„potop”

Kochamy się w przestronnym łóżku, a zarazem na stole operacyjnym. Oboje wiemy już jak niebezpieczne bywa nieodpowiednie potraktowanie chorych narządów i nadużycie obolałych stawów.

Noe pachnie czymś niespokojnym. To może być gniew.
Śpi, ale jest gotowa do ataku. Napięte mięśnie nóg, zaciśnięte usta i pięści.

Sięgam po nią mimo zmęczenia i bólu, nie obawiam się już niczego. Za każdym razem, gdy zaśnie obok mnie z nieco większym zaufaniem niż poprzednio- jestem po prostu szczęśliwy.

Sięgam po nią jak dawniej. Jak tamten nieokrzesany pożądaniem X. po swoją Noe. Jak tamten odległy mi student prawa- nieświadomy, że wróg żre go od środka i lada dzień zabawi się jego poczuciem bezpieczeństwa.
Może właśnie dlatego tak trzymam się naszych zbliżeń, by móc bywać nim jeszcze czasem.

Biorę ją.

Choć wiem, że nigdy mi nie zaufa w pełni.
Sięgam po nią. Nawet, gdy szukam oddechu przez kolejnych kilka kwadransów. Chociaż moje ciało nie chce już jej pragnąć na myśl o zmęczeniu, które nie pozwoli mi zasnąć przez kilka godzin… Nie wycofuję się.
Syczę, spowalniam, gdy muszę zmienić pozycję albo zwyczajnie złapać oddech lub zmienić koszulkę na suchą. Koszulki zachłannie piją mój seksualny pot od kilku dni.
Przemierzamy siebie ostrożnie. Każdy dotyk to jednocześnie kontrolą stanu serca, płuc… Wiem, że dla Noe jestem jak matka, którą lękowo opatruje i bada.

Sięgam po Noe, tak jak choroba sięga po mnie. Wciąż umiem sprawić, że czuje się kobietą. Niewiele myśląc- poddaję się temu, co czuję, co chcę od niej usłyszeć w szeptach i oddechach.
Dobrze to przemyślałem.
Jakaś cześć mnie zostaje w niej.
W jej skrępowanym ciele, w jej chłonnym umyśle.

Noe. Zabierz mnie do swojej arki.
Jeszcze dziś.

A serce ciotki Mary śpiące za ścianą- wybacz nam ten głód ocalenia.