Dziwna zima. Niewiele dni śnieżnych, a prawdziwie mroźnych zaledwie kilka. Ci, którzy mieli dość zacięcia, zaoszczędzili na opale nie pieszcząc się temperaturami zarezerwowanymi dla lata. Franek od zawsze lubił palić i lubił ciepło. Grzejnik zagotowuje i tak rozgrzewaną palnikami kuchnię. Jak on może tu spać? Jego pokój to właściwie pomieszczenie gospodarcze przyklejone do ściany, na której stoi kuchenka gazowa. Już ósma. Pewnie zaraz wstanie. Od kilkunastu minut nie chrapie, czyli zbiera się albo smaruje macią na ból stawów. Znowu nie wyczyściłam zegarka. Z taką pamięcią, nie zdążę go oczyścić z kurzu przed śmiercią. Od kilku lat patrzę na warstewkę kurzu, którą najgorliwiej obnażają ostre, wiosenne promienie. Kwiecisty talerz z grubego fajansu, z wbudowaną tarczą zegarka, bez zarzutów odmierza nam już dwadzieścia lat na wsi. Trudno, kiedyś ktoś po nas to wszystko posprząta.
Jest i Dama.
– No właź, damesso. A gdzie reszta kotów?
Dama jest piękną kocicą. Im starsza, tym więcej widzę na niej odmian bieli i szarości. Jak zwykle, przeszła dostojnie, nie patrząc na mnie, z zewnętrznego parapetu, na wewnętrzny. Zamykając za nią okno, nie usłyszałam, że Franek wyszedł od siebie. Poszłam prosto do łazienki, napełnić kocie miski zanim zjawi się cała ferajna. Zapachniało kawą. Franek już zaczął dzień. Pierwszy rytuał trwał. Pewnie teraz głowi się czym doprawić aromat. Od kilkunastu miesięcy katował wszystkich gości pytaniem, co w jego dzisiejszej kawie, jest poza kawą. Wzięłam oddech.
– Dzień dobry, Franku
Stał tyłem, pochylał się nad ekspresem. Jaki on stary. Ledwie poznaję w nim chłopca, dla którego chciało mi się żyć. Nie słyszy mnie. Usiądę przy stole, przecież wreszcie odwróci się i zacznie podawać jak kapłan, ten swój napój boski. Przed nami znów cały dzień. Nie mam pojęcia co ugotować.