„Oj(-iom)”

Znak ze strzałką wskazywał, które dokładnie „200 metrów” należy z tego miejsca przebyć, by dotrzeć do parkingu szpitalnego. Droga była wylana, więc mieliśmy gwarancję, że jadąc nią według wskazówek, osiągniemy cel. Zamyśliłam się nad tym. Tak wiele było- tylko w tej jednej chwili- wokół mnie możliwości pójścia te „200 metrów”: naprzód, wstecz, na wschód i zachód, pod każdym możliwym kątem…
Gdyby nie było wyznaczonych ścieżek- odbylibyśmy co najmniej kilka podróży z tego punktu, zanim dotarlibyśmy na miejsce.

Ale żyję w czasach- myślałam do siebie- w których wiele dróg jest już przetartych. Wylano asfalt i postawiono znaki.
To jednocześnie oszczędza nam kłopotu, ale i szarpie nerwami.
Szybciej docieramy do celu, na który nie jesteśmy gotowi.

Zachary odpowiadał za to, by myślą i ciałem skierować nas na tę konkretną ścieżkę. Nie mógł oddać się rozmyślaniom, by choć trochę złagodzić stres. Był kierowcą, a naszym celem był szpital, mama.

Moja mama.

Podjazd tego przeklętego szpitala zwęszył mnie i nęcił beznadzieją z oddali. Znowu razem, pomyślałam do niego. Szaro, wręcz tragicznie i sino malował ktoś po niebie. Bóg? To On mógłby chcieć na to wszystko patrzeć? – pytałam swoje myśli. Dobre sobie…Łyse drzewa i pojedyncze, totalnie samotne ptaki na horyzoncie…

Super! – sarknęłam pod nosem.
Kulka w łeb to za mało finezyjna śmierć, by można było wyczerpać temat dzisiejszej beznadziei.

Połknięci przez trzewia garbusa, razem z nim osiedliśmy się na miejscu. Zaparkowaliśmy między piękną toyotą i mercedesem.
Uśpienie silnika samochodu, włączyło mój. Nie oglądałam się na Zacharego. Wydawało mi się, że ugrzązł przy aucie i niemożliwie długo upewniał się, że jest szczelnie zamknięte. W tylnych drzwiach czasem odskakiwał guziczek i trzeba było powtarzać wciskanie go kilkakrotnie, by zaskoczył. Nie mogłam czekać. Instynkt prowadził mnie na oddział intensywnej terapii. Nawet nie zakładałam lżejszych rozwiązań. Przybrałam barwy wojownika.
Czułam, że pasma długich włosów, niczym sztylety podrażniają moje policzki i ramiona. Spodziewałam się, że w końcu przetną kurtkę i dostaną się do mojej skóry.
Że puszczę wojenny sok krwi.
Niech szlag weźmie cały ten świat! – myślałam, popychając wejściowe drzwi szpitala.

Szłam jak we mgle. Nie skupiałam się na twarzach ludzi okupujących korytarze. Białe kitle personelu pojawiały się od czasu do czasu pośród cywilów.
Cel: zobaczyć mamę!

Drzwi na OIOM wydawały się nieprzepuszczalne.
Wysoka, krótkowłosa pielęgniarka, otyłym ramieniem zgarnęła mnie sprzed nich. Czy byłam nieświadoma, że nie wolno mi tam wejść, ot tak? Jasne, że byłam świadoma. Jak zwykle… Ale tym razem szłam w ogień.

– Co z mamą?!- starałam się mówić niegłośno, ale dosadnie. -Przywieźli ją tu dziś, wie pani o kogo chodzi?! Nazywa się Gajka D., kojarzy pani?! – pytałam poprawiając się i próbując zapomnieć, jak bardzo wyraźna, gabarytowa różnica mnie dzieli z oddziałową. Przeczesałam dłonią włosy i naciągnęłam zmierzwioną kurtkę na biodra. Poczułam swoją zdecydowaną, drobną postać, napiętą jednak jak struna.

– Co z mamą?! – powtórzyłam pytanie, wbijając swoje źrenice w jej, zaledwie widoczne kropeczki zgubione w błękitnych tęczówkach. No tak, pomyślałam… wszechobecne jarzeniówki zwężają źrenice personelu do granic. Miałam je na muszce.

Kobieta zmierzyła mnie od stóp do głów. Wyczułam, że wie o kogo chodzi. Nawet gdyby się nie domyśliła, dramat matki krzyczał z moich oczu.
Nie trwało to długo. Skrzywiła się i wsunęła dłonie w kieszenie fartucha. Zauważyłam, że jednocześnie wysuwa jedno z kolan do przodu, a głowę odgina ku tyłowi. Patrząc z tak przyjętego dystansu, zapytała bezosobowo:

– Dorosła jest?
Domyśliłam się, że nie pyta o mamę. Szybko załapałam, że jestem tu, w szpitalu, gdzie lepiej nie przebijać się z płcią, osobowością i potrzebami. Weszłam w tę stylistykę. Będę szczera.
– Nie jeszcze…
– Córka?
– Tak…
– Na pewno córka?
-Tak!
– Dobra- zakomunikowała łapiąc za klamkę OIOMU, czym obudziła ścisk w mojej klatce piersiowej. Odwróciła się i wycedziła tuż przy mojej twarzy:
– Niech teraz uważnie słucha: niech nie chwali się, że była u matki. Ma pięć minut. Na mój znak wychodzi bez dyskusji, kapiszi? – rzucała we mnie rozkazami, a ja chciałam ją uściskać za te wióry przychylnych mi słów. Wielka, dobra góra serca, myślałam.

Czy to były mądrze okazane mi względy? Do dziś zachodzę w głowę, co ja zrobiłabym na jej miejscu.

Wpuściła mnie. Weszłyśmy. Zniknęła za ladą rozciągniętą w jednym z rogów sali. Utonęła w papierach.

Stoję.

Kilka łóżek uwikłanych w aparaturę. Mama…na szczęście tylko z nitką tlenową pod nosem. Leży tuż przy wejściu. Mama!
Sina, nieprzytomna, jak parking szpitalny. A ja jak jeden z tych totalnie samotnych ptaków nad nią… Przejechałam palcem po jej śpiącej, zimnej dłoni. Wygląda jak topielica, jak ktoś wyrwany z dna zapomnianego jeziora. Mamo! – krzyczę wewnątrz siebie tak głośno, że boli mnie brzuch. Mamo! Jestem tu!

Na zewnątrz milczę, zapominam słów.
Chcę umrzeć, tak bardzo chcę umrzeć. Ale muszę żyć, by cię chronić, mamo…
Nie czuję upływu czasu. Umieram i nie chcę umrzeć. Boli mnie brzuch. Chcę zabrać mamę ze sobą i wiem, że to niemożliwe. Stoję nad nią.

– Paniusia, wychodzimy- szepnęła nade mną oddziałowa- doktory nie mogą nic zwęszyć. Niech przyjdzie jutro. O tej samej porze, coś się wymyśli- mówiła zdecydowanie, ale coraz życzliwiej. Być może pomagał jej w tym cukierek prowadzony językiem wzdłuż zębów trzonowych. Toffi, jak domniemywałam po silnym zapachu z jej ust.

Sprawdziwszy wcześniej, czy teren jest bezpieczny, wypuściła mnie na korytarz. Natychmiast z powrotem wessała ją sala, która pożarła też moją Gajkę D. i kilku innych, anonimowych nieprzytomnych, których zaledwie omiotłam świadomością stojąc przy łóżku mamy.

Miałam nadzieję, że oddziałowa powie mi na odchodne co dalej z mamą, ale bałam się nadużyć dobra. Może jutro…

Rodzina któregoś z chorych wyczekiwała lekarza na tych przeklętych, plastikowych krzesłach. Spojrzeli na mnie niemrawo, gdy wypluł mnie OIOM. Nie byłam tym, na kogo czekali. Reszta to nie ich sprawa, nie zamierzali wybudzać się z transu oczekiwania dla byle kogo. To nie byli tymczasowi goście. Znam ten stan. Ktoś im bliski mieszkał tu już i zapewne wszystko składało się na to, że umrze w szpitalu. Musieli więc być cierpliwi, a że nie istnieje naturalna cierpliwość wobec utraty, ogłupiali się korytarzową mantrą niebytu. Zawieszali rozmowy, wzrok, słuch. Dla swojej bliskiej, umierającej osoby, stawali się półżywi.
Prawdopodobnie już tylko tak mogli pokazać, że są blisko niej.

Spodziewali się lekarza, który już nie mógł ich zbawić od złego. Jednakże już nie potrafili nie śledzić postępów umierania, a pan doktor najprawdopodobniej obwieszczał kolejne stadia nadchodzącej ostateczności.

Zachary na mój widok podniósł się z krzesła. Miał zaniepokojony wzrok. Podszedł do mnie i objął zdecydowanie. Ogarnął mnie sobą.

Poczułam się jak ściśnięta gorsetem. Zebrana w całość.

– Bałem się, że… będzie z ci z tym co zobaczysz jeszcze gorzej.
Pachniał czymś słodkim.
– Najgorzej mi, gdy jej nie widzę- odpowiedziałam. Nadal nic nie wiem, nie wiem, czy są trwałe szkody…
– Kiedy możesz jeszcze przyjść?
– Jutro- mówiłam w kołnierz jego kurtki.
– Będziemy więc razem, mała- zapewnił czule i ścisnął jeszcze mocniej- Jutro niedziela, mamy wolne…- pocieszał.

Staliśmy tak przez chwilę. O kilka sekund za dużo. Czułam się już niewygodnie, bo nie byłam pewna jaką jeszcze dawkę bliskości przewidział dla mnie Zach. Nie wiedziałam co czuję i nie wiedziałam, co począć z tym, że tego nie wiem.

– Może jedźmy coś zjeść do Książa- zaproponowałam próbując rozluźnić zaciskające się zęby i gdy zaczęłam wyplątywać się z ramion Zacha, oto stanęli przede mną zasępieni rodzice X.

– Dzień dobrrryyy – mówiłam, ale czułam, że wytrząsam z siebie pojedyncze litery. Kierowali się ewidentnie tam, skąd ja dopiero wyszłam.

– Dzień dobry- rzuciła we mnie chłodem matka X. i krecąc głową z niedowierzaniem weszła na OIOM zostawiając przy mnie swoją silną, piżmową woń perfum. Ojciec X. został chwilę patrząc na moje poruszenie i zapytał tylko oschle:
– Skąd… jak to możliwe, że już wiesz?
– Byłam w domuuuu- zaczęłam się nerwowo tłumaczyć i szukać paznokciom ujścia na dłoniach, ale matka X. zorientowawszy się, że mąż nie poszedł w krok za nią, wypadła nerwowo zza drzwi OIOMU i wciągnęła go na oddział.

– I co? Im tak można bez kombinowania wejść? Dziwni ludzie! – skwitował Zachary. Nigdy ich nie lubiłem, w gminie się pysznią. Jak myślisz, Noe? Kto wysłał ich do twojej mamy? Twój ojciec się nimi wysłużył, mimo tego, że zabronili swojemu synowi bywać u was? – Zach produkował logiczne pytania. Sama nie wiedziałam kogo chce nimi uspokoić bardziej: siebie czy mnie.

– Możliwe…Przecież ojciec sam prawie nie bywa w domu, a do tego wszystko mu jedno kto go wyręczy… a oni już i tak już wiedzą co u nas się dzieje i w rodzinie mają samych prawników i lekarzy…więc bezpieczna sytuacja, dyplomatyczna – skwitowałam i zmroziłam smutek. Oni tam teraz są z moją mamą…myślałam non stop od nowa. Ruszyłam w stronę wyjścia. Skoro nie byłam świadoma, że cała rodzina od samego początku wiedziała o Ewie i Zachu,to czy mam się dziwić, że nagle rodzice X. mają posprzątać niewygodne historie z moją mamą? Tata przecież nie przyjedzie…
Kim miałby się przejmować i komu cokolwiek tłumaczyć? Mnie? Golemowi?

Nie chcecie, to nie. Nigdy nie ożyję- mruczałam do siebie i uruchomiłam paznokcie przeciw przegubom.

Wewnątrz garbusa zrobiło mi się duszno.
Poczułam nieobecność X.
Obecność jego rodziców przywiała tak wielką po nim pustkę.

Tak bolesną, tak smutną, tak dla mnie niesprawiedliwą. Dlaczego nie wzięli go przypadkiem z sobą… a może jest tu gdzieś…? Rozglądałam się nerwowo, ale gorąco zalało mi mostek i głowę. Paznokcie- mówiłam w myślach- ratujcie.
Szarpałam skórę na oślep.

Obudziłam się przy znajomym zjeździe do zamku. Pociemniało wokół. Niebo obserwowało nas i wydawało się, że tłumi krzyk. Sama nie wiem, czy chciało krzyczeć w moim, czy swoim imieniu. A może w imieniu Zacharego?

Przestrzeń okalająca zamek należała do niego i swoim ogromem sygnalizowała jego potęgę. Mieć tyle przestrzeni osobistej, to prawdziwe bogactwo.
Ale czułam się osaczona. Miałam ochotę uciec i schować się pod pierwszym lepszym krzewem.

Zachary zaparkował. Położył dłonie na kolanach i patrzył przed siebie. Czy też studiował te kilometry pól wokół nas? Miał tak ciemną postać, tak niejednoznaczną. Przestraszyłam się, że jest na mnie zły.

– Odleciałam? – zapytałam niepewnie próbując złowić jego oczy i przyciągnąć na swoją stronę. Bałam się jego wyraźnie zaznaczonych kości szczeki, zwłaszcza gdy mocno je zaciskał, jak teraz.
– Tak- odpowiedział zamyślony- Przykro mi, że tak cię to strzeliło. Najpierw na chwilkę odleciałaś, a potem całkiem się zawiesiłaś i nawet nie wiem, kiedy zasnęłaś mocno… Oj, Noe… – zajęczał z bezradności i spojrzał na moje nadgarstki- umyłem ci ręce wodą z butelki.
Był skołowany. Wypuszczał z siebie słowa obolałe i nadal patrzył tylko przed siebie.
– Wyjąłem z twojego plecaka też chusteczki i nie wiem, czy zauważyłaś, bandaż…Kur..a, Noe… Ja pier…le, Noe. Co z tobą, ja pier..le… ja nie daję rady, nieee…- wywrzeszczał, uderzając zaciśniętymi dłońmi w kierownicę.

Zamilkł. Otworzył dłonie i położył znów łagodnie na kolanach.
Odczekał kilkanaście minut.

Wreszcie spojrzał. Ulżyło mi, że nadal patrzył na mnie z troską. Zmiękczał swoje ciepłe oczy i mając nadzieję, że mnie przekona, wyliczał: – co myślisz o takim dobrym psychiatrze, albo psychologu zaufanym…?

– A co myślisz- odbiłam piłeczkę, patrząc w zamkową dal- żebyś mi wreszcie wyjaśnił, gdzie wyjeżdżasz i po co?