszkami po myślach. A ja znałam to tak dobrze, że czułam się spokojnie w tej niespokojnej relacji. Podobnie było w tej chwili.
Szeptał mi łagodnym głosikiem ciężkie zarzuty: jesteś zdrajczynią Noemi, jesteś fałszywą zdrajczynią…Wciąż myślisz o Zacharym… Zdrajczyni…
Paradoksalnie; im okrutniejszy był wobec mnie, tym czystszy miałam umysł.
Mówię sobie: sprzątaj i oceniam postępy prac.
Najdrobniejsze nawet zęby, które Ajka wybiła porcelanie znikają z podłogi i okolicznych blatów. Porządkuję kuchnię cioci Helenki, ogałacam myśli. Próbuję przetrwać.
Ciało boli mnie ogniem. Głównie plecy, kolana i ramiona. Zapominam jeść, a siły psychiczne uchodzą ze mnie za każdym razem, gdy leżąc obok X. tęsknię do Zacharego. Nie umiem też odpowiednio pomagać X. przy chodzeniu. Dźwigam go, zdaniem cioci Heleny zbyt nerwowo i bezmyślnie. Używam do tego całych sił, bardzo obciążam plecy i ręce. W nocy czasem budzi mnie potworny ból karku i stóp. Nie wiem co się ze mną dzieje. Być może to bardzo naiwne, że zrzucam to na fizyczne nieprzygotowanie do pomocy choremu. Przede wszystkim przecież boli mnie serce i jeśli mam zwichnięte stawy- to te duchowe. Jeśli na coś choruję- to na nadpsutą moralność.
Czasem w środku nocy budzę się i wchodzę biblioteki. W ciemności okręcam chustą włosy i padam najpierw na kolana, potem też twarzą do podłogi. Czuję jej zapach, tak dobrze go znam. Przez całe życie ląduję na posadzkach tego domu… Drewniana podłoga, nie dość okryta dywanem- wyziera na obrzeżach i schładza bose stopy. Widzę w niej śpiące drewno, wyrwane z lasu i rzucone ludziom pod nogi. Podczas modlitwy mam go przed zamkniętymi powiekami, przylegam do niego nosem, oddechem. Cała się trzęsę i pocę. Nie umiem się rozpłakać. Żal, który mam do Boga rozszarpuje mi wnętrze. Czuję, że ostre pazury odrzucenia chwytają mnie od środka i rozkrwawiają serce. Moje wnętrze leży w kałużach krwi, niczym ofiara wilków. Nie da się już poskładać go w jedną, żywą całość.
Dobrze wiem jedno:
Kości zostały rzucone.
– Halo! – rozległ się głos blisko mnie. – Słyszysz mnie, Golemie?!No?!
– Nie mów tak do mnie- powiedziałam zimno, wyszarpując się z rąk potrząsającej mną Sophie.
– Ano weź chłopaka na górę, źle wygląda- pouczała. – Tu już wszystko zrobione- zdecydowała i wskazując mi na X. zaprogramowała we mnie dalsze działania.
Czy zrobiłam to dla świętego spokoju? Możliwe. Usunęłam się. Babcia przerwała moje rozmyślania o nocnych modlitwach. Fakt, nie miałam świadomości, że stoję bez ruchu. Ściskałam w dłoni ściereczkę, którą porządnie wyczyściłam blaty, ale przy ostatnim zastygłam i wycofałam wzrok do wewnątrz.
Rzuciłam ściereczkę do pralki. Podeszłam do X.
– Chodźmy już, czas na obiad- powiedziałam i z bólem, pomogłam mu wstać.
– Noe- syknęła Sophie- tylko zaraz wróć tu na chwilę. Sama- dodała rozkazująco.
X. zapewnił mnie, że przygotuje nam coś prostego do jedzenia. Coś, co może zorganizować na siedząco. Upewniłam się, że nie zagraża mu mama. Jej sypialnia cuchnęła, ale na szczęście mama spała. Zostawiła ślady przelotnego przebywania w kuchni. Musiała coś dopić i pogrążyć się w letargu.
– Dobrze- zwróciłam się do X. – tylko bez szaleństw, ja zaraz wracam.
Poszłam bez strachu. Pokaleczone dłonie wyszły mi naprzeciw. Mogłam rozdrażniać na nich ból w nieskończoność, by się pozbyć się napięć.
Skorzystałam z tej możliwości schodząc po schodach i celowo zaciskając dłoń na poręczy tak mocno, aż popłynęła strużka krwi z niejednej ranki.
Sophie siedziała przy stole w swojej kuchni. Umyślnie zostawiła otwarte drzwi. Gdy tylko przekroczyłam próg wstała i zamknęła je za mną. Ściszyła głos.
– Zachary zadzwonił do mnie i prosił, by cię zawołać. W warsztacie możecie sobie pogadać- dodała.
– Dziękuję- powiedziałam z ulgą, że nie muszę znosić szykan. Poszłam przed siebie. Czułam, że im bliżej jestem słuchawki telefonu, tym mocniej czuje mój rozdrażniony brzuch. Tuż pod pępkiem poruszyło się wszystko. Uniesienie, dziwnie przyjemny, osłabiający ból. A potem wstyd, że tak bardzo cieszy mnie sama myśl, że zaraz usłyszę Zacha.
– Ha-lo? – zaczęłam niepewnie. Serce miałam w nadgarstku, w uchu, w gardle… ciśnienie uderzyło też w skronie.
– No wreszcie! – przypłynął do mnie łagodny, radosny głos Zacharego.
– Zachary…
– Dzwoniłem kilka razy jeszcze po tym jak mnie wyłączyłaś…, ale bez skutku. Co tam się dzieje? Coś ci się znowu stało? – pytał zaniepokojony. – Wzywałaś pogotowie…
– Ach nie, to ciocia Emka, niezbyt było z nią… a tak w ogóle chciałam cię przeprosić… nie wiedziałam, gdzie mam oddzwonić i czy mam oddzwaniać…
– Noe, po co ty w ogóle to rozkładasz na czynniki pierwsze? To oczywiste, że bardzo, ale to bardzo chcę wiedzieć co u ciebie. A numer masz, ale nie pamiętasz… no, nieważne.
– Wiesz… X. jest tu nadal i nie jest lekko. Bardzo z nim słabo…
– Noe… ja wiem, ja rozumiem, że go kochasz- Zach wypowiedział to zbolałym, bardzo cichym tonem. – Tylko… z tobą nie jest najlepiej. Nie wiem, czy to dobre dla ciebie, że zajmujesz się tak chorą osobą, no, chorym chłopakiem… No i psychicznie, czy dajesz…? – nie dokończył. Liczył, że wiem co ma na myśli… Wiedziałam.
Usiadłam zdzwiona. Skąd wzięło się krzesło tuż za mną? Kątem oka zobaczyłam wychodzącą z warsztatu Sophie. A więc wchodziła tu… Zawstydziłam się.
Mam nadzieję, że nie jest łatwo domyślić się, co się ze mną dzieje. Niewiele zdążyłam powiedzieć do Zacha, na szczęście. Słucham bezrozumnie jego głosu i cały brzuch tańczy, ocieka ciepłem. Zach jeszcze tu wróci, mówię sobie, zamiast do niego.
– Czy możesz zadzwonić do nas na górę, jakoś o piątej rano, jutro? – zapytałam nerwowo, nie ciągnąc tematu. Szczerze mówiąc nie wiedziałam, jak to skomentować. Przecież ja wciąż szukam w tej chorej osobie mojego X… Zdarza się, że rozpoznaję jego dotyk, cień po jego spojrzeniu. Ale najczęściej mam ochotę złapać tego kościotrupa, który obok mnie zasypia i zapytać, jak mógł mi to zrobić? Jak mógł pozbawić mnie takiej ilości czasu ze sobą? Jak mógł nie pozwolić mi patrzeć jak stopniowo się zmienia? Może byłoby mi łatwiej dziś i nie czułabym się tak cholernie obco…
– Dobrze, jak wolisz. Ty też możesz zadzwonić. Jestem u dziadków, o dwudziestej tutaj życie zamiera, więc oni zasypiają a ja siedzę nad książkami. Telefon mają w kuchni, więc śmiało dzwoń, ja długo siedzę. Numer zapisałem ci w kilku miejscach. W plecaku masz karteczkę obok kieszonki na długopisy, a w … a zresztą, sama wiesz…Do usłyszenia…
Odłożyłam słuchawkę i wstałam z krzesła, by szybko wyjść z warsztatu wprost na korytarz, omijając sypialnię i kuchnię babci.
Stała za mną! Sophie!!!
– Dlaczego mnie podsłuchujesz?! – zapytałam zeźlona, ukrawając strach.
– Nie ośmielaj się podnosić na mnie głosu! Przyszłam, bo to mój warsztat! I co mi zrobisz?! – syczała mi przed oczami prowokacyjnie. Miałam ochotę sypnąć jej czymś w te wyrachowane oczy!
Pomodliłam się jednak o spokój. Spuściłam wzrok, ściągnęłam łopatki. Postanowiłam wyjść stąd w pośpiechu, zwłaszcza, że drzwi wychodzące z warsztatu na korytarz były naprzeciwko mnie. Wystarczyło przyspieszyć i byłabym na korytarzu… Jednak oczy utknęły mi na nadgarstku babci…
– Co ty masz na ręce? – zapytałam.
Sophie spojrzała na swoje dłonie, by zaraz także przyjrzeć się moim.
– A ty, Noe? Co TY masz na dłoniach?!- podniosła głos. Ale nie w złości. Była zszokowana posiekaną skórą moich rąk, która gdzieniegdzie tylko pozostała nietknięta.
– Muszę iść do X.- rzuciłam neurotycznie i wybiegłam prosto na korytarz, a potem na górę.
– Przyjdźcie do mnie na obiad! Mam też dwie, ciepłe jeszcze chałki! – Sophie krzyknęła i było to zwykłe zaproszenie. Bez przesadnej życzliwości ani złości.
Nie przyszliśmy. Gdy weszłam do kuchni, X. płakał siedząc w kucki tam, gdzie jeszcze niedawno ukrywał się z ciocią Marą podczas pałaszowania słodkości. Nie mógł przestać. Usiadłam obok niego i położyłam głowę na jego kościstym ramieniu.
– X…
– Chcę wracać do rodziców, Noe…- wydusił z siebie. Już nie chcę tu być, mam dość.
A więc kara za moją zdradę przyszła szybciej niż sądziłam… Zdjęłam głowę z jego ramienia i schowałam ją w kolanach podciągniętych pod brodę. Było mi wstyd. Miałam wrażenie, że X. wiedział po co byłam u babci i co czułam idąc na spotkanie z głosem Zacharego…
– Czyli byłeś tu wbrew sobie? – zapytałam niepewnie. Nie chciałam znać odpowiedzi, ale nie chciałam także pozostać bez niej.
– Chciałem ci pokazać, że mam więcej siły niż mam, Noemi. Ale już dosyć tego. Zadzwoniłem już po tatę. Zaraz tu będą po mnie. Nie chcą wchodzić do środka, ze względu na twoją szaloną babkę. Pomóż mi proszę ubrać się, zejść i… znieś moje rzeczy przed dom.
– Czy to znaczy, że już się nie zobaczymy? – wypowiedziałam to pytanie wbrew rozsądkowi. Nie pytając, zawsze ma się otwartą drogę do różnych możliwości. A przecież mógł właśnie zapaść wyrok ostateczny…
– Nie pytaj mnie dziś o to, Noemi- X. nagle zaczął dyskretnie opędzać się ode mnie słowami – Zrób to, o co proszę- wypowiedział prośbę ocierając łzy i pozbawiając swój głos jakiejkolwiek znanej mi dotąd emocji.
Wstał z ogromnym trudem i wyszedł, a ja nadal siedziałam bez ruchu.
Otoczyło mnie surowe powietrze.
Nieczułe.
Nieposiadające wartości odżywczych nawet dla złości czy odrzucenia.
Nie było w nim naprawdę niczego czego można by się złapać, by pomóc sobie zrozumieć, co właśnie zaszło między nami…
Beznadzieja nie pukała do drzwi. Weszła tego popołudnia jak do siebie.
Wieczorem zapisałam w dzienniku:
„X. bez słowa odjechał z rodzicami spod naszego domu zasypanego śniegiem. Wsiadł do auta i nie spojrzał już w moją stronę. Długo stałam bez kurtki, choć po ich samochodzie ślad zaginął bardzo szybko. Patrzyłam we własną pustkę w sercu, do chwili, gdy Lula zębami z całych sił chwyciła moje spodnie, czym skutecznie ściągnęła mnie do kuchni babci Sophie. Był pełen obiad i plaster chałki, który po powrocie na górę, w niestrawionych kawałkach zwymiotowałam w drzwiach salonu mamy. Sprzątając wymiociny poczułam gniew i wysyczałam nawet: a niech cię, X.! Niech cię piekło pochłonie!”
W notesie Sophie padły natomiast takie sformułowania:
„Goldbergerowie to zdrajcy i zakały! Czy Ty widzisz to, Boże? Przynoszą hańbę narodowi i człowieczeństwu. Nie będę Cię, Stwórco, prosić, byś im wybaczył. Jak dla mnie, dobrze byłoby wiedzieć, żeś ich potępił!”
Przed dwudziestą drugą siedziałam nad książkami w paranoicznie wysprzątanej części domu należącej do mamy. Gaja wstała do tego czasu kilka razy, ale zdecydowanie to nie był dzień jej przytomności. Nie zauważyła mnie ani razu. Odpływała równie szybko- jak się przebudzała.
Amok porządków sponiewierał moje dłonie do granic…
Uczyłam się wszystkiego jak leci, choć nie zależało mi, by zaliczyć cokolwiek. Dla świętego spokoju, myślałam: tak, by nie zwracać na siebie uwagi…zdam wszystko i się rozpłynę- przywoływałam z nadzieją możliwość pojednania się z samobójstwem.
Duszek śmierci zatarł pulchne rączki i nie spuszczał ze mnie oczu. Za to, na szczęście, duch refleksji, nie poganiany ani przed duchy czasu, ani ducha oczekiwań- oddał się rozmyślaniom. Krążył gdzieś wokół wielgaśnych kwiatów żyrandola wykutego w brązie na kształt korony cesarskiej.
Gdy nagle zadzwonił telefon, po prostu podniosłam słuchawkę. Byłam skupiona nad rozgramianą w uniesieniu listą zadań z fizyki.
– Noemi? Jesteś tam? – zapytał X.
– Tak- odpowiedziałam beznamiętnie i bardzo skłamałam, ponieważ nie było mnie w sobie od kilku dobrych godzin.
– I co? – prowokował zgryźliwie- obrażona jesteś pewnie, bo wyjechałem?!
Nie poznawałam tej mieszanki atakującego X. i ledwie dyszącego chłopaka po drugiej stronie. Tym łatwiej było mi tkwić w swoim świecie, niewzruszenie.
– Jestem zajęta, uczę się.
– Ah tak?! To wiedz, że nie będę dla ciebie udawał! Nie będę się z tobą męczył w odgrywanie bajki- krzyczał i płakał.
Nie czułam nic. Zrozumiałam tylko, że powinnam była się wstydzić i że wszystko to było dla mnie i przeze mnie…
– Dobrze- odpowiedziałam i odłożyłam słuchawkę. Treść zadania, które rozpoczęłam zanim zadzwonił telefon- wydała mi się wyjątkowo niejasna, więc zaczęłam mówić je sobie na głos.
– To był on, prawda? – Sophie znów pojawiła się przede mną, jak zjawa! Nie zauważyłam, kiedy weszła.
– Tak- rzuciłam nie odrywając oczu od zeszytu.
– Noe, gdy porzuca nas ktoś najważniejszy na świecie- mówiła dziwnie, patrząc w podłogę- cały świat pozostałych ludzi, których mamy do dyspozycji wokół, zamienia się w makietę, po której chodzimy bez emocji. A ci, którzy jakoś na chwilę przylgną ci do serca- krążyć będą nad nami niczym duchy z bajek i legend. Niby namacalni, ale nigdy już tak bliscy, jak ten, co był ważny, a porzucił nas jako pierwszy. Pocieszę cię więc- powiedziała cicho, kierując się do wyjścia- teraz już każdy, kogo będziesz potrzebować- będzie jak duch; nie do końca materialny, łatwy do wyparcia ze świadomości w każdej chwili. Koledzy i koleżanki, przyjaciele i przyjaciółki- od tej chwili- będą nawiedzać cię i znikać. Przyjdą takie dni, że nie będziesz chciała wierzyć, że istnieją naprawdę i przejdziesz obok nich, tak jak kiedyś ktoś pierwszy- przeszedł obok ciebie. Nigdy już nie uciekniesz ze świata duchów- załkała nieoczekiwanie i szybko się zdyscyplinowała cofając rozrzewnienie – ale wierz mi, nawet w świecie duchów można doczekać się dzieci i wnuków a i dożyć starości- dokończyła.
Przez chwilę jeszcze stała nieruchomo, wpatrzona w swoje myśli. Lula szturchnęła nosem jej opuszczoną dłoń. I w tym momencie wyszły tak jak się pojawiły.
Niemal bezszelestnie.
Dokładnie w taki sposób w jaki opisują to baśnie.