„na czas wejdź w las”

W ciągu dwudziestu lat spożytego już życia, X. na przemian bywał w lesie lub tęsknił do niego. Jako mały chłopiec spędzał do szpiku leśne wakacje u dziadków na Podlasiu. Na długie popołudnia wyposażano go w grubo ciosane przez dziadka kanapki i termos z herbatą ziołową. Do tego plecak z notatnikiem i komiksami, coś słodkiego i w drogę! Dziadkowie zżyci z naturą, mieli do niej zaufanie, że X. wróci ubogacony, pachnący żywicą.
Tak było. Chłopiec zjawiał się znużony wrażeniami w samą porę, by- nie przysiadając nawet do stołu, pochłonąć zakurzonymi palcami sytą kolację jedzoną na wyścigi z nieugiętym snem. Chleb z masłem, pomidorem, cebulką i solą. Żaden ogród nie urodził dotąd tak słodkich pomidorów, jak tamten! Nigdzie też nie ma tak lepkiej i czarnej jak noc herbaty!

To były baśniowe chwile… Wtedy nie umiałby jeszcze opisać tego co czuje. Za każdym razem stał oniemiały z wrażenia, gdy minął wystarczająco dużo drzew, by zewsząd dobiegał do niego już tylko monolog lasu.
X. słuchał leśnego życia, którego nie zaburzała już żadna ludzka przypadłość… A potrafił usłyszeć naprawdę wiele! Szept deptanych liści, sarny buszujące w ściółce i zrywające się zza krzewów z siłą niemalże dzika, gdy się w ich pobliżu poruszyło znienacka…
Świadomość drzew, co to kruszą swoje konary na drobne, dryfujące w powietrzu gałązki, żywa radość z ptaków przerzucających się porzekadłami gdzieś blisko nieba- budowała strukturę wrażliwości chłopca, jego subtelny, męski miąższ. To dzięki niemu nie wyrósł na widzącego ślepca, jakich wielu…
Przeciwnie, wszystko to od wczesnych lat przywierało do serca X. i do leśnych doznań w głębi siebie pielęgnowanych, uciekał w trudnych chwilach.

A w tejże chwili bolało nieprzeciętnie. Czuł, że nie powinien w takim stanie prowadzić. Zatrzymał auto przy większym skupisku drzew.

Bracia, siostry, nie dajcie mi wpaść w przepaść…
Popatrzył błagalnie w stronę rudziejącej zieleni.

Lasek rozciągał swoje ramiona pomiędzy dwiema wsiami. Dzielił je lub łączył, zależy pewnie jakim okiem się spojrzy… X. widział dziś tylko ich rozłąkę.
Wyszedł i ruszył przed siebie. Szybko znalazł ciche miejsce, by usiąść tak jak stał. Ugiął kolana i poleciał bezwiednie.

Siedział na chłodnej już, jesiennej ziemi i próbował nie panikować. Ostatnio, wbrew swojej chęci, poznawał gorzko- paranoidalny smak paniki. Oparł się o bukową korę, nie zapominając, że buki mają oczy i dostrzegą w nim co zechcą.

Bolał go oddech. Dosłownie: począwszy od nabierania powietrza, skończywszy na wypuszczaniu go i poruszaniu mięśniami międzyżebrowymi i mięśniami brzucha.
Ssssss! Boli- zasyczał.

Wiedział, że jeśli tego nie zatrzyma, za chwilę poczuje mdłości, kołatanie serca, dreszcze. Podjął walkę o spokojniejszy niepokój. Spokojniejszy od tego, którego teraz potrzebował, i który zalewał go nieustępliwą falą. Nie czas na to. Skupił się na zimnie. Nie sądził, że krótkie włosy tak wiele zmienią w odczuwaniu zimna. Miał wrażenie, że cały czas wieje i że dziwnym trafem wiatr interesuje się tylko jego głową. Nieprzyjemne uczucie. Zmraża każdą myśl.

Zaczął kopać. Czuł, jak ziemia wciska się w wąskie szczeliny pod paznokciami obu dłoni. Użył całej siły. Trudno. Najżywszej mi zejdą- pomyślał w temacie paznokci. Od kilku miesięcy miał bardzo słabe, pękające paznokcie u dłoni i stóp. Skóra też traciła ciągłość i blask. Pieprzyć to.

Widział zaczątki krwi próbującej zaistnieć i wygrać rozrzedzoną barwą z brudem rąk. Nie ustawał mimo to. Nie płakał i nie drżał już nawet, gdy dołek był wystarczający, by wsunąć i zakopać metalową skrzyneczkę.

Chwilami kaszel przeszkadzał mu w szaleńczym zasypywaniu „skarbu” pyłem rozwichrzonej wcześniej ziemi, gliny i runa leśnego. Kaszlał więc nie zatykając ust, w powietrze, na całe gardło.

Nie byłoby trudno go zlokalizować, gdyby ktoś zobaczył jego auto na poboczu i zaniepokoił się. Świst z zapylonych dróg oddechowych stawał się coraz bardziej drażniący wśród leśnej ciszy…
Zaciekawiony gryzoń przystał w pół kroku szaleńczej ucieczki i skupił wzrok na kropelkach uderzających o obumierające liście. X. krwawił z nosa. Kaszel wzmagał ten kapuśniaczek krwi.
X. na jego widok zapłakał i zakrzyczał. Nie chciał mu tego robić. Nie chciał, by tak małe, bezbronne zwierzątko cierpiało i bało się przez niego.

W takim stanie znalazłam X. Z brudnymi dłońmi, kolanami i oklejoną od śliny, krwi i piachu buzią. Ta dziwna, nie moja głowa X… Tak kochałam jego piękne, długie włosy.

– Jak się tu…?

– Jechałeś prostą drogą, nietrudno było …

Przykucnęłam obok. Objęłam tę dziwną głowę bez długich włosów i przytuliłam się.

– Przepraszam, że kazałam ci wyjść. Nie byłam gotowa, przestraszyłam się. Byłam też…

– Zła?

– Nie wiem, X. Ostatnio wracasz po to, by znikać… I jeszcze zmieniasz wizerunek na grzecznego gościa z wydziału prawa- próbowałam zażartować.

– Trochę się zmieniłem, ale, że tak powiem, nadal krążę w tym samym układzie słonecznym…

Głos miał charczący, niespokojny, choć zdecydowanie każda minuta robiła mu lepiej.

– Co ty tu…? – zapytałam

– Chciałem zakopać wszystkie listy, które napisałem podczas naszej rozłąki. A potem wysłać ci list z mapką, gdzie je znajdziesz.

– Romantyzm na wysokim poziomie- zadrwiłam dosypując goryczy do miodu, którego na czysto nie mogłabym znieść. Nie chciałam znosić…

– Nie możesz mi ich po prostu dać? – zapytałam grzebiąc emocje.

– Teraz to już mogę- odpowiedział zawstydzony.

Wyglądał na zmęczonego. Wycieńczonego kopaniem i chyba stresem. Poczułam bolesny wyrzut sumienia. Wbiłam paznokieć w udo. Ciepła kropelka krwi wkomponowała się w czerwone spodnie.

Już lepiej.

– Przepraszam, że ci dokopałam. Niezamierzenie chyba…- powiedziałam to już na luźnym biegu. Jak auto na luzie- byłam bardziej podatna na manewry.

– Wyglądasz inaczej- powiedziało mi się miękko. Przytuliłam się do pleców X. -Zeszczuplałeś?

– Może takie wrażenie…- wymamrotał.

Otworzyłam swój pospiesznie pakowany plecak. Zmoczyłam chusteczkę wodą z butelki i umyłam tę biedną, pokrwawioną, znaną mi tak dobrze twarz.

– Wiem, że twoi rodzice nadal nie życzą sobie twoich kontaktów ze mną…- powiedziałam patrząc mu w oczy. Były ciepłe, dobre.

– Nic im do mnie, Noe- mówił przez pokrwawione zęby.

Szybko odnaleźliśmy to, co nas w sobie karmiło. Jakby nigdy nie było rozłąki. Otworzyły się w nas egzotyczne owoce i kruszyliśmy ich ziarenka, jak kruszy się dojrzały granat w dłoniach na pełnym słońcu.

Brakowało nam naszych ciał. Ale braliśmy siebie bezwiednie, jakbyśmy niczego częściej nie robili.
Brakowało nam też słów, tak bardzo słów!

Przemknęliśmy do mojego domu, auto parkując z dala… Nadeszliśmy z pól, jak Cyganie. Szliśmy po coś swojego, coś żywego.
Całą noc czytaliśmy na głos listy X, a potem moje zapiski. Wierzyliśmy, że uda się nadrobić stracony czas.

Kotka Ernesto tej nocy okociła się przy nas. Viva la vie…- zapisałam w dzienniku na cześć życia, które znów przy mnie przystanęło.