„Nie ufaj, serce jest dzikie. Wybiegnie ci kiedyś na drogę!”
Pani Czesława potrafiła zamienić „kilka garści czegokolwiek” w najrozmaitsze dania i desery. Czego tylko dusza zapragnie! – jak mawiała swojemu poślubionemu do grobowej deski mężczyźnie, gdy ten domagał się czegoś ekstra po obiedzie.
Warto zaznaczyć, że często mówiła to ochoczo, z pasją zabierając się do pitraszenia, ale czasem te same słowa bywały wyrzutem, kiedy to rok mieli bardzo oszczędny i spożywczo mało różnorodny, a mąż spodziewał się jeść z jej stołu rarytasy. W takich chwilach, na ratunek przychodziły jej wrodzone zdolności, o których nie mówiła zbyt głośno z obawy przed posądzeniem jej o pomylenie zmysłów.
Zwłaszcza, że sama niewiele rozumiejąc z tego, co jej się przytrafia- byłaby gotowa uznać TO COŚ w sobie za nieszkodliwe, ale jednak dziwadło. To COŚ przychodziło jej na pomoc, przysparzało- jakby nie patrzeć- tytułu zaradnej gospodyni na wsi. Jednak było na tyle tajemnicze, że gdyby odkryła kulisy TEGO przed innymi- mogłoby wtenczas równie mocno zadziałać na jej niesławę.
Dlatego lepiej nie mówić!
Ludziom na wsi, to sobie pamiętaj- prawiła nierzadko wzrastającej Beatce- nie gada się niczego, co można by zrozumieć inaczej, niż się usłyszy. Nie dawaj nikomu szansy na interpretację, powtarzała. Mów o tym co gotujesz, o tym, że sprzątasz, że pierzesz- wyliczała córce- ale za nic nie gadaj o tym co sądzisz, co czujesz i jak ci się wydaje! Bo wierz albo nie, ale utopią cię w twojej opinii, którą to wcześniej zmieszają z czym zechcą!
W sprawie swoich kulinarnych zwyczajów zatem, pani Czesława – milczała sumiennie. To postanowienie zrodziło się w niej w chwili, gdy uświadomiła sobie, że między nią a TYM, co wychodzi spod jej rąk w kuchni- pada całkiem gęsty cień tajemnicy.
Brała pod uwagę, że być może nikomu TO COŚ w niej- nie przeszkadzałoby, ale możliwość, że mogło niepotrzebnie zastanawiać utwierdzała ją w decyzji.
Była pewna, że nie warto oddawać swojego życia ludzkim domysłom.
Jako że na czas przygotowywania posiłków, zawsze zamykała się w kuchni zupełnie sama, nawet domownicy nie mogli poczynić niepokojących obserwacji. Bez wyjątku, każdego dnia dużymi literami i WYRAŹNIE prosiła, by nikt jej nie przeszkadzał. Dla pewności przekręcała kluczyk od wewnątrz i włączała swój stary magnetofon z jedną, od lat zatrzaśniętą na amen kieszonką. W drugiej, niezniszczalna, co najwyżej lekko sparciała kaseta Anny Jantar „Złote przeboje” – nastrajała jej przygody kulinarne. Zarówno kaseta, jak i magnetofon typu jamnik należały do nierozerwalnie celebrowanych prezentów od męża, co to wręczył jej na wzruszająco dawne już imieniny.
W tym sensie- mąż był przy niej w TYCH momentach.
Misterium zawsze wyglądało tak samo. Niezależnie od pory roku i pory dnia.
Stawała naprzeciw blatu kuchennego, na który wykładała wszystko czego mieli w wystarczającym zapasie, by mogło się zmarnować w razie nieudanych eksperymentów. Trzeba tu uczciwie zaznaczyć, że pani Czesława nie zmarnowała nigdy ani jednej granulki cukru, ani łyżeczki konfitur i najmniejszej nawet szczypty mąki. Ale nie byłaby artystką pokorną i wielką, gdyby nie zakładała, że zawsze coś może pójść nie po jej myśli.
Czarna wizja zakalca lub niedoprawionego dania- wisiała nad jej głową. Im dłużej się nie zdarzała, tym silniejsze było jej widmo.
Ale w TYCH chwilach- rozdmuchiwała brzuchy ciemnych zjaw.
Niczym pradawna bogini, w której dłoniach biorą swój początek wszelkie pokarmy.
Chwyciła dużą makutrę do rąk i dotykając dłonią jej pustego, porowatego brzucha robiła krok w tył.
Ogarniała wzrokiem blat i wszystko to, co mogłoby jej się przydać do stworzenia deseru lub dania. Po chwili wydarzało się coś, czego nie umiałaby nikomu wyjaśnić.
Nie wiedzieć jakim cudem, przyciskając mięciutki brzuch do blatu, bez najmniejszego nad tym zastanowienia- obserwowała już tylko swoje dłonie sięgające po kolejne, z pozoru nie pasujące do siebie składniki. Mieszała konfiturę z kruchym ciastem, dosypywała maku i ziaren słonecznika. Potem już tylko gorący oddech piekarnika i jakaś masa do przełożenia rozpołowionego placka.
Innym razem znów stwarzała gar przepysznej zupy, talerz wybornie upieczonego w warzywach i owocach mięsa. Pomysłom nie było końca.
Mąż pochłaniał wszystko ze smakiem. Zawsze komentując niespotykaną pomysłowość swojej małżonki. Doceniał skarb, który miał w domu, choć chyba nie zdawał sobie sprawy, że jego żona jest prawdziwie niespotykana, nie tylko pracowita.
Pani Czesława była doskonałą gospodynią i naprawdę dobrą matką. Miał przecież porównanie. Co to mało chłopy się naopowiadali, że jedzą byle co a, że w domu słychać tylko jeden krzyk na dzieciaki?! Aż nie chce się z pola do domu wracać, gdy kobita drze się jak stare prześcieradło!
On nie mógł narzekać. Ciągnęło go do pachnącego jedzeniem domu. Po pracy w polu, czy w obejściu nic lepszego nie mogło go spotkać, jak troska żonki. Zawsze wysprzątane, uprane, podane. Czesia była pachnąca i spokojna. Rzadko tak naprawdę pokazywała nerwy, a przecież ma ich w sobie tyle co każdy. Trzymała w sobie, nie raniła celowo.
Żył jak król, choć pracował ciężko jak parobek. Ale u siebie! To ważne. Nikt nad nim nie stał.
To było ważne dla nich obojga. Połączyła ich ta radość niezależności, ale i satysfakcja ciężkiej pracy.
Jeśli szło o córkę, to Beatka, zwłaszcza, gdy weszła w okres dorastania i zaczęła regularnie krwawić- miała hopla na punkcie słodkości w te dni. Czy bieda, czy obfitość- trzeba było jakoś ujarzmić tego miesięcznego potwora. Zawsze to było łatwiej żyć- jak mąż i córka mieli usta wypełnione czymś smacznym. Mniej pretensji, mniej napięć, lepszy sen dla nas wszystkich.
Z czasem Beatka zaczęła kręcić nosem na to, co serwuje matczyna kuchnia. Ale to ten głupi romans tak ją zwiódł… Przez chwilę jej się wydawało, że nie na jej podniebienie nasze desery i obiady z dwóch konkretnych dań. Kawioru się zachciało i drogich alkoholi, tfu! – Czesława prychnęła z niesmakiem na samo wspomnienie chimer córki.
– A my uczciwie pracujemy z ojcem. Całe życie na swoim, od nikogo nie jest wyproszone to, co mamy na stole! To z pracy naszych rąk! Tylko naszych! Wyobraź sobie, że nawet cud kulinarny musi się mieścić w widełkach dochodów gospodarstwa, w którym zaistniał! Co ty myślisz sobie? Że dorównam temu bogaczowi z pól?!– wykrzykiwała gówniarze, wskazując na wzgardzone przez córkę półmiski z jedzeniem. Jedyne dantejskie sceny w tym domu zadziały się w najgorszym okresie tej nieszczęśliwej znajomości z synem pani Sophie. Beata w tamtym czasie wyglądała jak cień samej siebie i zadzierała nosa, jak śmierć na cmentarzu. Wzbudzała litość i jednocześnie gniew matki, która to za dnia walczyła z córką, chcąc ją otrzeźwić. Nocą płakała zaś nad jej marnowaną młodością. Kto to widział… ze starszym, żonatym…Przecież nic z tego nie ma prawa być. Tylko wstyd może z czegoś takiego się urodzić.
Tylko wstyd.
Ojciec Beaty milczał i poruszał się zawsze jakby wzdłuż cieni domu. Z chwilą, kiedy wokół córki zaczęli się kręcić chłopcy- wycofał się z udziału w tej sferze jej życia. Tym bardziej wtedy, gdy sprawa była z gatunku tych przyciężkich i wstydliwych. W grę wchodziły pożądliwości postawione ponad zasady moralne i opinie ludzkie. Beata po prostu jawnie pragnęła. Co więcej, swoim rodzicom wydawała się chodzącym, bezwstydnym pragnieniem.
Panoszyła się po domu niczym jedno wielkie otwarte gardło- wiecznie niezaspokojone zachciankami.
Gdy między kobietami robiło się gorąco, mąż pani Czesławy machał ręką i szedł na podwórko szukać sobie roboty, podczas gdy one rzucały się sobie do gardeł z impetem, by po chwili siedzieć i płakać z bezsilności godzinami, każda w swoim kącie. Nie na chłopskie nerwy tyle zwrotów akcji.
Ale było, minęło- Czesława ukręcała kurek cieknącym gorzko, niczym z kranu, wspomnieniom. Upłynęło już dwa tygodnie od hucznego wesela.
Odważyła się wypchać z głowy zmorę romansu córki.
Rozmarzyła się.
Pozwoliła sobie fantazjować o córce śpiącej obok męża w świeżutkiej sypialni. Wyobrażała sobie jej spokojny, lekko uśmiechnięty we śnie- profil. Włosy rozlane po poduszce, ciało zrelaksowane nocnym kochaniem…
Jak przyjdą dzieci, to i głupie tęsknoty w niej ustaną…- zaklinała rzeczywistość trochę dla córki, trochę też dla siebie.
Żadna matka nie powinna oglądać udręki swojego dziecka…
Gdyby udało się wysuszyć w córce cierpienie, które widać w każdym jej geście- oddałaby nawet życie…
Poruszała wyobraźnią z wysiłkiem- jak gdyby była na korbkę mającą za zadanie wskrzesić zardzewiały, oporny mechanizm. Ciężko było myśleć o Beatce w pełni szczęśliwej przy Robercie. Bardzo ciężko. Na Boga, była jej matką. Znała każdy przejaw wewnętrznego bólu swojego dziecka. Każdy smutek przełykany ukradkiem.
Trwał sobotni poranek. Zima nie odpuszczała, choć dni wyraźnie się wydłużały, a światło coraz żarliwiej rozciągało się w oknach domu. Popijając kawę, pani Czesława przejrzała szafki kuchennego kredensu. Dobrze byłoby coś upiec… Po weselnych rarytasach, mąż słusznie tęskni za czymś niebanalnym do kawki.
Jeszcze nie czas. Dziś będzie skromnie. Bez cudów- powiedziała sobie i zaczerwieniła się na myśl o tym, że przed samą sobą TE chwile nazywa CUDOWNYMI.
Upiecze na szybko kruche z kruszonką i mrożonymi śliwkami, bo jest dziś okazja wybrać się samej na targ do miasteczka.
Nie przesadzała nazywając to okazją. Zdarzało się to naprawdę rzadko. Raz do roku jak dotąd. Przez te wszystkie małżeńskie lata… Schodziło się i tak, że przez kilka lat nie bywała w miasteczku sama, bo Beatka wiecznie przy spódnicy, bo z mężem na duże zakupy, bo …
Potrzeby dziecka ponad nią, ponad nią potrzeby domu. Taki los kobiety- jak pozornie prosta, a w rzeczywistości rozdzierająca serce piosenka. Tak minęły całe lata poklejone ze sobą niby ciasto w pierogach. Zrobiły się z tego dziesięciolecia bycia do dyspozycji domowników, zwierząt, gospodarstwa i ziemi.
Ale dziś było wreszcie cicho. W oknach szemrał opadający śnieg. Kot z psem spali mocno na wersalce i nie w głowie im był świat poza nią.
Z zaskoczenia złapała swoje odbicie, gdy szukając czegoś kupnego na ząb zajrzała do barku- wbudowanego jak wszystkie na wsi i okolicy- w meblościankę. Niemal każdy barek znajomych i rodziny- w tylnej ściance miał lustro.
Czas wymienić te meble- burknęła podirytowana- choć nadal służą i są pieruńsko pojemne, trzeba im przyznać było nie było!
Poszarzałam- szepnęła do siebie i posmutniała. Poczuła się stara, tak uczciwie stara. Po raz pierwszy tak mocno dotarło do niej, że teraz to już poleci szybko.
Nie śmiała dokończyć w myślach tego zdania. Nie zająknęła się przed samą sobą, że przecież chodzi o uciekające przed nią i z niej- życie.
Śmierć zachodzi śmiało do wyludniającego się domu! Wychodzą z domu dzieci a w ich miejsce wprasza się śmierć ze swoimi pokracznymi dziećmi niedołęstwa! – przypomniała sobie słowa krawcowej E., pani Sophie, gdy pierwszy raz zamawiała u niej spódnicę niedługo po śmierci krawca E.
Nic to. Sama prawda. Pokój Beatki po jej wyprowadzce stracił ducha. Ciężko, żeby było tam nagle coś innego teraz, niż jej kobiecy zakątek. Zostawiła niemal wszystko, bo w nowym domu chcieli wstawić to co nowe, wspólne. Nie ciągać za sobą dziecięcych lat…
Czesława pobłądziła wzrokiem po nieruchomych maskotkach usadzonych grzecznie na dawnym łóżku Beaty. Niby wszystko tak samo, ale bez człowieka to nie jest pokój córki, tylko mauzoleum…- myśląc to, poczuła duszność w piersiach.
Barek też pusty. Tyle co jedna wódka i rozrzucone wokół niej papierki po cukierkach w czekoladzie. Zebrała je w garść odwracając wzrok od wnętrza barku, który uparł się ściągnąć jej uwagę i zasmucić do reszty. Skupiła się na papierkach. Pachniały jeszcze słodko. Łasuch musiał nocą spałaszować- uśmiechnęła się do wizji buszującego po szafkach męża.
Ale smutek wracał.
Bez paniki, mówiła sobie. Zostanie babcią, potem prababcią i zasili wiejski cmentarzyk. Taka kolek rzeczy, nic w tym dziwnego… Oby tylko nie pochowali jej koło niemieckich grobów. Zauważyła, że z braku miejsca, zaczęli już kopać doły przy murze, w którym pozostały wbudowane po poprzednich mieszkańcach tych ziem- tablice nagrobne całych, niemieckich rodów.
Nie, nie po to tyle pracowała z rodzicami a potem z mężem w polu, by tej ziemi nadać polski charakter….
Nie żeby coś miała do Niemców. Już dawno po wojnie. Nie byłoby mądrze rozpamiętywać, ale… To w końcu ziemie odzyskane.
Zapragnęła umrzeć u siebie i nie była pewna co to znaczy i czy naprawdę chodzi o to, że obok niej nie mogą leżeć niemieckie kości. Nie… tak to chyba nie…- zawstydziła się przed samą sobą. Chodziło o coś ważnego, coś dobrego, nie wrogiemu czemuś lub komuś. Taki gest do siebie, o sobie- coś, w czym nie rozmyłaby się, nie zgubiła- nawet po śmierci w jakimś międzynarodowym zamieszaniu.
Dziwne. Z przekonaniem rychłego przemijania, pojawiło się od razu to pragnienie:
bycia złożonym w ziemi, której nadało się swoje cechy, na której odcisnęło się spracowane stopy.
Z marazmu wyrwał ją dyskomfort oklejonych ciastem dłoni. No nie! Już zdążyła wyrobić ciasto?! Śliwki już rozmrażały się przy grzejniku… Nie do wiary, za każdym razem to zjawisko zaskakiwało ją to dokładnie tak samo! Wydawało się, że stoi tu, że smuci się, rozmyśla, a tymczasem…
Jej dłonie stworzyły dzieło kulinarne.
Kruche ciasto ze śliwkami i malinami, zalanymi miodem.
Piekarnik zwieńczył pyszne dzieło jej zaczarowanych rąk. W czasie jego pracy przebrała się w ciepłą spódnicę i sweterek. Postanowiła, że założy też swój bordowy, wyjściowy szal. Maznęła nawet rzęsy tuszem i użyła nowy perfum, co Beatka go skwitowała, że śmierdzi jak stara baba pod wieczór!
Ale dość o niej! Dziś pani domu ma wychodne. Nie jest w tym czasie niczyją matką ani żoną. Mąż jeszcze pochłonięty sprawami poza domem, a córka już na swoim. Niech teraz sama trochę pokręci się wokół swojego życia.
Pani Czesława doczytała końcówkę Agaty Christie, a gdy mogła już wyłączyć piekarnik i zostawić go z uchylonymi drzwiczkami, z ciastem do ostygnięcia w brzuchu- włożyła kozaki i płaszcz.
Auto stało na podwórku, kluczyki zagrały jej w dłoni. Wolność! Wystarczyło zebrać się i ruszyć przed siebie! To tylko kilka kilometrów. Miasteczko dziś tętni zimowym życiem, bo to dzień targowy!
Witaj przygodo!
Gdy przechodziła obok kurnika i chlewika poczuła taką wdzięczność, że jej dobry chłopina o to wszystko od świtu zawsze zadbał, by ona nie musiała…
Wytarła poczernione tuszem z rzęs- łzy i oburzyła się, że jednej chwili nie umie być sama, tylko przywołuje te sentymentalne duchy.
Dość tego, przed nią miłe chwile na zakupach!
Otworzyła bramę i wyjechała na te słynną, jedyną drogę ciągnącą się wzdłuż wszystkich domostw wsi. Prawie, bo- sarknęła- mijając dom oddalony w polach- tam droga nie dochodzi! Poczuła złość na tę rodzinkę, która nic sobie z tego nie robi, że pan Ilia, może i uczony, i poważany, ale łajdak jest!!! Dopiero teraz przyszło jej na myśl, gdy zatrzymała się na tyle daleko, żeby można było uznać, że po prostu grzebie w torebce- odwróciła głowę i przez swoje ramię przyjrzała się domowi krawca E i jego żony Sophie.
Ileż to schadzek moje dziecko tu po tajniacku odbyło? Ile razy serce jej podskoczyło w nadziei, że może to jej miejsce na życie, że może tutaj jej serce znajdzie spokój…?
To bolesne dla niej rozstanie było w istocie błogosławieństwem. Kto wie, ile lat pozwoliłaby się sobą bawić, gdyby trafiła na innego? – rozmyślała.
I w tym sensie pan Ilia okazał się w porządku- porzucił ją na tyle szybko, by mogła jeszcze ułożyć sobie życie. No i trzeba przyznać- nikomu pary z ust nie puścił on ani jego rodzina.
Beatka nie musiałaby o niczym mówić nawet mężowi, ale skoro chciała…
Jako matka, odradzała córce takie rozwiązanie. Każdy nosi bolesny sekret w sercu, każdy… Nie zawsze należy go odsłaniać- powtarzała Beatce, mając nadzieję, że córka też uzna to za dobre rozwiązanie.
Ludzie! Czemu ja to wciąż robię?!- Czemu myślę o Beacie, o pani Ilii, o mężu?! Dość- powiedziała sobie i odpaliła silnik.
Ledwie ruszyła, a na drodze pojawiła się sarna. Nic dziwnego w tej okolicy. Odległość między ich wsią a rodzinną wsią jej zięcia to dwa kilometry pól przeciętych drogą i aleją czereśni. Zwierzyna swobodnie przechodzi tędy od lat, jakoś tolerując wybryki ludzkich potrzeb, takie jak asfalt pod samochodowe koła.
Ale tej coś dolegało. Nie płoszyła się, nie była też wściekła. Po prostu stała i patrzyła Pani Czesławie prosto w oczy. Miała w nich dużo współczucia, jakby zbierała się, coś powiedzieć.
– No co jest?! Mała, rusz się! – powiedziała zdezorientowana przez uchyloną szybę. Czuła, że nie zniesie tego dziwnego wzroku na sobie. Tyle razy spotykała na tej drodze zwierzęta, nieraz widziała ich truchła i było było nie było- mijała je i gnała do swoich spraw nie wspominając, co widziała.
– Trudno- powiedziała pod nosem. Była już coraz bardziej zaniepokojona, ale też podirytowana. Nacisnęła z całej siły na klakson. Przytrzymała chwilę.
Ale nic to nie dało. Zwierzę stało i patrzyło w jej oczy tak długo, aż niekontrolowanie wybuchła płaczem.
Łzy zalewały ją przed dobrych kilka minut. Nie próbowała ich zatrzymywać. Czuła, że tym razem przegrała z nimi na starcie. Siedziała ze wzrokiem wbitym w kolano wyzierające zza rozkloszowanego na biodrach płaszcza. Nie spojrzy więcej na to uparte zwierzę! Już nigdy nie spojrzy na te głupie sarniska!!!
Słyszany z daleka klakson nadjeżdżającego z naprzeciwka auta, poderwał na baczność jej instynkty. Bezwiednie sprostała wycieraniu policzków obiema dłońmi. Uff. Wodoodporny tusz puścił niewiele farby. Ślady upadku psychicznego zebrała li tylko na wskazujący palec.
Ale.
Była zmuszona unieść czoło. Wsteczne lusterko pomogło jej szybko ocenić sytuację na dosłownie sekundy przed wystawieniem się na opinię zbliżającego się kierowcy. Wyglądała, jak gdyby nigdy nic. Jednak- jak to możliwe?! – wyrzuciła z siebie krewkie pytanie w przestrzeń samochodu, wbijając tym samym wzrok na przednią szybę niczym kilof w zamarznięte jezioro.
Co jest, do jasnej cholery?!
Sarna rozpłynęła się w śniegu?!
Nie ma jej ani na drodze, ani uciekającej na kilometrach białych pól!
Zamiast złośliwego stworzenia, z wolna wyłoniła się wiejska fryzjerka trąbiąc i machając do Czesławy na dzień dobry.
– Jestem najsmutniejszą kobietą świata – Pani Czesława pomyślała bez rozmysłu i jakoś wbrew sobie, bo gdy zrozumiała co jej się myśli- od razu chciała to sprostować przed własną świadomością.
Nie mogła jednak teraz zbyt głęboko schować się w swoim wnętrzu. Była pod obserwacją.
Ruszyła przed siebie, wysyłając, co oczywiste, promienny uśmiech w stronę, celowo zwalniającej do granic i wgapiającej się w nią, sąsiadki.
Nie dam ci satysfakcji, ciekawska babo!
Ruszyła, udając, że oto znalazła coś, czegoś niewinnie szukała przez chwilę w torebce. Żeby dograć sceny- wyjęła notes i położyła go na przedniej szybie z miną nie dającą przestrzeni do interpretacji.
Nic się nie dzieje, ot szukała listy zakupów i już ma…
Spojrzała w przednią szybę.
Zdusiła rozedrgane serce.
Twarz bolała ją od tej żałosnej pantomimy.
– No dobra, na zakupy! Trzymaj formę, gdy patrzą! – rozkazała sobie.