„dziecko wymarzone, mgłą wykarmione”

– Ja TU rządzę i nikomu się nie przesunę! Oświadczam to wszystkim ludziom i ich nic nie wartym bogom! Tobie też, ktokolwiek cię do mnie sprowadził dziś, synu! – Sophie wyrzuciła słowa zza sinych ust.

Obwieszczając to, celowo uderzyła filiżanką o blat kuchennego kredensu. Wiedziała, że to zrobi, zanim jeszcze ze skrywanym bólem, wspięła się na palce, by wyłowić naczynie z witrynki wieńczącej mebel na wysokość. Miała nadzieję, że przywróci tym zaplanowanym jazgotem- ustanowiony przez siebie porządek rzeczy.

Rozgniewała ją swawola syna. Stała teraz tyłem do niego, przemierzając swoje myśli i uczucia względem najmłodszego dziecka. Wrócił właśnie z delegacji. Właściwie żył poza domem, więc co jakiś czas, po prostu oddelegowywał się z pracy w rodzinne strony. Szukała w sobie opanowania. Wiedziała, że wreszcie uzbiera go z rozpierzchniętego po umyśle spokoju.

– Mamo, zrozum, swoje już przeszłaś. Szpital, zasłabnięcia- wyliczał na wdechu. Był bardzo zmęczony kilkoma godzinami jazdy autem, ale też spięty.
Dobrze wiedział, że próbując ingerować w sposób myślenia matki- nie tylko rozwściecza ją, ale i rani dogłębnie. Przeczuwał nie od dziś, że matka przede wszystkim cierpi, gdy ktoś dotyka jej myśli, gdy poddaje obserwacji instancje jej przekonań.
Czuł, że wdarł się jak innowierca do świątyni jej niepodważalnych prawd.

Chyba nie jest ich tak pewna, jak to próbuje przedstawić, myślał.
Broni ich zażarcie, jakby nie były wcale w niej tak bezpiecznie sprecyzowane, analizował.

– Co do tego wszystkiego ma pies? – zapytała, stojąc nadal tyłem do kuchennego stołu, przy którym stresowało się jej dziecko. Poczuła to dotkliwie i postanowiła odczekać w swojej pozycji, aż mordercze uczucie odejdzie z jej ust i rąk. Zazwyczaj oszczędzała Małemu frustracji. No, może nie zupełnie, ale miała tę świadomość, że wyłącznie w jego przypadku zwracała uwagę na to co mówi. Wziął ją sposobem zanim jeszcze pojawił się na świecie, zagrał z nią na czas. Chodził za nią w myślach kilka lat, zanim udało się je spłodzić, przydać im ciała. Ostatnie dziecko jest bezlitosne; otwiera serce, zamyka łono- myślała teraz i z ulgą przyjęła napływającą doń równowagę.

Zasięgnęła wspomnień.
Lata temu przewidywała, że piąta ciąża to będzie syn, że ją zmiękczy, poruszy złogami, które były dotąd nie do ruszenia.
Spełniło się.

– Mamo- odezwał się, jakby wyczuł, że wypełnia w tym momencie całą jej głowę. – Ten pies wymaga sporo uwagi. Spacery hmm- zamyślił się, po czym dodał- no dobrze, jest ogród… Ale to rasowy pies, do tego długowłosy, to wymaga pielęgnacji… – przekonywał.

– O niebiosa! – westchnęła- dałam sobie radę z tobą, to i z Lulą dam!

Sophie odpowiadała zdecydowanie, nie dając przestrzeni na cudze rozważania nad jej życiem. Uniosła filiżankę i skierowała się z nią w stronę pieca. Dało jej to jeszcze chwilę fizycznego dystansu, a tym samym czas na gimnastykę twarzy.

Pomodliła się w duchu, nasuwając na usta woalkę surowej, ale dostępnej emocjonalnie matki. Wydobywała ją z głębin siebie tylko z jednego powodu i tylko dla jednego z piątki dzieci. Za nic w świecie nie chciałaby go zranić. Ostatniej kropli życia wyciśniętej spośród swoich ud…

Chwyciła żeliwny imbryk z kawą. Tenże stał wiernie nad paleniskiem pieca spowitym płytą, która zwykle utrzymywała temperaturę gotową do spożycia. Faktycznie, taka była kawa; gotowa do picia tu i teraz. Przywracała uważność na to, co niosła chwila. Pijący ją kilka minut po nalaniu- zaczerpnąłby już czegoś nieprzyjemnie gorzkiego i zimnego. Trzeba było łapać motyle sekund.

Napełniła filiżankę. Podała synowi. Usiadła obok.

– Jestem po prostu wściekła- powiedziała z nieadekwatnym spokojem- tak nazwałabym mój stan. – Popatrz no na tę Lulę- wskazała z czułością na suczkę śpiącą przy grzejniku.

Spojrzał. Czuł, że matka mieści w sobie rozmaite uczucia, a wściekłość, którą deklaruje dawno w niej już spała. Ta informacja ma go tylko ostrzec, zdyscyplinować. Wiedział, że matka ubiera się w pozory. Zadaje ból motyką i w to samo miejsce zasiewa troskę. Znał tylko takie źródło jej ciepła- wyrosłe z wcześniejszej agresji lub odrzucenia.

Matka przetrąciła łeb wściekłości, ale nie zamierzała się poddać.

Ili powiedział sobie w myślach, że Sophie nie zmieni zdania. Pies zostaje.
Kawę wypił duszkiem, zjadł kilka ciastek z makiem i poszedł na górę.

Pożegnał go merdający ogon przebudzonej suczki i wzruszające stwierdzenie, kierowane kiedyś tak często do nieżyjącego już ojca:

– Wyśpij się, bo czego nie wyśpisz to wyjesz, a grzech tyle jeść! Sen nie aż taki grzech, nie aż taka rozpusta…

Mieszkanie było świeżo uprzątnięte, świeża pościel pachniała jak wstęp do snu.
Gaja w szpitalu, więc spokój, spokój, spokój- bawi się po kątach domu! To mu wystarczało. Wziął szybki prysznic, wypił szklankę wody i pochłonął batonik kokosowy leżący na łóżku. Będąc w domu nie zachodził w głowę. Nie robił tego z wielu powodów. Z tych samych powodów nie zaczął nawet rozważać, jaki jest związek między idealnie wysprzątanym mieszkaniem, nieobecnością żony a porzuconym w sypialni batonikiem. Potrzebował się zregenerować, to wszystko.
Rano i tak go tu już nie będzie.

Ilia spał dobrze. Wszedł w sen tak, jak wychodzi się na spacer po płaskim terenie. Bezwiednie przechodził kolejne fazy oddalania się od jaźni. Wreszcie, koło czwartej trzydzieści zawrócił i po kilkunastu minutach bez skrępowania otworzył oczy przed ciemnością sypialni.
Wygasło w piecu, mama nie podłożyła w nocy, do tego ten głupek gołąb darł się z akacji w stronę domu. Brrr. To ptaszysko ma gardło jakiejś nocnej mary, pomyślał. Przeszedł go dreszcz niepokoju, który dał się podtopić pod prysznicem i przegonić kawą.

Zebrał swoje rzeczy, narzucił elegancki i nieśmiertelny płaszcz uszyty przez rodziców, okręcił szyję szalikiem i wyszedł z domu. Idąc do auta, bez słowa minął Ernesto biegnącą w stronę domu ze zdobyczą w pyszczku.

Wizyta w domu zaliczona.
Poniedziałki wyzwalają od pytań. Czas wrócić do pracy a granice między dniami rozmyją się w tygodnie, miesiące, w wykradzioną wolność.
Był złodziejem ulgi. Ulgi od rodziny i od życia, które przynosi same obciążenia, oczekiwania i niewiadome.

Warto było nauczyć się tak kręcić dniami, by poddane wirowi traciły kontury. Kilkanaście razy rzucał obietnice, że wróci niebawem, a zjawiał się może ze dwa, trzy razy do roku. Wystarczyło najpierw przymusić innych do swojej nieobecności, potem przeczekać, aż wszyscy się z nią oswoją. Wtedy można już wracać, kiedy się chce, a nawet pozytywnie zaskoczyć nagłą wizytą lub pokrzepić dłuższym pobytem.

Zwłaszcza matkę. To ona wyglądała go w oknie nocami.

Lubił mgłę. W niej wszystko może się rozmyć, stracić kontury i granice. To dzięki mglistym zachowaniom, jego życie rozmazywało się, wieruszyło się, dawało mu od siebie odpocząć.

Opłacał hotel w coraz to nowym miejscu, wypakowywał walizkę, siadał w fotelu, włączał telewizor. Rano po prostu rozpocznie nowy etap. I znów nie będzie ciągłości, nie będzie można go schwytać, odnotować, pociągnąć do odpowiedzialności.

Wiedział, że w tle toczą się czyjeś życia, więzi rodzinne nazywał uzależnieniami. Nie chciał i nie musiał ich brać na siebie. Tutaj, w delegacji wszyscy są znikąd.
Bez celu.
Bez tęsknot.
Bez uwiązań.

Miał wstręt do targających emocji, do huraganów uczuć, wątpliwości, głosów rozsądku, chórów beznadziei i bezeceństwa. To wszystko miał w sobie, gdy pozwolił temu się zbudzić. To wszystko wyczuwał także u innych. Dlatego swoim pracownikom prezentował niepisaną zasadę: na wyjazdach nie mówimy o swoim życiu prywatnym, a najlepiej gdybyśmy nie mówili o nim wcale.

Zasadę łamały przeciągające się weekendy delegacji, kiedy to niektórzy stęsknieni żon i dzieci, uśmierzeni alkoholem, majaczyli miłośnie.

Wtedy wychodził do swojego pokoju i szedł spać, pamiętając o zasadzie:
Czego nie wyśpisz, to wyjesz, a grzech tyle jeść!

Koło południa, w poniedziałek, gdy dotarł do hotelu wysoko w górach, jego córkę zabrało ze szkoły pogotowie.

Po wielogodzinnych próbach skomunikowania się, przekonano mu w końcu tę wiadomość.
Nie zmienił planów. Po wieczornym telefonie, obejrzał te same programy publicystyczne, co zwykle. Po czym udał się w stronę snu, bez przeszkód.