„(piw)nicość”

– Gotować muszę, bo i kto nas nakarmi?! Gdybym mogła, zmusiłabym już dawno całą wieś, żeby była mną, to oczywiste! –drwiła – Sąsiedzi mają swoich Bogów, NIE BĘDĘ w nich tłoczyć MOJEGO, jak paszę w gęś! – Sophie zakołysała się nad półmiskiem mieszanej przez siebie soczewicy z oliwą- Powiedz im- warknęła patrząc zza przymrużonych powiek w stronę religijnej części rodziny – że MOGĄ WRACAĆ DO SIEBIE, jak im się nie podoba! To mój dom i mój Bóg, i w żałobie BĘDĘ gotować!!! MOIM modlitwom to nie przeszkadza! Niech mi dziękują, że mogą biadolić pobożnie z pełnym brzuchem dzięki mnie! Pod jednym niebem tyle chaosu! Tyle chaosu pod jednym Bogiem! – lamentowała w złości, nie przerywając kuchennych szamotań- oni myślą, że Bóg nie ma nic innego do roboty, tylko obrażać się na moje gotowanie!!!

– Dobrze…- odpowiedziałam czując, że stoję po pas w pomieszaniu, bo ciężko było o jakąkolwiek stabilność w tych okolicznościach. Wiedziałam, że muszę wybrnąć z tego po swojemu.

Nie zamierzałam wchodzić w dyskusje z prze-religijnymi wujkami. (Ciotki, rzecz jasna, milczały cierpiąc jedynie mimicznie, nad bezbożnością polskiego wydania arki Noego). Przybyli z tak daleka, że nie było potrzeby martwić się o ciągi dalsze między nami. Widywaliśmy się na weselach i pogrzebach. Spotykały nas początki i końce. Mniej więcej na zmianę. Środki, które były codziennym życiem, nigdy nie zdążyły się między nami zadziać.
Nie było ciągłości w rozmowach, w sporach na szczęście także nie. Jedynie majątki były dość dobrze przeliczane i czujnie rozdzielane. Jak mawiała babcia: zapomną, jak się nazywasz, ale, że o źdźbło złota więcej od nich dostałeś w spadku, na tkankach sobie wypiszą! Sikać tym będą, śnić o tym będą i tylko to wspomnienie w grobie zasuszą!

Co do innych spraw- nauczyłam się, że popołudniowy gniew, chętnie spija wieczorne wino. Po prostu przemilczę te pytania- myślałam przyzwyczajona do świętych oburzeń, które topniały we krwi wujków -z czasem i procentami, za każdym razem niezawodnie. A ciotki, jak zwykle, cierpiały mimicznie, a to znaczy, wpędzały kąciki ust w gimnastykę umartwienia. Dość czytelnie, ale jednak: Milczały.

Pomagałam babci i jej córkom z całych sił. Fizyczna praca, zwłaszcza na granicy wycieńczenia, doskonale amputuje część myśli. Mój bezbrzeżny, wewnętrzny świat, nagle miał wyznaczone poletko, na którym, w przerwach zmywania i gotowania, musiał się wydarzyć do dna: szybko i na najważniejsze tematy. Nie chodziłam w tym czasie do szkoły. To był święty czas.

Pani Basia, kucharka mojej mamy, przez cały ten czas pomagała tylko tu, na dole. Mijał piąty dzień żałoby, sziwy. Powoli całe rzędy krzeseł i materacy w warsztacie i salonie dziadków, zwalniały się. Ktoś musiał wracać do pracy, ktoś bał się babci, ktoś tęsknił za domem, za psem, za palmami.

Gdy znikali kolejni goście, stawałam w jednym z frontowych okienek piwnicy i patrzyłam na czarne buty prze-religijnych wron i kruków, czyli wujków i ciotek, pakujących się do taksówek i opuszczających nasz świat. Nie żegnaliśmy się czule, niemal nie było między nami dotyku. Przez tyle lat kolekcjonowaliśmy otarcia, chrząknięcia, wspólne posiłki i skłony głowy do modlitwy. Ale czy tej samej? Nawet, gdy przyłączyłam się do głośnych błogosławieństw, patrzyłam zza innej chmury na to samo siedzisko Boga.

Z kolei, krewni religijni umiarkowanie i ci, zupełnie nie zapuszczający się w rejony niebiańskie, szukali mozolnie mojego towarzystwa. Czasem zapytywali o plany na przyszłość, o chłopaka… Wtedy musiałam zniknąć bez słowa i przerwać ciągłość skóry paznokciem. Schodziłam do piwnicy, by wrócić ze słoikiem czegoś, o co nie prosiła podirytowana tym zjawiskiem babcia. Za to ja byłam już odprężona. Mogłam bez mrugnięcia okiem odnieść słoik z powrotem i pracować dalej. Krwawiąca skóra brzucha, ud, spodu stopy, odpędzała myśl o X. którego nie widziałam już kolejny tydzień.

– Noe to takie nieme dziecko… Raczeeeej nie rozumie wszystkiegooo? No tak jakbyyy…jest nie do końcaaa…?- patrzyli w stronę mojego ojca, próbując uniknąć faux pas i zapytywali go, co odważniejsi kuzyni.

– Nie ma o czym mówić- odpowiadał zawsze tak samo i zmieniał temat. Zamiennikiem zwykle był on. Zamiast mnie, mój tata i jego choroby, praca, emocje. Rozpłakiwał się, rozrzewniał nad tym, że nie ma już ojca!!! Także nad tym, że nigdy już mieć go nie będzie, że NA NIEBIOSA!!! On stracił go najbardziej ze wszystkich, którzy go stracili!!!

A miał jeszcze żyjącą i w pełni cierpiącą czwórkę starszego rodzeństwa.

Wydawało mi się, że cisza, którą wysyłam z ust w stronę świata, jest dobrą nowiną. Najlepszą, jaką mogłam z siebie wyłowić. Para wodna, kawowy zapach oddechu, a w tle mętne, głodne oczy. I ogromna pustka. Starałam się taką ciszę przywołać też wokół mnie, chować się w niej, jak w kapsule. Cokolwiek by się nie działo. Udawało mi się odsuwać od siebie głosy, zapytania, większość modlitw i łkań. Tak, jakbym miała w sobie program, który tłumi bodźce. Wtedy myślałam, że to dowód na istnienie Boga. To, że umiem oderwać się od życia.

Dziś wiem, że gdy jest bardzo źle, nie pozostaje już nic innego- tylko rządzić światem i gdy trzeba, nakazać mu milczeć lub wszystkiemu odebrać znaczenie.

Było co zagłuszać.
Siedem dni sziwy nie było lekkie. Dużo wspomnień, gotowania prosto nad rozbuchanym piecem, usługiwania przy zmianie pościeli, odświeżanie naczyń i ręczników. Pilnowałam, by na stole nie stały za długo puste półmiski. Od razu zmywałam je na dwa krany. Po kilkanaście godzin byłyśmy z babcią i ciotkami na nogach. W ciepłe, wrześniowe dni, dokładało się to do dodatkowego zawrotu głowy.

Sophie była pełna złości. Czasem wybuchała z byle powodu. Uderzała talerzem o talerz, niby to przypadkiem układając je na świeżej piramidce po osuszeniu. Gniew zawsze można było gdzieś upchnąć, choć trochę.
Nie miała jednak przestrzeni na płacz. Dopiero po północy, schodząc do ciemnego pokoiku, który od lat dawał dziadkowi wytchnienie na drzemki w przerwie pracy- latem, mogła umartwiać się na głos. Kiedyś zeszłam w nocy po słoik chłodnego kompotu dla jednej z ciotek, której dokuczały uderzenia gorąca. Stanęłam pod drzwiami pokoiku, w którym spała Sophie. Pchnęłam pancerne, zasysające powietrze drzwi. Poczułam, jak wypuszczają wstrzymany ze strachu oddech. Malutkie okienko nad łóżkiem, otrzeźwiało przypadkowego gościa, że mimo przytulnego wystroju i zabytkowych figurek- to nadal schron.
Babcia lamentowała i płakała po cichu, przez sen. Spała z zaciśniętymi pięściami.
Zsiniały.

Ja także sypiałam kiepsko. Czytałam bezsennie botaniczne książki mamy. Przyszło mi wtedy do głowy, że piwnica, dla każdego członka naszej rodziny, spełnia funkcję kłącza. Kłącze to organ spichrzowy, podziemny. To z niego rozwijają się pędy nad ziemią, pod niebem. A ono… biedactwo- myślałam- kłącze nie ma liści, jedynie łuski, które przypominają mu o tym, co mógłby mieć, gdyby nosił w sobie ciałka zieleni, narkomanki słońca. Spichrza pozwalają przetrwać głód fizyczny, ale i ogromny głód emocji, a przede wszystkim świadomość tych miejsc w sercu- zapieczonych od nienakarmienia latami…
Umiałam ulitować się nad kłączem, tymczasem na babcię byłam zła, że pozwoliła mi się znaleźć w takim stanie.

Piwnica ożywała, gdy byli goście. Uciekaliśmy (mieszkańcy domu, na zmianę, wyłączając mamę) odetchnąć od nich, choć każdy z nas znajdował stosowne wytłumaczenie, by przylgnąć plecami do chłodnych, ceglastych ścian. I wziąć oddech schłodzonych przetworów, kapusty kiszonej, ziemniaków, cebuli…

A potem wrócić do ludzi z tą nadzieją, że czas daje się okiełznać. Czereśnie będą tak długo słodkie w słoiku, jak zechcemy, a ziemniaki wyrwane z pola, karmić nas będą jeszcze zimą…
Nie ma tu słońca, ale za to zwalnia czas i daje się złapać w ręce.

Nad czymś panowaliśmy. Nie było tak źle z tą naszą rodziną. Owoce dawały się przetwarzać, ziemniaki zimować… nie było tak źle…

Sophie przez sen czuła wielką niedostępność słońca. Niemożliwość zareagowania na nie. Była w niej bezradność podziemnej łodygi, którą słońce kusi, ale mocniej przeraża.
Zresztą, pod ogromnym domem, piwnica miała wiele zakamarków i odrębnych pomieszczeń. Najbardziej lubiłam tę część puszczoną samopas, w której, jak w lustrze, ciocia H. odbijała swoje wnętrze.

Od dziecka obserwowałam nerwowe momenty w życiu rodziny, znoszone własnoręcznie do piwnicy. Przeżywane w skrytości, zduszane, ukrywane, zakłamywane. Pod domem toczyło się drugie życie. A w zasadzie jego zamarynowanie. Odłożone emocje, pragnienia, lęki, plany.

Na później?
Na kiedy?
I przed kim chowane?

Siódmego dnia sziwy, zaraz po świtaniu, ostatnia garść żałobników kończyła śniadanie. Dogorywały opowiastki na temat dziadka. Był pracowity, za darmo poprawił źle skrojony płaszcz, a pożyczył pieniądze, a oddawał na czas…
Babcia siedziała w saloniku ze wszystkimi, ale nie zamierzała dosiąść się do stołu, choć była to jej pierwsza okazja podczas sziwy, by gościć się z innymi. Nie skorzystała.
Na swoim niskim taboreciku siedząc, płacząc zapewne wewnątrz siebie, otworzyła Psalmy i położyła otwartą księgę na drobnych kolanach.
Obok niej, wprost na dywanie, stała mocna kawa w starej, jak świat filiżance.

Patrzyłam na nią zauroczona.

Jak to jest nie wiedzieć, czy bardziej pije się kawę, czy czytane słowa?
Nie zadałam jej tego pytania na głos, ale ze swoją filiżanką, przykucnęłam obok.
Nareszcie nie musiałyśmy się uwijać. Możemy zatrzymać gdzieś wzrok.

– Pocieszają cię Psalmy? – zapytałam- Ale by było- zaśmiałam się nie czekając na odpowiedź- gdyby prze-religijni wujkowie zobaczyli, że podczas żałoby czytasz Pisma- dokończyłam rozbawiona, wspominając święte obruszenia ostatnich dni.
Sophie też się zaśmiała. Jednak szybko naszedł na jej usta filtr zatroskania.

– Kiedyś sławiłam Boga każdą literą Psalmów. Dziś czytam je jak przepalone na słońcu pranie. Nic już we mnie nie lśni od tych słów- wyznała i skuliła się w sobie nad księgą tak, że wydawało mi się, że nie zdołam się do niej już dostać.
Pieczara żalu zasklepiła się. Okrągłe plecy babci i zwieszone ramiona, niczym baldachim utworzyły kopułę nad jej kolanami. Gdzieś bardzo głęboko ukryła przed światem smutną twarz.

Ciocia H. opowiadała teraz, zestawiając z tacy parujące filiżanki z ciemną kawą, jak jej tata (a mój dziadek) za życia obłaskawiał każdego jeża, którego spotkał w jej ogrodzie. Wujkowie, tata, kilka przesłodzonych chałkami ciotek, przysłuchiwali się i dopowiadali do pośmiertnej biografii dziadka przyjemne fakty. Zlało mi się to ze smutkiem babci i uniosła mnie moja wewnętrzna słodko-gorzka baśń.

Trwaliśmy w tej szir eres, kołysance nastrojów.
Przysiadłam z kawą w kuchni, zamierzając zaraz dokroić makowca, gdy ktoś załomotał w drzwi.

Poszłam pospiesznie. Poczułam jak pot spływa mi między łopatkami. Poprawiłam podomkę idąc na palcach w stronę dwuskrzydłowych drzwi. Zamieniłam się w słuchanie. W salonie rozsiewała się cisza. Błyskawicznie wydawała plon, bo gdy doszłam do drzwi wejściowych, z wnętrza domu nie dobiegał nawet szelest.

– Kto jest? – zapytałam po babcinemu przez drzwi.
– Dzień dobry, ja po wujka- odpowiedział głos młodego mężczyzny. `
Nie uwierzyłam, ale przekręciłam duży klucz i odsunęłam wszystkie zasuwy.

Nie mogłam dopasować widoku postaci do tła, w którym się znalazła.
Ciemny student, kochanek nieżyjącej Ewy…?

– Ty tutaj mieszkasz? – zapytał zaskoczony niemniej niż ja.
– Pozwól, że ja będę pytać- rzuciłam- Wchodzisz na niebezpieczne terytorium.
– To był twój dziadek? – ciemny chłopiec drapał się po czuprynie i wpatrywał coraz uważniej. Widziałam, że próbuje wniknąć w korytarz i zajrzeć do kuchni, do której to drzwi zostawiłam uchylone.

– To jak? – uśmiechnął się zniecierpliwiony- wpuścisz mnie? Wychodzi na to, że jesteśmy rodziną…