„pod zlewem siedzi pytanie, pod zlewem siedzi odpowiedź: jeśli jesteś ich rodzicem-zrób sobie spowiedź”

Pan Jaś zjawił się w ciągu kilkunastu minut.
Z nienaganną postawą wobec śnieżyc i mrozu, bo okutany szalikiem i czapką uszatką- pieszo przekroczył granicę pól. Auto zostawił przy asfaltowej drodze, choć brał pod uwagę konieczność wrócenia po nie, gdyby sytuacja okazała się niebezpieczna dla czyjegoś zdrowia lub życia. Różnie się to przecież u państwa zdarzało… Ano różnie być mogło i tym razem- przemyśliwał.

Wiedział jednak, że gdy dzwoni Helena, to po pierwsze sprawa wymaga dyskrecji, po drugie dyskrecji, po trzecie dwóch poprzednich. Przeciął więc pola na skróty. Mróz mobilizował do szybkiego marszu. Będzie z minus 10 jak nic, mówił sobie. Śniegu wciąż przybywało. Sypał prosto w oczy, nachalnie próbował wypełniać każdą szczelinę między szalikiem, a szyją. Ten, który już opadł- był ciężki i zbity w grubą warstwę. Momentami pchał się nawet pod kolana. Bardzo utrudniał chodzenie, jednakże coś wewnątrz tego starszego mężczyzny pragnęło gnać naprzód, jak najszybciej. W takich chwilach pan Jaś czuł bardzo wyraźnie, jak ból rozdrażnia jego niepewne plecy. Z każdym krokiem bardziej. Mimo to, nie przechodziło mu przez myśl, by zawrócić.

Gdy dotarł pod główną bramę- rozprostował gorejący kręgosłup.
Zabolało go nawet w stopach i łokciach. Osłabł. Musiał przeczekać kilka sekund w bezruchu, zebrać ciało i kołowrotek myśli przed „akcją”.

Z grymasem bólu użył swoich kluczy i tworząc jak najwęższą szczelinę w ogrodzeniu -zdobył pierwszy przyczółek- ogród.
Było tak cicho, jak cicho może być tylko w znacznym oddaleniu od lasu, od wsi i od drogi. Nieużywane zimą pola otaczające dom państwa- spały bardzo głęboko. Jedyny więc dźwięk, jaki dochodził z ogrodu to płatki śniegu szumiące i kładące się po liściach drzew i krzewów. Alejki były solidnie odśnieżone. Nie zostawiał zbyt głębokich śladów. Szedł dość szybko. Starał się przebiegać od jednego większego drzewka do kolejnego. Musiał jednak robić to tak, by nie obudzić śpiących w ciepłych szopach- psich strażników.

Wiek, w dużej mierze, zatkał im już uszyska. Nie były zbyt czułe i raczej skupiały się na śnie i posiłkach.

W następnej kolejności, przebywszy kamienne schody, upewnił się, czy obejmuje go już nieduże zadaszenie rozciągające się zaledwie nad dwoma szczytowymi stopniami.
Pod samymi drzwiami, na suchej wycieraczce, zmienił zimowe buty na suche kapcie- zabrane z wszelkim rozmysłem i przemycone w pojemnym plecaku. Ośnieżone trapery wrzucił na plecy. Jeszcze tylko materiałową chusteczką pozrzuca z siebie biały puch…
No. Jest dobrze- mówił sobie.
Teraz mógł użyć prywatnego klucza do domu swoich państwa. Wiedział, że musi zrobić to bardzo ostrożnie. Na szczęście znał te stare wrota. Sam je naoliwia i konserwuje od lat.
Skupił się. Jego ręka stała się przedłużeniem klucza. Nie pozwolił jej hałasować wewnątrz zamka. Najpierw bardzo powoli, w końcu zdecydowanym ruchem…

Ufff. To było jak pęknięcie bańki mydlanej.
Te ciężkie drzwi, w zupełnej niemal ciszy- dały mu do dostęp do domu zakupionego niegdyś przez nieżyjącego już krawca E. i jego żonę Sophie.
Żywą- pomyślał sobie pan Jaś- i jaką piękną…

I tak oto na maksymalnej czujności, nie wzruszając przydomowych psów- wślizgnął się do środka.

Udało się o wiele bardziej!
Nawet Lula dała się zmylić tym ledwie szelestom, które wytwarzał przy wchodzeniu.

Zamknął za sobą drzwi. Nie używał już klucza, bo zakładał, że odkluczone drzwi zaraz mu się przydadzą. Liczył na fart, że nikt w tym czasie nie zechce ich użyć.

Starał się wejść od razu na schody prowadzące ku mieszkaniu pani Gajki. Nie mógł jednak nie rzucić spod powiek małego choćby spojrzenia…
Kuchnia Sophie była zamknięta. Zza drzwi docierała żywa rozmowa gospodyni i jej córki, pielęgniarki, pani M. Dobrze, dobrze…rozmawiajcie panie w najlepsze…- zachęcał.

Schodami na górę szedł ciszej niż jego cień.
Parzył, czy aby nie spada z niego choćby jeden zdradliwy płatek śniegu.
Nie spadł.

To miał być jego wolny dzień. Wyjątkowo wolny całkowicie, bo zazwyczaj w soboty wolał podreptać wokół naszego domu chociaż te dwie, trzy godziny- jak mawiał. Dla pewności, by dopatrzeć tego, co mogło być przeoczone w tygodniu. No- dodawał zwykle z uśmiechem- żeby i mnie, i państwu niedziela zleciała na beztrosce! Tak dla spokojności pokręcę się jeszcze…

Ale tym razem potrzebował dnia na podleczenie swojego obolałego kręgosłupa. Planował- z tego co udało mi się zrozumieć z podsłuchanej poprzedniego wieczora babci- poleżeć na twardym i nacierać się gęsim smalcem ulepszonym o olejek rycynowy.

Owo „twarde”, które to miało leczyć plecy- to nic innego, jak drzwi kuchenne zdejmowane z zawiasów na tę bolesną okoliczność i kładzione na płasko, na dywanie pokoju dziennego. Taki ot drewniany materac pod nadwyrężone plecy.

Gdy słuchałam tychże serdecznych unaocznień babci, przyszło mi na myśl, że Sophie zaskakująco dobrze już zna obyczaje pana Jasia i pewnie nawet nie wie, że mówi o nich głosem miękkim i jasnym. Miłosnym.

O mnie mówiła ze wstrętem.
I pretensją.

Rozmowa Sophie z ciocią Heleną- zanim dołączył do nich sopel cioci M. przywiany z pól- przebiegała dość spokojnie i dotyczyła nie tylko problemowej mnie, ale i pana Jasia i jego bolączek. Leżałam za uchylonymi drzwiami między sypialnią dziadków, a kuchnią. Albo chciałam być sama, albo uległam przeczuciu, że Sophie nie chciała na mnie patrzeć. Zamieniłam się więc w słuch, by być z nią po trosze zza drzwi, ale też spełnić jej oczekiwania i nie wchodzić jej w drogę i w zasięg widzenia. Obmyślałam plan, jak ją udobruchać. Za uchylonymi drzwiami miałam więcej odwagi, by marzyć, że pięć dni diagnostyki w szpitalu ujdzie mi płazem.

Znów ściągnęłam hańbę na rodzinę.

Wypowiadając słowo HAŃBA w myślach, miałam w głowie obraz babci unoszącej przebłagalne ręce do Boga.
Do Boga, czyli w kierunku nieba lub sufitu- w zależności od tego, czy była w pomieszczeniu, czy na powietrzu. Wierzyłam, że należy przepraszać Boga za nielojalność wobec rodziny.
Czułam się winna i oczekiwałam kary.

Postanowiłam to odkupić niewidzialnością. Nie wychodziłam nawet siku, nie piłam. Było mi wstyd, że korzystam z pierzyny i poduszek w przepastnym i wygodnym łożu sypialni Sophie. Jeszcze nie tak dawno była to sypialnia dziadków…a ten strachliwy krawiec pocieszał mnie siedząc tu, gdzie trzymam teraz dłoń- na chłodnym skraju łóżka. Przywoływał i odganiał duchy pamięci. Płakał krótko, po czym wycierał speszone łzy ukradkiem.
Jako dziewczynka, przez długi czas myślałam, że ofiary płynne- zapisane w Prawie Mojżeszowym- to łzy oddawane Bogu. Religijność dziadka była w stanie opłakanym. I nie miało to związku z jakością jego wiary. Po prostu każda modlitwa kończyła się mokrą twarzą, solą w zupie- jeśli akurat modlił się nad posiłkiem.

Leżąc tak- czułam się niegodna, ale także co chwilę trafiałam w sobie na przepaść po dziadku. W łóżku, w którym sypiał przez tyle lat- tak łatwo było natrafić na jego brak. Choć chyba warsztat płakał po nim najgłośniej. Jęczał znudzonymi, ostrymi ustami nożyc krawieckich.

Aby dać odpór smolistym myślom, skupiłam się na docierającej do mnie rozmowie.

Jak się zdaje, pan Jaś miał już pewne doświadczenie w odczytywaniu potrzeb swojego kręgosłupa. Zdaniem Sophie był pewien, że skończy się jedynie na rekonwalescencyjnym „sobotowaniu”, w związku z tym zaangażował w to miejsce wnuka swojej siostry, Konrada, by ten odśnieżył za niego posesję i dopilnował żywotu naszych zwierząt.

Większość gospodarzy wyśmiałaby taki inwentarz.

Kaczka Klementyna, jedyna aktualnie pierzasta mieszkanka kurnika, miała w zwyczaju cierpliwie wyczekiwać na swoją dawkę pożywienia i wody. Żyła, jak zwykł był mówić jeszcze dziadek, w cieplarnianych warunkach, korzystając z takiego samego podłączenia do centralnego ogrzewania, jak wszyscy inni domownicy. Nigdy też niczego jej nie zbrakło. Mogła też być pewna, że umrze li i jedynie ze starości, by zaraz potem, jakimś cudem przypadku- na jej miejsce pojawiła się kolejna, o tym samym imieniu i naturze.

By zapewnić Klementynie wieczność, a nam wszystkim baśniową wiarę w nieskończenie losu, choć jednego…

Do obowiązków dryblasa należały tego dnia także ogrodowe psy, które znały już rodzinę pana Jasia, z rozmysłem zresztą przyprowadzaną w tym celu do naszego ogrodu- przy licznych okazjach.
No i koty.
Poza tym- pomocy należało udzielić każdemu napotkanemu w ogrodzie i domu stworzeniu. Wyjątek stanowiła Lula, którą karmić i pielęgnować mogła tylko Sophie. Amen.

Chłopak, który zjechał na wieś, by zażyć ferii zimowych, zadanie wykonał z samego rana. Musiał palić się do roboty, skoro w sobotę przed południem, wszystko wokół posesji domu wyglądało na zmyślnie oporządzone. Śnieg mógł znów spokojnie gromadzić się w odśnieżonych do gołego alejkach ogrodu.

Plan minimum został więc wykonany tak, by staruszek mógł przywrócić sobie pion. I w rzeczy samej, od świtu już leżakował na twardym.

Zdrowiał sobie do czasu.
A dokładnie -do kilku niespokojnych dzwonków telefonu, co to poderwały mu bolesne plecy z podłogi.

Normalnie nie wstawałby. Ale czuł, że telefon dzwoni inaczej, że niespokojnie.

– Oczywiście, nie ma sprawy – odpowiedział serdecznie.

To wyjątkowa sytuacja. Nie było innej opcji niż ta, by na konkretną prośbę cioci Heleny-pan Jaś, jak to bywalo podczas wielu poprzednich razów- okazał się niezastąpiony i zrezygnował z planu rekonwalescencji.

Wszedł na górę tak, jak było to konieczne, by nie ściągać na siebie i na nas- babci i cioci M. Powtarzał sobie zapewne w myślach, że skoro dzwoniła Helena, sprawa należy do szeptanych i musi powstrzymać serce, by nie zastukać do Sophie.
Spotykali się już jakiś czas. Musiał wiedzieć, że z kim jak z kim, ale z Sophie to mogło być różnie.

Tymczasem ciocia, czekając na pomoc przegrywała z niepokojem.
Zupełnie niepotrzebnie- myślałam, nieustannie śledząc każdy odgłos spoza mojego bunkra i interpretując go.

Helena obsesyjnie śledziła ulatującą z mamy jaźń.

Słyszałam jej- niby spokojne- pytania kierowane do mamy i jak przypuszczałam- dotykała nadgarstków mamy, przykładała ucho do jej ust…
Raz i jeszcze raz, i jeszcze… Nie dawała się uspokoić wynikami swoich „badań”.

Oddycha? Jest puls?
Gaja, słyszysz mnie? Gaja?
W tonie głosu cioci co i rusz wydarzała się tragedia. Co chwilę moja matka umierała.

Nie miałam sił, a bardzo chciałam ją uspokoić, że mama nie wzięła aż tak dużo leków… Po prostu jest odtruta i … to, co popiła alkoholem zapewne uderzyło ze świeżą mocą- tłumaczyłam samej sobie, mając nadzieję, że jakoś to do niej przeniknie…

Pomoc nadeszła.
Przywitali się bez słów. Być może podali sobie dłonie.
Spotkali się wreszcie. Pan Jaś był niemal bezszelestny, ale wyczułam go.
Nasłuchiwałam.
Szeptali, ale większość musieli pokazywać sobie na migi.
Bolesne westchnienie tych dwojga ratowników mamy, potem dźwignięcie jej i przeniesienie do sypialni. Kilka nerwowych spacerów cioci Heleny do łazienki, następnie powrót- jak się domyślałam- z miską pełną wody, wkrótce potem z ręcznikiem.

Przebiorą ją i umyją- zanotowałam z ulgą.

Potem rozlała się cisza.
Trwała tak długo, że dała mi ułudę ulgi.
Zakładałam, że ktoś został przy mamie lub przynajmniej co chwilę do niej zaglądał. Raczej była to ciocia Helenka, bo pan Jaś wydał mi się z nadsłuchiwań rzeczywiście poważnie obolały.

Zamiast jęków- posykiwał jak najciszej. Bezwładna mama była na pewno ciężka. Wyobrażałam sobie, że transportowanie jej ciała- sprawia ból nie tylko drobnej cioci, ale i plecom pana Jasia.

Wrócił do siebie- upewniwszy się, że mama jest bezpieczna i nie stoi nad nią śmierć.
Pozostał niezauważony przez resztę domowników.
„Akcja” ukończona sukcesem.

A u mnie?
Zamarłam i czułam, że wszystko wokół idzie w moje ślady. W szafce kuchennej pod zlewem, ubrana w strach nałożony na grzbiet -jak w najbardziej dopasowaną do siebie sukienkę… Ja.

Teraz kuchnia, a nawet cały dom i wieś- nosiły to samo ubranie podszyte przerażeniem. Nie było niczego poza światem, który brał swój początek w moim zalęknieniu. Nie umiałam wyjść poza siebie i zobaczyć, że istnieją inne światy. Nie przyszło mi do głowy, że takie w ogóle jest możliwe.
Mój świat równał się mój strach.

Przez moment wydawało mi się, że drzwiczki szafki otworzą się nagle, że niespodziewanie. Byłam jednak tak przeczulona, że nawet wstyd i strach- nie oszukały mi świadomości.
Nie dałam się zaskoczyć.

To ONA otworzyła szafkę pod zlewem. Było to dla mnie wtedy ważne. Kto i jak to zrobił.
A ONA zrobiła to ruchem codziennym, sprawiając wrażenie, że niczego się nie obawia, w przeciwieństwie do mnie.

Wyłoniła się.
Wyłoniła mnie.

Nie umiałam ocenić, jak długo trwałam tam w unieruchomieniu, zanim zza kurtyny drzwiczek znów zajęczał do mnie świat.

Zahipnotyzowana spodem żeliwnego zlewu, uczyłam się od niego zlewać się z otoczeniem. Szpara między zamkniętymi drzwiczkami szafki- niewiele zwiastowała. W kuchni było ciemnawo. Będąc tam ukryta, mogłam głównie nasłuchiwać szumu, w który zlały się wszystkie ciche odgłosy domu- przy aktywnej mamie nie mające szans dojść do głosu.

Jeden z nich mieszkał piętro wyżej.
Skrzypienie dochodzące ze starej podłogi na strychu- która to pracowała nawet, gdy nikt po niej nie chodził. Komponowała na starych, wiele pamiętających deskach.

Cisza nie była więc całkiem cicha. Rozumiałam ją jako brak przytomnej mamy.
Nauczyłam się pływać w jej braku i gdy uznałam to za coś dobrego- było mi wstyd. Uruchamiałam paznokcie.
W szafce, z kolanami podciągniętymi pod brodę- miałam dobry dostęp do zewnętrznej skóry ud.

Paznokciami wypisywałam na niej swoje wyroki za ulgę, którą czułam, gdy mama dryfowała w narkotycznym śnie.

Raniłam się głęboko.

Dzięki temu także płynęłam. Czas nie istniał, nie popędzał mnie, nie niepokoił. Zatrzymałam wzrok na ciszy, kurzu, półmroku.
I ponad wszystko NADSŁUCHIWAŁAM, przewidywałam, rozpisywałam kilkanaście scenariuszy, w których każdy miał być lepszym rozwiązaniem od poprzedniego.

Scenariusze dotyczyły spotkania z mamą- gdyby to nagle się wybudziła i ruszyła w moją stronę. W dużej mierze, przewidując co mogła zażyć, uspokajałam się szaloną myślą, że może nie byłaby w stanie jednak schylić się do mnie, a może nawet przypomnieć sobie, że istnieję.

Wiedziałam już, że ZA KAŻDYM RAZEM musiał minąć czas, by wróciła do rzeczywistości. Było to jedno z praw, które poznałam przy niej na wylot i jedno z tych przekonań, które dawało mi chwilowe wytchnienie.
Przerwa w jej świadomości, dla mnie oznaczała odpoczynek.
A potem pragnienie, by ukarać się za to wytchnienie. I tak w koło.

Mogę więc powiedzieć, że odpoczywałam, na wpół obecna studiując misę zlewu od spodu. Mając uszy w całej sobie, gotowa do reakcji- jak ptak przyczajony na niskich partiach drzewa.
Po krokach poznałam, że nadchodzi Sophie. Przekonał mnie najpierw sposób, w jaki wspięła się po schodach- z wyraźnym ociąganiem jednego, zbolałego od kilku miesięcy biodra. Po płaskim szła już lekko, ale zdecydowanie. Znałam odgłos, który wybijają na parkiecie jej trzewiki. Byłam nadcz¬¬¬ujna. Spodziewałam się, że mama zacznie trzeźwieć, że będzie trzeba uciekać.

Nie trzeba było.

Sophie o nic nie pytała. Wyciągnęła dłoń i chyba oczekiwała tylko jednego: że będę współpracować. Nie miałam sił ani odwagi, by używać słów. Nie miałam nawet siebie, by móc coś z siebie dać lub czegoś z głębi siebie nie dać.

Po prostu wyszłam z szafki.
Nie skorzystałam z babcinej dłoni. Dałam sobie radę sama. Tym razem spędziłam w zamknięciu stosunkowo niewiele czasu, tak mi się przynajmniej wydawało. Nogi nie drętwiały tak, jak mogłyby. Ramiona i kark nie ścierpły do granic, głowa nie zdążyła zacisnąć bolesnej obręczy wokół czoła i aż za uszami pulsować tępym bólem.

Nie mogło być tak źle, pomyślałam.

– No dobrze- powiedziała rzeczowo, ale bez złości. – Teraz się wykąp, byle szybko. I zejdź na dół jak skończysz. Zabierz nowe kozaki i te ciepłą sukienkę, turkusową. Zabierz też płaszcz wełniany, szalik i beret- rzuciła- mamy dziś wychodne.

– Ale…

– Nie ma ALE, ja zajmę się szafką- zadecydowała poprawiając jasną chustę na głowie i szykując się do skłonu- ja uprzątnę po tobie. Zesikałaś się tu chyba ze trzy razy, co? – zapytała niezobowiązująco.
Nie doczekała się odpowiedzi. Nie wiedziałam, że posikałam się w majtki. A co dopiero rozprawiać nad ilością razy…

Straciłam kontakt ze słowami. Czułam, że ani język, ani usta nie są w stanie ich przywołać.

Nie była zła. Strach, który przy nie odczuwałam- był taki jak zwykle, nawet gdy nie miałyśmy ze sobą do czynienia. Nie rósł, więc musiała być naprawdę pokojowa. Czułam raczej wstyd, gdy spojrzałam do wnętrza szafki. Oczy babci już tam były, na moim brudnym tyłku także.
Wycofałam się do łazienki czym prędzej. Bałam się wyobrażać sobie, że Sophie nasącza teraz szmatki moimi sikami.

Wstyd.
Skupiłam się na wodzie zniekształcającej obraz mojego ciała, mojej niepewnej twarzy…
Znieczulała mnie przez chwilę myśl, że w strumieniach wody- w jej zakrzywiającym się na mnie zwierciadle- mogę się schować.

Gdyby udało się podrzucić im ciało, na pastwę ich rąk, słów.
I zniknąć bez śladu…
Tak, żebym sama siebie nie mogła odnaleźć…

Gdy zeszłam na dół przebrana według instrukcji; w kozaczkach, z płaszczem, szalikiem i beretem w ręku- babcia była odświętnie ubrana. Krzątała się po kuchni sarkając na pętającą się nadgorliwie ciocię Marę, tak zwaną Emkę.

– Nie łaźże mi! Przynieś te drewnianą skrzyneczkę, co ją zostawiłam na moim łóżku! – syczała niecierpliwie do córki.

Wymarzona sobota, pomyślałam. Czy ciocia M. nie ma nic ciekawszego do roboty u siebie w mieszkaniu? Ile ja bym dała za oddalone stąd miejsce do życia…
Nie lubiłam jej. Cieszyłam się, gdy musiała wracać do pracy. Nawet w takie mrozy i śniegi- myślałam z oburzeniem- musiała przyjść?!

Sophie zwróciła się do mnie.

– Ano jesteś i dobrze. Pokaż się no- Sophie zachęcała mnie do podejścia. Kusiła dość łagodną twarzą i miękkim głosem. – Posłuchaj, siadaj tu na chwilę- wskazała mi krzesło przy oknie.

Ciocia w tym czasie przyniosła skrzyneczkę. Postawiła ją na stole i nie patrząc na mnie, bez słowa- pokazując mi tylko swoje plecy, schowała się w korytarzu, a potem za drzwiami prowadzącymi do piwnicy.

Babcia podeszła do szkatułki, otworzyła ją i zanuciła. Wyczułam ducha pamięci, ale nie łkał- jak to robił przy dziadku. Babcia była pogodna.
Wyjęła duże, złote półkola kolczyków z grawerami kwiatów, do tego gruby łańcuszek z ze złotą zawieszką -kwiatem malwy.

– Proszę, załóż- zachęciła śpiewająco- do tego turkusu są jak znalazł! Turkus to kobieta, kochanka złota! Tak jak zieleń! Och tak, to będzie piękna para! – ekscytowała się poprawiając się przed dużym lustrem w korytarzu. Wyglądała pięknie. Wokół głowy owinęła chustę przeplecioną wszytymi perłami, a po jej ciele ciągnęła się długa, popielata suknia z aksamitu. Do samego pasa spływał jej sznur pereł zakładanych zwykle na radosne święta.

Nie bardzo wiedziałam, w czym biorę udział.

– Ale…- broniłam się.

– Żadnych ALE. Moja Noemi, dokładnie mnie słuchaj. To jest złoto najprawdziwsze i wartościowego stopu, rozumiesz?!
Zbliżyła się, by spojrzeć mi w oczy i sprawdzić, czy znam wartość daru trzymanego w dłoniach.

– Złota będziesz używać do przemocy. Powtórz- zleciła.

– Do przemocy… złota- mamrotałam, wplatając w uszy kolczyki a wokół szyi łańcuszek z malwą.

Odczekała cierpliwie, a ja miałam wyrzuty, że cały czas spodziewam się ataku, znieważenia.
Nie doszło do niego.

– No i elegancja Francja! Tu es belle! Popatrz tylko jak wyglądasz! – zachwycona Sophie podała mi małe lusterko do ręki.

No cóż.
Nie wyglądałam w swoich oczach w żaden określony sposób.
Nie widziałam samej siebie. Udałam, że widzę. Zmusiłam się do uśmiechu, choć wszystko, co miałam teraz przed sobą, to grube ramki oprawionego w lite drewno lusterka.
W miejscu twarzy- stała mgła.
Udałam, że kieruję taflę lusterka na piersi, by ocenić z zadowoleniem naszyjnik.
Wydawało mi się, że dobrze odegrałam to, co było ode mnie oczekiwane.

Babcia nie była zadowolona z mojego zachowania. Czy wyczuła, że nie ma mnie w nim, że to forma?
Nie wiem. Nie mówiła wprost, zwykle raczej zakrywała się woalem ogólnego rozżalenia. I tak zrobiła tym razem.

– Z tego pąka nie będzie róży- westchnęła i było w tym więcej smutku niż złości – za to już widzę- dodała- że jest z tego pąka rosiczka…
– Nic tylko pożre każde życie w swoim otoczeniu. Ech…

Mówiąc to, patrzyła w moją stronę z niepokojem, ale też bólem. Rzadko widywałam, by taki wzrok adresowała do mnie. Znałam go z wymówek w stronę dziadka, gdy chciała, by przegonił ducha pamięci z ich domu.
Tylko… cóż mam wspólnego z bolesną przeszłością dziadków, że patrzy na mnie tak- jak gdybym to ja, jak niegdyś dziadek modląc się, płakała do zupy wspominając ojców?

Odwróciła się i wytarła łzy ręką. Pociągnęła nosem i zniknęła za drzwiami sypialni. Słyszałam, jak wydmuchuje nos, odkaszliwuje i wychodzi nie patrząc już na mnie.

– No to chodźmy, zakładaj płaszcz i dobrze się okręć szalem- zaznaczyła cicho- Pan Jasiu zaraz będzie po nas.

Nie miałam zbyt wiele doświadczenia z taką babcią. Umiałam się jej bać, okazywać rozedrgany szacunek, czmychać sprzed jej nóg…
Ale teraz, co robić?

Smutna i cicha Sophie czekała bez słów na finał mojego niegramotnego odziewania się. A więc nie spełniłam oczekiwań- myślałam, udając, że obchodzi mnie jak szal leży wokół mojej szyi. Nałożenie złota i turkusu nie zrobiło ze mnie wystarczająco dobrej, udanej wnuczki. Tak samo jak ciepły, pięknie skrojony jeszcze przez dziadka płaszcz.
Na nic to!

Nie spytałam, dokąd się wybieramy.

Pod koniec tamtego dnia zapisałam w dzienniku:

„To był taki dziwny dzień. Pełen dobrych, nie tylko cennych, ale i „złotych” gestów- mojej babki. Nie potrafiłam powiedzieć jej, że jestem wdzięczna.
Teraz myślę, że nie powiedziałam z prostej przyczyny; mianowicie dlatego, że tak naprawdę nie jestem jej wdzięczna.
Nie czuję wagi złota, dobra także.
Nie umiałam nosić złotej biżuterii, którą chciała, bym dziś nosiła. Założyłam, owszem, ale nosić nie umiem. Nie bez skrętu kiszek i bezdechu.
Nie umiem przyjmować jej ciepłych słów, które z nagła zlatują, niby to wysłani specjalnie do mnie aniołowie. Nie wiem, jak na to reagować- po miesiącach braku błogosławieństw. Raczej robię uniki, aż fizycznie boli mnie kark od przeczuwania, że lada chwila dostanę pięścią w plecy.
Tak samo znienacka, jak obrywam dobrym słowem i czynem.

Jestem słupem soli, którego- tak samo dobre, jak i złe- boli.
Niewdzięcznym słupem soli, który lada chwila wejdzie z łaski w niełaskę, bo inaczej nie potrafi. Bo taki jego los.

Jestem Noemi, córka cieni.
Przeklęta lękiem raz na zawsze. Ale nie chcę już zdziwić się za kilka dni, godzin, słów- że limit dobroci dla mnie- skończył się w Sophie.

Opętanie lękiem daje niespokojną, ale pewną przyszłość. Nie ma nic poza nim, nic innego nie dotrze, nie zaburzy, nie da nadziei, która raptem znika.
I tak bardzo boli.

Wszyscy w końcu i tak mnie opuszczą. I gdzie ten przeklęty Zach? Muszę mu to wszystko przecież opowiedzieć. Potrzebuję wiedzieć, jak jego oczy spojrzałyby na to, co się wydarzyło.

Tak, wiem. On także ma swoje sprawy: uczelnię, wyjazd… Może już nawet o mnie nie myśli…

Jestem Noemi, córka splątanych boleśnie korzeni.”