„Nadzieja macochą gorzkich”

Gdy M. zjawiła się w domu rodzinnym ponownie, po kilkunastu dniach nieobecności- przekraczała jego próg z wielkimi nadziejami. Tym razem czuła, że ma je w zasięgu ręki. Pozwalały się jej oglądać z niewielkiego dystansu- niczym nierozpakowane podarki, na otwarcie których czeka się w przyjemnej gorączce. Przez wszystkie wymuszone na sobie popołudnia spędzone z dala od matki, wyobrażała sobie, że Sophie skrycie czeka na nią wypatrując na polach jej wytrwale pokonującej mróz sylwetki…

Nadzieja na to, że po pierwszej od lat, tak długiej rozłące- matka mogłaby nieprzytomnie rozkochać się w niej- przywracała sens absolutnie wszystkiemu. Nagle wydawało się jej, że każde prawo wszechświata jest dokładnie przez nią zrozumiane i współgra z nią.

Za sprawą nadziei na bycie kochaną i utęsknioną, odzyskiwała swoje miejsce wśród planet, gwiazd, mgławic i czarnych dziur.
Czuła, że znaczy nie mniej i nie więcej niż one wszystkie.
Że znaczy tyle samo.
Odpowiednio.

Wyśniona Sophie, która tęskni nieuleczalnie nie mogąc spoglądać codziennie w oczy swojej córki- stała się dla M. bóstwem, na którego spotkanie warto było wyczekiwać znosząc wszystko co podsuwał los.

Baśń o matce i córce rozlewała się wewnątrz głowy M. niczym podgrzany słońcem miód. Lepka i ciepła. Chciało się kosztować jej do ostatniego posmaku. I tak też robiła. Oglądała swoje wyobrażenie MATKI ze wszystkich stron.

Były to same dobre strony, rzecz jasna. Bo jakież inne miałaby posiadać WYŚNIONA MATKA?

Pomyśleć tylko…
Mara użyczyła nadziei- zużyte a wciąż niezawodne deski teatru mieszczącego się pośrodku własnej głowy. Maniakalny repertuar wskakiwał na afisz zawsze wtedy, gdy przez więcej niż jeden dzień nie widziała Sophie. Opowieść o matce i córce, których niewyobrażalne wręcz przywiązanie chroni mur tajemnic nie do przebycia dla kogokolwiek spoza tej dwójki- przejmowała jej umysł.
Jak zakładnika.

Miała świadomość, że wiele już razy żywione nadzieje nie ziściły się, ale też czy mogła się temu dziwić? W końcu, nawiedzała Sophie co dwa, trzy dni. Nie oszczędzała jej wizyt przeradzających się w nocowanie i swojej trudnej, nocnej natury- kiedy to rozwrzeszczane koszmary wypożyczały sobie jej śpiące gardło, by budzić wszystkich w koło. Krytycznie więc oceniła sytuację i trzymając serce na uwięzi- wytrzymała aż dwanaście dni i nocy!
Bez mamy.

Wobec tej wstrzemięźliwości, nadzieja na bezbrzeżną miłość Sophie nabierała sensu i prawa do zaistnienia. A prawdę powiedziawszy, dwunastego dnia- była już wszystkim co miała. Prawdą absolutną, niepodważalną i co najważniejsze- zasłużoną.

Tak brzmiało marzenie Mary. A może mara Mary?
Na Ukrainie- marą nazywa się demona śmierci. Wielu ludziom zamieszkującym wsie Ziemi Odzyskanych, a więc żyjącym w sąsiedztwie jej rodzinnego domu, ale i ośrodka zdrowia- jej imię kojarzyło tylko z przeraźliwą strzygą. Niewiele osób chciało wiedzieć, że jest to imię semickie i oznacza kogoś gorzkiego.

Ona sama nie zaprzątała sobie tym głowy; komu i z kim się kojarzy. W chwilach, gdy nie mogła być przy Sophie, śniła o niej na jawie. Nic innego nie miało znaczenia.

Zanim jednak Mara wyruszyła na spotkanie Wyśnionej Matce, wcześniej składała swoją codzienność na ołtarzu obowiązków.
Co wieczór, po tym jak z przesadną dokładnością sprostała już wszystkim powinnościom zawodowym, wychodziła naprzeciw tym, które narzuciła sobie dodatkowo przyjmując etat sprzątaczki w ośrodku zdrowia. Przez sporą część zimy pełniła także funkcję palacza- kiedy to pan zajmujący się kotłem- poddawał się był wirusom lub zwyczajnie nie mógł dotrzeć na miejsce z powodu śnieżyc.
Mawiano, że zrzucenie zadań na panią Marę- było łatwiejsze niż uzyskanie rozgrzeszenia u miejscowego plebana, który w zasadzie nie robił z tym większych problemów, z małymi wyjątkami. W porównaniu z tymże duchownym- M. ściągała z ludzkich pleców trudy bez ociągania się i nakładała je na własne barki, jak dotąd niezawodnie.

Ot, święta! Mimo, że strzyga! – żartowało miejscowe doktorostwo.

Niemądrze utarło się, że Mara nigdy nie choruje. Ale jakże mogłoby być, że tak chorowite od urodzenia dziecko- nagle stało się okazem zdrowia w dorosłym życiu?

Nie było tak.
Nie stało się.
Więc jak?

M. pracowała nawet w bezsilności, testując rozmaite leki na kaszle, gorączki i duchoty- by ukryć swój stan i nie niepokoić (Broń Boże!) tych, których życzliwie odciążyła. I warto zatrzymać się nad pewną nieoczywistą prawdą. Mianowicie, mimo licznych zabiegów przedsięwziętych z myślą o innych- Mara podejmowała się tychże poświęceń przede wszystkim dla siebie.

Potrzebowała wprawiać w ruch swoje ciało. Ponieważ gdy było nieustannie zaangażowane, w którymś momencie myśli M. zaczynały tracić swoje sztywne, stresujące ramy i pośród nich pojawiało się coś na kształt kadzidła lub mgły. Wtedy to odwiedzała ją nadzieja i przestrzeń na śnienie o Wyśnionej Matce, którą przyjdzie jej spotkać lada dzień. Zmęczenie ciała i umysłu, które odbierało jej pod wieczór możliwość myślenia i zniewalało snem- było zapłatą za radość przekroczenia rodzinnych progów już niebawem, już za dni kilka, za dzień, godzinę…

Zmęczenie służyło jeszcze czemuś, czego M. nie odważyłaby się wypowiedzieć nawet w gęstwinie swojego umysłu.
Służyło ZAGŁUSZENIU większości jej doświadczeń z matką, a więc tych, którymi nie nakarmiłyby nawet najmniejszej nadziei na uznanie. O miłości w ogóle ciężko tu wspomnieć…
I w tym kontekście, usłużność i pracowitość tej zagubionej pielęgniarki z wiejskiego ośrodka zdrowia- nabierała zupełnie innego znaczenia.

Pan Władek, ośrodkowy palacz- opiewał po wsi zaskakujące zdolności pani pielęgniarki M. w tym niekobiecym fachu. Głosił, że nikt tak dobrze jak ona nie trzyma temperatury w mieszkaniach personelu medycznego zimą, a było to dla niego punktem honoru. Uważał bowiem, że lekarze i pielęgniarki posiedli wykształcenie z najwyższej półki i należy im się wstawanie do ciepłego mieszkania o świcie. Wyżej w hierarchii zawodowej, zdaniem pana Władka- był tylko ksiądz. Oczywiście nie każdy.

Tymczasem Mara wypełniała dni bez Sophie pracą. Gdy tylko ośrodek zdrowia zamykał się dla pacjentów, w białym fartuszku i czepku- wspinała się w nerwobólowym trudzie na piętro. Mijała mieszkanie młodego doktorostwa i pospiesznie otwierała swoje- zazwyczaj nie zauważając obecności lub braku córki. Już w przedpokoju dawała upust entuzjazmowi- zrzucając służbowe ubrania od progu. Wpadała do szafy i przeoblekała się w strój, który w jej głowie nosił etykietkę: roboczy.
Upięte dotąd w wysoki i nieskazitelny kok- ciemne włosy, spuszczała na plecy, po czym pętała nieśmiałym kucem.

Tak przemieniona, przemierzała mieszkanie bez rozpraszania się. Być może dlatego nie była w stanie nie wiedzieć ani wiedzieć, czy jest tam jej córka. Zapominała o niej zupełnie. Prawdopodobnie nie mogłaby zareagować na nią, nawet jeśli ta podchodziłaby do niej lub próbowała wciągać w rozmowę.
Wtedy też wszystkie bóle z ciała M. stawały się głuchonieme. Przestawała mieć z nimi kontakt. Z każdą chwilą stawała się coraz bardziej nietykalna w każdym ze swoich żyć.

Z przedpokoju przechodziła do kuchni zdecydowanym krokiem.
Przygotowywała mocną kawę, na wynos. Znosiła także ze sobą na dół duży dzbanek z lekko osoloną wodą z kranu i literatkę, by uzupełniać płyny co jakiś czas.

Pamiętała o tym jeszcze jako pani pielęgniarka.

Jako pani sprzątająca zaś- pierwsze kroki kierowała do gabinetu lekarskiego. (Były to kroki obute w zużyte klapki na korku, których za nic nie nosiłaby przy ludziach.) Gdy się już w nim znalazła- przystawała przy wielkim oknie wychodzącym na ogródek matki proboszcza.

Cały dzień czekała na tę chwilę.

Jakże dziwiła się doktorowi, że ustawił biurko tak, by przez cały dyżur siedzieć tyłem do tego widoku. Z drugiej strony- jakże inaczej miałby skupić się na pacjentach?
To ogromne, podwójne, dwuskrzydłowe okno ze zwieszonym ku podłodze grzejnikiem, jej zdaniem, patrzyło w najprzyjemniejszym kierunku. Ze wszystkich możliwych kierunków widzianych z tego budynku!
Filiżankę, jedną dłonią trzymała za uszko, na drugiej zaś- rozpostartej niczym talerzyk- stawiała kawę w powietrzu. O tej porze roku, ogród duchownego był niewolnikiem bieli i czerni. Grządki warzywne zanosiły się od milczenia. Leżały pod śniegiem nie próbując jeszcze zaistnieć.

Wpatrywała się w okna domku księdza. Jego stara matka znana była z ciągłej krzątaniny. Rozwijała swoje pracowite ręce jak nie po ogrodzie, to po kuchni. Jeśli przystawała- to po to by zaraz ruszyć do kolejnego zajęcia. O tej porze roku, gdy od dwóch godzin na dworze było szaro- w jej kuchence paliło się już sporo żółtego światła. Staruszka pojawiała się często blisko okna, dobrze widoczna w swojej kwiecistej chustce na głowie. Przy jej oknie, szczęśliwie dla M.- znajdował się stół, na którym gospodyni zagniatała ciasto, jadała, czytała, modliła się. Teraz postawiła szklankę z herbatą na parapecie okna, obok bujnej paprotki i zabrała się do lepienia pierogów. Garnek z farszem był już przygotowany, także stolnica pełna wyciętych placuszków ciasta.

Gdyby tak Sophie mogła mieszkać w tamtym oknie…Gdyby dało się ją tak podglądać w dni, gdy jestem tutaj…- bajała M., po czym dyscyplinowała ciało i dopiwszy kawę do dna- zagęszczała ruchy.

Zniosła do poczekalni wszystkie środki czystości, ściereczki, gazy i ligninę. Wszystko, co miało przydać się przy zacieraniu śladów minionego dnia. Rozłożyła ten dezynfekcyjny orszak na krzesłach przeznaczonych dla oczekujących i ogarnęła go wzrokiem.

Środki czystości, rękawiczki, szczotki i ściereczki- układały jej się w głowie w czynności, które kolejno wykonują się same. Ruchome obrazy przedstawiające jedno działanie po drugim- odtwarzały się jej co chwilę przed oczami. Nie musiała za dużo myśleć o tym co robi. Wszystko wyświetlało się przed nią niczym wideo poradnik. Przebiegała po wielokroć wszystkie szuflady, sprzęty, przyrządy oraz dokumenty. Wszystko to pozbawiając śladu dnia, odcisków pracujących i chorujących ludzi.

Od czasu do czasu schodziła do kotłowni, by nakarmić paszczę pieca węglem i drewnem. Zapominała o tym, że ogrzewa dom ludziom mieszkającym na piętrze, w tym sobie. Skupiała się na budynku i jego nieożywionych mieszkańcach.

Schody, ściany, podłogi, zlewy, sufity, poręcze.

Pracę sprzątaczki kończyła około północy. Panie zatrudniane do tego przed nią- zwykle miały wolne po dwóch, trzech godzinach. I dotyczyło to gruntownego sprzątania pod koniec tygodnia. Na co dzień trwało to naprawdę krótko. Ograniczały się do starcia podłóg, kurzy, uporządkowania narzędzi, przetarcia kranów i dezynfekcji toalet.
M. postępowała podobnie, ale wyłącznie w te dni, w których zależało jej, by jak najszybciej dotrzeć do Sophie. W dni oczekiwania na to wydarzenie- szorowała każdą lamperię, docierała w każdą szczelinę. Po trzech godzinach czułaby się tylko trochę zmęczona i mogłaby co najwyżej ledwie zacząć przypuszczać, że zasługuje na spotkanie z MAMĄ.

Ale jeszcze nie czułaby się godna.

Więc doskonaliła się w czyszczeniu i porządkowaniu. Jedna smuga wskazywała drugą, jeden bałagan w kartach- nawoływał do zajęcia się następnym…A lustra i blaty nigdy dość czyste dąsały się na nią z niezadowoleniem.
Pragnęła je zadowolić, czasem się jej to udawało.

Przed powrotem do mieszkania, zaglądała jeszcze do pieca. Ponownie schodziła do niego chwilę po czwartej nad ranem, gdy to już musiała wyrwać się budzikiem z objęć zniewalającego jej zmęczenie- snu. Robiła to wszystko tylko i wyłącznie po to, by któregoś dnia w końcu to się stało.
By mogła zasłużenie odwiedzić mamę.

Widzimy ją teraz, w momencie, gdy baśń ma szansę się urzeczywistnić. Nie było jej tu dwanaście dni, dwanaście dni!!!- krzyczą jej podniecone myśli.

Jest dopiero jedenasta przed południem. Skorzystała z wolnego dnia- proponowanego jej od bardzo dawna w zamian za pracę z chorymi w pojedynkę, kiedy to jej dwie koleżanki z pracy chorowały na grypę. Nie cierpiała specjalnie pod ich nieobecność w pracy, ponieważ tak naprawdę nie cierpiała ich obecności. Mimo to, taka okazja, by zaskoczyć matkę jeszcze mocniej niż zwyczajową, niezapowiedzianą wizytą po pracy- aż prosiła się o zrealizowanie. Mogła zjawić się u bram domu w polach już o świcie, gdyby wybrała PKS. Porządnie się jednak przygotowała, przyozdobiła i wyruszyła piechotą- kupując uprzednio chałwę i gorzką czekoladę. Wybrała tę samą trasę przez park wampirzycy, co poprzednio. Jednak nie czuła ani strachu, ani żalu- otoczona zaspami śnieżnymi.

Słoneczny, mroźny dzień przyjął ją do siebie. Niebo przejrzyste nad nią, ale i jakoś też wszędzie wokół- zamknęło ją podczas wędrówki- niby w dobrze wypolerowanej, szklanej kuli. Tym razem nie zauważała niczego poza błękitem, który z oddali wydawał się niski i przystępny każdemu drzewu i zwierzęciu, jak chmury malowane farbką na dziecięcym obrazku.

Tym razem nie zwracała uwagi na tyły wiejskich domostw. Przepłynęła obok nich zamyślonym profilem. Nie czuła tym razem, ażeby zbyt ciasne kozaczki miały jakikolwiek kontakt z ośnieżoną, polną drogą. Może dlatego, że jak pisała Emily Dickinson, jej ulubiona poetka: „Nadzieja ma skrzydła, przysiada w duszy i śpiewa pieśń bez słów, która nigdy nie ustaje, a jej najsłodsze dźwięki słychać nawet podczas wichury.”

Mara szła na spotkanie nadziei.

Wyobrażała sobie, jak wiele pytań w związku z jej niespodziewanym przybyciem- zada sobie Sophie. Jak wiele uwagi poświeci dociekaniu: SKĄD i DLACZEGO Mara wzięła się w domu rodzinnym po tak długim czasie i tak nieprzewidzianie!?

Od wyświetlanych w umyśle scenariuszy- duch Mary aż zagotował się i rozchybotał z podniecenia. Przypominał teraz czajnik Helenki wściekający się, gdy zbyt długo nie ściągała go z pełnego ognia.
Na zewnątrz mróz i zimne ciało M. otulone wełnianym płaszczem- doniosło pod dom swojego dzieciństwa ten niestabilny od wrzenia imbryk.

Serce.

Drzwi wejściowe są niedomknięte- mówi sobie teraz cicho, zauważając słusznie.
Wchodzi i zostawia je w takim samym położeniu w jakim je zastała. Przystaje w korytarzu i szuka siebie w wielkim lustrze, od lat zastygłym tuż przy wejściu do korytarza. Nie znajduje w nim siebie, ale zauważa psa. Lula podszedłszy bezdźwięcznie- szturcha jej kolano nosem po to, by zaraz tak samo cicho wrócić na legowisko. Przy kuchennym piecu ktoś odszył suczce nie lada posłanie. Stare kapy wypełnione pierzem- marzenie, na którym z ulgą kładzie się teraz Lula- niemrawo spełniwszy obowiązek zareagowania na przybysza.

Czy poznając zapach M. stwierdziła, że przy tej okazji nie należy się nawet warknięcie? A może kierowało nią coś innego… Może była dziś senna? – rozmyślała M. próbując rozeznać się w okolicznościach.

Drzwi do warsztatu są uchylone- szepnęła sobie. Mama na pewno zapyta- jak to możliwe, że dotarłam tu o takiej porze… Zdziwi się, ale na pewno też w duchu ucieszy! Nie było mnie przecież tak długo, że tym razem na pewno dotarło do niej, na pewno! – Mara pławiła się w marzeniach.

Baśń rozbłysła jej przed oczami.

– Znowu przyszłaś- Sophie zauważyła nerwowo, rzucając w córkę zamarzniętymi źrenicami. – I znowu polami, jak łajza! – dodała, wskazując na ośnieżone mocno kozaczki M.

Matka stanęła przed nią w całej okazałości. W jednej ze swoich ciemnych sukienek do pracy, z wszytym na przodzie fartuszkiem nakłutym kilkunastoma igłami różnej wielkości. Z centymetrem krawieckim przewleczonym przez szyję i kieszeniami pękatymi od nici.
Była nie tylko zła, ale też zniesmaczona.

Otworzyła drzwi warsztatu na oścież, by pozwolić przespacerować się klientce po korytarzu. Pani Czesława przymierzała gotową sukienkę, którą to wymarzyła i zamówiła u żony krawca E., nie usłuchawszy jej rady, co do wyboru fasonu.

– I jak? – gość zapytał w powietrze.

– Chciała Pani, to uszyłam- podsumowała Sophie. Nie patrzyła specjalnie za panią Czesławą, najwyraźniej zachwyconą swoim nowym nabytkiem. Kobieta przechadzała się, głaszcząc co chwilę wycięty w łódkę dekolt i zjeżdżając dłońmi na powiewającą swobodnie część sukienki odciętej pod biustem.

M. usiadła na schodach prowadzących na górę, by nie blokować dojścia do lustra. Zdawała sobie sprawę, że mama jest zbyt zajęta pracą, by teraz jej wyznać…okazać…

Sophie oparła się o futrynę drzwi warsztatu. Nie mogła ukryć rozbawienia patrząc jak pani Czesława wdzięczy się i podziwia nabytek z każdej strony przed lustrem.

– Jest pani przyciężka do tej sukienki- oświadczyła klientce chichocząc. – Nic tu nie da okręcanie się w tę i we tę. Kilogramów pani tak nie zgubi- wyśmiewała się, poprawiając zieloną chustę na włosach dla rozładowania ironii, która ją rozsadzała.

– No co? – zareagowała na wzburzoną twarz kobiety- było mnie słuchać!

Już postawiła ją pod ścianą. Już ma ją w garści. – pomyślała o tej biednej kobiecie Helena, przysłuchując się zza celowo niezauważalnie rozszczelnionych drzwi swojej kuchni.

– Ale naprawdę myśli pani, że źle wyglądam? Bo nie wiem, czy pani żartuje…- zajęczała pani Czesława i odwróciła wzrok od swojego odbicia w lustrze, zawstydzona. Patrzyła błagalnie na Sophie.
Ta zachichotała i oświadczyła z zadowoleniem:

– No powiem pani tak prosto, jak wam trzeba mówić. Otóż, na weselu pani córki będzie kilku szczęśliwych ludzi… Będą to pani wrogowie, widząc panią tak ubraną! – ledwie dokończyła wybuchając perlistym śmiechem.

Kobieta zmieszana usiadła na schodkach obok Mary.

– Pani też tak uważa? – zapytała. – Tak źle mi w tym?

– Proszę słuchać mamy i dać się przeszyć- M. doradziła jej cichutko.

Sophie dostrzegłszy tę komitywę, rzuciła w stronę córki rozkaz:

– Nie siedź tak, zrób nam kawy! Trzeba to poprawić, co by kobita nie mówiła, że ja ją w to bezguście ubrałam! Wstawać z moich schodów! Ale już!!!