„O świcie najesz się strachu, bo serce masz jak kurek na dachu!”

Ciocia Mara nadal nawiedzała nas z uporem maniaka. Coraz częściej jednak korzystała z autobusu, toteż zachodziła na posesję oficjalną drogą i zjawiała się raczej późnymi popołudniami. Po wypełnieniu wszystkich obowiązków służbowych, przywdziana w coraz bardziej stonowane stroje- przypominała wczesny, zimowy wieczór. Zrezygnowała z makijażu, perfum i kremu do rąk, co było boleśnie zauważalne, gdyż zarówno jako pielęgniarka, jak i sprzątaczka- bez przerwy narażała dłonie na kontakt z detergentami i wodą.

Przystawałam ze wstrzymanym oddechem, gdy przypadkiem wychwyciłam, że rozdrapuje swędzące, podkrwawione plamki między szczupłymi palcami dłoni. Najczęściej robiła to w korytarzu, niby to przechodząc w inną część domu, ale tak naprawdę szukała chwili, by odcierpieć za swoje.

Rozkrwawić się ze sobą i światem.

Ostatnimi czasy naprawdę trudno było w niej dostrzec coś urzekającego, a ja, choć nie miałam dla niej ciepła- umiałam dotąd docenić jej szyk.

Teraz odnosiłam wrażenie, że pozostał jedynie jego szkic. Szarości i czernie, które spowijały ciało cioci M. zdawały się być jej własną, początkową wersją, na której onegdaj, niczym pajęczyna, tkała się sieć dostrojonych z jej urodą dodatków, zapachów i szminek.

Z nieodgadnionego dla mnie powodu, ciocia jednak wstrzymywała się w surowej wersji siebie od kilku tygodni.

Stała się markotna i snuła się z cicha między piętrami domu, jakby nagle postanowiła w pełni wypełnić słowiańską misję swojego imienia. Nie dokańczała zdań i chyba także myśli. Patrzyła w nas przenikliwie, jakby nasze oczy mieściły się na końcu potężnego tunelu i należało wytężyć wzrok, by się z nimi spotkać. Co więcej, znikała na długie godziny w piwnicy, w dawnym, letnim pokoju dziadka.

Po śmierci dziadka, pomieszczenie to bezwiednie zaczęło służyć naszym skrywanym żałobom. Stało się tak bez wcześniejszych ustaleń, zupełnie jakby nagle zwolniło się miejsce, na które wszyscy czekali niecierpliwie, nie wiedząc co począć ze swoim podskórnym smutkiem. Nikt z nas nie próbował, wzorem dziadka, wykorzystać go do odzyskiwania sił w przerwach tworzenia, czytania, nauki…

Myśmy tu już tylko płakali za tym co utracone. Za tym, czego nie zdołamy nigdy odbudować.

Od czasu do czasu, któryś z domowników sięgał po kluczyk figurujący na niewielkiej półeczce zawieszonej od początku świata, nad drzwiami prowadzącymi do piwnicy. Znikało się tamtędy w TAK WYJĄTKOWY SPOSÓB, że reszta mieszkańców domu, choć niezgodna w tysiącu innych spraw- tutaj bez ociągania przestrzegała etykiety żałobnej.

Nikt nie komentował i nie przerywał procesu toczącego się za zamkniętymi drzwiami piwnicznego pokoiku.

Jedynie babcia czasem droczyła się z ciocią mówiąc, że „Helenka znów idzie gadać z ojcem.”

Bo trzeba przyznać, że cioci Helence zdarzało się oddawać żałobie w ostatnim czasie, bardzo często. Niemal przestała z nami przebywać i rozmawiać. Znikała w książkach, w cieniu swojego saloniku i fotela- była niedostępna.

Co zaś tyczyło się cioci M., Sophie wzdychała z teatralną ulgą, że „to lepsze zło” bo przynajmniej Emka nie plącze się jej po mieszkaniu, tylko siedzi w piwnicy. Coraz lepiej rozpoznawałam w oświadczeniach babci emfazę, której, według jej pragnień, mieliśmy zawsze dać wiarę. Ja nie dawałam. Spostrzegłam kiedyś, że babcia schodzi po cichu do piwnicy i próbuje nasłuchiwać zza drzwi pokoiku dziadka- co też może się tam dziać z ciocią M…

Nigdy jednak nie zastukała ani nie próbowała uchylać drzwi.

Nie wiedzieć kiedy, w temacie cioci Mary przywdzialiśmy strategię podobną do tej, która od lat obowiązywała wobec mojej mamy. Przyroda odnotowuje tak wiele wypadków ewolucji w obrębie gatunku. Cóż więc dziwnego, że i my ulegliśmy jej możliwościom? Nauczyliśmy się poruszać w granicach dostępnych naszym zasobom emocjonalnym, fizycznym i społecznym. W praktyce oznaczało to, że wiedliśmy swoje życie na bagnie, w które lada dzień mogliśmy wpaść bezpowrotnie.

Nie widzieć- to nie znaczy nie wiedzieć. Często to oznacza raczej przeczuwanie czegoś, z czym nie sposób się zmierzyć i odsuwanie tego od siebie możliwie jak najdalej.

Tak. Niemożność pomyślenia o czymś nie jest tym samym co obojętność. Przecież powody, dla których nie sposób pozwolić myśli popłynąć a oczom rozejrzeć się odważnie- mogą być bardzo różne.

Nie widzieć -może oznaczać być ślepym od strachu, głuchym od ograniczeń, których się sobie nie wybrało.

Czy można więc nazwać nas nierozsądnymi, nieczułymi?

Nie widzieliśmy cioci- patrząc na nią. Nie dokańczaliśmy swoich myśli w czasie, gdy jej myśli także nie dojrzewały na tyle, by mogły brać za siebie odpowiedzialność.

Po naszym domu raczkował prawdziwy sierociniec dziecięcych skojarzeń, lęków i braków.

Próżno było szukać wśród nas dorosłych.
Jedynie może w postaci pani Basi, pomocy kuchennej i pana Jasia, ogrodnika. Ale oni mogli co najwyżej przemycić okruchy swojej pomocy. Domem rządziły przecież duchy pamięci, co to za życia dziadka cięły jego zmarszczki nożem- pogłębiając w jego ciele ślady po czasie.  

Przechodzenie do ułudy porządku nad zachowaniami cioci Emki wiele nas kosztowało. Nie miałam wglądu w to, co drążyło mnie od wewnątrz, tak jak nie mieli go wszyscy pozostali wokół mnie- niezależnie od wieku i doświadczeń.

Na zewnątrz jakoś to szło.

Kładłam się, wstawałam, uczyłam się, beznamiętnie odtwarzałam na instrumentach to, co należało przećwiczyć- i wcale nierzadko przypływała do mnie myśl, że w weekendy ciocia przesiaduje sama w piwnicy, dwie kondygnacje pode mną. Może nawet bez wody… bez kromki chleba…

Nigdy jednak nie zaszłam do niej.

W poniedziałki, całym domem, solidarnie doznawaliśmy niemej ulgi. Niemej, bo nie wypowiedzianej na głos przez nikogo z nas.

Była to jednak ulga tak cicha, jak namacalna. Nie padały słowa, ale każdy mógł odczytać ją w szeregu zachowań i gestów pozostałych domowników.

Z ukojeniem wypuszczaliśmy zlęknione oddechy.

W tamtych dnia pozwalałam skutecznie się przyciągać. Nie tylko emocjonalnemu kołtunowi, który szarpał moim ciałem w związku z delikatnym kochaniem się z X. co noc. Nade wszystko także każdą emocją krążyłam w orbitach mojego choreńkiego chłopca. Najczęściej oddawałam Bogu gniew niedowierzania, że to właśnie X. spotkała tak ciężka choroba. Jednocześnie odczuwałam wdzięczność za to, że jakimś splotem cudów- spędzamy czas w moim domu, razem.

W moim domu- pełnym niebezpiecznych głów i rąk…

A jednak ten dom stał się dla nas azylem.

Nawet w tak ciężkim i jednocześnie słodkim dla nas czasie, gdy wzywałam do porządku jedynego Boga na niebie, by móc znieść napływające zewsząd cierpienie X.- dotarł do mnie ten głuchoniemy język naszej rodziny. Nie tylko dotarł, ale nauczyłam się go biegle.

Jedyny w swoim rodzaju- język opisujący rzeczywistość, a jednocześnie chroniący nas przed nią.

Moje dni zamykały się w pewien cykl. Był on zarazem zwieńczeniem tygodnia, jak i początkiem nowego.

Każdego powszedniego dnia, o świcie parzyłam dla siebie mocną kawę- z zamiarem zabrania jej do pokoju. Zyskiwałam dla siebie trochę czasu, zanim trzeba było pomóc mojemu chłopcu zebrać siły do kąpieli i śniadania. Jego poranny, mocny, polekowy sen dawał mi także szansę na smutek, którego nie umiałam pokazać, gdy X. otwierał oczy. Tak więc- od poniedziałku do piątku, najpierwszą i najczujniejszą potrzebą, zaraz po wsłuchaniu się klatkę piersiową X.i uspokojeniu się, że jego oddech nadal ze mną jest- było wyglądanie w kuchennym oknie cioci M.

W dni pracujące- jak dotąd niezmiennie opuszczała naszą wieś i zmierzała do ośrodka zdrowia oddalonego o jeden park z legendarną wampirzycą i kilka kilometrów zasypanego śniegiem rowu wzdłuż głównej drogi.  

Zamykała za sobą dom i ogrodzenie na klucz, gdy stare zegary w całym domu wybijały piątą. W ciszy żegnała ją Lula- przyglądająca się jej zza uchylonych minimalnie drzwi warsztatu i zasłony porannego półcienia.  

W skostniałych z ponocnego mrozu szarościach, szła żwawym krokiem nie rozglądając się wokół- niby zahipnotyzowana. Namaszczona wiejską latarnią- zmierzała w stronę przystanku PKS równo odmierzonymi krokami.

Skoro wybiera się do pracy… – wyliczałam sobie w myślach- to znaczy, że jest w stanie pamiętać kim jest, gdzie pracuje i jakie ma zobowiązania wobec tego świata…

Nie spędzałam wówczas zbyt wiele czasu z Sophie. Był to czas, gdy moje ciało i umysł trwały w niełatwej symbiozie z umysłem i ciałem X. Byliśmy syjamskimi bliźniakami o pozornie odrębnych postaciach. Wyczuliliśmy się na siebie fizycznie, a nasze myśli zaczęły już karmić się sobą naprzemiennie. Nawet więc, gdy przelotem pojawiałam się na babcinej drodze, reprezentowałam także mojego chłopca. A on nie był mile widziany. „Goldbergowskie zakłamanie” – mamrotała pod nosem zasłyszawszy nas śmiejących się przez łzy przy trudach wspinaczki schodami na górę. Ja- udająca, że mam siłę podtrzymywać X. i on odgrywający silnego…

Toleruję – mawiała o nas Sophie do skrępowanego niezręczną sytuacją pana Jasia- ale serca nie marnuję! Raz jeszcze powtarzam: toleruję, ale serca nie marnuję!

Pan Jaś, gwoli ścisłości, dopytywał o nas z troską. Ale także on gubił się w nastrojach opanowujących naszych domowników. Zdecydowanie łatwiej mu było poddać się miłości, która nie pozwalała pouczać Sophie.

Co zaś do cioci Mary- utworzył się między nami cały system porozumień i symboli.

Z afektowanych spojrzeń babci, krótkich westchnień cioci Helenki i częstych trosk pana Jasia- z łatwością odczytywałam kojący wszystkie głowy komunikat, który to mógł brzmieć mniej więcej tak: „na szczęście poszła do pracy, a skoro poszła, to i nie jest z nią tak źle…”

Nauczyłam się nasłuchiwać duchów niepokoju, jeszcze dzięki dziadkowi. To właśnie one zjawiały się, gdy bezradnie wymienialiśmy między sobą spojrzenia i akrobację min i gestów na temat cioci M.

To one pomagały nam zjednoczyć się bez słów. Niepokój przecież ma oczy i uszy otwarte na wszystko, co wokół… Byliśmy przez nie uzdolnieni, by zauważać- choć nie wyrażać.

Sophie była wściekła i pomstowała na Marę unosząc ręce do góry i szepcząc z obrzydzeniem jej imię przed Bogiem- ale nie dowierzałam, że poza złością na ciocię M. nie czuje nic innego. Z kolei Helenka obudowała się szybą. Wiedziałam, że także czasem spogląda z niepokojem w stronę piwnicy. Robiła to na wpół obecna, nie opuszczając nieoświetlonego przeźrocza zasłaniającego jej twarz. Raz czy dwa wyjrzała zza siebie i zagadnęła mnie w przejściu, ale zdarzało się to tak rzadko, że odwykłam zupełnie od rozmów z nią. Poza tym- czułam, że nie powinnam próbować przebijać się przez jej nieobecność, bo nie ma szans na to, by w tym czasie przywrócić ciocię światu.

Musiało się w niej coś wydarzyć. Musiało wydarzyć się w niej do końca.   

Potrzebowała tego, było to dla mnie jasne. Wydawało się, że bierze głęboki oddech, gdy może wreszcie zamknąć za sobą drzwi mieszkania i pozwolić, by fotel, na którym czytała – porwał ją do świata dawnych władców i krain historycznych.  Ten rodzaj emocjonalnych szyb zamykał ją na nas. Wypowiadała coraz mniej słów i zdecydowanie mniej się poruszała. Miałam takie wyobrażenie, że większość dnia spędza w fotelu.

Zajmowałam się X. Modliłam się z żalem zdzierając paznokciami skórę z ud, co z niepokojem oglądał mój chłopiec. – Robisz sobie krzywdę, Noe. To bardzo mnie smuci. Nie rób tego choćby ze względu na mnie- prosił poruszony.

Nie radziłam sobie ze sobą. Odczuwałam coraz większe napięcie. Nie tylko z powodu X., ale też skrywanej przed nim tęsknoty za Zacharym. Czasem o świcie miałam nadzieję, że wejdę do saloniku mamy, stanę przy telefonie, a on wyda z siebie cichy dźwięk. Odbiorę natychmiast i usłyszę rozespanego, ale radosnego Zacha.

I spłynie na mnie ulga.

Tego ranka wstałam zwyczajowo chwilę po czwartej. Wzięłam szybką kąpiel i parząc kawę wypatrywałam cioci Mary w kuchennym oknie. Gdy tylko pokazała się za szybą, poczułam, że w tym samym momencie- także ja zostałam dostrzeżona.

Namierzył mnie przenikliwy wzrok duchów niepokoju. Otoczyły mnie sobą skutecznie, bo po chwili już huśtały mi się na kończynach, ale i wyostrzyły mi wzrok- jak u zwierzyny łownej.

Zbliżyłam się do okna tak jak to tylko było możliwe. Wytężyłam wzrok.

O nie! Ciocia idzie przed siebie pewnym krokiem, ale zupełnie bosa! Bez kozaczków, bez rajstop!

Zbiegłam na dwór w koszulce, sztruksowych spodniach i kapciach. Gbałam z całych sił nie patrząc za siebie. Musiałam zostawić otwarte drzwi wejściowe, bo lada chwila wyprzedziła mnie Lula poszczekując na ciocię.

Wyprzedziła ją na kilka metrów, po czym zawracając silnie rozpędzona skierowała się ku niej.

Powaliła ją!

Mądra suka! Trzeba przyznać, że zrobiła to zdecydowanie, ale ostrożnie. Ciocia po części sama położyła się pod jej naporem- na plecy.

Mądra Lula! -wykrzyczałam z zachwytem i ulgą. Jednocześnie poczułam jak połknięty mróz pokaleczył mi gardło.

Gdy dobiegłam, ciocia z dłońmi na twarzy mamrotała coś do siebie i na oślep raz jedną dłonią, raz drugą- próbowała odpędzić psa.

Przykucnęłam na niestabilnych nogach.

– Ciociu, to ja, Noe. Co się stało? Nie masz butów…

– Gówno ci do moich butów! Uwolnij mnie od tego okropnego sierściucha!- pojękiwała Mara.

Z okolic naszego domu ryknął wściekły głos babci.

– Natychmiast biegnij dzwonić po pogotowie, Noe! Ja już idę do tej sekutnicy! Lula nie da jej się ruszyć! No, pilnuj Lula, pilnuj! – krzyczała ostrożnie stąpając po oblodzonej drodze. Jedyna tutaj w pełni ubrana- pomyślałam mijając babcię bez słowa.

Wbiegłam do salonu, chwyciłam za słuchawkę i zanim wystukałam numer, usłyszałam czyjś oddech, potem załamujący się głos.

– Halo? To ty Noe? Jak to możliwe, że tak szybko odebrałaś?

– Ja? – zapytałam- ano tak, to ja. A tam kto? – motałam się mając w głowie misję: pogotowie.

– Zachary, głupiutka! Słuchaj…

– Wiesz, nie teraz, muszę zadzwonić na pogotowie! – rzuciłam słuchawkę i zrobiłam, co zapowiedziałam.

Zbiegłam do babci, nadal nieubrana. Prowadziła ciocię M. za rękę do domu. Lula z nosem przy ciocinych kolanach- szła, warcząc cicho, ale z dominacją.

Gdy godzinę później pogotowie zabierało zrezygnowaną ciocię M. wszyscy czuliśmy ulgę, że wrzód jej niepokojących zachowań pękł.

Lamentowała tylko Sophie: bo toż to hańba, bo wstyd przed Bogiem. Bo w tym domu nie słychać słów modlitwy i to jest kara na nas!

Za ciocią Marą nie pojechał nikt z domowników. Helenka zapytała tylko, jak długo może trwać hospitalizacja i gdzie konkretnie zabierają jej siostrę. Zdziwieni pielęgniarze odpowiedzieli zdawkowo, nie dowierzając zobojętnieniu, które zalało nas wszystkich na widok wprowadzanej do karetki w kaftanie bezpieczeństwa cioci Mary. Była zupełnie spokojna, patrzyła przed siebie i zapewniała: zabiję was, zamorduję na śnie. Wszystkich was uchronię przed złem tego świata. Dajcie się tylko zabić, dajcie się tylko…

Zdezorientowany, mocno zaspany X. zszedł opatulony w koc i próbował mnie objąć, a potem zabrać do domu. Nie pozwoliłam mu się przytulać. Szłam z nim, pomagałam jak mogłam na schodach. Ale myślałam tylko o tym, czy Zachary zadzwoni jeszcze raz…

Zdaniem mojego taty; każdy powinien przeżywać żałobę w swoim pokoju. Tak właśnie zrobiliśmy. Zasnęłam, gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki. Obudził mnie huk rozbijanych kubków o ścianę.