„Słodka jest beza i czarne oczy, gdy los ku ruinie się toczy”

Tego dnia niebo stacjonowało nad miasteczkiem w pełnym rynsztunku i gotowości. Dlatego też, gdy padł odgórny rozkaz, by zacisnąć pięści i wstrzymać opady śniegu- w mgnieniu oka zrobiło się przejrzyście i cicho.
Mróz wyostrzył widoczność i podrasował kontury. Co wnikliwsi odnotowali, że wreszcie słyszą własny oddech i kroki stawiane na zmarzniętym śniegu. Przeciągające się opady zdążyły przyzwyczaić ludzi, zwierzęta i drzemiącą roślinność do nieodłącznego szmerku w tle codzienności.

Tymczasem zaciśnięte pięści niebiańskie trwały w wypełnianiu rozkazu, wpuszczając tym samym nieco więcej ciszy w życie tych, co, jak pani Czesława, każdego dnia spotykają swoje stopy z ziemią.

Wjechała na rynek. Pochyliły się nad nią ustawione w krąg kamienice. Przystrojone w spódnice półcieni i arkad, od setek lat- zebrane niby w koleżeńskim wianuszku plotkujących dam- wyczekiwały powrotu swojej świetności. Pani Czesława z uznaniem spojrzała na świeżo odnowione budynki. W pastelach prezentowały się owszem, przyjemnie, ale zupełnie straciły swój szlachetny, zaprzeszły wyraz. Zupełnie jak kobieta odmłodzona na tyle, że nie sposób już odnaleźć w jej twarzy odcisku pozostawionego przez unikalną, przypisaną na wyłączność ozdobę, którą to jest jej osobisty los.

No nic- westchnęła i czujnym okiem prześledziła nitkę dobrze dziś zagospodarowanych, przychodnikowych parkingów. Na jej oczach, szczęśliwie, zwalniało się miejsce. Starszy mężczyzna wrzucił pękate torby zakupów na tylne siedzenie, po czym zdecydowanie wycofał i skierował się ku jednej z dróżek wyciekających z rynku na obrzeża miasteczka. Machnął jej, że droga wolna. Był mocno skupiony na obrazach przesuwających się w dalekiej głębi jego głowy. Udawał, że widzi coś więcej niż kleksy barw na swojej drodze. Tak naprawdę nie zamierzał wychylać się z samego siebie po to, by przypatrzeć się parkującej kobiecie.

Odnotowała to boleśnie, choć do tej chwili nie znali się nawet z widzenia.
Dlaczego na nią nie spojrzał? Czy stała się już niewidzialna dla mężczyzn? Kiedy to nastąpiło? Czy miała napisane gdzieś nad brwiami, że utknęła na amen w wiejskim gospodarstwie?

Na domiar wszystkiego, ich dom stał za dużą bramą i naprawdę solidnym murem- zamiast ogrodzenia. Drzwi wejściowe i ważniejsze okna były skierowane w stronę podwórka. Żeby dostać się do domu, należało iść prosto przez pełną chwilę od bramy wjazdowej i w pewnym momencie wziąć solidny zakręt.
Jeszcze Niemcy tak to sobie wymyślili…Ustronnie, zacisznie. To nie był dom typu: „nasze drzwi widać z ulicy, stoją przed wami otworem!”. Przeciwnie, ktoś, kto wizytował u nich pierwszy raz, zwykle miał spory kłopot z odnalezieniem odpowiednich drzwi.
Budynek miał kilka ślepych zaułków. Wszystkie spiżarki miały wejścia od wewnątrz a każda para drzwi, dla porządku, była w tym samym stylu.

Tak już zostało po poprzednikach. Nie było powodu burzyć…

Widać, przesiąkła tym zaciszem.
Czy tak długo ukrywała się przed światem, że stała się dla niego nieczytelna? Może Beatka miała rację, że pojęcia z ojcem nie mają, jak się teraz żyje…

Gdy już udało się jej w miarę sprawnie wsunąć między ściśnięte pojazdy, zgasiła silnik i usłyszała swój własny, bolesny jęk. Odrywając ręce od kierownicy, zrzuciła z barek potężne napięcie. Mięśnie karku i ramion odpowiedziały jej wściekłym bólem. Wzięła głęboki wdech, potem wydech i przyjrzała się trzęsącym się dłoniom i kolanom. Przez dwadzieścia pięć minut śnieżnej drogi, utrzymywało się w niej to nieznośne uczucie. Wzbraniała się, nie chcąc nazwać go lękiem. Włożyła sporo sił, by w oblodzonej, zaśnieżonej drodze nie widzieć wyobrażonych śladów sarnich kopyt.
Co ze mną, do cholery…?!

Nie było ich, a jednak wszędzie były! Im mocniej tłamsiła swoje widzenie, tym ostrzej widziała to, co niewidzialne!
Jakim cudem- zastanawiała się na głos- to zwierzę zniknęło bez śladu? Czy to możliwe, że zachowywało się tak dziwnie, jak to zapamiętała? Ale jeśli tak- co mogło mu dolegać, że tak przeraźliwie wgapiało się w nią? Czy jej auto mogło mieć jakiś specyficzny zapach? – odtwarzała na głos wszystkie zapamiętane wyjazdy poza wieś. Czy jeździli polnymi ścieżkami? A może mąż…?

Rozmyślając o dolegliwościach sarny- próbowała nie porozmawiać ze sobą wprost. Gdyby się na to zdecydowała, musiałaby przyznać, że w głębi poruszonego serca stara się nie myśleć o tym, co przede wszystkim dolega jej samej.
Ślub Beatki miał otworzyć nowe nadzieje i przynieść spokój całej rodzinie. Tymczasem nosiło ją, niepokoiło, smuciło. Jakiś prastary smutek w niej- zamiast wyciszać się na wspomnienie nowego związku córki zawartego przed Bogiem- rozrastał się i domagał uwagi.
Jakby ktoś nagle wypuścił go z podziemnego lochu i pokazał uciechy wolności.

Zgaszona dawniej obsesja rozpierała jej głowę.
Sięgnęła po torebkę i na sucho połknęła silną tabletkę na ból. Nie wiedziała jeszcze co w sobie przeczuwa, ale coś podszeptywało jej, że łatwiej było, gdy potwory trzymały się swoich jam głęboko skrytych pod ziemią. Zapomniała już przez te wszystkie lata, że z ziemi nie wstają tylko naprawdę martwi. Zakopane żywcem strachy- wracają wściekłe i żądne zemsty.

Na szczęście jeszcze wszystko było na swoim miejscu. Siedziała w zaparkowanym samochodzie, w samym rynku, rzut beretem od mnożących się namiotów, budek, straganów. Nadal wszystko jest tak jak ma być- mówiła sobie na głos i natarczywa myśl stawała się do zniesienia.
Pozostał strach, tylko nie miał chwilowo zatrzymania w niczym.

Jadąc tu obawiała się, że będzie zmuszona zostawić samochód gdzieś na obrzeżach, gdzie w dzień targu, do południa kręci się niewielu ludzi.
Nie. Nie chodziło o auto…To tylko wysłużona maszyna, nieatrakcyjna dla złodziei.

Rzecz w tym, że rynek w sobotę skupiał nie tylko handlarzy. Mieszkańcy miasteczka gnają w stronę straganów tego ranka tak samo gorliwie, jak i przyjezdni z sąsiednich wsi. Poboczne uliczki głuchną, ślepną. Nikomu nie są przez te kilka godzin potrzebne.

Czuła, że w tym stanie nie zniosłaby napastliwej ciszy wokół. Nie po nią przyjechała tutaj z opuszczonego domu. Liczyła na gwar.
Miała nadzieję, że miasteczko zaopiekuje się nią, że jakoś ją przytuli głośnymi ramionami…
OGŁUSZY.
Dlaczego przestało sypać akurat teraz?!
Panicznie bała się usłyszeć samotność ulic, na których brak ludzi… W głuchej ciszy słychać wrzeszczącą przeszłość.

Brrr. Na samą myśl przeszedł jej dreszcz po plecach.

Wewnątrz wciąż miała ten sam niepokój, który wywołało w niej spojrzenie sarny. Niby się zmniejszał, czasem znikał, ale ciągle miał ją na oku.
Jak ONA przed kilkudziesięcioma minutami.
Ta przedziwna sarna.

Spojrzała w maleńkie, kieszonkowe lustereczko. Ukradkiem podmalowała rzęsy i usta. Otworzyła drzwi i nabrała powietrza. Gdy stanęła na chodniku, pomyślała o tym, jak długo czekała na tę chwilę, naiwna. Sądziła, że to będzie coś wielkiego. Niby co takiego … Teraz stoi tu z udawanym uśmiechem, wyfiołkowaną rozpaczą.

Pospacerowała w stronę targowiska.
Tętniło życiem. Mróz prostował plecy, schładzał myśli. Jest dobrze, mówiła sobie. Pójdę spokojnym krokiem, rozejrzę się, uśmiechnę, jeśli spotkam kogoś znajomego. I pójdę dalej.

Najbardziej zainteresowały ją dywany i dywaniki. Na dużym stoisku handlował nimi śniady mężczyzna niemówiący po polsku zbyt dobrze. Podejrzewała, że pochodził z Turcji, ale nie była pewna. Często zajeżdżający tu handlarze pochodzili z Bułgarii, ale byli Turkami, a może na odwrót. W każdym razie, można było dobić targu, więcej wymagać nie trzeba było przecież. To czysty handel.

W korytarzu dobrze by zrobił stopom ciepły chodniczek- powiedziała pod nosem. Od lat planowała położyć tam coś przytulnego i jakoś się nie składało.
Przez drzwi wejściowe zawiewało od świętej Hanki pod koniec lipca, do marca kolejnego roku i rano łatwo było złapać chłód na rozgrzane nogi. A wtedy przeziębienie gotowe, zwłaszcza, że starość nie dodaje im odporności.
Więc postanowione, powiedziała sobie. Kupuje.

Skupiła się na barwach. Ciągnęło ją do nasyconej zieleni, w którą jakby uderzył pomarańczowy kleks. Piękny, żywy obraz.

Zapłaciła i udało jej się zrozumiale przekazać prośbę o przechowanie chodniczka na czas dalszych zakupów. Tak z godzinę, dwie najwyżej, bardzo bym prosiła… Nie było problemu.
Poszła dalej. Było głośno, zajmowało ją to. Przyglądała się wszystkiemu z ciekawością.
Jest dobrze, mówiła sobie. Dobrze.

Zatrzymało ją nienachalne nawoływanie sprzedawczyni kapeluszy. Duże lustra aż prosiły się, by popróbować, w czym będzie jej do twarzy. Wybór był oszałamiający. Nie tylko kolory, ale ile fasonów! Wprost nie do wymyślenia!

Miodowy, w stylu lat trzydziestych opadał aż na policzki. Naddawał jej tajemniczości, pasowałby do kilku chust, ale gdzie ona to założy?
Potrzebuje czegoś odświętnego, ale nie ekstrawaganckiego… Jest tylko wiejską gospodynią…

Podeszła do wystawki ciemnych nakryć głowy. Było ich najwięcej i zajmowały jedną z trzech ścianek przeciwdeszczowego namiotu. Sprzedawczyni wyeksponowała je bardzo rzetelnie. Na półeczkach umieściła metalowe stojaczki zakończone gąbką po to, by kapelusze mogły prezentować się w pełnej krasie- rozciągnięte na miękkim wypełniaczu.

Trzeba przyznać, że dobrze to wyglądało! Parada szarości, brązów, granatów i ciemnych zieleni. A nade wszystko, w największej ilości: czerń wylana na rękawiczki, czepki, toczki, kapelusze, kaszkiety, bereciki, opaski i najróżniejsze czapki!
Wspaniale, imponująco! – aż chciało się wydać okrzyk z zachwytu. Zasiedziała się na wsi, to i dziwi się wszystkiemu, jak od pługa oderwana! – przypomniała sobie regularny komentarz córki pojawiający się zwykle w odpowiedzi na matczyne nieprzejednanie w jakiejś kwestii.
Beatka ma rację. Zahukałam się.

Czesława otoczyła wzrokiem tę fantastyczną feerie barw i krojów, którą roztoczyła przed nią właścicielka stoiska. Była na wskroś anonimowa, niecharakterystyczna, za to skutecznie przywoływała co kilka minut nową klientelę.

Podeszła bliżej jednej z ekspozycji, niechcący szturchając torebką jakąś niewielką postać stojącą do niej tyłem, przodem zaś do wodospadu ciemnych szali ułożonych na zakładkę. Postać ściągnęła łopatki. Poza tym nie zareagowała. Pani Czesława zwróciła uwagę na jej piękny, granatowy kapelusz, dobrany przemyślanie do -o odcień jaśniejszego- płaszcza.
To nie są ubrania zakupione na takim targu jak ten- powiedziała sobie w duchu. – Choć i te tutaj- dodała- nie są ani tanie, ani pospolite.

– O, przepraszam najmocniej- rzuciła już na głos i nie przewidując szansy na kontakt z poszkodowaną, zwróciła się ku kapeluszowi, który wołał ją z daleka rozłożystym, ciemnym rondem.

Tym razem zdjęła rękawiczki i wrzuciła je do torebki uwalniając dłonie. Ujęła kapelusz i już chciała nałożyć go sobie na głowę i odruchowo przykucnąć przed lustrem, by rzucić okiem jak to eleganckie cudo prezentuje się z góry, kiedy to niespodziewanie poczuła opór w kolanie.

Przeszkoda nie niosła ze sobą bólu. Nic jej też nie strzyknęło, nie przeskoczyło, jak to bywa przy temu podobnych sytuacjach. Opór był miękki, zimny i wilgotny. Wbił się w jej kolano i wreszcie wyjaśnił swoje zamiary przewlekłym warczeniem.

Zastygła. Nie była pewna, czy nie jest to doświadczenie podobne do tego z sarną. Nie miała jasności, czy to dzieje się naprawdę i czy powinna pokazać po sobie jakiekolwiek zaniepokojenie. Najchętniej ulotniłaby się stąd niepostrzeżenie, darując sobie rozstrzyganie, czy od samego rana prześladuje ją nie tylko smutek, ale i szaleństwo.
No bo co, do cholery? Najpierw sarna, a teraz co? Może wilk?! Dobre sobie. Co ze mną?!
Stała bez ruchu, gotowa wyrzucać sobie niedorzeczność w nieskończoność.

– Niech się pani nie boi- usłyszała zza siebie cichy, ale zdecydowany głos. Postanowiła poczekać, by upewnić się, że nie zacznie rozmawiać ze zjawą.

– No- tym razem wybrzmiało zdecydowanie – Lula, dajże spokój! Nie poznajesz? To przecież pani Czesława! Znasz już ten zapach przecież! Daj spokój, no!

Poczuła ulgę w kolanie. Odwróciła się na drżących nogach. Pani Sophie we własnej osobie! To by pasowało! Ten płaszcz i kapelusz jak spod igiełki krawca E., no przecież! Nie poznała jej od tyłu, a przecież mogła się domyślić! Daleko szukać drugiej pani Sophie…

Uśmiechnęła się odruchowo. Krawcowa E., jak to tytułowali ją na wsi, był to widok zawsze zobowiązujący, aczkolwiek często też miły. A już na pewno w tym jednym zawsze bezpieczny- nie groził rozpuszczoną złośliwie plotką. Staruszka bowiem rzadko wchodziła w inne niż służbowe relacje z ludźmi spoza jej rodziny. Co najwyżej, można było spodziewać się jakiejś kurtuazji, od święta większej uprzejmości z jej ust. Zdecydowanie jednak nie zajmowało ją przekazywanie informacji w celu wzniecania taniej sensacji.
Pani Czesława, jak wiele innych osób, mimo doświadczeń z panią Sophie rozmaitych- szczerze doceniała nieplotkowalność krawcowej E.
Ale trzeba powiedzieć sobie to szczerze; ta starowinka zdawała się nikogo nie potrzebować i o nikogo nie zabiegać. Z trzema wyjątkami: pan Jaś- jej ogrodnik i złota rączka, jej najmłodsze dziecko, psia jego mać- pan Ilia i ta oto suka- Luna.

– Nie ma co się peszyć- uśmiech przeleciał szybko, ale zauważalnie przez surową twarz staruszki. – Ja też pani nie poznałam od razu- dodała- A mogłam, bo mało która kobieta ma tak postawne i mocne ciało jak pani! Cios torebką niczego sobie! – żartowała odsłaniając nawet kilka ząbków.

Pani Czesława wiedziała od jakiegoś czasu, że to nie są złośliwości. No, może okruch poczucia humoru starszej pani. Jednak, gdy odbierała ostateczną wersję sukienki i żakietu szytego specjalnie na wesele Beatki, krawcowa wyjaśniła jej- między innymi wskazówkami co do prania i prasowania stroju- że chciałaby mieć taką sylwetkę, w której można poczuć się znacznie pewniej. Do tego- jak dodała szepcząc tajemniczo- wszystko lepiej leży na osobie wysokiej, pełnej i proporcjonalnej. A Pani, pomimo wieku, jest bardzo sprawiedliwie rozłożona wzdłuż kręgosłupa- chwaliła klientkę. Musi pani tylko pilnować, by ubranie nie było zbyt luźne ani zbyt przyległe. Im swobodniejsze ma pani ruchy, tym wyraźniej widać jak korzystną ma pani sylwetkę- podsumowała.

Pani Czesława zarumieniła się nieco nie tylko na wspomnienie dawnych komplementów.
– Przyznam, że Lula napędziła mi strachu…

– Tak, zauważyłam pani spięcie. Najmocniej przepraszam. Bo ja, widzi pani, jestem tu z synem…- zawahała się nieznacznie, ale odczuwalnie i szybko dokleiła resztę słów- tak wyszło, że przyjechał i ma na mieście kilka rzeczy do załatwienia. Koniecznie chciał, ażebym przyjechała z nim… więc się zebrałam, wyjątkowo, w sobotę, no wie pani… A teraz błąkamy się z Lulą same, bo przepadł. A pani? Co panią sprowadza na to kuriozalne zbiegowisko handlarzy?

Sophie starała się przemycić temat najmłodszego dziecka tak, jak gdyby obecność kręcącego się gdzieś w pobliżu pana Ilii, była dla Czesławy mniej więcej tym samym, co reszta przytoczonych informacji.

Rzecz oczywista- nie udało się Sophie oszukać siebie, a tym bardziej, nie mogło udać się jakiekolwiek uśpienie, tak uwrażliwionej dziś głowy pani Czesławy.

– Ja tak po prostu- odpowiedziała zgaszonym tonem Pani Czesława- dawno nie miałam okazji wybrać się na spokojnie na zakupy, takie dla siebie tylko… nie wiem, czy wie pani o czym mówię.

– Jasne, że wiem- staruszka przytaknęła z wyrozumiałością- większość życia noszę swoje dzieci na plecach, jak samica oposa- zaśmiała się oczami, licząc na wzajemność.

Chciałoby się wrzasnąć, że nic nie obchodzi ją ten podły syn pani Sophie, że nie chce za nic go tu spotkać!!! Ale poczuła dziś bardzo mocno; właśnie teraz, pod namiotem damskiej galanterii, że spotkały się tu z panią Sophie jako matki, niemniej zaniepokojone i samotne.
Kochające, więc bezradne.
Postarała się, ażeby z podobnym zaangażowaniem jak ta elegancka staruszka, po prostu trzymać rytm i fason rozmowy. Odpowiedziała szczerym rozbawieniem na pojawienie się oposa w konwersacji.

Lula stała grzecznie przy nodze swojej pani, od czasu do czasu wąchała powietrze. Kręciło się tu mnóstwo ludzi, z przynajmniej kilku krajów.

– A wie pani- ciągnęła Sophie- zastanawiam się, czemu moja suka tak panią obwarczała. Przecież już się znacie, a nawet polubiła panią, mam wrażenie…-Sophie wyraźnie pospacerowała po odpowiedź w głąb swojej głowy, pięknie dziś przystrojonej kapelusikiem wykończonym nad lewym uchem- broszą przedstawiającą srebrną kalię.

Nieraz patrzyła na tę starszą kobietę z podziwem, ale i zadziwieniem. Wielu dodatków, mimo, że piękne, nie odważyłaby się nigdy założyć, nawet w dzień świąteczny. Pani Sophie była odważna, ale też jakoś taka mocna, choć i słaba, co nieudolnie tuszowała ostrymi wypowiedziami. Nie wiedziała, dlaczego to robi, ale słowa popłynęły. Nie tylko one, bo chwyciła starszą panią za łokieć zgięty tak, by dawał zatrzymanie przewieszonej torebeczce.
Staruszka wzdrygnęła się, więc Lula automatycznie skupiła wzrok na dłoniach pani Czesławy. W razie potrzeby- była gotowa do obrony swojej pani, ale spokój, który przywołała do siebie Sophie, prędko uspokoił też sukę.
Ta postawna, przystojna kobieta patrzyła na kruchą, a jakoś także niezniszczalną w duchu staruszkę, mając nadzieję, że wzrok powie za nią więcej, niż słowa.

Właściwie, że powie wszystko.

– Nie zdziwiła mnie postawa Luli, nie wiem, jak to powiedzieć. Od rana mam bardzo dziwne zdarzenia…- zaczęła, nie mogąc złapać odpowiedniej narracji. Wyczuła jednak, że wzrok starszej pani wyostrzył się, że całą postacią skierowała się w stronę Czesławy- bardzo zaciekawiona tym, co może usłyszeć.

– Długo będą tak paniusie STERCZEĆ w przejściu i trajkotać?! Ja TEŻ chcę popatrzeć, ejże!!!- jakaś prostacka baba zajazgotała odpychająco. Nie dość, że pluła na metr, to wepchnęła się między nie i niby oglądając wyposażenie stoiska- łapczywie nasłuchiwała.

Ach… no tak! Już wiem skąd ją znam…- szepnęła Czesława- To przecież kucharka proboszcza ze wsi, z której wywodził się Robert Kowalik, mąż Beatki!

Sophie ani myślała rozważać kim jest babsztyl. Rzuciła w babę kilka sztyletów spod powiek, następnie chwyciła panią Czesławę za rękę jak własne dziecko i wyciągnęła poza namiot.
Kiedy to ja zdążyłam odłożyć kapelusz i założyć na nowo rękawiczki? – zapytała siebie w duchu i pozwoliła się prowadzić pani Sophie w ustronne miejsce. Przyglądała się swojej marznącej dłoni, tak niespodziewanie mocno przytrzymywanej małą, niby dziecięcą rączką należącą do żony krawca E.

Rozczulił ją ten widok, ale i uspokoił. Zaciskające się mięśnie ramion, wijące się dotąd pod skórą niby niespokojne zaskrońce- nagle zupełnie spokorniały.

Dopiero po chwili zorientowała się, że to Lula wybrała nie tylko kierunek drogi ewakuacyjnej, ale też zdecydowała, gdzie odbędzie się dalsza rozmowa pań.

– Z psem nie można!

Jeszcze nie zamknęły za sobą drzwi, wybranej przez sukę kawiarni „U Zosi”, a już pojawił się sprzeciw. Korpulentna kelnerka próbowała z całych sił okazać swoje niezadowolenie.

– To się dobrze składa- odpowiedziała zupełnie spokojna Sophie zamykając za sobą drzwi ostentacyjnie i wybierając stolik blisko lady- bo to nie pies, tylko suka.

Puściła dłoń Pani Czesławy i wskazała jej krzesło. Lula ułożyła się u stóp. Obie rozsiadły się wygodnie.

– Ależ proszę pani! – rozemocjonowała się kelnerka- bo zadzwonię do właściciela!

– Mam nadzieję- zaśmiała się Sophie przeglądając kartę deserów- bo to mój dobry znajomy! Z radością przyjrzę się jak wylatujesz stąd, niemiluchu!- chichotała, pokazując Pani Czesławie co ciekawsze pozycje.

– Może to? Hmmm? Ma pani ochotę? Ja stawiam! Niech będzie to za naszą dobrą współpracę przy ostatnim obszywaniu! – zachęcała.

– Niech będzie- odpowiadała lekko zdezorientowana, ale zupełnie bezpieczna w tym towarzystwie, Pani Czesława. – Wezmę bezę i czarną kawę, dziękuję.

Nie przywykła do kaw z koleżankami na mieście, a tym bardziej z tak nietuzinkową znajomą, jaką jest niewątpliwie krawcowa E. Ale trzeba było przyznać tej mikroosóbce z charakterem, że naprawdę ciężko było o lepszego towarzysza niedoli. Nawet w tych przepychankach kawiarnianych- czuła się jak małe lwiątko, absolutnie bezpieczne przy swojej walecznej matce.

– Niech się pani nie stresuje, ta grubaśnica nigdzie nie zadzwoni. Nie wyproszą nas, to dziewczę zorientowało się, że nie żartuję. Zaraz podejdzie tu grzecznie i przyjmie zamówienie, obiecuję pani – zapewniła Sophie i spojrzała w oczy swojej rozmówczyni z radością, ale i chochlikiem.

Nie potrafiła ukryć frajdy jaką sprawił jej tan pokaz siły.
Co obiecała, to szybko się spełniło. Zamówienie zostało przyjęte w NAD WYRAZ miłej atmosferze i gdy tylko beza, chałka i kawy znalazły się na stoliku- pani Czesława zapytała:

– Naprawdę zna tu pani kogoś, pani Sophie?

– Tak. To moja kawiarnia, ale formalności dopatruje mój starszy syn- wybuchła śmiechem mówiąc to. – Teraz pani rozumie, dlaczego byłam pewna, że nic nam tu nie grozi? – chichrała się, jak nastolatka.

– Tak, teraz tak! – roześmiała się pani Czesława.

– Chciałam panią przeprosić tak prywatnie…

Sophie ściszyła i zmiękczyła się do tego stopnia, że zaniepokoiła swoją sukę. Lula obudziła się i podniosła czujny łeb.

– Tak? A o czym?

– O naszych dzieciach… to wszystko poszło nie tak… czuję się winna…- szukała słów, by nie stracić tego, co udało jej się obudzić w matce Beaty, tej biednej dziewczyny…

– To już za nami, dzięki Bogu! – Pani Czesława zdusiła zaskoczenie sztucznym entuzjazmem. Niestety znowu poczuła tamten niepokój, sarnie oczy na sobie, wilczy łeb przy kolanie. Była zła na panią Sophie, że wyciąga trupy z szafy przy tak dobrym deserze.

– Otóż nie, proszę pani… Nic nie jest za nami.

Słowa Sophie były teraz ciężkie i smutne. Musiała zapytać, choć nie miała ochoty.

– Ale co ma pani na myśli, pani Sophie?

– Podejrzewam- wyszeptała Sophie, oglądając się, czy kelnerka nie słucha gdzieś z ukrycia- że oni w tym momencie są razem. Ilia celowo mnie zgubił, a gdy jechaliśmy tu, wydawało mi się, że pani córka, minęła nas autem. Spojrzenie, które wymieniło tych dwoje, dało mi do myślenia- precyzowała. – Uznałam, że powinna pani wiedzieć, mimo, iż nie jest to pewne, ale…

– Prawdopodobne, niestety.

– Tak właśnie, pani Czesławo. Tak właśnie…prawdopodobne.

Dwie smutne twarze nad deserem- jak dwa portrety zatroskanych matek…zamilkły obracając każdą z myśli na milion sposobów. Lula zasnęła, kelnerka podeszła do kilku świeżo zaludnionych stolików.

– Babciu, co tu robisz?! Myślałam, że jesteś w domu… My tu z X. przyjechaliśmy na małe zaku…

– Słuchaj, nie czas na zwierzenia kto i po co tu przyjechał! – przygadała wnuczce Sophie. – Bierz swojego kawalera pod pachę i siadajcie, gdzie wolne, ale nas zostawcie!

– Dzień dobry pani…- Noe ukłoniła się pani Czesławie z odległości kilku kroków.
 X. siedział już przy grzejniku. Próbował złapać oddech i trochę ciepła. – Wiesz babciu, bycie uprzejmym jej darmowe- odbiła piłeczkę w stronę babki i odeszła do oddalonego kilkanaście kroków stolika.

Wybrali miejsce najbliższe grzejnika. Sophie wiedziała przecież, że ten cały X. ledwie zipie. Zawołała na kelnerkę i rozkazała jej przynieść z zaplecza ciepły koc i podać chłopakowi. Wskazała przy tym dyskretnie na X., co zauważył odsyłając jej uśmiech w podzięce.

– Wracając do rozmowy, pani Sophie, ja nie wiem co robić. Od rana dziś czuję się z tym wszystkim bardzo podle…- Pani Czesława zachlipała w pulchną, otwartą dłoń.

– Co ty wyprawiasz kobieto?!- zasyczała do niej staruszka i chwyciła ją za wilgotną kiść- Nie pozwalam ci wylać ani jednej łzy z tego powodu, rozumiesz? ANI JEDNEJ! Dziś zostawmy już to. Pójdę szukać tego urwisa Ilii, a pani co planuje?

– Odbiorę opłacony chodnik ze stoiska i chyba wrócę po prostu…- wymamrotała.

– Powtarzam! – Sophie wbiła ciemne węgle w towarzyszkę. Miały w sobie zdecydowanie, ale i opiekuńczość. – Ani jednej łzy. Wróć do domu i zajmij się czymś naprawdę miłym. A mnie zaufaj, ja wszystkim się zajmę.

– Ale co to znaczy, Pani Sophie?

– To znaczy, że obie będziemy spać spokojnie. No, niech pani już idzie. Okręcić się dobrze szalem, plecy wyprostować i iść przed siebie! Ja zadzwonię- zaznaczyła, patrząc głęboko w oczy i zwracając Pani Czesławie jej spłakaną dłoń.

Ktoś inny podałby mi swoją dłoń na pożegnanie- pomyślała gospodyni- a pani krawcowa E. odwrotnie, oddaje mi moją…

Lula stanęła na proste nogi, jakby w ten sposób chciała pożegnać gościa, który przeciął szybkim krokiem rynek i powoli gubił się w straganach. Kawiarnia była dobrze położona, niczym punkt obserwacyjny na centrum miasteczka, ratusz i targowisko. Sophie powoli zbierała się do wyjścia, gdy nagle z hukiem otworzyły się drzwi kawiarni.

– Ludzie, chodźcie zobaczyć! Po targu chodzi zupełnie oswojona sarna! Przezabawna jest! No cudo!

Sophie wzdrygnęła się z niesmakiem. Miała już dość ludzi na dziś, a tych głośnych w szczególności.

– Niech ten człowiek zamknie drzwi i siebie !!! – wypiszczała niekontrolowanie zatykając uszy i nieruchomiejąc nad stolikiem, przy którym jeszcze przed chwilą prezentowała siłę swojego charakteru przed panią Czesławą.

Noe podeszła i przepraszając niespodziewanego orędownika dziczyzny, zamknęła drzwi. Mężczyzna stanął przy staruszce ze skruchą sypiącą się z ust.

– Przepraszam panią najmocniej. Chciałem tylko żebyście mogli zobaczyć to, co my wszyscy tam…

– Dobrze, już dobrze. Ale co ona takiego robi? – zapytała, wbijając w rozmówcę czarne, zranione oczy.

– No, jakby to pani powiedzieć. Śmiesznie jest- opowiadał ściszonym już głosem. – Uwzięła się teraz i za jedną taką babką, co chodzi z chodnikiem pod pachą- ta sarna łazi jak pies jakiś…

Sophie uśmiechnęła się tajemniczo i był to ten moment, gdy marszcząc brwi- ukryła nie tylko ból pleców, ale też ogromny przypływ myśli.

Po odnalezieniu i obsztorcowaniu zagubionego syna i powrocie do domu, Sophie zapisała w dzienniku:

„Chcielibyśmy, aby to, co dzikie zawsze schodziło nam z drogi, a najlepiej nigdy nie opuszczało kniei, w które nikt z nas nie zapuszcza się z własnej woli. Ale dzieje się inaczej. To, czego widzieć najbardziej nie chcemy, zaczyna za nami łazić jak ten pies…
I łaknie naszej opieki.”

I można by mylnie zakładać, że jakimś sposobem Sophie wyprorokowała to, co skrywało od dawna serce Pani Czesławy. Jednak nic bardziej mylnego.
Bo oto wydarzyło się jeszcze coś. Znerwicowany wypominkami matki- Ilia, w drodze powrotnej, kilkaset białych metrów przed domem wydał oświadczenie, którego w jego ustach matka, od lat, bała się najbardziej.

– Będę miał z nią dziecko. Nie planowałem tego.

Tej nocy, formujący się w łonie Beaty człowiek, nie miał pojęcia o tym, że ciężko jest znaleźć drzwi wejściowe do domu jego dziadków. Wciąż także nie mógł mieć wiedzy, że istnieje taki dom w polach, gdzie mieszka jego druga babka, wdowa po nieżyjącym krawcu E., i że jej poduszka o świcie następnego dnia będzie wrakiem wyłowionym z potopu łez.

Nigdy też na szczęście nie będzie wiedział, że łzy tej staruszki to były jedyne wody, które odeszły, by mógł przez krótki moment zaistnieć.

W poniedziałek rano Beata Kowalik usunęła ciążę. Opłatę uiścił bliski znajomy doktora przeprowadzającego zabieg. Nie był to mąż pacjentki, choć wydał się pielęgniarce osobiście zaangażowany w sprawę…

Tego dnia, mniej więcej około południa Sophie zanotowała w dzienniku potężną zawieję śnieżną, zbudzoną znienacka z cichego nieba. Oszczędnego zapisku dokonała wiecznym piórem i pismem tak ściśniętym, tak nerwowo stawianym na papier, że czytając ów tekst nietrudno zapomnieć o oddechu.

A wysoko ponad domem w polach, w niebie załamano niebieskie ręce. A z rozluźnionych w smutku dłoni wysypał się rozeźlony śnieg.