„stare telefony dzwonią w przeszłość”

Blanka z przyjaźnią otarła się o ciemną łydkę Zacharego. Na tle śniadej skóry, jej śnieżno-białe futerko prezentowało się jeszcze dumniej. Wizytówka zimy, pomyślał patrząc na nią. Kotka wskoczyła na kolana swojego pana dokładnie w chwili, gdy przestał zadręczać oporną tarczę „starszego niż świat” – aparatu telefonicznego.

Aktualnie używany telefon, stał we wnęce przedpokoju, na stoliku przybranym w welon kwiecistej serwety. Zachary przysiadł na krześle postawionym tu rozważnie- w takimż to właśnie celu.
Nasłuchiwał efektu swoich zmagań- przyciskając do ucha słuchawkę, zbyt strojną i nieużytecznie fikuśną.
Drażniły go rzeźbienia w posrebrzanej rączce i wymyślny kształt mikrofonu- ukrytego w srebrze wyprofilowanym na kształt dużego dzwonka alpejskiego.

Kwiaty zostawmy damom, na Boga! Telefon to ma być telefon…-protestował.

Zirytował się na ojca za to, że zbyt niechętnie wymienia sprzęty na mniej sentymentalne. Sprzęt, ma to do siebie, że jest sługą czasu, w którym przyszło mu pełnić swoją powinność! – pouczał puste mieszkanie.

POWINIEN DZIAŁAĆ ZGODNIE Z PRZYJĘTYMI NORMAMI. A ŻYJEMY W CZASACH, GDY POŁĄCZENIE TELEFONICZNE NIE JEST JUŻ DZIEŁEM SZTUKI I MEDYTACJI NAD ZACINAJĄCĄ SIĘ TARCZĄ!
TO JUŻ NIE CUD TECHNIKI, TATO! NIE CHCĘ ROZPŁYWAĆ SIĘ NAD FAKTEM WYKONYWANEGO POŁĄCZNIA! CHCĘ ZROBIĆ TO SZYBKO!

Wściekał się.
Pomyślał przez ułamek sekundy o pani Jasi, staruszce pomagającej ojcu w domu. Znał ją od wielu lat i ze smutkiem obserwował, jak ulatują jej z głowy słowa, a obowiązki stają się coraz bardziej uciążliwe. Sędziwa pomoc domowa ma prawo nie dopatrzeć wszystkich sprawunków lub choćby nie doczyścić zakamarków mebli. To zrozumiałe.
A wszystko to z jednej prostej przyczyny- czas odbiera siły i sprawność nawet najbardziej zaangażowanemu pracownikowi. Rozumiemy los człowieka, to oczywiste- mówił sobie. Kochamy go, szanujemy i nie chcemy tracić, nawet, gdy słabnie. Bo nie sama jego praca ma dla nas wartość, ale jego towarzyszenie nam na zakrętach naszych dróg. Jego obecność w naszej codzienności!

Jednak co do sprzętów, zdecydowanie praktyczniejsze bywają sprzęty WSPÓŁCZESNE, produkowane w czasach, w których żyjemy! – wyzłośliwił się pod nosem.
Ale to był zaledwie błysk emocji, bo zaraz zdał sobie sprawę, że powoli ten dom przestaje być jego domem i cóż on ma za prawo- porzucając ojca na starość- dyktować mu warunki…

Czynność wykręcania numeru zmuszony był powtarzać jeszcze kilka razy. Znowu nasłuchiwał.
Westchnął nielekkim oddechem. Kotka tuliła się do jego kolan.

Na szczęście nie miał za wiele czasu na ten smutek, który wypełzł nieoczekiwanie zza irytacji starym telefonem. A to dlatego, że połączenie jednak udało się zrealizować.

I NAWET nie trzeszczało w zabytkowej słuchawce.
To znaczy, nie trzeszczało AŻ TAK.

Zawahał się więc podwójnie, gdy usłyszał nieufny i ochrypły głos po drugiej stronie łącza. Oczami wyobraźni zobaczył dom w polach oprószany zewsząd śniegiem…
Bajkową twierdzę, po której snuje się na piętrze samotna księżniczka Noemi. Sądził, że po kilkunastu dzwonkach, gdy wyjdzie z własnej głowy i dotrze do niej sygnał ze świata- to właśnie ona podniesie słuchawkę.

Od świtu planując wykonanie tego telefonu, wyobrażał sobie, że odpoczęła po ataku tej dziwacznej choroby, a pobyt w pustym mieszkaniu, bez matki- pod wieloma względami służy jej. Dzwonił z gotową propozycją wszelkiej praktycznej pomocy. Oczywiście spodziewał się, że Noe poprosi o podwózkę do szpitala, do matki. Był na to gotów, jak najbardziej. Umierał z niepokoju, gdy musiała leżeć na oddziale z takim bólem i niepokojem. Zdecydowanie wolał ją widzieć w jej naturalnym środowisku. Jakiekolwiek by było, była z nim oswojona.

Przy matce przynajmniej czuła się niezastąpiona… I na ten bardzo przejmujący, dołujący sposób- ważna.

Kilka pierwszych dzwonków telefonu właśnie rozległo się w pustym mieszkaniu, na piętrze domu. Za oknami cisza spacerowała po grzbietach śpiących pól. Mieszkańcy domu snuli się- każdy w pojedynkę; z pokoju do kuchni, z kuchni na korytarz etc.

Ernesto z małymi bąbelkami akurat podróżowała wzdłuż salonu Gajki, gdy Mara doskoczyła do stolika i złapała za słuchawkę.

Gorzej trafić nie mógł.

– Kto mówi? – zapytał, słysząc charczące „proszę słucham”.

– A może to ja jednak zapytam?! – odburknęła, tym razem jeszcze grubiej i prześladowczo.

Co takiego dotarło do kocich uszu Blanki? Na ile ton głosu z wnętrza słuchawki kazał jej zabierać nogi za pas? Nie zwlekając, pospiesznie zeskoczyła z kolan Zacharego i opuściła przedpokój, na rzecz spokojnego polegiwania na szezlongu Leona, w salonie. Właściciel mebla od świtu ślęczał nad papierami w kancelarii.

– A tak, w samej rzeczy nie przedstawiłem się. Mówi Zachary. Dzień dobry! – wykrzesał z siebie entuzjazm, sztuczny jak sklepowy miód.

– Kto? Nic mi to nie mówi- odpowiedziała oschle i odłożyła słuchawkę.

Podjął kolejną próbę.

– No i po co znów?!- przywitała go po jednym sygnale, pewna, że to nikt inny.

Zebrał myśli. Przebiegło mu przez głowę kilka szczegółów, które mogłyby pomóc ciotce zidentyfikować go. Wiedział, że musi przebić się najprawdopodobniej przez sporą ilość światów w jej głowie, by zaistnieć.

– Syn Leona, brata Jakuba- wyłuszczył bardzo powoli. – Witaj ciociu! Miło mi zawsze cię słyszeć- odgrywał zainteresowanie, bo realnie, był na to zbyt zestresowany, by okazać ciotce uczucia. – Co tam w pracy? Dużo pacjentów masz na głowie? – blefował, utrzymując rytm wypowiadanych słów, po których, niczym po połączonych kropkach- ciotka Mara mogłaby naszkicować jego postać.

Nie mogła zignorować życzliwych pytań. To był strzał w dziesiątkę, poczuła zawodowe zobowiązanie, a sznyt pielęgniarski zbudził się sam.

– Aaaach to ty, chłopcze! Zupełnie cię nie poznałam, no zupełnie! Dasz wiarę?! No pewnie, że Zachary, że Zachary… dzień dobry, dzień dobry – zachichotała, próbując ukryć powrotną drogę do rzeczywistości. – U nas w ośrodku ludzi multum. Pracy bardzo dużo, ledwie nadążamy- mówiła rzeczowo, przyjaźnie. – No cóż, staram się ciężko pracować i nie biadolić.

– A tego to jestem pewien, że ciocia jest tytanem pracy i wielkim umysłem!- pochwalił, już zupełnie od serca, bo stres uleciał. – Dzwonię, bo szukam Noemi- zaznaczył łagodnie- czy mógłbym ją poprosić do telefonu?

W słuchawkę wpełzła zamszowa cisza.
Zachary miał wrażenie, że przytkała mu nawet uszy, jak przy zmianie ciśnienia.

– Jesteś tam, ciociu Maro? – zapytał, choć czuł, że cierpnie mu kark.

Oby nic nie stało się Noem, zaklinał. Bał się zapytać wprost.
Czekał.
Usłyszał najpierw oddech.
Potem płacz. Ciotka zaniosła się od szlochu.

– Ciociu, co się stało? Proszę cioci?!- niepokoił się.

– No jestem już, jestem- powiedziała sucho, na powrót nieufnie.

– Czy coś złego się stało?!- Zach pytał drżącym głosem, próbując zatrzymać lawinę czarnych myśli. Noemi nie mogła sobie tego zrobić, nie mogłaby mi tego zrobić… Chłodny wyraz „samobójstwo” nie dawał mu spokoju, choć zdecydowanie gorsze od wyrazu było wyobrażenie sobie, jak bardzo mogłaby skrzywdzić samą siebie…Tyle razy, w jego obecności, na chłodno rozdarła sobie skórę… Aż strach pomyśleć, do czego jest zdolna w rozpaczy i samotności.

– No! Nie ma co! Nic to! – zakrzyknęła oburzona M.

Zach aż stanął na baczność. W antycznym telefonie zahuczało, zaskrzeczało.

– Co tam się dzieje?! Czy z Noemi wszystko dobrze?!- krzyknął wreszcie.

– Tak, a co ma być z tym dziwolągiem, poza tym, że nim jest?!- zakpiła uszczypliwie, by zaraz się totalnie przemienić.

– Pojechała z Sophie do szpitala- oświadczyła. – Pan Jasiu ich powiózł w te śniegi, zupełnie oszalały pomysł…- łkała.

Ulga! Ulga! Zrozumiał, jak bardzo spodziewa się tragicznego końca tej małej. Mała Noe, niespokojna Noe…- myślał. Jesteś, nadal jesteś. Jak długo będziesz?

– Rozumiem, ja właśnie to samo chciałem zaproponować, to znaczy… podwózkę- zapewniał zmieszany. Zszedł z tonu, usiadł, wziął oddech. Wytarł wierzchem dłoni zimny pot, który wydusił chyba sam jego mózg- podsuwając mu mrożące krew w żyłach obrazy martwej Noe.

– A ja- ciągnęła Mara- no cóż, ja płaczę, bo miałam nadzieję, że chodzi ci o mnie, o to co u mnie słychać…

Wybuch żalu, wodospad łez i przerwane połączenie.
Na próżno dzwonił kilka razy.
Przez kwadrans Mara patrzyła z żalem w tarabaniący telefon, po czym zebrała się i zeszła do kuchni Sophie. Na parapecie, który był biurkiem matki, leżał rozczytany egzemplarz Anny Kareniny.
Mara, ignorując wszystko inne- weszła w świat powieści.

Zachary w końcu stracił nadzieję na ponowną rozmowę z ciotką Marą. Zupełnie jakby wyczuł, że opuściła mieszkanie Noemi i jej rodziców, bo nagle po prostu przerwał sygnał w połowie i odłożył ciężką słuchawkę na widełki.

Wymienił Blance wodę w miseczce i skroił kawałek mięska na spodek. Zaszedłszy do salonu, podszedł do jej kłębuszkowego ciałka tak blisko, że mimo głębokiego snu, nastawiła uszy w jego kierunku.

– Wychodzę malutka. Jadę pod szpital, szukać Noemi. Wszystko masz w kuchni- zapewnił czule, po czym porządnie się ubrał i wyszedł w stronę auta.