„Que Será, Será”
Córka pani Czesławy nie była w stanie towarzyszyć swojemu świeżo upieczonemu mężowi w radosnym celebrowaniu zaślubin. Na ślubnym kobiercu oczywiście stanęła i przyrzekła co przyrzec powinna, ale z nosem na kwintę. Logicznym jest, że nie przespawszy dwóch nocy z rzędu- była nawiedzana przez liczne stany zrzędliwości. Wybaczała je sobie z marszu, nie bacząc na pogłębiające się skonfundowanie na twarzy męża, który co i rusz zachęcał ją, by jednak może zechciała podejść do stołu, przy którym zasiada jego rodzina.
– Wypadałoby, taki zwyczaj…Beatko, proszę…oni czekają…co sobie pomyślą? – jojczył.
Co prawda, pan młody wywodził się z sąsiedniej wsi, ale wsie takie jak ta i jej podobne- miały swoje gęste, ledwie przepuszczalne granice. Z dala od dużego miasta, zapadały się mocno w swój kawałek skorupy ziemskiej, otoczone użytkami rolnymi- niczym fortyfikacją polową.
Czuwały w okopach.
Nietrudno było wyczuć, że każda z wioseczek dzierży jakby inny kawałek niebios na wyłączność i modli się w Swój błękit po Swojemu i o Swoje wyłącznie sprawy.
Te dwie miejscowości oddalone od siebie na długość czereśniowej alei zastygłej wzdłuż drogi- stanowiły zupełnie odrębne i samodzielne światy. Mimo, że miały siebie niejako na wyciągnięcie niewidzialnej, powietrznej ręki… Nie komunikowały się ze sobą.
Jeśli nie trzeba było, nie wchodziło się w zażyłości z ludźmi z innych wiosek.
– Mamy Swój sklep, Swój kościół i cmentarz, żeby pogrzebać Naszych bliskich- mawiano tu z dumą o Swoim miejscu zamieszkania. Faktycznie, jeśli patrzeć na życie pod kątem podstawowych potrzeb, to każda wieś miała przecież moc dawania życia, podtrzymywania go i zwracania ziemi, gdy przychodził na to czas…
Tak się tu żyło i tak było dobrze.
Nikt z tym specjalnie nie dyskutował.
Skutkiem tych starych prawideł- Beata nie miała okazji poznać wcześniej rodziny męża. Nawet z nazwiska. A i teraz nie była przesadnie wtajemniczona. Tyle co teściów spotkała parę razy. Zdarzyło się też w przelocie zobaczyć młodego szwagra- zainteresowanego wyłącznie aktualną sympatią i motocyklami. Z przyszłymi teściami wymieniła wszystkiego raptem kilkanaście zdań, bo nudziły ich jej wywody o pracy. Woleli wpatrywać się w „Wiadomości” i pochłaniać ciasto z owocami. Nic wzniosłego, dla jasności.
Miała na myśli niezbędnik każdej znanej jej gospodyni, czyli placek na kruchym cieście, a na nim po wierzchu obowiązkowo zapieczone owoce świeże lub rozmrożone. Wszystko to zwieńczone nudną kruszonką.
Wychodził jej ten rarytas bokiem- gdyby ktoś pytał.
Prośby pana młodego wydawały się więc zasadne. Dobrze byłoby zbliżyć się do nowej rodziny…
– Zapoznać się chociaż, pożartować, coś wypić razem…no, Beatko…- motał się, tracąc nadzieję na współpracę.
– Nie czas na to!!!– wybuchała i nabierała kolorów, a raczej barw wojennych.
Zrzędliwość zalewała jej oczy ogniem, podczas gdy ciało poddawała zlodowaceniu.
Powiało dotkliwym chłodem odrzucenia.
Szczupły a wysoki poczciwina, spawacz z zawodu i zamiłowania, a dziś przede wszystkim pan młody- odpuścił w końcu. Zwykle chodził lekko przygarbiony, ale za sprawą fumów żony w tym jakże nieodpowiednim momencie- zbliżył się do ziemi jeszcze mocniej. Najprawdopodobniej jego ciało, niemniej niż emocje- uginało się pod naporem dźwigania nieskrywanej złości osób mu bliskich. Nie okazał tego Beatce, ale czuł się zawiedziony, że coś, z czym do przesady miał kontakt w dzieciństwie odradza się na jego własnym weselu i dotyka go do głębi.
Precyzyjnie mówiąc, wszystko to, czego nienawidził czuć- rozlewało się teraz od cierpnącej skóry na karku- aż po zbolałe stawy.
I to w takim dniu…
Nic to.
Ktoś musiał wziąć na barki obowiązek weselenia się, więc ten niemal dwumetrowy żonkoś starał się niezauważenie przełykać gorzkie doznania związane z poślubioną przed kilkoma godzinami kobietą, by dotrzymywać towarzystwa gościom. Robił to także po to, by dla samego siebie ocalić radosne akcenty tych chwil. Przysiadał się tak do swojej rodziny, jak i do bliskich małżonki, gdyż ona nikomu nie raczyła okazywać względów.
Z ust nie tracąc nałożonego z całych sił uśmiechu, odegrał swoją rolę na medal- nie wiedząc, że tym samym wchodzi w rolę życia.
Wesele zorganizowano z uważnością na skromność gospodarstw wydających światu państwa młodych. W całości własnym, spracowanym sumptem. Rodzice młodych to rolnicze pary, dla których ziemia jest domem, miejscem pracy, spiżarnią i rokrocznym ukojeniem lęku o przyszłość- pod koniec lata, gdy dzieli się z gospodarzami plonem. Nie brakło więc „swojskiego” jedzenia, którego bogactwem smaków i zapachów- młodzi przesiąkali od zarodka.
Na miastowej części rodziny- wszystko, co oferowała wieś- robiło przesadne wrażenie. Wypychali swoje żołądki- jakby wierzyli, że uda się zrobić to na zaś- mruknęła z przekąsem Beata, mijając wystrojone ciotki nakładające na talerze kolejne plastry pieczeni ze śliwką.
Przyjęcie rozkręciło się w okamgnieniu. Wszystko to na świetlicy wiejskiej, gdzie nieszczelność okien o tej porze roku- nie dawała się we znaki już tylko tym, których pochłonęły tańce i degustacja ciepłych posiłków oraz zimnych trunków w duecie.
Gdzieniegdzie, niewielkie sopelki lodu wpraszały się na salę taneczną- zaglądając mroźnymi źrenicami przez nieszczelności okiennych ościeżnic. Słusznie więc- wymęczona i rozdrażniona panna młoda ciskała piorunami spod starannego makijażu w stronę sypiącego w stronę tychże okien śniegu. Matka spryskała ją jakąś tanim, ohydnymi perfumami- hitem z bazarku! Wrrr!!! Na szczęście, przynajmniej wyglądała przyzwoicie. Pani Sophie nauczyła ją rozumu i ładnie obszyła. Elegancko, jak z zagranicznego filmu. Tylko ten tani smród pomieszany z rosołem… fuj!
– Pięknie pachną, jak bez! – klepała smrodząc jej dekolt i włosy upięte w koczek.
– Śmierdzą jak stara baba pod wieczór! – odgryzała się matce, która tego dnia przymykała na wszystko wzruszone, matczyne oczy.
Zanim pierwsza, wmuszona w gardło wódka- dała jej stan nieważkości- Beata, teraz już Kowalik, stała nieruchomo przy zmarzlinie okna wychodzącego na drogę ciągnącą się wzdłuż całej wsi. Śnieg walił w świat pięściami. Działo się tak jej zdaniem, oczywiście, bo zdaniem kogoś będącego w weselnym nastroju- za oknem trwała po prostu śnieżna zamieć. Mało tego, można było bez trudu nazwać to zjawisko pięknym, obserwując je z wnętrza suchego budynku. I znaleźli się amatorzy zimy, którzy patrząc w okna tego wieczoru- wyrażali podziw.
Beata była innego zdania.
– Do diabła z takim weselem! – warczała pod nosem. – Chciałbym już iść do domu!
Intuicyjnie wybrała sobie miejsce do narzekań. Nigdy wcześniej nie musiała przecież myśleć o tym, jak taktownie zżymać się i wytrząsać z siebie frustracje na własnym weselu. Zaufała swoim instynktom. Po prostu MUSIAŁA dać upust całej sobie. Gdziekolwiek! Jakkolwiek!
Zagapiała się w sypiący śnieg, próbując jednocześnie nie stracić z oczu wiejskiej, asfaltowej drogi, którą widać tu z okien niemal każdego domu. Niemal, bo wyjątkiem jest dom stojący w polach. Stamtąd widać tylko niekończące się nic, nic, nic i ten smutny park, w którym straszy.
– Ach, ale to tylko jeden głupi, dziki dom! – pomyślała z obrzydzeniem, a potem od razu posmutniała. Wyglądało to tak jakby jedno uczucie zostało zalane innym- NATYCHMIAST. To drugie okazało się prawdziwsze, silniejsze.
I zostało z nią.
Nie była pewna, czy dobrze widzi. Ktoś zawirował za jej plecami zionąc oddechem alkoholowym. Rozproszyła się. Kątem oka obstawiała teściową prowadzoną w karkołomnym tańcu przez swojego tatę i raczej nie myliła się. Szybko odcięła się od krzyków i pisków wydobywanych z podstarzałych ciał wprawionych teraz w bezwstyd dyskotekowych figur. Przylgnęła maksymalnie do okna.
I…
Znieruchomiała w osłupieniu.
Niemal przycisnęła oczy do przymrozka próbującego wyścielić wewnętrzną stronę szyby.
Tak, to ta dziewczyna!!! Co ona tu robi w taką zawieję…?! I to jeszcze z jakimś dryblasem!!!- Beata przewijała w głowie kołowrotek oszalałych myśli. Nie dając po sobie poznać nagłego podniecenia.
Na szczęście toalety były na korytarzu. Wyszła więc nie budząc większego zdumienia, zwłaszcza, że nikt jakoś specjalnie już na nią nie patrzył. Nie wiedziała, co Robert nagadał gościom. Zawsze tłumaczył ją wbrew jej woli. A ona nie czuła się winna!!!
Pewnie uskutecznił jakieś dyrdymały o kobiecych sprawach. Wnioskowała tak po tym, że podstarzali wujkowie trzymali się z daleka, a ciotki omijając ją- kiwały głowami ze zrozumieniem.
I zaciskały te swoje wyrozumiałe, potłuszczone słodkim kremem z ciast- usteczka… Wrrr!
Kobiece sprawy- traktowano na wsi nadal w kategoriach tajemnych. No, ale dobrze. Niechaj boją się czego chcą. Byle dali jej spokój. A kysz!
Z korytarza skierowała się od razu do szatni. Złapała pierwszy lepszy damski kożuch i wygrzebała z jego rękawa kołtun szalika i czapki. W kieszeni były też rękawiczki, ale raczej za cienkie jak na to, co się dzieje pod niebem- oceniła. No nic. Kilkoro gości, słabo jej znanych odpoczywało od spożywania procentów, przy uchylonym oknie, w korytarzu. W celu powrotu do formy umożliwiającej dalsze spożycie, rzecz jasna. To pewnie jego rodzina, pal ich licho- pomyślała. Powiedziała zmieszane „dzień dobry”, choć zorientowała się, że pewnie składali jej życzenia i właśnie wydało się, że wykasowywała ich z pamięci od razu po wzięciu koperty i kwiatów.
– A w dupie mam- sarknęła i wyszła na mróz. Ten rzucił się na nią i aż ją przytkało, gdy pierwszy, śnieżny podmuch dotarł do jej nosa.
– Noemi! Noemi! Stójże dziewczyno! – wycharczała w stronę drogi i pobiegła z trudem w ruchomą ścianę śniegu.
Dwie, sponiewierane zawieją sylwetki odwróciły się niepewnie i na chwilę zamarły w niedowierzaniu. Podczas takiej aury nietrudno uwierzyć w majaki wiatru.
Ale nie. Słowa nawołujące Noemi- powoli stawały się ciałem.
Beata podbiegła, po czym ciągnąc mniejszą postać za łokieć, a większą ponaglając- doprowadziła ryzykantów do korytarza. Ostatecznie przeciągnęła ich do spiżarni na piętrze, gdzie trzymano imponującą ilość ciast i ciasteczek.
Panna młoda odziana w przypadkowy, niemodny kożuch- zamknęła drewniane drzwi od środka, używając do tego drewnianego drążka wciskanego za skobel.
Plecami przywarła do zamkniętych w pośpiechu wrót, po czym jednak odblokowała zamknięcie.
– Bez sensu, kto miałby się tu dobijać? – zadała sobie pytanie na głos i odpowiedziała z miejsca: – stoły na dole uginają się od słodkiego, psia ich mać!
Scena jak z powieści grozy- pomyślał chłopak i wymruczał pod nosem to samo.
– Usiądźcie, gdzie wam wygodnie- rzuciła i pobiegła odwiesić pożyczone odzienie na miejsce. Gdy wróciła, młodzi siedzieli po turecku, oparci o stolnice ustawione pionowo przy kredensie. Trzymali się za ręce. Chłopak wyglądał kiepsko i trząsł się z zimna.
– Macie tu po kawałku z rożnych ciast! – oznajmiła ochoczo i złapawszy talerz i nóż- stworzyła mieszankę słodkości, którą postawiła przed nimi, na podłodze. – Już też parzę herbatę. Cukier wsypię wam z kilograma tak na oko szczyptami, bo ni cholery nie widzę łyżeczek. Zamieszam nożem, okej?- zapytała na niby luzie.
Młodzi siedzieli zszokowani.
– Dziękujemy – powiedziało dziewczę mokre jak kura, po czym zaskwierczało pytającym tonem- ale co my tu w zasadzie…robimy proszęęęę pani…?
Beata kiwnęła na tak, a raczej na to, że zaraz dopowie. Pochyliła się i wyciągnęła rękę w kierunku niezrozumiałym dla młodych obserwatorów. Wypieki stały wszędzie, także na starych, potężnych zamrażarkach, z których w razie potrzeby- można było jeszcze odmrozić co nieco na kilkudniowe biesiadowanie. Kobieta, niemal kładąc się po makowcu, chwyciła coś ukrytego między zamrażarką sięgającą jej do pasa, a ścianą.
Przejrzysta flaszeczka uradowała jej oczy. Sięgnęła głębiej i wydobyła jeszcze kieliszek. Przetarła go dłonią, by ściągnąć niechcący naderwaną ścieżkę pajęczą. Słodkie plamki odciśniętego na sukience lukru w ogóle jej nie poruszyły.
Ciekawy okaz – pomyślał chłopak i uśmiechał się w jej stronę.
Odwróciła się do swoich gości. – Nie no, wam zaleje herbatę… chyba, że ty, zmarzluchu? – pokazała chłopakowi kieliszek, pusty jeszcze.
– Nie, bardzo dziękuję. Herbatę to takk…- zaszczękał uśmiechniętymi zębami.
Panna młoda usiadła obok nich, nie bacząc na sponiewieraną kurzem sukienkę. Herbaty w szklankach z parzącymi koszyczkami stały już przed gośćmi. Szczerze posłodzone. Flaszka także wylądowała na drewnianej podłodze. Beata wsunęła sobie pod tyłek jeden z jaśków, które to najprawdopodobniej kucharzące kobiety pozostawiły do podobnych celów. Młodym poradziła to samo. Grzecznie usiedli na miękkim. Patrzyli w butelkę i w trzy kolejki setek pochłonięte raz za razem przez Beatę. Zagryzła byle jak urwanym paskiem sernika, wytarła usta. Podniosła na nich wzrok.
– Noemi, kojarzysz mnie? – zapytała.
– Tak. Znam panią.
Dziewczyna, w przeciwieństwie do swojego towarzysza, odzyskiwała rumieńce w ciepłym i słodkim zaduchu spiżarki. Patrzyła jednak niepewnie.
– Słuchaj… przepraszam, że ściągnęłam cię tu, ale po pierwsze: gdzie wy się szlajacie w taką pogodę?! – Beata pytała tonem zaniepokojonej matki, nie wiedząc, że wypita przez nią wódka -pozbawiła Noemi spokoju i dobrych skojarzeń.
– Wyszliśmy na spacer, proszę pani- odpowiedział chłopak. – Jestem IKS- dodał i wyciągnął w jej stronę chłodną dłoń.
– Beata.
Odpowiedziała mu swoją, świeżo- zaobrączkowaną ręką. Chciała zrobić to pospiesznie. Poczuła, że celowo przytrzymał ją przez chwilę. Taka mini zachęta, by go zauważyła- lekkie zaciśnięcie palców wokół dłoni, która chce szybko uciec.
Zauważyła go.
Nawet bardzo.
Patrzył mocno i łagodnie zarazem. Zszokował ją kontrast, jaki rysował się między zmizerniałą, wypłowiałą sylwetką, a tym śmiałym spojrzeniem i przejrzystą, choć przyciszoną barwą głosu. Gdyby śpiewał- analizowała szybko- byłby to baryton liryczny.
Speszyła się, zaczerwieniła.
Wyobraziła go sobie we fraku, eleganckiego od stóp po bujne włosy, których teraz prawie nie miał. Stojącego przed publicznością, kojącego śpiewem skołatane nerwy ludzi wyrwanych z codzienności. Tak. IKS, chłopak o dziwacznym pseudonimie, przypomniał jej całym sobą, dlaczego nie powinna była brać ślubu z Robertem. Wyczuła na odległość, że tak jak Noemi, ON też przyszedł tu ze świata, gdzie opera, teatr – to nie przypadkowe nazwy z krzyżówki, ale częsty gość serca i stały element życia…
Które przebiegło jej przed oczami, wyłącznie po to, by spojrzeć w jej stronę z niechęcią.
A ją, na nieszczęście, tak wciągały nocne audycje radiowe! Puszczano wtedy muzykę poważną i śpiewaków operowych z całego świata. Nauczyła się wiele od prowadzącego nocną audycję. Nigdy nie czuła, że mogłaby tworzyć muzykę, ale pragnęła mieć ją w życiu, obok siebie, niczym członka rodziny.
Robert był dla niej dobry. Nawet zmuszał się, by czasem obejrzeć z nią teatr telewizji lub posłuchać „tych jej arii”. Ale nużyło go to, przysypiał ze wstydem. W pozostałych wypadkach udawał, że podoba mu się całkiem, całkiem a, że i rozmyśla nad sztuką- tak jak ona. Ale przecież ani słowa nie wydusił na ten temat. Przytakiwał zmieszany, gdy mówiła w jaki sposób poruszyło ją konkretne zdanie lub dźwięk. Patrzył na nią jak na przybysza z obcej planety. Więcej było w tym przerażenia, niż ciekawości, choć starał się to ukryć szybko przechodząc do przytulania.
Wtedy nie widziała jego twarzy, a on z kolei już wiedział co dalej robić, by było dobrze.
W pieszczotach odnajdywał się bez trudu, bo współpracowały z nim siły przyrody.
Tak.
Męskie ręce to podstęp natury nienasyconej prokreowaniem- myślała wtedy Beata.
Było pewne, że wzniosła sztuka nie połączy tych dwojga.
Makaron, kluski leniwe i swojska kiełbasa- to tak.
No i jakaś podstawowa emocjonalność, zaufanie.
Robert zaakceptował to, że w jej sercu wciąż istnieje Ten Inny, niedostępny. Wysłuchał okrojonej opowieści o tamtej parze, której udziałem jeszcze niedawno była jego ukochana i nie pytał więcej. Ani kto to, ani jaki jest…
Uznał, że ktoś niedostępny- nigdy więcej już nie pojawi się w jej życiu w niebezpiecznej dla ich związku roli. I kropka.
Robert umiał stawiać kropki w swojej głowie. Porządkowały mu świat. Każda kropka odcinała kolejny trudny temat.
Zgodził się zaopiekować Beatą, mimo jej okupowanego przez przeszłość serca.
Poczekać na swoją kolej w jej względach.
Rozwalało ją to.
Była mu wdzięczna.
A zaraz potem znowu- rozwalało ją to.
W drobny mak.
Czuła się jak oszust.
Brała pod uwagę także rozpaczliwy plan, by po prostu więcej biesiadować i rozrzedzać wódką poczucie pustki w życiu wiejskiej żony. Robert nie chciał porzucić etatu, a do tego wziął mnóstwo ziemi w dzierżawę i doprawił kredytami unijnymi. Ich plan na życie to spłata świeżo wybudowanego domu i opływanie w coraz to płodniejsze ziemie wokół wsi.
Cel- poważane, zamożne ziemiaństwo.
Dziewiętnasty wiek, psia mać!
Uczeń miał przerosnąć mistrza. Robert pragnął zobaczyć uznanie w oczach ojca. Przebłysk chwały dawało mu już poszanowanie z jakim ojciec mówił o jego nowym domu i przestronnych budynkach gospodarczych, którymi młody otoczył swoją posesję. Marzył, by tych pochwał było więcej. Pochwał i dumy ojca. Uwielbiał podsłuchiwać, jak ojciec chwali się nim przed innymi.
Zdecydowali się osiąść w rodzinnej wsi Beaty. Wybudowali przestronny dom, w którym Robert nie potrafił się odnaleźć. Ale zrobił to dla niej, dla Beatki. Zamieszkali tu, gdzie i ON czasem bywa…Ten Inny.
Przyszła żona zapewniła Roberta, że ON, Ten Inny- tak rzadko bywa w domu, że to prawie pewne, że przez lata go nie spotkają, że im to nic nie szkodzi…
Uwierzył.
Bo jakże miałaby wyznać przyszłemu mężowi, że umarłaby, gdyby nie spotykała Tego Innego- choćby przelotem? Jak miałaby wytrzymać, gdyby nie mogła wracać ze swojego pół etatu w bibliotece- koło TAMTEGO domu, gdzie kiedyś skrycie nocowała przy Mozarcie odgrywanym przez stary adapter?
…I skąd wymykała się niezauważona o świcie- w emocjach tak nowych, tak szalonych, tak wzniosłych…
Ten Inny- dawał jej skosztować nowych światów. I nie chodziło tylko pieniądze, ale o to na co je wydawał…
Robert kupuje jej zawsze ten sam zestaw: kwiaty i pół kilograma ziaren kawy. Ten Inny kupował książki, o których pojęcia mieć nie mogła, nawet jako bibliotekarka. Mówił o ludziach i miejscach, które nie przyszłyby jej do głowy nigdy…
Przy Nim, nic nie łączyło jej z mąką i kluskami do rosołu w niedzielę.
Przy Tym Innym była myślą, doznaniem, częścią sensu tego świata.
Była sobą, jakiej bez Niego nie umiałaby w sobie odkryć.
Beata przypomniała sobie, gdzie jest. Nie była pewna, ile trwało jej zamyślenie. Podniosła wzrok. Młodzi nadal pili herbatę.
– No cóż. Trochę gorzałka mnie siekła- zażartowała. – Zamyśliłam się, ale już mówię- powiedziała, przegryzając – na szybkiego wyciętym z blachy- kawałkiem makowca.
Znów usiada na poduszce.
– Posłuchajcie. Zmartwiłam się. Nie mogłam sobie poukładać w głowie, że chodzicie w taką śnieżycę- mówiła, sama nie wierząc sobie. Łgała, mając nadzieję, że zatai ożywienie, które opanowało ją na widok Noemi.
– Mamy tu kierowców przygotowanych na odwożenie gości, no wiecie, tych, co mają już dość- puściła do nich oko. – Dajcie się odwieźć- poprosiła i zamieniła się w zbitego psa.
X. przypuszczał, że coś odgrywa się poza nimi, coś o czym Beata im jednak nie powie. Noe skupiła się na tym, że jej towarzysz drży. Ścisnęła jego dłoń i próbowała ogrzewać, pocierając.
– Skorzystamy, to miłe z pani strony- powiedziała do Beaty. – X. jest chory, nie powinien marznąć. Trochę nas poniosło szukanie wrażeń.
Mówiąc to, Noe patrzyła w stronę chłopaka. Beata zatrzymała wzrok na profilu dziewczyny, na jej zmrużonych, rozczulonych oczach. Ktoś kiedyś patrzył tak na nią także… Ktoś tak bardzo podobnie na nią patrzył!!!
Wybuchła płaczem i ukryła głowę w dłoniach. Młodzi zmieszali się.
Podniosła rękę i skierowała wskazujący palec ku blachom ciasta.
– Zaraz się uspokoję. Przepraszam was. Proszę- zawyła- ukrójcie sobie ciast jakich chcecie i,i, i- jąkała się- i daj rodzinie ode mnie tych przysmaków, Noemi! – wykrztusiła.
Noe wstała z podłogi po pomogła wstać towarzyszowi. Wzdrygnęła się na myśl, że będzie musiała okaleczyć nożem nietknięte szarlotki, pijaki i bawole oka… Diero dostrzegła, jakie bogactwo smaków upchnięto na tych kilkunastu metrach kwadratowych.
Beata ponaglała ją w obłąkaniu…śmiało ciachaj i nie z brzegu, a ze środka blachy!
No dobrze.
X. pomagał pakować. Wiedział, że Noe boi się zmienności nastrojów nawiedzających to niewielkie pomieszczenie ukryte przed resztą gości. Podejrzewał, że dziewczyna próbuje ukryć chęć ucieczki.
Nie wiedzieć, czy pomimo strachu Noe, czy dzięki niemu- wszystko przebiegało nad zwyczaj sprawnie. Rolki folii aluminiowej i sterta talerzy- czekały na swoją kolej. W spiżarni bowiem miało się odbywać przygotowanie gościńca dla odjeżdżających gości. Każdemu po kawałku z placków, zawijańców, każdemu po garści z ciastek i suszonych śliwek.
Na pamiątkę wesela, weselcie się z nami jeszcze w swoim domu! Smacznego! – brzmiały karteczki, które kucharki miały dołączać do pakunków.
Młodzi co prawda nie byli gośćmi weselnymi, ale… jakoś stali się nimi na chwilę…
Beata otarła łzy ścierką kuchenną i nie patrząc na to jak wygląda – wyszła na korytarz. Po chwili wróciła z poleceniem.
– Auto czeka na was pod samymi drzwiami- powiedziała zgaszona. – Jeśli sprawnie wyskoczycie z drzwi, śnieg nie zdąży was dopaść- próbowała zażartować. – Dziękuję wam za tę chwilę i Noemi, przekaż proszę pozdrowienia ode mnie…no…rodzinie- urwała i zgasła.
– Oczywiście- wydusiła wycofana Noe- i tak mi głupio, bo nie złożyłam pani życzeń- mamrotała. – Wszystkiego dobrego na nowej drodze…
– Nie! – przerwał jej głośny krzyk Beaty- Nie kończ! Idźcie już! – krzyknęła. Wypchnęła ich ze spiżarki, a sama zatrzasnęła się w niej, zawodząc.
Gdy młodzi zasiedli wygodnie w rozgrzewającej się Toyocie, Beata patrzyła w ścianę.
– Ona jest taka do ciebie podobna w niektórych gestach, taka podobna…- szeptała, próbując chwycić swój szalejący oddech.
– Mogłam urodzić ci taką córkę, Ilia… ale nie chciałeś mnie, nie chciałeś, nie chciałeś! – łkała do ściany i czochrała z całych sił swoje włosy, burząc resztki fryzury i topiąc ostatecznie wspomnienie makijażu.
– Porzuciłeś mnie, gdy ci się znudziłam!!! Jaka ja jestem głupia, że cię kocham!
Jaka głupia!
Próba krzyku przegonionego silnym płaczem -pozbawiła ją sił.
Biała płachta sukni upadła na ziemię. A w niej panna młoda. Spętana suknią ślubną, jak powrozami.
Najsmutniejsza panna młoda, jaką można sobie wyobrazić.
Płakała wśród rarytasów mających osładzać weselenie się razem z nią i jej wybrankiem.
Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia! – ile razy dziś jej tego życzono?
Tymczasem ona kończyła się dla tego świata.
Leżała i nie chciała wstać.
Musiałaby przecież dokądś pójść.
A kierunek, w którym iść pragnęła- był dla niej zakazany.
– Wygłupiłam się ściągając tu twoją córkę- szlochała – Jestem taka głupia kochając cię, Ilia…Tracę rozum…Ale tak chciałam przez chwilę poczuć od niej kawałek ciebie… chociaż kawałek…
Niecały kwadrans później, młodzi zamknęli za sobą drzwi. Dom otoczony polami przyjął ich pod swoje zacienione skrzydła. Przywitali się z czujną na dźwięk zamka Lulą i czochrając ją po pięknej głowie, dostali przepustkę na piętro domu. Suczka była zapatrzona w X. i odkąd pojawił się w jej życiu, strzegła go. Postanowiła odprowadzić go do pokoju Noemi i rozłożyć się w takim miejscu, by mieć go na oku.
Wróciła do swojej zniesmaczonej pani po tym jak chłopak już przebrał się w suche ubrania, łyknął tabletkę, położył w łóżku i zasnął.
Noemi wyszła spod prysznica dopiero, gdy Lula szła korytarzem w stronę schodów prowadzących na dół. Warknęła na dziewczynę nie podnosząc łba. Dziś myślę, że mogła zrobić to z zazdrości.
Ona przecież miała swoje nocne legowisko obok Sophie. Nie mogłaby jej zdradzić.
W tym samym czasie Beata wypiła jeszcze kilka, spiżarnianych kieliszków i poszła do toalety. Po kilku porządnych chluśnięciach sobie w twarz zimną wodą z kranu- wróciła na salę weselną.
Podchmielona wokalistka weselnego bandu, zaskakująco czystym głosem podjęła się odtworzenia polskojęzycznej wersji utworu wyśpiewanego w oryginale przez Doris Day. Ciotki wiejskie i miejskie nagle spoważniały i w skupieniu próbowały jak najwierniej odśpiewać z zespołem treść piosenki. Zupełnie, jak gdyby ich gardła mogły na ten moment stać się salą sądową, na której one zabiorą obrończy głos w swojej sprawie.
Poruszyło ją to i porwało. Ruszyła w rozbawiony, rozgrzany tłum.
Przejęła od nich zapach.
Opary ich stańczonych ciał, ich smutku, wysiłku, odprężenia.
Przypomniała sobie, że utwór Que Será, Será- powstał na potrzeby filmu zatytułowanego „Człowiek, który wiedział za dużo”. Na szczęście, na tym jej myśl przystanęła i przywdziewając skrzydła zniknęła, dając jej alkoholową ulgę.
Sala śpiewała głośno i z przejęciem.
„Pytałam za dziecięcych lat
Czy w życiu czegoś będzie mi brak
Czy zaznam szczęścia, czy poznam świat
Mama śpiewała tak…
Que sera, sera
Co będzie, pokaże czas
Cóż przyszłość obchodzi nas
Co nam jutro da
Que sera, sera (…)”
Ktoś ze rodziny Roberta otoczył ją w męskimi ramionami i poprowadził. Tańczyła i śpiewała z całych sił. Jak gdyby nigdy nic. Bo przecież nic…- mówiła sobie. Czuła każdy mięsień, każdy opętujący ją rytm. Odzyskała tym wizerunek w oczach obu zaślubionych tego dnia rodzin. Jej mąż kiwał z zadowoleniem, a ona sama powiedziała sobie: tak, wódka może mi pomóc rozrzedzić Ilię w krwi.
Zanim dopłynie do serca.