„Na ból ci paznokcie”

Nikt nie wiedział jak lodowata płynie we mnie krew. Czułam, że pulsuje grudkami zimnych skrzepów i nakłuwa mnie od środka.
Dziurawi. Dryluje. Już na zawsze pozostawia znamiona pustki.

Koniec września przepalał słońce z lekkim wietrzykiem, kładąc przed nami ciepłe i przyjazne warkocze dni. A ja stałam jak lodowy pomnik nad zarzuconym kamieniami i kwiatami-grobem dziadka. Wbijałam paznokcie w opuszki placów. Patrzyłam na tabliczkę podsumowującą jego życie. Bałam się mrugać zbyt często, by nie stracić z widoku tego, co się właśnie dokonywało.

Jeszcze troszkę tu był… dopiero co zasypały go te hałdy ziemi… dopiero co…
Jeszcze trochę go miałam w sobie żywego, jeszcze przez ten moment, gdy wszyscy już odeszli od grobu poza mną, trwał pochówek i mowa pogrzebowa zawsze mogła być uzupełniona o kolejne zdanie.

Do cholery, dlaczego wszyscy musieli już iść?! Co tak ważnego można mieć dziś w planach poza dziadkiem Izaakiem?- rozżalałam się w złości.

Do dziś nie wiem kto, opuszczając cmentarz, owinął mnie wówczas- od ramion po biodra- indyjską chustą. Trzęsłam się mimo to, choć miękkość materiału i jego kadzidlany zapach, uspokajał mnie z każdym powiewem wiatru. Wtedy to, chusta kładła po podmuchach powietrza zapach medytacyjny, odprężający. Uwalniały się od ciepłego „ruach” zapachy wolności. Na te krótkie, pachnące momenty, moje obolałe od cierpienia myśli, ogrzewał słoneczny orientalny duch. Pokrzepiało poczucie, że ktoś zauważył we mnie zlodowacenie strachu, gniewu i buntu.

Nie przestawałam znieczulać się też po swojemu. W końcu sprawdzało się od lat…
Im więcej krwi na ciele- myślałam- tym mniej w sercu.
Tak planowałam to rozdzielić.
Udawało się.
Wychodząc z cmentarza miałam czerwone rękawiczki na dłoniach.
A dokładnie: zakrwawione ręce- od paznokci, po nadgarstki.

Leżał gdzieś tam w ziemi. Czułam jego brak życia w sobie. Tak. To możliwe. Tak jak jest możliwe zarażać się czyimś życiem, tak możliwe jest czuć czyjąś śmierć pośród siebie.
Dlatego chusta pomagała oderwać myśli, ale nie mogła ogrzać na stałe mojego ciała. Ono umierało z dziadkiem.

– Szykuję sobie ciepłą sypialnię z tyłu głowy Niebieskiego- mawiał czasem.
Wiesz, niestety leżysz w chłodnej ziemi- odpowiadałam dziś dziadkowi w myślach. Na pewno jest tam chłodno. W końcu ziemia ma w sobie nie tylko przedszkole dla nasion, ale przede wszystkim sporą paszczę na ciała umarłych. A im już nie chodzi o ciepło życia i jego jasne strony.
Potrzebują spodu słońca, podszewki ciepła i tego fragmentu jasności, która rzuca cień.

Im chodzi już tylko o nic, dlatego chłód i ciemność- tak odrzucane przez to, co pragnie żyć, w tej sferze, czuje się naprawdę lekko.
Nadrobiłam drogi przez wieś- kilkaset metrów przemierzając w przeciwnym, niż mój dom, kierunku. Mijałam podwórka zamykane płotami. Patrzyłam zazdrośnie na starszych ludzi chodzących po obejściu domostw. Zmumifikowana indyjską chustą, zabalsamowana wraz z martwym dziadkiem w sercu, byłam jak sęp, który chce odebrać ich życie, by wlać je w to, co gaśnie we mnie. Odeszłam od grobu. To koniec. Nikt nie wskrzesi tego pożegnania. Stało się.
Naprzeciwko domku z zielonym gankiem był wyłom w stronę pól i idąc tamtędy, mogłam przeciąć się z polną ścieżką snującą się zza mojego domu. Drogi dwa razy więcej, ale wytchnienia po stokroć…

No i kamienie, suche korzonki, zapach jesiennych pożegnań pojedynczo zagubionych nasion. One zupełnie jak ja… Nie zdążyły na rozpulchnioną ziemię, by zakorzenić się, okopać wilgocią, rozkwitnąć i kiedyś rodzić. Suche nasiona, dawno przepalone słońcem. Dziś są elementem piachu, pyłków i tego, co strzepujemy ze stóp idąc przed siebie w swoich sprawach.

Ciało nigdy się nie myli, często słyszy o wiele szybciej niż jaźń. Jako pierwsze też wszystko lepiej rozumie. Ciało- serdeczny bratanek podświadomości. Jestem mu wdzięczna, że ściskiem mięśni, mdłościami, zawrotami głowy, czymkolwiek… od zawsze próbuje mnie budzić.
Już od alei czereśniowej plecy mimowolnie spięły mi się w zbroję, brzuch zacisnął w bolesny gorset. Im wyraźniejsze były kontury domu, tym wyższe dźwięki opętywały moje myśli. Byłam zmuszona opuścić siebie i wyjść naprzeciw temu, co do mnie dolatywało.

Zastanowił mnie krzyk babci. Nie lament, który, zupełnie zrozumiały w obliczu śmierci męża, trwałby już drugą dobę, ale wściekły krzyk! Żałobnicy stali przed kamiennymi schodami wyraźnie bojąc się wejść. A z domu wylatywał babciny jazgot.

Pożałowałam, że wyszłam tak wcześnie z pogrzebu. Gdybym nadal stała nad zgasłym ciałem dziadka, nasze ciche pożegnanie trwałoby nadal. Teraz oto miałam zmierzyć się z jakąś dziwną, głośną niewiadomą.

Wsunęłam czerwone dłonie w pasmo chusty owiniętej wokół bioder.
Podeszłam pod dom.
Wycofałam emocje. Zostawiłam sobie ostre spojrzenie, czuły słuch, mundur pozaciskanych mięśni. To wszystko mogło się przydać podczas drogi w nieznane.

Goście żałobni podzieli się. Tylko niektórzy mieli odwagę pozostać tu i teraz, to jest: w babcinym szale. Część zajęła miejsca w ogrodowej altanie lub spacerowała po ogrodzie odgrywając nerwowo koktajlowy styl, czyli tłumienie nieeleganckich emocji. (każdej wyrazistej)
Dziesiątka religijnych mężczyzn modliła się na szerokiej, czteroosobowej huśtawce, tuż przy ogródku cioci H. Huśtawka wyobraża dwie drewniane ławy z oparciem, skierowane przodem do siebie i podnóżkami zespolone. Ów podnóżek mieści o wiele więcej niż osiem stóp, co wykorzystali rozmodleni, zwisający jeden nad drugim-na każdy możliwy sposób… Przechodząc, poczułam ciepło na widok tego kopca czarnoobutych nóg modlitewnie zbratanych na podłodze lekko rozkołysanej huśtawki.
Modlili się na cichy głos.

Tak, to był dosłownie: cichy głos. Przeciwieństwo tego, co docierało z wnętrza domu. To nie żałoba, pomyślałam.

Minęłam pana Jasia, panią Basię, ich rodziny, mojego ojca, jego rodzeństwo. Stali spłakani wśród tych, którzy tu i teraz próbowali pojąć, dlaczego babcia krzyczy i nie wpuszcza nikogo na zaplanowane przyjęcie.
Chyba wszyscy oni zwrócili na mnie uwagę. Oto postanowiłam przekroczyć próg puszki Pandory. Faktycznie, wydawało się, że nie będzie końca gniewu, że babcia będzie wyciągać z siebie kolejne piętra krzyku.

Nikt nie powiedział słowa, nie podszedł. Zacisnęłam pięści ukryte w chuście, wyprostowałam piekący ze stresu kark.

Nigdy tak długo nie pokonywałam kamiennych schodów.
Wielkie lustro, tuż przy wejściu do warsztatu krawieckiego, było zasłonięte czarnym, farbowanym lnem. Pomyślałam, że dziś naprawdę odbija mnie szczerze. Dokładnie to mam w środku. Ciemną płachtę.

Drzwi do kuchni dziadków były uchylone, ale nie sposób było ocenić, co się tam dzieje. Wyjrzał do mnie krzyk i pociągnął w swoją stronę.
Otworzyłam drzwi, weszłam i zamknęłam od razu za sobą. Pomyślałam o tych wszystkich, którzy stali przed domem. Drzwi zatrzymają w sobie trochę nerwowego hałasu.

– O!!! Jesteś Noe!!!- wywrzeszczała, z lekką jednak nutą życzliwości. Ucieszyła się na mój widok, choć pewnie niewiele osób mogłoby ten prześwit sympatii wychwycić.

Widziałam jak Sophie idealnie wiązała turbanik ciemnej chusty wokół głowy o świcie. Chusta była nakrapiana naszytymi perłami gdzieniegdzie, a jej czerń przecinały złote nici, zaledwie kilka rzędów. Ze smakiem. Babcia była przepiękną, wzorcową wdową. Jeszcze o świcie, potem podczas uroczystości pogrzebowej i przemowy nad grobem męża…
Stać ją było na żart, że może puszczalski to był, ale nie był pijak… Wszystko to z gracją, z dostojeństwem i w powłoce zamodlenia.

Co teraz? Rąbek chusty wyskoczył spod pasm nakładanego przemyślanie i uczciwymi warstwami- materiału. Nachodził na babcine ucho. Makijaż zamglił jedno oko, a koronkowa sukienka podeszła pod biust i wykpiła kobiecą figurę babci. Rozdarta na prawej piersi koronka na znak straty, sprawiała wrażenie, że też wrzeszczy w niebo.
Nawet w szpitalu była nieskazitelna…- myślałam- co się dzieje z Sophie?

Nie byłam w stanie nic powiedzieć. Patrzyłam. Otoczenie nabierało kształtów, strach uciekł pod mostek. Serce dusiło, ale dłonie i nogi już nie drżały. Włączał się tryb działania.

Mieszkanie dziadków było … Na święte mury Jerozolimy! – wymemłałam- co tu się stało?

– Duch we mnie zesechł jak groch w grzechotce i obija się od ścian mojego ciała! – wystrzeliło z babcinego gardła, a ja liczyłam zerwane nitki strun jej głosu, który tracił swój dźwięk, a przechodził w ryk. – Nie daruję im!!! Jeszcze moje kości będą o tym piszczeć!!!

Podnosiła z ziemi sztućce po swojej ciotce, przewiezione przez pół świata… przecierała szmatką i kładła z powrotem na wielkim stole przygotowanym dla gości. Nie rozumiałam. Zostawiliśmy dom pięknie przystrojony… Chleba, jajek, soczewicy i wina nie miało dziś zabraknąć. Niskie stołeczki na sziwę leżały do góry nogami. Nasza żałość została przez kogoś wywrócona na drugą stronę. Ale kto…? Coś takiego? W takim dniu?

– Już i tak jest lepiej! – dogadywała w gniewie. Sprzątam, nie wiem którą to godzinę, sama, bo przecież nikt nie wejdzie!!!- Sophie doskoczyła do przed chwilą zamkniętych przeze mnie drzwi i wywrzeszczała: – Boją się, bo krzyczę, bo kopię w drzwi i meble?! Boją się życia, popaprańcy!!! Jak umrę wszyscy zechcą przyjść!!! Niedoczekanie moje!!! Nie chcę was wtedy widzieć tchórze!!!

Babcia natychmiast podbiegła do swojego biurka, za które usługiwał jej parapet i nie siadając, wybazgrała kilka linijek.

Podeszłam kilka kroków w jej stronę, nie przestając przywracać na miejsce dosłownie każdego przedmiotu wyrzuconego z półek, szaf i kredensów…

– Co tam piszesz, babciu? – zapytałam z większą już odwagą.
– Jak to co? Zapisze każde barachło, które tam stoi przed domem w moim testamencie, że nie chcę ich widzieć na moim pogrzebie!!!
– Ale babciu…
– No co?!- odwróciła się, gotowa do boju.
– Przecież nikogo i tak nie zobaczysz wtedy…

Wybuch śmiechu uleczył moje spieczone mięśnie. Babcia zgięła się w pół i dała się sponiewierać absurdowi sytuacji. Po chwili rzuciła mi się na szyję i krzyknęła w stronę korytarza:
– Wchodzić do domu, wszystko gotowe!

Głodni i spragnieni goście wpłynęli ciemnym strumykiem i zajęli miejsca przy stole. Zeszłyśmy z Sophie do piwnicy po wino. Tam babcia powiedziała do mnie szeptem:
– Przynieś mi mydło, miskę i świeże ubranie z szafy. Posikałam się ze trzy razy w majtki z tego wszystkiego. Tylko… ani słowa nikomu!
Wychodząc, kątem oka zobaczyłam pokrwawione biodro babci. Prawe biodro i rozkrwawiony paznokieć palca wskazującego prawej ręki.

Poczułam ciepło pod mostkiem, bo oto ukradkiem dotknęłam tego, co było dziś największą o niej prawdą: jej skrytego cierpienia.