„z archiwum dzieciństwa wywołany X”
Pan Jaś znika w kuchni z rozgadaną babcią. Wypuszcza jeszcze mocny zapach kawy w moją stronę, a z ust Sophie zdąża paść niestłumione domykanymi już drzwiami zdanie, które przenosi mnie w czasie. W przeszłość.
– Panie Jasiu- wygłasza na wydechu babcia i zdaje się, że pali papierosa- nawet najpiękniejsza roślina-mówi- gdy zabiera innym możliwość życia- STAJE SIĘ CHWASTEM! Tak też oni, niektórzy Romowie podgryzają nas po piętach! Plądrują! To samo oni robią nam, co kwiat, który kwiatu podpija soki ziemi!
Słucham tego i wyobrażam sobie, że babcia podnosi do nieba wzrok i ręce, by pomstować…
– Piękny historycznie naród, cudowna aura lasów, taborów, a teraz?! – pyta pan Jaś z przejęciem, a ja zastanawiam się kogo pyta: sam siebie, czy Boga?
– Potrafią związać biednego kościelnego sznurami z jego własnym krzesłem i okraść do gołego! Pamięta pan, ile to minęło od tego czasu?!- podnosiła rozemocjonowane pytania.
– Mówię panu, nawet najpiękniejsza roślina, może za dużo chcieć, ZA BARDZO SIĘ ROZBESTWIĆ! – kończyła i zaciągała się zapewne kolejną partią dymu.
– Pewnie nie ich wina, ale cóż…- kwitowała na pół w zamyśleniu, na pół z poczucia winy, a pan Jaś westchnął na to:
– Ano…
Słuchając ich zorientowałam się, że nie mogę pokonać schodów na górę. Przysiadam i wracam do dzieciństwa w mgnieniu oka. Słyszałam już to zdanie z ust babci. Mówiła go zaciągając się, jak teraz…i tak samo kończąc wypowiedź.
I oto nie jestem już na schodach. Teraz mam pięć lat, a większość mebli, z którymi żyję osiągnęła pełnoletność przynajmniej kilka razy. Najmłodsza w całym domu jest kanapa wujostwa W. To cudowne zjawisko, gdy rozłoży skrzydła i położy je po sobie, można na nim spać lub wsunąć się pod jego stabilne, wiszące nad dywanem ramię.
Leżę więc pod jednym ze skrzydeł rozłożonej kanapy. Modlę się i rozglądam ukradkiem. Salonik wujostwa jest ich sypialnią i pokojem rozrywki. Od lat patrzy na ogrodową huśtawkę przymrużonymi oczami podwójnego okna. Zacienione od dzikorosnących kwiatów szyby, od bardzo dawna nie patrzą w słońce w zdumieniu. Raczej z nieufnością, mimochodem, zza paproci i kaktusów, które rozrastają się w stronę życia bez granic. Bliżej im do tego, co dzieje się i płoży tuż nad leśną ściółką, niż do słonecznego życia wymuskanych, parapetowych pupili swojej gospodyni.
Ani one na pupili, ani ciocia Helenka- nie nadaje się na gospodynię świergoczącą nad przecieranymi ściereczką językami agawy. Toczy się tu relacja rośliny- człowiek, ale zupełnie innego typu i nastroju – myślę.
Tymczasem leżę. Cieszy mnie półmrok. Dom opustoszał na kilka godzin. Wszyscy domownicy zasilili dziś Wrocław i jego handlowe skupiska. Niestety ktoś obcy bardzo chce wejść do domu, sądząc, jak przypuszczam, że nikogo w nim nie ma.
Już kilka razy próbował dosięgać okna…
Dom jest podpiwniczony, chłód piwnic ukoronowano wysoką, kamienną podmurówką. Dzięki niej parter zaczyna się o wiele wyżej niż czubek głowy najroślejszego mężczyzny w rodzinie.
Siedziałam na fotelu cioci Heleny, przyglądając się mapom starożytnej Mezopotamii w jednym ze sczytanych atlasów należących do cioci.
Wyobrażałam sobie, że umiem wszystko, co jest tam napisane i wykładam na wielkiej auli, gdzieś za granicą, gdzie mówi się wszystkimi językami naraz.
Gdy tylko zorientowałam się, że czyjaś ręka próbuje z trudem uchwycić się zewnętrznego parapetu, robiąc przy tym niemały hałas, padłam na dywan i wsunęłam się tu.
Atlas może mnie zdradzić. Kto kładzie taki atlas w rozczapierzeniu na podłodze? Widać, że ktoś wiał, gdzie pieprz rośnie- główkuję.
Przyszli. Musieli zorientować się, że nie ma nikogo. To znaczy… ja jestem. Ale chyba o mnie nie wiedzą. Są zbyt śmiali, a my jako nieliczni, mamy w domu telefon… gdyby podejrzewali, że jestem, może baliby się, że go użyję.
Babcia trzyma białe i kolorowe perły jak zwykle na stojaczku, wyliczam w głowie, reszta jest w sejfiku wbudowanym pod parapet, który służy jej za biurko. Ale czy nie wyśpiewam wszystkiego, gdy zaczną mnie bić? Nie, raczej nie, bez obaw, pocieszam się i dodaję odwagi. Nikomu nie pomogę w rabowaniu!
Romowie mają zwyczaj nadciągać zza pól. Już niebawem zorientuję się, że tak naprawdę przyjeżdżają z niedalekiego miasteczka, a z pól nadciągam tu nawet ja, bo dom jest nimi obłożony.
Gdy leżę pod kanapą, próbuję rozstrzygnąć od jak dawna towarzyszą mojemu życiu ci ludzie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ich agresywna (w moim odczuciu) obecność wywiera na mnie zawsze tak samo mocne wrażenie. Nieraz już próbowali do nas wejść udając, że handlują. Klienci zakładu, co i rusz, donoszą dziadkowi o niepokojących i haniebnych kradzieżach, których Cyganie byli sprawcami na wsi. Gdy bywamy czasem w miasteczku znanym z dużego targu, okolice rynku są nakropione śniadymi i głośnymi grupkami ludzi. Boję się, wiem, że nawet w pojedynku na wzrok z romskim równolatkiem, przegram. Nieraz taki wydrwił mnie patrząc i nazywając, jak domyślałam się, od najgorszych, pod nosem. Może czuł, że podniesie rękę, a ja padnę gotowa na wszystko, na koniec mojego świata?
Dla mnie koniec świata mógł być w każdej chwili. I w każdej chwili był.
Poczułam dreszcze. Pod kanapą zrobiło się duszno i ciemno. Im więcej szczegółów próbowałam ustalić ze sobą, tym ciało mocniej mnie zawodziło. Miałam postanowienie obronić babciną biżuterię. Obmyślałam sposób za sposobem. Byłam gotowa nawet wessać do żołądka perły jak nitkę makaronu. I tylko ta jedna myśl: nie boję się tego, co mi zrobią, ale boję się, że będę po tym wszystkim nadal żyć. Zahuczało mi w głowie, gdy w okno, po raz kolejny, ktoś nieudolnie uderzył pięścią.
Poczułam gorąco, zimno, gorąco. I ciemność. Bardzo cichą ciemność.
I jak zwykle, obudziłam się, gdy było po wszystkim. Dom pozostał nienaruszony, za to dziadek, stojący na granicy sypialni i kuchni, zdawał babci relację ze strat w szopie, na podwórku i ogrodzie. Leżałam w małżeńskim łóżku dziadków, na stoliku obok stała szklanka wody. Od chwili już słyszałam i widziałam wszystko. Dziadek stał tyłem do mnie, a przodem do babci, szalejącej po kuchni. Pod płaszczem krzątania się i rozpakowywania zakupów z młyna i targów owocowych, rozsiewała furię. Dziadek nie zauważył, że jestem przytomna. Otworzyłam więc oczy i uszy, przyciągnęłam koc pod samą szyję. Nadal drżałam.
– Nawet najpiękniejsza roślina- babcia krzyczała w gniewie- gdy zanadto się rozpycha z życiem i zabiera innym miejsce, staje się chwastem, ot!
Usłyszałam uderzenie metalowego kubka o podłogę.
– Nie mów tak… Nie takim tonem- dziadek chłodził żrące wypowiedzi babci swoim neutralnym wzdychaniem.
Oparł się o framugę i patrzył w pustkę.
– Musimy ich zrozumieć, to koczownicy, jak my, wieczni tułacze… – tłumaczył, jak dziecku.
– Pewnie nie ich wina, ale cóż…- westchnęła.
Nie wiem co mi stało się wtedy, ale mogę przypuszczać, że ze strachu zemdlałam i rodzina znalazła mnie pod kanapą. Po takich emocjonalnych odlotach potrafiłam czasem też zasnąć. Być może wywęszył mnie piesek wujostwa, tak sobie to wyobrażam.
Tymczasem jestem nastoletnią dziewczyną, siedzę na schodach prowadzących do naszego mieszkania i nie mogę zrobić tych kilkunastu kroków ku swojemu pokojowi. Jak zaczarowana tym zdaniem o ludziach chwastach…
Nasłuchuję. Pan Jaś z babcią gawędzą już o dawnych, słodkich czasach swojego dzieciństwa. Okna w domu są uchylone, z wielu miejsc naraz słyszę to coś, co gołąb chce nam powiedzieć. Gołębie nie powinny mieszkać w rynkach miast? – pytam samą siebie i nogi znienacka prowadzą mnie do kuchni cioci Helenki. Bezwiednie, prorocze nogi zapowiadają mi, co mogłoby wyrzucić ze mnie niepokój. Powinnam wrócić tam, gdzie ponad dziesięć lat temu zemdlałam ze strachu przed Cyganami.
Zapukałam, a właściwie zaszurałam palcami w drzwi.
– Myszka, to ty! – wujek musiał stać blisko drzwi, bo w sekundę je otworzył i nadał szeptany ton naszej rozmowie. Skrzyżował pionowy, wskazujący palec z poprzeczną linią ust. Zrozumiałam, mam być cicho.
Weszłam przez kuchnię do saloniku. Ciocia skulona w fotelu, z piętami, jak mawiała, „wyżej uszu”, czytała całą sobą.
– Jesteś, jak to dobrze. Przestraszyłaś się tego, co stało się z Sophie…- powiedziała cicho, nie odrywając wzroku znad pożółkłych stron „Mojego Krakowa” Jalu Kulka.
– Tak… trochę…
Usiadłam na fotelu obok. Ciocia spojrzała na mnie ciepło. Popatrzyła na wujka tak, że wiedział, że czas na kofeinę dla nas. I faktycznie, zaraz miałyśmy filiżanki z kawą w rękach, a wujek rozpuścił się w atmosferze kuchni.
– Mnie chyba nie tak to co babcia… jak wyobrażenie, że znowu nadciągnęli tu Cyganie z pól…- zaczęłam.
– Z pól?
– Tak, tak sobie to w dzieciństwie wyobrażałam, że Romowie nadciągają z pól, wylewają się jak jakaś zapomniana fala po pradawnym morzu. Znienacka. Tak działały na mnie opowieści dające do zrozumienia, że nawet dorośli nie są w stanie zabezpieczyć swoich domów przed kradzieżami.
– Teraz rozumiem. Faktycznie ciężko kiedyś było zapobiec temu. Ale teraz, Noe, to było coś zupełnie innego. Teraz to już tylko rzadkie bardzo przypadki. Udało się już Cyganom przywyknąć do innego życia trochę…i wyzbyć rozczarowania, że lasy zostały im odebrane- ciocia mówiła z troską.
– Nie zrozum mnie źle- przerwałam- Widzę ich jako tych, którzy trzymają życie w swoich rękach- mówiłam z emocjami- jako tych, którym życie się należy, nawet moje, każde. Każda kura jest dla nich, bo jest żywa, a życie przecież jest w ich rękach. W jakimś względzie uważam to za coś pięknego, może nawet wielkiego?- skończywszy wywód popatrzyłam z zapytaniem na ciocię.
– Trudno się nie zgodzić, mała Noe- odpowiedziała z uśmiechem. Odłożyła książkę by skupić się na kawie i na mnie. Jak zwykle, pomyślałam, u cioci można było liczyć na półmrok i spokojny strumień liter przebiegający przez jej głowę, nawet, gdy nie czyta. Słuchałam tego strumienia z podziwem i ukojeniem.
Nagle w oczach cioci pojawiły się brylanciki łez. Te czarne, smutne oczy. Zawsze tak ciekawe świata, jakby popękały nagle.
– Co mam ci powiedzieć dziecko? To jest piękny naród- mówiła- Całe to zajście w dzień pogrzebu tego tylko dowodzi… – snuła zagadkowo. – Nam było przykro, ale ostatecznie nic nie zginęło. To nie był napad złodziejski, to był napad żalu- oświadczyła z kamienną twarzą, po której płynęły żywe łzy, niczym deszcz po tablicy nagrobnej.
– Jak to? Nie bardzo rozumiem…
– Dziadkowi na kilka dni przed śmiercią złożono tajemniczą wizytę- mówiła patrząc gdzieś w odległy punkt za mną- Patrzyłam z ogrodu jak w stronę naszego domu, faktycznie z pól- zaśmiała się lekko i snuła opowieść- nadciągała kolorowa delegacja. Nawet wsparłam się o motykę z podekscytowaniem. Szli jak orszak życia, choć już z daleka widać było, że bezczelnego- zachichotała.
– To oni, tak? Cyganie?
– Tak, Noe. Patrzyłam na nich i pomyślałam coś podobnego do tego, co Tobie przychodzi do głowy.
– Mianowicie?
– Że im tak bezwiednie wychodzi ta śmiałość życia, a nawet bezczelność bym powiedziała. Tak! – podkreśliła- Bezczelność życia, Noe, rozumiesz?
– Ja nazwałabym to agresją życia- odpowiedziałam, mając przed oczami ten orszak wymalowany słowami cioci.
– Pomyśl tylko, Noe. W jakim my tu stanie jesteśmy… rozejrzała się wokół, wbiła wzrok w uchylone drzwi salonu i wejrzała w głąb kuchni. Niby to grube mury, ale tylko ta jedna ceglasta kurtyna oddziała jej mieszkanie od kuchni dziadków.
Westchnęła znów z popękanym wzrokiem.
– Co masz na myśli? W jakim jesteśmy stanie? – zapytałam i zamyśliłam się.
– Życie nas tu wszystkich atakuje. Począwszy od mojej mamy a twojej babci- skonstatowała smutno. – To nie Cyganie nas atakują, ale ich żywotność dopada naszą martwotę.
– Przecież żyjemy, ciociu, co ty…?
– Naprawdę żyjemy, Noe? – zapytała i spojrzała mi głęboko w oczy. Wiedziałam, że nie dyskutuje już tylko ze mną, ale z całym swoim życiem.
– No…ale… jak od zawsze bałam się, że mnie porwą! – zbuntowałam się.
– Równie dobrze mogłaś bać się tego, jak bardzo pragniesz, by tak się właśnie stało, moja mała- szeptała, nie wiedzieć, kiedy znalazłszy się przy mnie. Gładziła moje ramię swoją maleńką dłonią.
– Przecież- mówiła zaszeptując każde kolejne słowo, jakby nie mogła nadać mu głośności- przecież my tu żyjemy jak w grobie…a oni, jak tu wtedy szli do dziadka, to jak kolorowa bezczelność! Szli po swoje! Rozumiesz? – rozpromieniła się w szepcie.
– Masz rację w tym, że oni idą po swoje. Mają prawo do wszystkiego. A jak nie prawo to sposób- roześmiałam się.
– Jak sposób nie działa, to pretekst- dodała rozbawiona Helenka- Zobacz- dodała wskazując porcelanowy talerzyk sederowy, na którym ułożyła słodkości- a ty nawet ciastka nie śmiesz sobie wziąć, co?
Zawstydziłam się, bo to prawda. Położyłam babeczkę na talerzyku i zaczęłam dziobać palcami.
– A powiesz po co przyszli do dziadka? Wiesz?
– Tak. Mama, gdy zawieźliśmy ją tego szalonego ostatniego dnia sziwy do szpitala, gdy tylko zastrzyk na uspokojenie zadziałał i wróciła do świadomości, powiedziała o co poszło.
– O co takiego? – dopytywałam.
– Umarł jakiś szycha tych Cyganów, prosili dziadka o szykowny strój dla niego do trumny. Dziadek odmówił.
– A dlaczego?
– Tego nie wiemy do końca. Widać coś go niepokoiło. Może to samo co nas wszystkich? – dumała nadal klęcząc przy mnie i szepcząc na nowo.
– Myślisz ciociu, że bał się z nimi obcować? Tak po prostu?
– Tak. Ale nazwał to po swojemu. Poprawnie, to znaczy, że nie chce mieszać się do ich zwyczajów.
– A przecież- powiedziałam- gdyby okazał im szacunek, nie rozrzuciliby mebli na stypę…
– Otóż to, wyrazili żal, bo dziadek nie uszanował pochówku kogoś bardzo dla nich cennego. Ale wyświadczyli poniekąd przysługę, bo na sziwę powinno się trochę bałaganu zrobić. Powinniśmy, tak wedle zwyczaju powywracać do góry dnem wszystkie łóżka. Ale za sprawą Romów paradoksalnie był nawet fest bałagan! – uśmiechnęła się.
– Oni nas reanimują wbrew naszej woli. Nawet nasze zwyczaje wzbudzają z martwych- wysnułam- Ale jednak to złodzieje, ciociu…
– A co takiego bez czego nie da się żyć -ukradli nam tak naprawdę? Ułudę?
Popatrz Noe, moja mama boi się otworzyć nieznajomym drzwi, wszystkich podejrzewa o najgorsze, a mój tata, sama wiesz… padł ze strachu, jak postrzelone zwierzę.
Helenka zalała się łzami. Tym razem cała twarz i ciało płakało z nią. Ja skupiłam się na tym, by zjeść babeczkę. Uskubany okruch za okruchem wkładając do ust, zlekceważyłam jej łzy, jak dziadek romską żałobę.
Za dużo emocji.
Prawdy.
I do bólu żywego bólu.
Tego wieczora zapisałam w dzienniku: boimy się tego, że ktoś rwie życie jak dojrzałe winogrono i nosi na rękach bezczelnie jego sok. Boimy się, bo mamy wyschnięte dłonie.
Gdy stawiałam kropkę, ktoś zapukał do drzwi.
Zerwałam się, bojąc się, że to mama…
– Noe, to ja… -nieśmiało wydusił X.