„Rozdarte szaty”

Minęło już to coś w powietrzu, co nazywaliśmy rozdzieraniem szat przez lato. Tak odczuwaliśmy zachwiania w aurze- pomiędzy końcem sierpnia, a ukorzenionym wrześniem. My- czyli dziadkowie i ja. Był to czas twórczego smutku. Od zawsze czułam, że data moich urodzin nie jest przypadkowa. Pierwszy dzień jesieni zazwyczaj kończy tę przyrodniczą rozterkę, jaką jest żegnanie najcieplejszej i najjaśniejszej pory w roku. Konflikt przyrody tak śmiało rozgrywa się przecież i w naszych wnętrzach przez cały czas, ale końcówka lata zdecydowanie sprzyja mu najbardziej. Nie chcemy żegnać światła, ale jesteśmy ciekawi pomroków… Wiemy, że kroki, które postawimy idąc wzdłuż cienia, będą zwycięstwem nad lękiem. Stworzą nas silniejszymi.

Ale teraz ptaki na dobre już zmieniły swój nastrój. Nosiły się surowiej i zmierzały gdzieś dzikimi szlakami, coraz wyżej nad tym co ziemskie, co ludzkie. Pola uprawne otaczające nasz dom… niczym kobieta po ciężkiej chorobie- stały półnagie, pokryte meszkiem poplonu zbóż. I powoli owiewał je chłodniejszy wiatr, ciemniejsze dopadały je noce, nakropione tłustymi gryzoniami. Myszy i im pokrewne- bunkrowały wszystko, co można było schować w spichlerzach, a co zbywało rolnikom i samej ziemi nawet. A ja nagle znajdowałam coraz to więcej rudych kamieni, chowałam je do plecaka i w samotności dotykałam czule.

Nie było we mnie wtedy czułości bardziej niż ta- swobodnej. Nawet przy X. przypominałam sobie, że wszystko się kończy. A kamienie miały w sobie pamięć początku świata i dobrze zapowiadały mi jego wieczność.

Tak, wieczność była tym co mnie uspokajało.

Szłam teraz wzdłuż zaplecza wsi; tylną, polną ścieżką. Ładowałam kamienie do plecaka i wrzucając je, nabierałam w paznokcie piachu, który wsypał się tam wraz z poprzednimi skarbami. Brzuch plecaka pęczniał. Nosiłam ze sobą butelkę z wodą- nakaz babci, notatnik z przyczepionym zenithem i te kamienie. Kamień przy kamieniu…

Patrzyłam w niebo. Na moich oczach- mruczałam pod nosem- nachodzi na niebo wieczór. Jak poszewka na kołdrę- wyliczałam w zamyśleniu- jak futerał na okulary, jak obrus na stół, jak wieko na trumnę…

Skierowałam się w stronę domu.

Nie było już namiotów „czereśniaków”. Dawno zebrano już młodsze i późne odmiany owoców z alei czereśniowej. A to, co uszło sprawnym, jednak często „sztucznie szczęśliwym” zbieraczom, wyjadły ptaszyska. Przyglądanie się wiszącym, czerwonym kolczykom u liściastych uszu czereśni, cieszyło mnie. Teraz zwisały już tylko gdzieniegdzie nagie pestki sklejone ostatnim strzępkiem życia z ogonkami. One także wydawały mi się niezwykłe i jak wiele innych zjawisk wtedy- także miały coś z łysej kobiety, która trzyma się życia…

– Co słychać u ciebie, Noe?!

Sophie usłyszała mnie zza drzwi. Krzyknęła więc znacząco: na znak, że nie uszłam uwagi jej czujności oraz na sygnał, że mam się zjawić. Do kuchni dziadków wchodziło się prosto z korytarza, ale do całej ich części domu- prowadziły też pierwsze drzwi na lewo, tuż przy wielkim lustrze. Rzadko jednak wchodziłam tamtędy. Istniało spore ryzyko, że u dziadka będą klienci. Pomieszczenia zajmowane przez dziadków zaczynały się bowiem warsztatem krawieckim, a kończyły kuchnią. Pośrodku stała ich sypialenka i wiele pogrzebanych żywcem tajemnic.

– Nie pudruj gówna, Noe! – usłyszałam, zanim zdążyłam otworzyć usta. Tyle co przysiadłam przy babci krojącej mięso wprost na ciepły blat pieca.

– Co to będzie? – zapytałam, choć chciałam raczej wyczuć grunt emocjonalny, niż obwąchać kolację. Czy babcia coś wie? -zachodziłam w głowę.
Od powrotu znad jeziora, miałam przeczucie, że wszyscy wiedzą o mnie coś okropnego. Ta wiedza nie daje mi szans w ich oczach. Kiwają głowami z niesmakiem na myśl o tej okropności i obchodzą mnie z daleka, nawet, gdy pozorują bliskość- myślałam.

– Mięso- rzuciła ostro- gadaj, co jest? Coś z tym chłopczykiem? – zerknęła badawczo. Nie przestawała rzucać skrawkami mięsa w skwierczący piec i polewać ich sprawnie mieszanką oliwy z ziołami.

– Nie wiem…

– Twój widok mówi sam za siebie! Nie pleć! Twoje ciało wie i krzyczy na odległość, więc daruj sobie pudrowanie gówna, gadaj! -zasyczała wtórując mięsu.

– Rodzice X. nas kojarzą…

– No i?

Babcia zdążyła wrócić z kaszą, która „doszła” pod pierzyną i rozłożyć ją w na obrzeżach półmiska. Do mięsa dorzucała teraz plastry cukinii i wielokąty dyni. Niecierpliwiła się, bałam się tego. Nigdy nie byłam pewna, czy chce po prostu coś ze mnie wyciągnąć dla samej siebie, czy chodzi jej o mnie…

– X. powiedział mi, że ostrzegają go przede mną, bo nasza rodzina…

– No?!- poganiała mnie znad buchającego pieca. Czułam strużkę potu płynącego po plecach, od dawna już nie panowałam nad oddechem.

– …że trzymamy trupy w szafie i będą z tego kłopoty… że mama nie…

– Dość! – krzyknęła i walnęła mnie w plecy z całych sił- Nie chcę tego słuchać! Napisz mi dokładnie jak oni się nazywają, rozumiesz?!- wydała rozkaz i upewniła się, czy żołnierz pojął misję.

Pojął.

Wskazała mi swój notes, niezmiennie leżący na szerokim jak szkolna ławka, drewnianym parapecie. Służył jej za biurko. Posłusznie zrobiłam to, o co poprosiła. Usiadłam na krześle przypartym do ściany, położyłam łokieć na parapecie, wyparłam uderzenie i jak gdyby nigdy nic, zapisałam: Dawid i Estera Goldbergowie, Wrocław, ulica…

– Powiedz mi tak w ogóle, co im to przeszkadza, to znaczy, co przeszkadza temu X. w spotkaniu z Tobą? No?!- torturowała mnie, gdy wróciłam nad półmisek, w którego wnętrzu lądowało teraz upieczone mięso i warzywa. Kasza, niczym rama obrazu- wydobywała z potrawy wyraźne barwy i zapachy.

Wewnątrz mnie tymczasem umarły wszystkie ptaki, które spotkałam na spacerze i wpuściłam w siebie. Plecy tylko piekły od ciosu, ale serce miało dość wszystkiego. Przestałam je zachęcać, by żyło. Wyjaśniłam Sophie, że z jakiegoś powodu X. potrzebuje pomocy finansowej rodziców bardziej niż wcześniej. Nie znałam szczegółów, więc się wściekła. Wytargała ze mnie zależność, której używa rodzina wobec X., mianowicie, jeśli nie będzie ostrożniejszy w kontakcie ze mną, nie będą mu pomagać. Uważają, że potrzebuje teraz spokoju i wsparcia, a ja jestem degeneratką „z bardzo niepokojącej rodziny”. Do tego chorą psychicznie, bo to co się ze mną dzieje, nie jest normalne.

– Masz jeść, rozumiesz?! Siadaj i jedz! – krzyczała nie panując nad gniewem.

Zemdlałam.

Obudziłam się. Dziadek siedział przy łóżku. Leżałam u nich w sypialni, dziadek trzymał talerz z kilkoma łyżkami kaszy z mięsem.

– Musisz zjeść, mała. Słabo z tobą, to słabo i ze mną- uśmiechnął się i podał talerz.
Jadłam.

– Wyłączasz się z życia jak tylko się da, zauważam- mówił nieśmiało. Nie patrzył mi w oczy, raczej sama wyłuskiwałam przebłyski rąbków spojrzenia w moją stronę. Uśmiechał się, miał łagodną twarz i oczy na pewno też. Nie to co babcia…

– Przepraszam- wycedziłam próbując przecisnąć kaszę przez przełyk siłą woli, bo naturalnie nie chciało zadziałać.

– Przepraszasz za życie, czy za śmierć, Noe? Obie wersje masz tak samo opanowane…

Nie odpowiedziałam. Dziś umiałabym. Wtedy, nie wiedziałam o tym, że jednego dnia noszę życie z podszewką śmierci, drugiego otulam się śmiercią wprost na podkoszulek życia. Czasem żyłam bardziej, czasem bardziej umierałam.

Był cierpliwy, nienachalny, choć wyraźnie stresowała go ta chwila.

– Nie martw się tym co… tam mówią. Babcia załatwi wszystko jak trzeba…- mówił ciężko, często wzdychał i kręcił w palcach frędzelki kapy okrywającej pierzynę, pod którą mnie schowano po szyję.

– A co trzeba? – zaciekawiłam się. Poczułam nawet głód tej wiedzy. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś mi to wszystko wyjaśnił. Dlaczego w tym tkwimy, jeśli to nie jest dobre? Czy naprawdę istnieje coś lepszego? Jak moglibyśmy inaczej? Czy w ogóle moglibyśmy? Wszyscy tu jesteśmy silni i słabi naraz- myślałam.

Dziadek nie odpowiedział, choć jego wzdrygnięcie wyraźnie potwierdziło, że słyszał pytanie i zdecydował się je pominąć.

– A teraz słuchaj, Noe! – odwrócił się w moją stronę. Zobaczyłam wyraźne, ciemne jak węgle oczy. Nie sposób było dostrzec źrenice. Oczy dziadka stały miękką, przyjazną otchłanią. Nie gubiłam się w nich. Przemówił żywo i patrzył tak, że moje spojrzenie utknęło w przystani jego oczu – Możesz stracić paznokcie trzymając się usilnie życia- nauczał- gdy zawieje śmiertelny wiatr. Ale zabraniam ci stracić ducha! Nie chcę cię żywej z truchłem wiary w środku! Lepiej byłoby już umrzeć z żywym Bogiem w sercu! -nauczał poruszony. Kilka łez pociekło po jego smutnych policzkach.

Pojawił się duszek pamięci i wiedzieliśmy, że tak łatwo nie odpuści.

Dziadek mówił to wszystko do mnie, czy do siebie? – zadawałam sobie to pytanie, gdy kilka godzin później, o trzeciej w nocy, lekarz karetki pogotowia wyprosił mnie i babcię z sypialni dziadków, w której nocowałam. Wychodząc zobaczyłam, że zdecydowanym gestem rozdziera górę od piżamy dziadka. Nie tracił czasu na mocowanie się z guzikami. Dał im szansę potoczyć się po dywanie i nie widzieć tego… Tak jak i mnie.

Spałam tej nocy z babcią łóżku, pod czujnym okiem obojga dziadków. Dziadek miał drzemać na kanapie ustawionej w nogach małżeńskiego łoża. Kanapa służyła dziadkom za podręczny skład koców i kap- jesienną i zimową porą. Babcia nie zdążyła jeszcze wyciągnąć ich na podorędzie. Był to pierwszy dzień jesieni wszak… więc dziadek bez kłopotu zaścielił sobie wygodne posłanie na tę noc. Pilnował mnie, sprawdzał, czy piję dużo, odprowadzał mnie pod toaletę. Przypominał, by trzymać się życia trochę żartem, gdy nie był już w stanie utrzymać tonu czułego mędrca.

– Żyj, a co ci szkodzi? – żartował jeszcze koło pierwszej w nocy- Żyj, bo babcia cię dopadnie!

Ale teraz był środek nocy, minęła trzecia trzydzieści i wnętrze mojego dziadka ucichło.
Dla tamtego lekarza była to kolejna trudna nocka. Na oddalonej od miasta wsi, do tego w domu oddalonym od innych- stwierdził zgon starszego mężczyzny, któremu pękło serce.

Serce mojego dziadka pękało przy mnie minuta po minucie.
Gasło w nim światło, więc zrobił co mógł, by dorzucać drwa do moich ognisk.

Udało się, dziadku- powiedziałam nad jego grobem kilka dni później.