„tulona pierś, otwarta pięść”
Nasze ulubione miejsce. Wyłom wolności, niezagospodarowane poletko podłogi, tuż za fortepianem. Jak myszka na skórze, w niewiadomym celu noszone na płaskich plecach pokoju. Ani tam postawić fotel, ani ułożyć książki, bo byłyby niedostępne dla dłoni w pośpiechu dnia…
Jak obejść się z tym wycinkiem pokoju, które, niczym znamię, co to można z nim żyć, choć chciałoby się przystosować tę przestrzeń do użytku.
To miejsce czekało na nas. Poturbowanych kochanków. Pościeliliśmy sobie, jak dawniej- gruby, mięsisty chodnik, dwie poduszeczki „jaśki” i przykryliśmy się kapą, rękodziełem cioci Helenki. Każdy z domowników mógł uzbierać takich okryć kilka, jeśli tylko chciał. Ja starałam się mieć którąś z nich zawsze w zasięgu wzroku, gdy przebywałam w domu. Czytanie bez przykrycia stóp, nawet latem wydaje się niemożliwe. Kapy cioci Helenki, jak całun na stopy, by czytając powieść, pochować swoje rzeczywiste kroki i skierować je ku podróży, w którą pragnie porwać mnie literatura…
Gołąb, nawet gdy spijałam sen z ramion X., poruszał we mnie złogami beznadziei. Cóż takiego ma w gardle ten ptak, co przepuszczając przez powietrze- wydobywa z ludzi rozpacz? Zza pierzastego brzucha, snuła się w moją stronę melodia jakiegoś końca. Byłam pewna, że chodzi o mój kres. O czym inna miałaby myśleć młoda dziewczyna? – pomyślałam sarkastycznie i przylgnęłam mocniej do zubożałej wersji mojego kochanka. Gdzie on zrzucił te kilka kilogramów? Nie zauważam śladów intensywnego sportu, tym bardziej dieta wczorajszego wieczoru nie wydała się prozdrowotna. Wracając, zahaczyliśmy o wiejski sklepik. Butelka wody, wino ciut lepsze od najtańszego i paluszki z sezamem- wszystko to zabunkrowane z nami za fortepianem, miało stać u straży tak zwanego romantyzmu.
X. najwyraźniej nie miał ochoty jeszcze wstawać. Mnie wołała kawa. Nie poruszył się, gdy wstawałam i odsuwałam fortepian, by wyjść. Obejrzałam się. Z trudem zasunęłam za sobą instrument. Mój chłopiec- tak o nim myślałam tego ranka- leżał bardzo spokojnie. Wyglądał na zmartwionego, ale spał mocno, choć, miałam wrażenie, że w napięciu. Przyjrzałam się jego poranionym dłoniom i paznokciom, które z bólem odczyścił pod prysznicem. Mało jadł, niewiele wypił wina. Co cię trapi, X.? – zadałam pytanie w zamglony od snu pokój.
Postałam jeszcze chwilę, potem sprawdziłam czy u kotków wszystko dobrze. Rozczuliłam się na widok pędraczków zdeterminowanych tylko do jednego: być jak najbliżej mamy. Uzupełniłam jedzenie dla Ernesto.
Wychodząc ze „swojej” części domu, przez chwilę rozważyłam wejście do mamy. Cisza za jej drzwiami nie była zaproszeniem. To zawsze mogła być martwa cisza.
Ucięłam tę myśl.
Zeszłam na dół. Kuchnia Sophie, jak wnętrze imbryczka, buchała zapachem kawy przez szczelinki wokół drzwi. Odurzony tą wonią korytarz, prowadził mnie w jedynym słusznym kierunku. Nie odpowiedziała na pukanie, więc zaniepokojona weszłam po kilku minutach. Zastałam ją rozpiętą łokciami i duchem nad Proroctwem Izajasza. Modliła się przy swoim parapecie-biurku, ale rozjaśniła wzrok, gdy zeszła na ziemię i zobaczyła mnie na niej. Dobry znak. Uznałam, że po prostu naleję sobie kawy. Żeliwny imbryk czuwał w rogu pieca, tak by nie musieć wciąż wrzeć na pełnym ogniu, ani też nie ostygać.
Usiadłam przy kuchennym stole z kawą, pozwalając babci dokończyć.
– No i co- przywitała mnie po chwili siadając przy mnie- musiałaś już go rzucić…
– Kogo?
– Jak to kogo? Zacharego, już wiem, że wrócił zblazowany do domu przez ciebie! – określiła stanowczo.
– To trudna sprawa…
– Bywają trudne, ale źle robisz. Były kochanek to inwestycja. Jak zakończysz to sprytnie, na przyszłość może ci się ten jego sentyment opłacić. A jak narobisz hałasu o nic, zapomni o tobie! – prawiła z palcem uniesionym do góry.
Nie śmiałam nawet zapytać o jej stan z ostatniego dnia sziwy. Być może nawet jej zaangażowanie temu miało służyć. Od razu byłam na przesłuchaniu, pod ścianą… Nie wypada żandarma pytać o jego postradane zmysły. Zamknęła mi usta zanim chciałam je otworzyć w tej sprawie. Znowu była mocna, a ja słaba.
– On nigdy nie był moim kochankiem, babciu… – ocknęłam się i popiłam te słowa sporym łykiem kawy.
– No pewnie, pewnie- przytakiwała lekceważąco, nie wierząc mi, jak wtedy, gdy Zachary się pojawił u nas w domu po wuja- ale wiesz, gdzie on zamierza żyć? – zapytała.
– Nie.
– To koniecznie do niego napisz, zadzwoń, Golemie…! – złościła się- Miałam plan przegryźć coś, ale mi przeszło …Nie mogę pojąć, jak to możliwe, że tylu rzeczy nie zauważasz, nie jesteś czujna Noe!
– Jest u mnie X.- coś kazało mi przerwać ciszę, wyrwało się ze mnie i poczułam, że uderzam jak kamieniem w mętną szybę…
Sophie zasępiła się. Wstała i podeszła do kredensu. Widziałam, jak podnosi tył głowy i prostuje plecy.
– Jego rodzina jest nielojalna. Jak śmiałaś wpuścić go do nas? – zapytała lodowatym tonem.
Nie odezwałam się. Stanęłam na proste nogi i skierowałam się ku wyjściu. Poczułam ciepło w plecach. Kawa- pomyślałam odruchowo- dotarła z taką siłą.
Obejrzałam się.
To nie kofeina, to Sophie zdążyła zadać mi cios otwartą dłonią.