„Nie pociągaj za spust swoich ust!”

– Musisz wiedzieć mała Noe- nauczała babcia- jeśli kochanek dostał od ciebie coś, czego wcześniej nie miał, to nigdy o tobie nie zapomni, ja ci gwarantuję! Zawsze wspomni na nadwyżkę, którą ci zawdzięcza i zatęskni! To może być nadwyżka duchowa, finansowa, emocjonalna…- wyliczała filozoficznie zaciągając się skręconym przed chwilą papierosem.

Co mi po tym- odpowiadałam jej z wyrzutem w myślach- X. musiał usłyszeć co mówisz i znów zniknie…

– Bo każdy zysk jest bliski ludzkiemu, łasemu sercu, pamiętaj! – Sophie dopieściła swoją myśl i satysfakcją zamilkła na chwilę. Spojrzała na mnie.

Siedziałam nieruchomo na schodach. Mijała kolejna godzina. Zbliżał się wieczór, o czym donosiły mi odcienie matowiejącego w witrażykach dnia. Schody wylewały się niemal wprost na drzwi wejściowe, zostawiając jedynie duży krok korytarza na rozgrzewkę przed wspinaczką ku górze lub zejściem kamiennymi schodami na ląd. Jeśli jednak zwiodła kogoś możliwość zanurkowania parterem domu obok schodów, mijał wtedy wielkie lustro, wejście do warsztatu i porywistym nurtem dopływał taki ktoś pod kuchnię Sophie…

Tak to czułam. Zostaliśmy zatopieni w tym domu, jak zbyt ciężki okręt. Na mulistym dnie.

Nikt nas już nie szukał.

Witrażyki zdobiły górne partie obu skrzydeł drzwi wejściowych. Na zmianę: lubiłam je i nienawidziłam ich świetlistego donosicielstwa. Zwłaszcza wiosną, gdy cień koił moje obolałe ciało i pogubionego ducha.
Teraz gasły już ich szklane oczy. Wieczór im je zacieniał. Przez chwilę pomyślałam, że na pewno już blisko dwudziestej…

O poranku, po tym jak uciekłam od babci z żołądkiem pełnym kawy i gorejącym piętnem po uderzeniu między łopatki, zastałam pusty pokój.
Brak śladów X.
Kapa cioci Helenki, która jeszcze niedawno ogrzewała naszą dwójkę akwarelkami włóczki, leżała teraz zebrana w kostkę na parapecie.

Dlaczego nie przybiłam fortepianu do podłogi ?!– pytałam swoje myśli dusząc ból w gardle.
Jak w dziecięcym świecie, założyłam, że bieg wydarzeń udałoby się zatrzymać jakąś sztuczką.
Porządek świata był potrzebny od zaraz. Coś zbawiennie naiwnego, stabilnego. Niechby na chwilę chociaż…

Rozglądałam się, dotykałam mebli i ścian. Nie było go. Coraz bardziej go nie było.

Zamarłam. Wyszłam z pokoju, tym razem nie przytulając ucha do drzwi mamy, stanęłam od razu u szczytu schodów.
Z żalem przesnułam się kilka stopni w dół, ale nie byłam w stanie wrócić do kuchni Sophie.
Usiadłam w połowie drogi, opierając głowę o poręcz. Zostało kilka schodków, bym móc postawić stopę na korytarzu, który rano tak baśniowo poprowadził mnie do babci.
Nie udało się.

Zauważyła mnie po jakimś czasie, może po godzinie, dwóch, gdy zamaszyście otwierała drzwi warsztatu, celem wpuszczenia światła w skład materiałów i nożyc krawieckich.
Domyśliłam się, że był to jej nowy zwyczaj. To, co do mnie dolatywało zza drzwi, miało już znamiona jej „świętych obyczajów”, powtarzanych nabożnie, by wewnętrzny świat, którego była twórcą, nie rozszedł się w szwach.

Stwórca dzieł niedoskonałych, nigdy nie może przestać nad nimi czuwać- pomyślałam. Gdyby wymknęły mu się z rąk, stanęłyby w odwecie przeciw niemu. Pomściłyby ucisk, w jakim je usilnie trzymał…

Otwierała najpierw okna. Słyszałam jak przy każdym z nich kolejno wchodzi na stołeczek i odblokowuje haczyki z podwójnych okiennic. Skrupulatnie, choć nieleniwie. Tak jak w modlitwie. Czynność za czynnością, myśl za myślą. W pełni skontrolowana, przenikniona.

Tak. Sophie na pewno była przekonana, że ma na oku swój świat, któremu to podporządkowane były, jej zdaniem, wszystkie inne światy…

– Posikałaś się już ze trzy razy, Noe! Na mury świętego miasta, dajże mi żyć i idź się wykąp! -stała nade mną i niecierpliwiła się.

Nigdzie nie pójdę- myślałam.
Nie poszłam.

Strugi moczu pokonały barierę schodów i upijały niewielką wycieraczkę, położoną tam kilka miesięcy temu przez dziadka. Ktoś wręczył mu ją jako ekwiwalent za wiosenne przeszywki. Uznał więc, jako gospodarz domu, że jest między nami pewne miejsce zapomniane, w którym powinno się wycierać buty, kapcie, otrzepywać proch ze stóp.

Nikt z tym nie dyskutował.
Przepraszam dziadku, pomyślałam czując dreszcz na mokrych pośladkach.

– Masz, pij!

Sophie podsunęła mi pod nos wodę. Spośród rozbujanej nerwowo szklanki dosięgnął mnie zapach mięty. Przez jakąś setną sekundy poczułam radość, że nalała mi swojej wody z miętą. Piła ją od zawsze, rytualnie, zalewając świeże lub suszone liście. Dzień po dniu wypełniała wielki porcelanowy dzban- przegotowaną zimną lub wrzącą wodą- w zależności od pory roku. Czy uchylona furtka do jej obrzędów, miała mnie zmiękczyć?

Nic z tego.
Odwróciłam głowę. Nie byłam pewna, czy poradzę sobie z własną śliną. Milczałam już wiele godzin, zapominałam swobodnie oddychać i nie przyjmowałam płynów ani pokarmów. Lepka maź namnażała się w ustach.

Przypomniało mi się zdanie z podręcznika do biologii: „ślina może brać udział w ochronie organizmu przed wrogami oraz patogenami…”.

Ten fragment dotyczył zwierząt, więc odebrałam go bardzo osobiście i zapamiętałam słowo w słowo.

– Wiesz Noe… ja dużo mówię, ale sama czasem siebie nie słucham…

To miały być przeprosiny? Za to, że straciłam wszystko? – dyskutowałam z babcią w głowie.
Ale ona wyczuwała sporo. Być może dzięki temu, że kilku chwil nie byłyśmy same. Pojawił się duszek pamięci i zmienił twarz Sophie.

Patrzyłam na nią kątem oka. Dłońmi zasłaniałam oczy, ale nie dość szczelnie, by nie dostrzec, że odwiedza nas duszek…

Sophie zatroskała się. Wyglądała na jeszcze mniejszą. Od czasu do czasu patrzyłam na nią, gdy czułam, że zamyśla się i patrzy w głąb siebie.

Nie chciałam okazać jej widocznego zainteresowania.
Nie dostaniesz moich oczu- syczały do niej moje myśli.

– Nie wiem co z tobą począć, paluszku- powiedziała czule i spróbowała nieudolnie pogładzić mnie po kolanie. Odsunęłam je w nieufnym instynkcie.

Poczułam ucisk w klatce i ciepło między nogami. Zesikałam się w majtki kolejny raz.

– Ej ty dzieciaku… musisz z tym skończyć na dziś. Będziesz chora, a schody przesiąkną moczem na wylot jeszcze trochę!

Przecież wycierasz co chwilę- odpowiadałam milcząc.

Z jakiegoś powodu nie chciałam jej pomóc, choć było mi jej żal. Może to była moja zemsta, a może krzyk? Nie jest dobrze!!! Nie chcę nie sikać, bo nie sikają szczęśliwe dzieci!!!

Nie wiem.

Babcia stłumiła zdanie, które leżało jej już na ustach. Poszła do warsztatu i usłyszałam, jak podnosi słuchawkę, po czym wykręca numer.

– Mam tu kłopot z tą, no, Noe…- motała się. – Ach tak? Jeśli to nie kłopot…- odparła komuś zawstydzona.
– Tooooo w takim razie zapraszam… będę zobowiązana, jak zwykle.

Odłożyła słuchawkę kilka razy nie mogąc położyć jej na widełkach.

Pan Jaś zjawił się po krótkiej chwili. Zapukał w drzwi wejściowe, tak symbolicznie, jakby płytką paznokcia jedynie. Pomyślałam, że to tak do niego podobne; być do dyspozycji i nawet wyrwany ze snu- umieć zachować subtelność.

– Pani dobrodziejko- wyszeptał, gdy babcia otworzyła jedno skrzydło drzwi- dziękuję za zaufanie. W czym mógłbym pomóc? – zapytał, dyskretnie ściągając kaszkiecik w pokłonie.

– Niech pan wejdzie, chłód z dworu łamie kości- odpowiedziała babcia zamykając drzwi za gościem. Rzucił na mnie dyskretne spojrzenie, ale w mig zrozumiał, że to nie jest czas na przypatrywanie się. Poczułam wdzięczność.

– Może przejdźmy do kuchni- zaproponowała Sophie i wskazała dłonią kierunek, a pan Jaś raz jeszcze zdjął i założył kaszkiecik, jak gdyby na ponowne spotkanie.

Zostałam sama, poczułam wieczorny chłód nawet na czubku głowy. Słowa Sophie dosięgły mnie, stały się ciałem. Bałam się tylko, że zimno naprawdę połamie mi kości. I w tamtej chwili było to dla mnie niebezpiecznie realne. Podobnie jak to, że pan Jaś i babcia rozpłyną się w powietrzu i nigdy już nie wrócą. Mogłabym już tak zostać i nigdy ich nie wspomnieć.

Chciałam być sama.

Na górze było przesadnie cicho, za to, gdy rozdzwonił się telefon, puste mieszkania dygotały od bezczelności dzwonka. Nic mnie nie obchodzi to, co ten ktoś może mieć do powiedzenia. Nie mam już nic i nikogo.

Za chwile nie będzie także mnie.

– Halo? Panienko?!

– Słucham- mówiłam w myślach.
Pan Jaś usiadł obok mnie, na tym samym schodku. Wyciągnął zza siebie ciepłą, pomarszczoną dłoń i pogładził mnie po głowie.

– Jesteś takie dobre dziecko, takie dobre… – mówił tak miękko, tak łagodnie.

Tak mi wstyd, że musi pan na mnie patrzeć i wąchać- myślałam.

– Nic się nie przejmuj, panienka, nic- szeptał jakby wiedział co we mnie siedzi- babcia poszła się na chwilę położyć, a ja przyniósł ci kawałek chlebka z masłem i miodem akacjowym. Zrobił ja kawkę jaką lubimy oboje- powiedział i spojrzał na swoje podarki. Przyniósł je na tacy starszej od całego świata.

Na pewno nie miał o tym pojęcia, że odwiedza prastary okręt. Spisany na straty i dotyka złomu, sądząc, że to zabytkowa zastawa.

Popatrzyłam w jego serdeczne oczy. Mówił do mnie prawdę. Słowa nie miały znaczenia. Gesty także. On jeden mówił do mnie prawdę. Spuściłam wzrok. Między moimi kolanami, a kolanami pana Jasia stały dwie filiżanki z kawą i talerzyk z kilkoma kanapkami.

Zaczęłam jeść i pić. 
Znowu ciepły strumień popłynął ze mnie.

– Ty niczym się nie przejmuj, jedz panienka. Kawa pachnie pierwsza klasa, czujesz? – uspokajał staruszek. Wziął jedną kromkę i spokojnie rozmiękczał małe kęsy kawą.

Ile można sikać, gdy się niemal nie pije? – zastanawiałam się. Czy ja kiedyś wysikam ten strach do dna?

– Noe…zaczęłaś jeść…to dobrze, że ci lepiej…- z głębi korytarza usłyszałam cuchy głos babci- mamy ci coś ważnego do powiedzenia- oświadczyła i podeszła bliżej nas.

– Niech pan powie, panie Janie- poprosiła oficjalnie, patrząc błagalnie na pana Jasia, którego chwilowe spięcie przeszło nawet na mój, mimowolnie, zesztywniały przełyk.

Co oni kombinują?

Pan Jaś odłożył filiżankę i przełknął ostatnie okruchy chleba z miodem. Popatrzył na babcię, potem zaraz na mnie. Uśmiechnął się.

– Planujemy z twoją babcią kupić sobie parkę rasowych psów. Suczkę i psa! – obwieścił i po raz trzeci użył kaszkiecika w stronę babci.

Zesikałam się. Siki dosięgły kapci Sophie stojącej u dołu schodów.

– Będziemy chodzić na spacery z nimi jak w tej bajce, no… zamyśliła się podekscytowana, choć nadal zmieszana trochę, babcia.

– Wiem, wiem- przerwał pan Jaś- jak w 101 dalmatyńczykach! – dokończył i obojgu spłonęły policzki.

Przecież babcia niemal nie opuszcza domu- pomyślałam. 

Nagle poczułam zniewalające zmęczenie.

Wstałam i bez słowa poszłam na górę. Drzwi mamy były ciche, głuche i chłodne. Przytuliłam się i zakłuło mnie w lewym boku.

To nie może być serce.
Pewnie Sophie miała rację, to tylko chłód z dworu łamie kości- powiedziałam sobie.

Ernesto otarła się o moja łydkę.