„modląc się, zrzuć skórę z kolan”
Zamek Książ niechętnie ustępował miejsca zmierzchowi. Usilnie walczył z nachodzącymi go cieniami, odciskając swoją obecność na nieboskłonie. Gdy pierwsze mroki odbierały mu barwy- uderzył w krajobraz wielką, ciemną bryłą z trzema wieżyczkami. Zdążyłam zaobserwować te zmagania, zanim włączono ogromne, sztuczne źródła światła u jego podnóży- mające go utrzymać na piedestale krajobrazu nocą. Przepiękny! Zaskrzył się, jak księżna w balowej sukni! Na tle wspinających się ku niemu, niby na palcach- drzew… I z wąwozem rzeki u stóp…
Znaleźliśmy nastrojowe miejsce z Zacharym. Najpierw zjedliśmy wymyślny obiad w restauracji zamkowej, potem poszliśmy przed siebie. Skałki, na których rozbiliśmy swój biwak, bez kompleksu dały się skąpać ciemności. Dzięki temu widać było bajecznie z ich perspektywy oświetlone włości zamku, ale i część Książańskiego Parku Krajobrazowego. Zach woził ze sobą w aucie wszystko to, co zabierał na obozy surwiwalu. Mogliśmy więc spokojnie, bez strachu o to, że się przeziębimy, usiąść na matach izolujących nas od chłodu skał i ziemi.
Patrzyliśmy przed siebie. Chłonęliśmy panoszący się zamek z przyległościami i drzewa poniżej niego, przy podłożu ulegające wieczorowi, łysymi koronami korzystające zaś ze sztucznego blasku zamkowego. Lato łaskawiej obchodziło się z naturą, pomyślałam wyczuwając w powietrzu mroźne orzeźwienie.
Uświadomiłam sobie, że gubię całe tygodnie, rozwadniam we własnym wnętrzu pory roku. Aż dziw, że ubrałam się stosownie do chłodu- pocieszałam się, bezwiednie oddając uścisk dłoni Zacha. Często głowa wyprzedzała moje splątanie i ratowała sytuacje wysuwając rozsądek przed emocje… A tym razem, to czysta sympatia do kuzyna wyszła naprzeciw chwili i poddała się… Zapomniałam o ograniczeniach i po prostu trzymałam z radością jego dłoń. Przestałam myśleć czy to dobrze, czy źle.
Patrzyliśmy przed siebie. Zach sięgnął do plecaka po najtańszego z możliwych szampana i wybuchliśmy śmiechem. Oboje pomyśleliśmy o obiedzie, który kosztował majątek i sączonym z tak zwanego „gwinta” trunku, którego wartość nie przekroczyła kilku złotych. Zamek Książ też był teraz mieszanką historycznej natury i drogiego, sztucznego oświetlenia.
W tym samym czasie, Sophie oddalona od nas o dwadzieścia kilometrów (licząc pola uprawne na wskroś), wyszła przed dom w samej tylko ciemnej sukience i nabrała chłodu w płuca. Do jej drobnych stóp przylegały czarne półbuty na niskiej szpileczce. Zwykle chodziła w nich po domu, teraz jednak coś wygnało ją zeń. Chwilę wcześniej siedziała nieruchomo przy parapecie, tym, który usługiwał jej w charakterze biurka. Najpierw patrzyła w okno wychodzące na mroczny ogród, potem w pustą kartkę swojego notatnika, następnie zapisała: „Mam wątpliwość, co do Noe. Nie powinna tak drastycznie decydować o sobie. Nikt nie może być siebie pewien, a już na pewno dziecko. Jej matka nie jest tylko jej sprawą. To sprawa całej rodziny i od całej rodziny należy się jej kara za niesubordynację. Wszyscy ponosimy konsekwencję tej niewygodnej sytuacji, dlatego nikt nie ma prawa działać w oderwaniu od reszty rodziny”.
Po tych słowach zrobiło się jej gorąco w lewe ramię, potem pod mostkiem i zaczął uciekać jej oddech. Myślała ze złością o wnuczce, przypisała jej ten nagły stan słabości.
– To dziecko to przekleństwo! – powiedziała niby do siebie, a lekki mróz naznaczył jej słowa białym strumieniem, niby dymem. Istotnie, wewnątrz Sophie paliło się, i to bardzo…
Ale serce miała wątłe z racji ciężkiego nieprzeciętnie życia. Na pewno nie z winy wnuczki ani kogokolwiek innego.
Zwróciła się ku niebu. Odchyliła głowę, by nakierować swoje oczy ku krainie, z której nadchodził dzień a po nim zawsze jak dotąd- noc.
Nie, o nie! Nie było czasu na czułości i dziękczynienie. Wbiła wściekły, ciemny wzrok między, wiszące nad sobą esy floresy granatu i sińców. Czuła, jak opanowuje ją gęsia skórka. Zaczyna się od stóp- bo to nie pora już na takie buciki, potem dopada łydki, uda, brzuch, piersi, ramiona. Miała wrażenie, że na twarzy robią jej się nienaturalne wgłębienia od tego silnego dreszczu, który teraz trzymał ją całą w garści. Ust nie odda, potrzebuje ich teraz, by się wykłócać. O nie!
– Dlaczego w tym domu nie słychać słów modlitwy?!- krzyknęła w niebo ze złością. – Dlaczego karzesz ten dom tyloma wstydliwymi sprawami?! Gdzie mam je ukryć?! No gdzie?!
Ernesto wracała z łowów z ryjówką w pyszczku. Zatrzymała się na chwilę, tuż za babcią. Zlała się z wieczorem. Próbowała ocenić, czy był to atak, czy element krajobrazu. Wracała do dzieci, chciała wiedzieć, czy jest bezpieczna. Kot przecież nigdy nie może być pewien, czy choćby ostre kichnięcie człowieka, nie jest, aby zmianą jego nastawienia wobec zwierzęcia. Zwierzęta nigdy nie zapominają o prawie do nagłego zwrotu akcji.
Nic złego się nie działo. Charczący krzyk nie był skierowany w nią, ani w jej zdobycz szamoczącą się między zębami.
Kotka pobiegła więc zdecydowanie przed siebie. W oknach piwnicy, dawno temu, dziadek wbudował ruchome klapki, przez które koty mogły swobodnie wchodzić do domu. Miały wszelkie możliwości, by przemierzać bez przeszkód cały dom- od jego korzeni piwnicznych, po sam strych.
– To twoja wina! – Sophie krzyknęła po raz drugi w niebo. – Nie wiem do czego zmierzasz!!! Nie da się tego odgadnąć!!! Za nic się nie da, rozumiesz?! – ostatnie zdanie niemal wykaszlała i padła na kolana. Czuła teraz w nich chłód, ale też nagły ich ból, nie tylko z zimna, ale też ograniczeń, które skrywały już jej stawy. – Nie ufa się takim Bogom…nie ufa się zdradzieckim Bogom… – zawodziła, kołysząc się i trzymając ręce splecione na czubku głowy.
Mijały kwadranse, temperatura spadła kilka stopni poniżej zera. Tego wieczoru ten, kto „chował” ptactwo w obejściu, na pewno wyszedł upewnić się, czy aby na pewno jest bezpieczne i zaryglowane w ciepłym kurniku. Ale Sophie, nawet ukochana Klementyna dziś nie przyszła na myśl.
Starsza pani rozćwiczyła się w zbolałych, modlitewnych pokłonach. Pierwszy mróz drapał jej spłakane oczy.
– Dlaczego, dlaczego robisz to tej rodzinie?! – wyłkała, nie dbając o to, że tyle co kupione, cieplejsze rajtuzy, nie kryły już jej kolan.
Nie krył ich też naskórek.
– Pani dobrodziejko?! Hop, hop!
Łagodny i tak dobrze znany głos dobiegł ją zza świerków.
– Coś pani zawieruszyło się w trawie? – pytał już z bardzo bliska, życzliwie. Pytał naiwnie, gdyż dobrze wiedział, że Sophie rozpacza. Była mu wdzięczna za teatr konwenansów, który był gotów odegrać dla niej. Zapamiętał już, że pani Sophie potrzebuje czasu, gdy się ją najdzie znienacka, na- nazywał to: „powrót do żywych”.
Speszyła się. Nagle zalało ją wewnętrzne ciepło. Ucichły głosy modlitw w głowie, a dotarła zimowa baśń wieczornego ogrodu. Usłyszała wiatr. Śpiewał w polach strzegących domu z każdej strony. Brzmiał łagodnie, jakby próbował ledwie nanizać podmuchów na pojedyncze badyle trupy po ziołach z wczesnej jesieni.
Uświadomiła sobie, ile komnat wewnątrz siebie pokonała, by zagłuszyć to co działo się wokół. Modlitwa i zimno. Tylko z tego budowała swoją świątynię.
– Panie Jasiu, to znaczy eeee, jesteśmy przecież po imieniu, co ja…- Sophie szamotała się w słowach i gestach, próbując sprawnie podnieść się z kolan.
Pan Jasio pomógł jej biorąc pod ramię, co potem zapisała w swoim notesie jako piękny gest. Naciągnęła sukienkę na rozkrwawione kolana. Poszli do domu. W piecu kuchennym przygasało. Enerto przyprowadziła wszystkie dzieci do niedomkniętej, jak się okazało, kuchni. Kociarstwo leżało teraz przy piecu, rozespane i leniwe.
– Zrobię herbaty- zarządziła Sophie- niech pan, to jest, siadaj proszę… Co słychać? Co cię sprowadza wraz z mrozem? – zagajała.
– Pomyślałem, że to nie szkodzi, że kalendarz jeszcze nie ogłasza zimy. My możemy świętować już dziś! W końcu pierwszy śnieżek, niech Sophijka zajrzy za okno! – mówiąc to, sięgnął za pazuchę ocieplanej futerkiem kurtki i wyciągnął półlitrową buteleczkę z ciemnoczerwoną zawartością.
Sophie podeszła do okna, uchyliła firankę i zaszczebiotała, zupełnie na tę chwilę wolna od ciężkich modlitw sprzed kilku kwadransów.
– Rzeczywiście! Zima nam się zrobiła!
– A co jest tak dobrego w tej buteleczce? – zapytała, stawiając przed gościem herbatę i zmierzając już ku kredensowi i obmyślając, które kieliszki będą najodpowiedniejsze do trunku.
– A, oto moja naleweczka, wiśniowa! W sam raz na dziś, na pierwszy, zimowy dzień- obwieścił mężczyzna. W jego tonie wyczuła lekkie zawstydzenie, ale też sporą dawkę radosnego zadowolenia z tego, co stworzył.
Mogła usiąść przy stole tak, że zajęliby z panem Jasiem jeden jego kąt. Każde z nich zagospodarowałoby po rancie dla siebie. Tak to widziała, zanim jeszcze ustawiła dwa, głębokie na pół palca kieliszki na długiej nóżce. Gdy wszystko było gotowe, chwyciła jednak swoje krzesło i postawiła tuż obok gościa. Nie przeszkadzało jej, że od czasu do czasu dotykali się ramieniem. Zwrócili się do siebie kolanami i twarzami,i smakując co nieco z tego, co nastawiała na tę okazję, rozmawiali.
Twarz pana Jasia posmutniała. Spojrzał na tak drogą mu Sophie i położył dłoń na jej małej dłoni. Siedziała teraz, trzymając w jednej kieliszek, a drugą, tę właśnie przytuloną przez dłoń Jasia, położyła chwilkę temu swobodnie na blacie stołu.
-Co to się znowu nawydarzało z panią Gajką? Dobrze widziałem pogotowie? – zapytał cicho, prawie przechylając się do jej ucha. Zaraz potem cofnął się i wypełnił usta całym kieliszkiem nalewki. Podświadomie czuł, że wypędza trupy z szafy. Trupy, tak niechętnie z martwych wzbudzane w każdym domu, w każdej rodzinie niemile widziane.
Nie można powiedzieć, że nie spuszczał z Sophie oczu, bo robił to. Czasem rozglądał się po kuchni, czasem wyspacerował myślami za kuchenne okno. Mimo to, wzrok miał na nią wyczulony.
Zaciskała właśnie szczękę, marszczyła brwi, chowała się w swoich myślach. Przyszło mu do głowy, że to nie jest dobry czas może…, ale też jak tu nie zapytać? Jakże milczeć, gdy wszystko w tym domu aż prosi o słowo pociechy i gest opieki?
– Przepraszam- wyszeptał- może to nie jest dobry czas na pytania o panią Gajkę, Sophijko.
Przysunął się ponownie. Jeszcze szczelniej nakrył jej dłoń swoją. Sophie pochyliła głowę, patrzyła uparcie w swoje kolana. Zobaczył kilka plamek na jej ubraniu. Po dwie na kolano, pomyślał, patrząc na materiał sukienki. Był przesadnie mocno naciągnięty na kolana kobiety, która stała mu się, nie wiedzieć kiedy, bezprawnie bliska.
Płakała, a on nie mógł tego znieść. Teraz, gdy pokazała swoje popękane serce, on nie był w stanie go przyjąć. Nie wiedział jak się za to zabrać. Czuł, że kończą mu się mądre pomysły. Dolał sobie nalewki. Wziął głęboki oddech i wykrzesał dość rześko:
– Pieski mam dla nas długowłose dwa! Takie fryzjernice szalone! W domu u mnie czekają na twoje zaproszenie, dobrodziejko!
– Fyrjernice?- Sophie podniosła głowę i szybko otarła resztkę wilgoci z oczu. Popatrzyła na swojego gościa z rozczuleniem i zdumieniem.
– Tak, takie kudłacze, co to trzeba je czesać jak ludzi- odpowiedział i wskazał na pełen kieliszek Sophie.
Wypiła posłusznie, a on natychmiast napełnił jej drugą kolejkę. Sam nalał sobie trzecią, do pełna.
– Doceniam to, co robisz- powiedziała głębokim głosem. Drugi kieliszek poczuła już wyraźnie w pustym, jak dotąd, żołądku. Rozkurczał się, dawał o sobie znak głodem. Dobiegały do niej też jaśniejsze myśli, łagodniejsze. Nawet Noe wydała się teraz tylko pogubionym dziewczęciem, a Gaja chorą kobietą. Beznadziejnie czarne chmury odeszły znad głowy Sophie. Rzeczy można było nazwać po imieniu i choć nie były to pozytywne imiona, nie były także pozbawione, jak przed chwilą jeszcze, nadziei.
– Ja tylko przyszedł z nalewką… To ona robi za mnie robotę, jeśli już.
– Jesteś cudem, zjawiasz się jak cud i podnosisz na duchu- odpowiedziała zawstydzona.
Ich dłonie cały czas trzymały się siebie. Wieczór stał się nocą, a mróz ścinał życie na zewnątrz bez litości.
– No to powiedz, kiedy mi przyprowadzisz mojego pieska? – przeplotła pytanie z łagodnym uśmiechem, sięgając przy tym po kawałek placka z jabłkami.
Wcześniejsza radość dopuściła do niej teraz niepokój. Ten z kolei spowodował, że złość i gorycz związana z wnuczką, nagle ustąpiła miejsca trosce. Naturalny porządek świata upomniał się o swoje, a mianowicie: babcia troszczy się o wnuczkę, gdy jej nie ma w domu.
Tym bardziej, gdy przychodzi noc.
Nalewka i pan Jaś zadziałali wyciszająco i z wyrozumiałością.
No jak to- myślała coraz spokojniej- przecież Noe jest z Zacharym. Może wróciła na stancję…
Ale Gajce nie poświęciła skrawka myśli, mimo ciepła, które ją opanowało przy gościu.
Nie odpowiedziała też na żadne z późniejszych pytań zawierających w sobie to imię.