„Nie ochroni cię piwnica, gdy się zjawi sekutnica”
Piwniczny pokoik po krawcu E. pozostawał takim, jakim stworzył go jego pan.
Jedyne, maleńkie oko na świat tkwiło tu niby doklejone pod sufitem i wychodziło na zacienioną i wilgotną przestrzeń pod kamiennymi schodami, prowadzącymi do domu.
Koci zagajnik- mówiono na tę namokłą kryjówkę, w której to rzeczywiście koty znajdowały latem wytchnienie przed słońcem, a zimą- widząc światełko w okienku pod schodami, za każdym razem podejmowały próbę przedostania się do domu właśnie tą- wyjątkową drogą.
Krawiec kochał zwierzęta. Nic dziwnego więc, że nawet po jego śmierci, futrzani przyjaciele nie stracili nadziei na to, że któregoś dnia, starym zwyczajem, ich ulubiony domownik wdrapie się ponownie na swoje biurko, otworzy okno i pozwoli im zasnąć obok siebie na leżance. Warto dodać, co najważniejsze; że kudłate stworzonka oczekiwały przed snem hojnego wykarmienia smakołykami z wędzarni swojego pana.
To była słodka tajemnica między krawcem a kotami. Wędzarnia i jej wyborne, regularnie odradzające się wytwory- mieściły się w jednym z zakątków przepastnej piwnicy. Wszystko więc idealnie ze sobą współgrało. Przyjaźń zacieśniała się nie byle spoiwem, bo najlepszymi, tłustymi ścinkami pieczeni.
Koci zagajnik służył też za podręczną winiarnię na świeżym powietrzu. Nie tylko Noe, ale i kilku młodych przed nią, w tym także sam krawiec- ukrywali pod schodami procentowe trunki na czarne godziny, niewygodne minuty i nieznośne sekundy… Napięcie bywa przecież tak nieznośne, że nie sposób nawet pokonać schodów prowadzących do domu, by tam dopiero, w wygodnym fotelu sączyć alkohol i oczekiwać ulgi. Czasem trzeba zadziałać tu i teraz, nawet w deszczu czy spiekocie. Jeszcze zanim przekroczy się próg domu, poszukać ratunku dla pędzących na złamanie karku reakcji na rzeczywistość. I przepędzić rosnącego wówczas w oczach ducha beznadziei.
Ale wróćmy do piwnicznego schronu powołanego do życia dawno temu, przez gospodarza domu otoczonego polami. To miejsce, gdyby nie jego lokalizacja i specyficzne drzwi, byłoby przytulnym gabinetem służącym do nabywania wiedzy, sporządzania zapisków z funkcjonowania krawiectwa, ale i do relaksu.
Poniżej okienka, do obielonej ściany, krawiec przewiercił rząd drewnianych półeczek, by następnie latami wypełniać je kolekcją maciupkich figurek z porcelany, drewna, mosiądzu i szkła. Część z nich otrzymał od żony. Niewielka ilość dóbr z rodzinnych zbiorów Sophie przetrwała wojnę w brzuchu planety. Zakopane głęboko w ziemi, na powierzchni przypisanej kilku różnym państwom, w strachu przeczekały grabieże i mordy.
Strzęp ocalonych krewnych któregoś dnia zjawił się pod drzwiami krawiectwa i pozostawił żonie krawca porcelanowe ślimaki, mosiężne żurawie, drewniane dziki i szklane czaple…
Krawiec od dziesięcioleci odtwarzał sobie tę chwilę po swojemu, mimo, iż był jej uczestnikiem. Oczami wyobraźni zobaczył jednak o wiele więcej niżeli tylko wizytę ocalonej z zagłady rodziny.
Dostrzegł bowiem to, co umknęło jego żonie, skupionej na próbie rozpoznania w wychudzonych i zmizerniałych bliskich- dawnych, pucułowatych i dumnych kuzynów.
Krawiec śledził wówczas coś zupełnie innego. Otóż, pod jego powiekami, przez wyludnioną z niemieckich mieszkańców wieś, zasiloną Polakami z różnych stron i z różnych światów- przez krótki moment przebiegło z impetem stadko maciupkich zwierząt z mosiądzu, porcelany, szkła i drewna.
Widział tę scenę o wiele realniej niż łzawe i nerwowe spotkanie z rodziną żony, którą miał na wyciągnięcie ręki tamtego dnia.
Serce drżało w nim z podniecenia, bo oto grupka przerażonych zwierząt uniknąwszy śmierci przez uduszenie pod ziemią, zatrzymała się w osamotnionym domu w polach i ufnie oddała się jego dłoniom.
Właśnie JEGO dłoniom! – mówił sobie i to czyniło go zaszczyconym.
Jak bardzo krawiec E. pokochał swoje figurki?
Jak bardzo bał się otworzyć oczy na tyle szeroko, by pomieściła się w nich groza, która przeczołgała ten świat krwiożerczą kaźnią i wypluła zaledwie karygodną garstkę tych, którzy przetrwali…?
Nikt nie mógł tego wiedzieć poza nim…milczącym na ten temat.
Gdy skupiał swoją uwagę na swoim filigranowym zoo- cały świat pomniejszał się razem z nim i wierzył z nim tak samo mocno, że w figurki są pełne życia niedostrzegalnego ludzkim okiem.
Że pragną.
Że mają cel.
Że nic ich już nie obciąża.
Że cieszą się z życia pomimo tego, że cudem uciekły śmierci sprzed nosa.
Że życie kojarzy im się z lekkością i tak pozostanie…
A każde z tych stworzeń- nie większe na wysokość- od porządnie skręconego papierosa.
Ponadto, krawiec E. regularnie odwiedzał duże miasta, by rozreklamować owoce swojego warsztatu, a przy tym zdobyć informację o modnych krojach i nabyć materiały. Przy okazji, z wielką pasją zachodził na pchle targi i za bezcen nabywał tak zwaną drobnicę, czyli durnostojki. Najchętniej kupował podobizny zwierząt i niewątpliwie kolekcja miniaturowej fauny cieszyła dziecięce rewiry jego oczu i serca- jak nic dotąd innego.
Lubił tę świadomość, że jego zwierzątka mieszkają tuż nad łóżkiem, na którym on wypoczywał zażywając żyznej samotności. Stojące na półkach, w swobodzie, niczym nieskrępowane… Każde zmierzało w swoją stronę, choć pozornie wszystkie trwały w skostniałych na wieki pozach.
Krawiec E. dobrze wiedział, że większość ludzi dałaby się oszukać złudzeniu, że w takich figurkach nie ma ikry. A przecież chodziło tylko o to, by patrzeć na nie tak długo i w tak gęstej ciszy, by dostrzec ich ruchy, by zobaczyć ich świat- niewidoczny na pierwszy rzut oka.
Pierwszy rzut oka bowiem, dokonuje się samoistnie i nerwowo. Dopiero kolejne są w stanie rozwarstwiać to, co niechcący uznaliśmy za oczywiste…
Leżanka, której Sophie pozbyła się z pokoju gościnnego, na wyrost nazywana była łóżkiem. Ściśle mówiąc, była to stara otomana z dużą ilością poduszek i złożonych w kostkę kap. Jej miejsce zajęła wygodna kanapa.
Krawiec ucieszył się z przemeblowania, bo zyskał, tym samym, mebel do piwnicznego gabineciku. Miał do otomany szczególny sentyment. Przytaszczył ją lata temu na furmance z targowiska. W czasach, gdy jeszcze mieli konia i gdy hurtem oraz z oburzeniem wyprzedawano poniemieckie, nienawidzone wtedy meble.
Krawiec nie chował urazy…
…do mebli.
Więc nabył otomanę za grosze.
Sophie przystanęła właśnie przy legowisku stworzonym przez męża i przyjrzała się każdemu elementowi z osobna. Po raz pierwszy zadała sobie pytanie; po cóż jej mąż ściągnął tu tyle okryć? Przecież nawet zimą- te kilkanaście metrów kwadratowych bez trudu ogrzewały rury wypełnione ciepłą wodą; łączące piec z grzejnikami domu. Wzruszyła się rozpoznawszy w poszewkach poduch ścinki z materiałów, z których to razem jeszcze obszywali klientów. No- pomyślała- nie czas się tym trudzić… Od śmierci męża, nie roztrząsając tego faktu- regularnie zabierała stąd kapy i obłuczki, po to by porządnie je uprać i zwrócić na miejsce. Robiła tak za jego życia i nie zamierzała tego zmieniać także po jego pogrzebie. Istotnie, doceniła dziś po raz kolejny ideę pokoiku z zasysanymi drzwiami. Pokoju ukrytego pośród piwnicznych komnat przypisanym różnych członków rodziny. Pokoju, do którego rzadko ktoś ośmielał się zapukać, wiedząc, że jest w użyciu…
Spojrzała za siebie. Naprzeciw otomany stało niewielkie biurko z rzędem ustawionym przy ścianie starych książek. Tomasz Mann, Marcel Proust, Isaac Bashevis Singer, Jalu Kurek, Władysław Reymont, Juliusz Słowacki i Baśnie braci Grimm…
Wzięła do rąk jeden z tomów baśni i zamyśliła się. Gdy poczuła, że jej rozpalonym policzkom wypłynęły z pomocą lodowate łzy- odwróciła się i upewniła, czy aby drzwi zassały się skutecznie.
Utonęła z książką w miękkich poduszkach. Oczy nachalnie plamiły. Zmoczyły jej prawą dłoń, sukienkę rozciągniętą na kolanach i zaczynały kropelkować na przypadkowo otwarte stronice baśni. Niezamierzenie policzyła uderzenia zegara z saloniku Heleny. Z tego miejsca był słyszany niezawodnie. Już dziesiąta. Za dwie godziny południe. O tej porze powinna mieć już dzień w swoich rękach. Tymczasem nie miała odwagi na ten dzień. Potrzebowała zostać tu na długie godziny i jeśli wyjść to niepostrzeżenie, w nocy. Tylko po to by rozprostować kości i zaraz tu wrócić…
Wiedziała, że Lula zrozumie, a Helena uczciwie się nią zajmie.
Pokoik miał na stanie jednopalnikową gazówkę. Kran z bieżącą wodą wisiał przy wędzarni. Kawa i cukier są! – od lat uzupełniane przez krawca, a teraz przez nią. Przetrzymywane w jedynej szafeczce biurka wraz z bieżącymi łakociami dostępnymi w domu. Trzeba przyznać, że w zaglądaniu do szafki biurka było coś ekscytującego, bowiem obowiązywała niepisana zasada, że kto wyjada ten uzupełnia. Zawsze więc można było natknąć się na coś dla siebie niespodziewanego. Ciastka, cukierki, bombonierki…
Ale Sophie nie myślała dziś o rozkoszach. Miała na uwadze tylko to, by nie nadwątlić swojego zdrowia przesadnym postem. Była gotowa nie jeść za dużo, wystarczy przecież pić. Czegóż więcej potrzeba, by zanurzyć się w swoich myślach?
Obmyślała swoje szanse… Rzuciła okiem…
Gazówka, bieżąca woda, zapas cukru i kawy… No i jakieś łakocie regularnie przynoszone przez kolejnych „lokatorów” tego miejsca. Mogłaby tu przetrwać nawet kilka dni- przemykając się do toalety w najmniej newralgicznych porach dnia.
Leki też przyniesie sobie nocą- planowała.
Położyła książkę obok i schowała twarz w dłoniach.
Poczuła, że rozgniewany ocean myśli ruszył w jej stronę.
Fale nadciągnęły od tyłu. Uderzyły w spięte ramiona, potem kark i zatopiły głowę.
Nie mogła już nie myśleć. Dławiła się niewyrażonym, zduszonym dotąd lękiem.
Gdzieś tam, jej beznadziejne dziecko otumaniali lekami i o zgrozo, dla bezpieczeństwa przypinali pasami do łóżka!!!
Skuliła się, wcisnęła twarz w dłonie jeszcze mocniej- mając nadzieję, że ją zostawi już tam za zawsze i nie będzie musiała nikomu spoglądać w oczy…
Wstyd!!!- syczała łkając. Od Boga, od ludzi! Wstyd!
Dlaczego Bóg pokarał jej łono Emką?! Dlaczego ten dom wciąż okrywał się hańbą?! Dlaczego nie było tu słychać na co dzień słów modlitwy?! Co z nami nie tak?! – wypłakiwała z siebie pytania, nie mając odwagi spojrzeć w sufit, w stronę oczu Boga.
A trzeba wiedzieć, że gdy człowiek boi się oczu Boga, Bóg tym chętniej szuka człowieczego wzroku. Tak też było i tym razem.
Wsuwka, którą Sophie wyciągnęła z chusty przytwierdzonej do włosów, nie wiedzieć kiedy w amoku zdążyła zranić przegub jej dłoni- suchutki niczym nadgarstek macierzanki…
Gdy jeden z ostrych języków zapinki chciał wejść głębiej i upuścić napięcie w jednej z żył wypychanych stresem spod skóry- coś zerwało Sophie na równe nogi i skutecznie przywróciło w niej wolę życia i gotowość do walki.
Aniołowie bywają cisi i przemykają z niemal nieodczuwalną ingerencją gdzieś między nami. Ale zdarzają się głośni i nie przebierający w słowach.
Otworzyła z trudem zassane drzwi schronu i wychodząc ku parterowi domu po schodach, próbowała uspokoić oddech. Poczuła wyraźnie, że emocje rozszarpują jej lewą stronę ciała, że pod mostkiem; ten pamiętliwy, przereklamowany mięsień czuwa i nie chce puścić w niepamięć jej zranionego przegubu. Przystanęła na chwilę. Wyjęła z kieszeni sukienki czystą, materiałową chusteczkę i przetarła twarz. Wydźwigała swoje obolałe ciało piwnicznymi schodami wprost na otwarte na oścież, kuchenne drzwi Heleny.
Wrzaski i huk tłuczonego szkła poprowadziły ją w stronę oszalałej z wściekłości A., córki Mary.
W tym samym czasie zbiegła Noe, a za nią doczłapał jej chory kochanek. Cała trójka stanęła w progu. Niewyspanie i zaskoczenie ucharakteryzowało ich twarze niemal identycznie. Wszyscy, jakimś cudem, przypominali siebie nawzajem.
– A ty co?! – wrzasnęła Sophie i podbiegła do zniesławionej wnuczki- przyjechałaś tu cyrki urządzać?! A wynoś się do siebie, nie psuj ludziom dnia! – krzyczała, farbując twarz na czerwono. Podniesione ciśnienie krwi wyszło Sophie na policzki i ostrzegało: nie ma ze mną żartów!!!
Rzeczywiście ich nie było. Sophie nie znosiła A.
Młoda kobieta wybijająca na oślep, od kilkunastu minut, kolejny serwis obiadowy dziedziczony przez ciotkę, skoczyła ku babce i uderzyła ją nadtłuczoną filiżanką w głowę.
Musiała zrobić to lekko i choć pięść wokół naczynia aż siniała z gorliwości, na podłogę nie posypały się szkła.
Sophie zapalił się wzrok i zacisnęły pięści, ale poza tym- ani drgnęła.
Helena, która udostępniła swoją kuchnię słusznej według siebie- fali gniewu, musiała opuścić bezpieczną strefę swoich myśli i zareagować. Wzięła oddech, namacała od wewnątrz swoje ciało i poczuła ziemię pod stopami.
Podeszła spokojnie w swoich bamboszkach ku A. ziejącej nad maciupką, zaciekłą babką. Popatrzyła na obie zdecydowanie i wyciągnęła ramię w stronę rozgorzałych rąk A.
– Ano słuchaj, kochana. Tak to już nie rób… Zniszcz co chcesz, demoluj nawet, ale nie odbieraj nikomu zdrowia…- prosiła. Mówiąc to, chwyciła dłoń siostrzenicy i poprowadziła ją na odległość kilku bezpiecznych kroków w stronę saloniku.
– Stara wiedźma, nie mogę na nią patrzeć!!!- mamrotała furiacko córka Mary. – To przez nią moja mama jest w takim stanie!!! – pokrzywiała się w zacietrzewieniu nie oglądając się za siebie i nieumyślnie doprawiała ciotce sińców.
Miała silny uścisk. Sophie nieraz komentowała ten fakt w jej wczesnym dzieciństwie, wypominając A. podobieństwo do mocarnej, niekobiecej babki od strony ojca dziewczynki. Ojca, który ulotnił się zanim się w pełni zmaterializował jako rodzic.
– Co za hańba! Taka znajda w moim domu! – zawyła Sophie wbijając dziki wzrok w plecy rozjuszonej wnuczki.
Nie musiała długo czekać. Zryw dziewczyny był nie do opanowania. Świsnęła ciotce przed nosem wraz ze swoim żelaznym uściskiem.
Tym razem wyhamowała w porę- pomna prośby Heleny. Stanęła twarzą do powietrza gęstniejącego nad głową niskiej babki. Stopami przy jej stopach.
Ostudziło ją wzmagające się warczenie i upusty wściekłego powietrza na wysokości jej łydki.
Ach tak, to musi być ta suka, Lula, czy jak ona… – A. bazowała tylko na informacjach, które na siłę przekazywała jej matka. Ona sama nie miała ani potrzeby, ani zwyczaju interesować się znienawidzonym przez siebie miejscem.
Ten monstrualny dom ukradł jej matkę, życie rodzinne, spokój i poczucie bezpieczeństwa.
On mi jej nie ukradł- pomyślała- on nigdy jej stąd nie wypuścił. Cokolwiek by się jej nie przytrafiło, wiedziała, że nawet jej śmierć nie zatrzyma matki w domu.
Mama ciągnęła tu jak niedźwiedź do gawry zimą. I to do komo? Do tej schamiałej starej jędzy, Sophie- kpiła w myślach.
– Teraz – powiedziała babce- dam ci spokój, a ty cofniesz tego psa. Rozumiesz?!
Mówiąc to, bardzo spokojnie, przy akompaniamencie rozdrażnionego psiego gardła i ekspozycji jego zębów- dotarła z powrotem na miejsce, w które odciągnęła ją Helena.
– Daj mi torebkę mamy, płaszcz i wszystko cokolwiek miała przy sobie, gdy tu przyjechała- poprosiła ciotkę.
Była bardzo zmęczona. W jednej chwili dotarło do niej, że gniew posilił się zapasem sił, które miały stopniowo uwalniać się w jej ciele przez cały dzień. Wycieńczenie postępowało. Nie była nawet pewna czy stoi, czy może wielka szafa, o którą się wsparła- podtrzymuje ją w pionie i ściąga jej zmysły na właściwe miejsca. Była szaleńczo słaba.
Jak mogła dać się sobie tak spalić na starcie? I to komu? Tej starej jędzy, której los nakazał być jej babką z piekła rodem? Co z tego, że mają trochę wspólnej krwi? Nie znajduje w tej próchniejącej strzydze ani kawałka siebie! Nawet tego znienawidzonego. Nic jej po babie i najgorsze, co mogło ją spotkać to to, że jej rodzona matka tak kocha tego potwora w czarnej sukience i chuście na głowie.
Sophie…Brr!
Poczuła, że odraza przeszła jej po plecach i zostawiła pomarszczoną w dreszczach skórę.
Usłyszała ciche zamknięcie kuchennych drzwi. Spojrzała na ciotkę zmierzającą ku niej z torebką, płaszczem i kozakami jej matki.
– To jak to? – zapytała z wyrzutem – puściliście ją bez butów? W taki mróz?!
– Zrozum, nie dało się…-zaczęła przepraszająco Helena- Już wszyscy poszli, mamy spokój- rzuciła niby informacyjnie, ale była to też próba zapanowania nad szaleństwem ostatnich zdarzeń. Nadstawiła uszu, by upewnić się, że Noe już taszczy pod ramię swoje szczęście na górę, a Sophie zagnieździła się już w swojej kuchni. Była tam bez wątpienia… i nawet bardzo dawała temu wyraz. Na znak rozsierdzonej obecności za ścianą, staruszka z donośnym brzękiem odkładała każde naczynie, które wpadło w jej rękę. Helena wyobraziła sobie matkę samokontrolującą się w gniewnym chwytaniu różnych przedmiotów bez celu, gdy to z pozoru odstawiając je niewinnie- uderza nimi siłowo o blat.
Tak było. Sophie robiła hałas nie zważając na krwawiący nadgarstek i Lulę, która bez powodzenia liczyła na pieszczoty po powrocie swojej pani z otchłani piwnicy.
Staruszka nie przypuszczała, że jej najstarsza córka zdążyła zauważyć jej rany i nawet zmartwić się…mimo rosnącej nieufności do matki.
Ostentacyjnie wyszła na korytarz i uchyliła suce drzwi, by sama zadbała o spacer i swoje potrzeby. -Wracaj prędko, Lula – poleciła ukochanemu zwierzęciu i wróciła do awanturki kuchennej, na którą tak naprawdę nikt już się nie nabierał. Tyle, co jeszcze Helena faktycznie nasłuchiwała dość czujnie, co też zadziewa się za ścianą. Ale już nie bała się matki. Mało tego, była gotowa na konfrontację z użyciem wilczych kłów, które wreszcie u siebie zauważyła i doceniła.
– Nie zamierzam niczego rozumieć! I proszę- mówiła A.- nie udawaj, że ty to wszystko rozumiesz i akceptujesz!
Helena starała się nie robić sprawy z wycieńczenia siostrzenicy. Była przecież świadkiem tego, co się tu działo. Sama otworzyła kredens przed A. i zachęciła do buntu i uwolnienia złości. Od dawna mdliło ją na widok rodowej porcelany, a że pojawiła się okazja…
Słowa były niepotrzebne. Odłożyła na kanapę rzeczy Mary. Odsunęła swój ukochany fotel od stolika i skierowała go w stronę dziewczyny, zapraszająco.
– Moja relacja z Sophie jest bardzo trudna- powiedziała i sama oklapła na krześle, tuż obok fotela, z którego ochoczo skorzystała A. – Nie będę ci prawić morałów. Sama jeszcze niedawno wpadłam tu w taki szał, że myślałam nawet dom podpalić z nimi wszystkimi żywcem. Gdy lekarz pogotowia nazwał twoją matkę dziś poważnie chorą, pomyślałam, że nam po prostu jeszcze życie nie wyszło na twarz i na czyny, a jej już tak. Ale- zawahała się i dokończyła szeptem- ale wszyscy cierpimy tu na samotność, dziecinność i nienawiść.
– I to jeszcze jak! – podekscytowała się A. Ucieszyło ją to, co mówi i czuje ciotka. Sama miała bardzo podobne wnioski. Spojrzała na kanapę, na rzucone przez Helenę przeraźliwie smutne kozaki jej matki…
– Kim wy jesteście do cholery, że jej nigdy nie odesłaliście jej do domu, do mnie? Ile to lat ona tu koczuje?! Nie myśleliście o mnie?! O tym, co się ze mną dzieje?! Teraz jestem dorosła, samodzielna, ale dawniej?!- oddech A. nie nadążał za wyrzutami, które napierały na nią od wewnątrz. Wybuchła płaczem.
– Wiem, że masz do nas żal- powiedziała cicho Helena. Nie umiem odpowiedzieć ci na te pytania… Twoja mama zjawia się tu i zostaje. Nie mam na to głowy, nie mam serca…wybacz, nie rozumiem jej więzi z Sophie…i tego upartego nocowania tutaj, bez ciebie…Wybacz, ale nawet gdy byłaś dzieckiem, nie umiałam nic zrobić…Gdy zabierała cię tu ze sobą, było koszmarnie, bo Sophie cię atakowała, więc gdy miałaś te sześć, siedem lat- uznałam, że może nawet lepiej, że cię tu nie ciąga. Zresztą, kiedy byłaś mała, bywała tu rzadziej…
Ale masz rację, mogło dojść do nieszczęścia. Pozostawałaś bez opieki, to niewybaczalne.
Helena mówiła coraz ciszej, ale oddychała coraz głośniej. Zaczęła świszczeć. Wreszcie A. podniosła głowę i z przerażeniem przykucnęła przy skulonej z bólu ciotkce. Wytarła łzy i kapiący nos w rękaw, by nabrać tchu i krzyknąć:
– Ja nie mogę! A tobie co?! Co jest?! Halo!!! Powiedź coś!
– Nic, nic- mówiąc to, Helena podskoczyła jak piłka do góry i z siną twarzą postanowiła siłą utrzymać się w pionie.
– Chwila zwątpienia, nic więcej- oświadczyła rzeczowo i powściągnęła samą siebie tak bardzo, aż A. miała wrażenie, że słyszy te sznurujące się w ciotce, wewnętrzne gorsety emocji.
– Dobra, to ja wezmę płaszcz i swoje kozaki- surowo relacjonowała Helena. – Zbieraj się- rzuciła chłodno. – Dzwonię po pana Jasia. Pojedziemy do Twojej mamy- oświadczyła znikając w drzwiach potężnej szafy i odcinając jakąkolwiek szansę na dalszą rozmowę o zajściu, na którym została przyłapana.
Nie pozostało nic innego, jak pójść za tym, co było możliwe. Z trudem zebrała się siłą z fotela. Sięgnęła na kanapę po ubrania swojej mamy. Wysłuchawszy zwięzłej, telefonicznej rozmowy Heleny z panem Jasiem, ruszyła za ciotką przed wielkie lustro w korytarzu i zaproponowała znieczulający temat. Mimo sporadycznych kontaktów z rodziną matki, nie było dla niej tajemnicą, że nawiązanie do jakiejkolwiek książki historycznej- odeśle je na teren bezpieczny, ukochany przez ciotkę.
I tak było.
Helena pozostawała blada i oddychała boleśnie. Nienaturalnie i nazbyt uważnie kontrolowała kłujące wdechy i otumaniające ją wydechy.
A. dostrzegała to, jednak zdała sobie sprawę, że musi odpuścić. Jej samej kręciło się trochę w głowie ze zmęczenia emocjami. Ciotka, niczym tonący uchwyciła się Elżbiety Tudor jak ostatniej deski ratunku i podjęła się dyskusji o tejże królowej całą sobą!
Nie zauważyły nawet kiedy to opatulone od stóp do głów wsiadły do rozgrzanego już samochodu pana Jasia.
Obie zajęły miejsca z tyłu. Poza przywitaniem nie wchodziły z nim w rozmowę. Przez telefon dostał instrukcje, gdzie i po co jadą. Staruszek spojrzał z czułością w okna warsztatu Sophie, po czym bez żalu oddał się swoim rozmyślaniom i ruszył. Tymczasem Helena wystrzeliwała z siebie spostrzeżenia na temat Elżbiety, którą z błyskiem w oku nazywała Królową Dziewicą.
Mogłoby się wydawać, że temat świszczącego oddechu i bólu w klatce Heleny- niknie. Mało tego, że topnieje także historia Mary, którą jadą odwiedzić w szpitalu psychiatrycznym na oddziale schizofrenii…, jak gdyby leżała na rutynowych badaniach…
To prawda, że oddech Heleny uspokajał się z czasem. To prawda, że w szpitalu na pewno już opanowano w znacznym stopniu stan Mary. To prawda, że Sophie nie jest do cna obojętna. Helena spodziewała się, że matka podsłuchiwała jej ożywioną dyskusję z A. -przed lustrem, na chwilę przed ich wyjściem.
To prawda. Sophie także zza zasłony śledziła, jak odjeżdżają na spotkanie Emki… jej najstarsza córka i znienawidzona, pfu, wnuczka!
Zauważyła, że Jaś spojrzał w jej stronę i chyba zauważył, bo uśmiechnął się ciepło.
Pojechali.
Głaszcząc Lulę, staruszka nie umiała powstrzymać łez. Upadła na kolana pośrodku warsztatu i uderzyła czołem w drewniane deski podłogi.
– Boże, kazałeś mi modlić się za wrogów- szlochała – a oto moje dzieci są mi wrogami… Zhańbiły ten dom, rozumiesz?! Wypuściłam na świat nieboskie stworzenia! Potwory, straszydła ludzkie! – krzyczała, walcząc z załamującym się w płaczu głosem- Za który grzech mnie tak karzesz?! Daj mi siłę przyjąć to beznadziejne COŚ z powrotem do domu… Albo pozwól jej tam zostać, wśród obłąkanych! Niech się już nie błąka po moim domu i okolicznych polach!
Tym razem Bóg nie szukał oczu Sophie. Odwrócił wzrok od jej próśb, a w okna domu uderzyła kolejna śnieżyca.
Żadna z bolesnych spraw nie znikła. I nie udało Sophie zmanipulować Boga, że jest inaczej. Gdy do niej to dotarło, wróciła do normalnego życia. Zapomniała o piwnicy i upiekła chałkę w nadziei, że Jaś zajdzie na kawę odwożąc Helenę do domu.