„To twoje kary, że nie pamiętam cię, Zachary”

– Przenocujesz u mnie. – Zachary zlepił swoje oświadczanie ze słodyczy pochłoniętego przed chwilą makowca i opiekuńczości, którą nosił ostatnio przy sobie. Prawdopodobnie dlatego od razu na nie przystałam- kiwając głową na tak. Łono przytulnej kawiarenki wydało nas na mroźny świat. Marznącymi dłońmi zatęskniłam do ciepłego, rudego futra, które to do końca pobytu w „Kąciku jak u mamy” wypełniało nam sobą stolik i serca. Baśniowy kocur. Miał w sobie ukryty przekaz, jakby głosił całym sobą o naszym nieutuleniu.

Nie wiedzieliśmy jeszcze na pewno, ale oboje przeczuwaliśmy nadciągający śnieg. Szliśmy do auta w zamyśleniu, kiedy to nagle Zach sprecyzował: – U nas, tak w zasadzie to u nas… to jest yyy prześpisz się u nas- męczył się, moim zdaniem niepotrzebnie. – O świcie pojedziemy na Klonową, przebierzesz się i odwiozę cię do szkoły, a siebie na uczelnię- zadecydował. Po czym dodał ze zmieszanym uśmieszkiem:

– Ha, Liczyłem w myślach wolne, względnie wygodne łóżka i zupełnie pominąłem ojca, bo on i tak większość nocy spędza w fotelu. – mówił z chochlikiem w oku- Tak koło czwartej, piątej kładzie się do łóżka, jakby co…Nie przestrasz się, że ktoś chodzi po domu…- uspokajał.

No dobrze, pomyślałam odpychając myśl o szkole. Nie miałam nawet sił walczyć o książki, z których powinnam się pouczyć na poniedziałek. „Jutro” wydało mi się tak samo obce jak „nigdy”, a stancja obrzydła.

Byłam wszędzie po kawałku. Byłam dzieckiem chaosu. Siłą starałam się ukierunkować moje myśli, nadać im jakieś przewodnie hasło.

Była niedziela, niewiele po południu, a czułam jakby od soboty przybyło mi kilka lat. Czas w takich momentach płynął wolno, przybierając konsystencję smolistą, trudną do wsmarowania w skórę, przełknięcia, a nawet obserwacji. Gdy mama wypadała z toru życia- świadomość, że ja nadal żyję- była nie do strawienia. Czas nie karmił mnie, a wszystko mi odbierał- jakbym nabierając doświadczeń związanych z mamą- traciła siebie. Zach z pewnością, podobnie jak i ja czuł takiego rodzaju zmęczenie jakie dopada człowieka u schyłku dnia, stąd zapewne planowanie snu, jeszcze przed trzynastą.

Ledwie wsiedliśmy do auta, a w niebie rozpruto miliony worków ze zmrożonym, dartym pierzem. Jeden z nich zdawał się wysypać wprost na naszego garbusa. Wzięliśmy głęboki oddech, Zach włączył wycieraczki. Popatrzyliśmy na siebie zarażając się uśmiechem od ucha do ucha. Świat czasem serwuje nam coś w rodzaju baśniowego przeżycia, dając ulgę znużonej głowie -zajmując ją pięknym widokiem, zapachem, zachwytem. To była taka chwila. Znieczulenie.
Skosztowaliśmy radości nie z tego świata. Dziecięcej, nie do opowiedzenia. Jak to dobrze, że umieliśmy z niej skorzystać, by rozluźnić rozpędzony krwioobieg.

Robiło się coraz piękniej wokół.

Ktoś na górze postanowił wybielić świat! Zimo- bądź tak dobra i anuluj szarości, z którymi nie wiem co począć… Obejrzałam się jeszcze za siebie i przez tylną szybę spojrzałam w chłodne okna OIOMu.
Trzymaj się, mamuś…

Ruszyliśmy. Wpatrywałam się w najbliższą sobie, boczną szybę samochodu- totalnie zakochana w teatrze wiatru i śnieżnych drobin. Mówią, że miłość uspokaja. Coś w tym jest.
Pierwsze podmuchy ogrzewania w aucie utuliły mnie do snu. Garbus umożliwił mi podróż na jawie i we śnie- zmieniając położenie geograficzne mojego ciała, ale też pomagając jednocześnie umysłowi popłynąć oceanem śnienia. Obudziłam się pod pięknie odnowioną kamienicą, usytułowaną niedaleko rynku. Wydzielony solidnym ogrodzeniem parking zapraszał wolnym miejscem między dwoma zielonymi słupkami.

Przetarłam oczy, wyciągnęłam przed siebie zastygłe nogi i automatycznie ukryłam ból tej, niedawno zoperowanej- zastygając mimicznie. Nieruchomiejąc.
– Ale fajnie, że jest, gdzie zaparkować – zauważyłam zwyczajnie, jak gdyby wszystkie noże świata nie cięły właśnie mojego uda bólem.
– Zawsze jest, to po prostu moje miejsce, zawsze na mnie czeka- odezwał się Zach.
– Ach tak…- odezwałam się badawczo, czując nagłe olśnienie jakiego doznaje się, kiedy to ukryte dotąd przed naszą uważnością fakty, zbiorą się w przejrzystą całość. – Zach! Dlaczego ty mieszkasz na stancji w swoim rodzinnym mieście?!- wystrzeliłam, czując, że wydobywam się z mgieł umysłu jako rodzinny detektyw.

Zach nie wzbraniał się z odpowiedzią. Zrobił to od razu, jakby miał to dobrze przemyślane.

– Chciałem nauczyć się prostoty, posługiwania się skromnymi środkami. No i samotności- wyłuszczył na wydechu.
– Ale po co…- przerwałam w pół zdania, bo wszystko stało się oburzająco jasne- Czy ty od początku studiów wiedziałeś, że stąd zwiejesz?!-podjudzałam. – To po co mieszałeś Ewie w głowie?! Jakim cudem niby planowałeś być z nią? Przecież od początku chciałeś tylko zrobić studia i wyjechać do Jerozolimy! – ciskałam coraz natarczywiej sądząc, że oto znam chytre tajemnice Zacharego.

– Nie. Nie było tak- kuzyn spokojnie odparł lawinę histerycznych zarzutów, po czym dodał: – Szukałem swojej drogi. Po maturze zdecydowałem, że nie chcę brać od taty gotowego scenariusza na życie. Wiesz jak u nas się żyje- tłumaczył- To znaczy… może u ciebie… no, nie do końca, wybacz- mówiąc to zawstydził się.

– Okej, no mów po prostu- zachęcałam spuszczając z tonu na widok jego kajania się.
– No wiesz, ja cokolwiek bym nie robił i tak mam od ojca kancelarię i wcześniej czy później albo zarządzałbym nią, albo był jej właścicielem i zbierał żniwo czyjejś pracy. Chciałem zaistnieć jako ja i z mniejszą kasą do cholery, powiedzmy… no, chciałem żyć jak inni- zarumienił się na te słowa i dorzucił: – Poczuć życie, czy jakoś tak. To z Jerozolimą to już wyklarowało się na dobre po jej śmierci…- kończył wyraźnie zażenowany tym tematem.
– Aha. No to już rozumiem- ucięłam.
Zachary od kilku dni opowiadał o głodzie życia, sensu, Boga. Musiałam to przerwać. Bałam się, że wejdziemy o kilka głębi za daleko w rozważaniu zwyczajów naszej rodziny. Dobrze wiedziałam, jak to funkcjonuje. Niejednokrotnie dotknęłam tego, co nazywa się „dobrym startem”, który oferowano młodym, w zamian za brak tożsamości. Zach miał rację- mnie ten układ rodzinny dotyczył z nieco innej perspektywy… Ale rozgrzebanie tego tematu mogło mnie teraz pokonać. A ja, dopiero co dotknęłam śnieżnego, onirycznego uniesienia i nie chciałam go tracić. To był dzień, w którym za bycie wewnątrz baśni jak najdłużej, oddałabym wszystko. Otworzyłam więc drzwi zaparkowanego auta dając do zrozumienia, że wyjaśnienia Zacha w zupełności mi wystarczyły.
Zamarły mi mięśnie twarzy. Jakimiś smutnymi siłami, sama ją unieruchomiłam. A po niej serce i wszystko co się w nim wiło, kwitło, kiełkowało, mdlało ze strachu.
Nie da się otumanić tylko jednej emocji. Odcinając się od tego co bolesne, utłukłam głowę dziecięcemu zachwytowi.
Wysiedliśmy.

Przytępiona rozejrzałam się wokół. Wielka kamienica dawała do zrozumienia, że ciężkie, sumiennie zatrzaśnięte, podwójne drzwi wejściowe, dające dostęp do (tylko!!! ) czterech mieszkań, nie są szeroko otwarte dla przypadkowych gości.

Zachary na bieżąco zapoznawał mnie z nowym terenem. Opowiadał zwięźle.
Każdy z lokatorów kamienicy zajmował jedno piętro, ale to tata Zacharego wraz ze swoim bratem Jakubem- byli właścicielami całości. Wujek Leon mieszkał z Zacharym na parterze, wujek Jakub na pierwszym piętrze, a strych zaadoptowano na stylową kancelarię. W ten sposób, od pracy dzieliło ich jeszcze dwa mieszkania powyżej, wynajęte zagranicznym biznesmenom. Spodobały mi się ogromne okna, domyśliłam się jak wysokie muszą być wnętrza, jak przestronne… I, że mieszka w nich ciepłe światło.

W naszym mieszkaniu na górze, zwłaszcza u mamy, w ciągu dnia dominował półmrok, nocą doprawiał go mrok. Poczułam dreszcz, znieczuliłam go zmrożeniem twarzy. Zakręciłam myślami. Pomogło zgubić tamtą myśl.

Raz jeszcze rozejrzałam się wokół, by znaleźć myślom dobry pokarm.
Mur był świeży. Odbudowano go według starych dziejów. Klimatycznie strzegł granic okazałej posesji okalającej kamienicę. Działkę starannie rozplanowano. Dawała dom wielu krzewom, które uginały się teraz od ciężkiego śniegu. Wciąż padało. Zachary sięgnął do plecaka po pęk kluczy. Byliśmy właśnie przy drzwiach wejściowych. Zastanawiałam się, czy to możliwe, że bywałam tu jako dziecko …
Ciężkie drzwi zelżały wyczuwając odpowiedni klucz.

Widok korytarza wyłożonego odrestaurowaną szachownicą kafli, coś jednak mi przypomniał. Podobnie jak metry ścian ozdobione artystycznymi płytkami ceramicznymi prezentującymi rozmaite profesje- wszystko to razem wydało mi się znajome.
Znałam już to pobudzające, estetyczne doznanie, które bywa także udziałem dzieci, gdy coś uruchomi w nich artystyczną przyjemność.
Pamiętałam to przeżycie właśnie stąd, choć bez szczegółów.
A także wymyślne poręcze i schody na kolejne piętra, z gwieździstymi, metalowymi prześwitami pod każdym ze stopni.
Tak, byłam tu kiedyś.

Echo, które odezwało się zza odkulczanych drzwi mieszkania, wyraźnie sygnalizowało, że po drugiej stronie nie toczy się aktualnie niczyje, szumne życie. Zachary sprawnie zmieniał klucze i otwierał kolejne zamki, by potem popchnąć butem drzwi oznaczone złotą tabliczką obwieszczającą imię i nazwisko jego ojca.

Gdy znaleźliśmy się w środku, wzięłam oddech z ciszy. Dyrygował nią zegar, który stał daleko na wprost, w otwartym salonie, z rozmachem rozlewającym się tam, gdzie kończył się przedpokój.
Zrzuciłam buty i kurtkę. Wieszaki i niskie szafeczki na buty bardzo dyskretnie umieszczono we wnęce przedpokoju. Przystanęłam. Zachary ruszył sprawinie przed siebie. Niczym bajkowy stworek znikał w kolejnych pomieszczeniach i zostawiał po sobie zapalone światło. Dlaczego musiał rozświecić cały dom?

Wreszcie odważyłam się pójść wzdłuż przedpokoju i mijając kolejne pary drzwi po obu stronach, trafiłam do ogromnego salonu połączonego z biblioteką. Naprzeciw ściany zasłoniętej regałem równo ułożonych ksiąg i książek, stał rozłożysty atłasowy fotel w kolorze purpury, a przed nim takiż podnóżek.

Widok książek uspokajał mnie. Wyhodowałam w sobie niesłabnące przekonanie, że wreszcie znajdę takie zdanie, które raz na zawsze podniesie mnie na duchu. Albo słowo klucz, które uruchomi moją radość i siłę. Albo silną radość.

Przejechałam palcem po oprawnych i pozłacanych tomach Sienkiewicza. Coś przecudnego, jak starannie dobrano skórę, zdobienia i ich barwy!

– A witaj mała złodziejaszko gołąbeczko! Podobają ci się moje zbiory?

Nie sposób było od razu ogarnąć wzrokiem całego salonu, o czym właśnie się przekonałam, z daleka widząc podnoszącego się z szezlonga małego, brodatego skrzata, który był z pewnością wujkiem Leonem. Szezlong ulokowany był na drugim końcu salonu, po którym można by śmiało poruszać się rowerem. Wuj ruszył wartko w moją stronę, nie przecierając z twarzy południowej drzemki.

– Wujku, ja tylko…
– No przecież żarty sobie robię, Noemi! Dzień dobry nastał, że jesteś u nas! – radośnie wykrzykiwał i ściskał mnie kilkukrotnie, nie mając najmniejszego problemu z ustaleniem mojej tożsamości. – Zasnąłem jak nieboszczyk, jak to mówią- wciąż żartował. Zauważyłam co odróżnia go od niemal identycznego wujka Jakuba, a mianowicie to, że gdy żartuje lekko rumieni się i spuszcza wzrok. Zupełnie jakby szukał po trosze akceptacji, a trochę też skarcenia za łobuzowanie. – Rozgość się! – pokrzepiał mnie poklepując po ramieniu- Książki bierz śmiało i co tylko chcesz. Mój dom jest domem mojego narodu!

Te słowa wystarczyły mi, by poczuć znajomy odlot. Ciocia Helenka, Ciocia M. i babcia Sophie często mawiały podobnie. Usiadłam z poezją Blake’a w fotelu, gdy wuj poszedł na przywitanie Zacha, który to pieścił się w oddalonym od salonu pomieszczeniu z kotem, zarzucając go seplenieniem. Pomyślałam o tym, że przecież nie jest ani tak szlachetnie, ani serdecznie, jak mówi o tym wuj Leon. Przecież on sam nie bywa u nas… tylko jego brat… Choć w moim domu także głosi się, że nasz dom jest domem narodu, którego częścią jest choćby niemile widziany wuj Leon…

Rozbolała mnie ta zwichnięta obietnica wspólnoty narodowej.
Rozbolało mnie serce przodków.
Ciocia Helenka mawiała tak, gdy dopadał ją nienazwany lęk związany z rodziną. Często uciekała przed nim w książki, bo, jak mawiała, gdyby nie pozbyła się go, nie byłaby w stanie nawet napić się łyka wody.
Serce przodków biło w nas więc odwrotnie do biegu życia.
Zniechęcało do istnienia. Skurczało i rozkurczało się po to, by nas wykrwawić ze świeżych krwinek. Pozostawiać tylko te chore, ciemne, cierpkie. Podatne na zagładę.

Z oddali dobiegły mnie serdeczne przywitania ojca z synem.

Próbowałam czytać Blake’a, ale ilustracje pochłonęły mnie bez reszty. Stworzenie świata przez nagiego Boga z rozwianym włosem, który rozwiera palce, niczym kątomierz, by użyć ich do planowania swojego dzieła… Opuszkiem wskazującego palca podróżowałam po zgrubionym druku rycin umieszczonych między poematami. Poczułam ból w zoperowanej nodze, spojrzałam więc w ilustracje jeszcze uważniej, by ból nie poczuł się zaproszony.

Tupot drobnych stópek męskich, obutych w skórzane klapki nie przerywał mi doznań, dopóki nie usłyszałam:

– Pani Jasia w niedzielę pracuje u nas tylko rankiem. Przygotowuje śniadanie i obiad do podgrzania. Będę więc służył moją skromną obsługą! – wuj Leon podrygiwał zabawnie i wytrząsając z siebie słowa, biegał od kuchni do salonu informując mnie o tym, co może mi polecić poza ustalonym już menu.
Wszystko mi pasowało, nie bardzo jego słowa kleiły mi się do obrazów. Ser, bułeczka, owsianka- były jak słowa z alternatywnej rzeczywistości. Nie do spożytkowania przeze mnie.

Wuj Leon krzątał się żwawo, ale gdy był chwilowo obok mnie, zapytałam:

– Wujku, a gdzie jest Zach?

Wujo wskazał palcem na usta i w ciszy poprowadził mnie przedpokojem do pokoju Zacharego. Mój ciemny kuzyn siedział właśnie z białym kotem na kolanach i patrzył w ogromne okno na zimową okolicę. Zamyślony, zamodlony jakby. Nie zauważył, że staliśmy przez chwilę tuż za nim.
Jego pokój zdecydowanie odbiegał standardem od tego, który miał do dyspozycji na stancji. Klitka i pałac- to tak w skrócie można porównać wygody stylowego, inteligenckiego wnętrza z tym fragmencikiem przestrzeni, w którym pomieszkiwał jako student.

Podobała mi się wszędobylska biel ścian wysokich na ponad trzy metry, ocalone sztukaterie na sufitach i delikatne mieszanki antyków, folkloru z nowoczesną prostotą. Czuć było kobiece ciepło w stojących tu i ówdzie świecach i suszonych płatkach kwiatów usypanych w szklane miseczki.

Długie, ciężkie zasłony z zielonego aksamitu ktoś obszył ludową, pstrokatą lamówką. Na takiej powierzchni szlachetnego materiału, była to nadal stylowa ozdoba, nie trącało kiczem.

Opiekuńczość wujka, a także spokój tego miejsca powoli uświadamiały mi- jak to się stało, że nie chciałam pamiętać tego miejsca. Ulokowanie Zacharego na mapie rodziny było możliwe tylko z chwilą, gdy sam przedarł się do mojego domu i scalił świat stacji i rodziny w jedno.
Można nienawidzić domów, w których ktoś krząta się wokół ciebie, a nie jest twoim rodzicem. Można wymazać z pamięci kuzyna, który swobodnie idzie swoją drogą, a jego ojciec nadal wita go z otwartymi ramionami.

Z jakiegoś powodu nie bywamy już tutaj całą rodziną. Ostatni raz musiałam być tu bardzo dawno temu, a i nie pamiętam rozmów na ten temat. Zachary zjawił się u nas ostatniego dnia żałoby po wuja Jakuba i raczej nikt nie prosił go o przybycie wcześniej… A przecież dziadek E. był jego rodziną… Nie mówiąc o wujku Leonie, którego w ogóle nie zaproszono do domu…

Zaczynałam rozumieć, że nie tylko moja głowa mnie odcina od życia, ale robi to w dość zaangażowany sposób także moja najbliższa rodzina.
Poczułam wściekłość na babcię za te wszystkie wyzwiska i Golemy.
A ty jesteś bardzo złym człowiekiem, pomyślałam do niej w myślach. I poczułam wstyd.