„poczuć (P)ismo nosem”
– Jeśli z Twoich słów nie da się zbudować bezpiecznego domu, nie mów nic, Noe.
– Z moich słów nie ulepisz nawet kubka do kawy, babciu.
– To siedź cicho przed Bogiem, bo strasznie pleciesz.
– Siedzę przed Tobą…
– Nieprawda, zawsze siedzimy na klęczkach przed Bogiem, nie bluźnij!
– Ja tylko chcę wiedzieć po co to wszystko i dlaczego tak, a nie inaczej…
– No to módl się po swojemu, ja Ci bronić nie będę. Rwij włosy z głowy, nacinaj się scyzorykiem dziadka i zejdź mi z oczu! Popatrz jak krzywo kroisz te cukinię! Skup się na prostej modlitwie albo idź, no już!
Sophie wróciła do domu nerwowa. Każdemu słowu towarzyszyło kręcenie głową, silne akcentowanie dyscyplinujących głosek i podnoszenie sędziowskiej dłoni, razem z tym co aktualnie się w niej znajdowało. Zapominaliśmy powoli o szpitalnej codzienności, a moje ubrania odpuszczały wielkodusznie tamtym wydarzeniom. Podczas suszenia, podwójnie płukane też mocnym słońcem- traciły zapach sal spryskanych środkami bakteriobójczymi. Lato obrodziło w ogrodzie i szczęśliwie kuchnia przetwarzała jego owoce. Umiałam to sobie wziąć. To lato, tę niespokojną rekonwalescencję babci, tęsknotę za X., który znikał jeszcze, ale już nigdy na tak długo. I zawsze wracał.
Rozmawiałyśmy teraz o modlitwie. Naprzeciw siebie, oddzielone dużym, kuchennym stołem. Talarkowałyśmy cukinię na sałatkę z cebulą. Nie bardzo chciałam ulec. Potrzebowałam czegoś więcej. Moje modlitwy nie mieściły już świata, który był we mnie. Ale Sophie bała się moich pytań. Gryzła. Każda moja wątpliwość i oglądanie w palcach, w pełnym świetle- tego, w co idę z rozpędu za Nią, budziło jej gniew. Jak gdybym tykała tego co nietykalne. Bezcześciła święte.
Miałam wrażenie, że jej nerwowe szuranie butem o podłogę, naznaczanie co poniektórych słów machnięciem w powietrzu nożem i ten ostry wzrok- miały dokonać jakiegoś oczyszczenia powietrza wokół niej. W jej wewnętrznej świątyni robiło się duszno.
– Robisz co chcesz, Noe. Widzę, że i tak robisz co chcesz. Po co więc pytasz mnie o pozwolenie? -syczała.
– Może mi nie wierzysz, ale chcę uszanować dziedzictwo duchowe- mówiłam koślawymi orzeczeniami. Czułam swoją siłę tylko w podziemnym szmerze. Na zewnątrz byłam wyszkolona na to, co wskaże Sophie. Ale gniotło mnie i nie dawało spokoju. – Chcęęę- wyjąkałam, czujęęęę, że chcę inaczej…
Sophie okrążyła połowę stołu jak sierżant i stanęła przy mnie.
-Posłuchaj- nie spuszczała z surowości ani wzrokiem, ani słowem- dziedzictwo duchowe jest silniejsze niż choroba genetyczna, rozumiesz?!
– To znaczy? – zapytałam, nie dając szansy oku wychylić się spod brwi. Stało w ramach powiek, niczym dziecko przytulone do ściany pokoju, mając nadzieję, że nikt nie zapyta, dlaczego zaryzykowało nieposłuszeństwo.
Usłyszałam jej pot na czole. Nie byłam w stanie na nią spojrzeć, ale przyspieszone tętno wydawało odgłosy nakłuwania jej tkanek, grzechotania żyłami. Oczywiście natychmiast postanowiła to ukryć. Pod czarną, długą kurtyną spódnicy drżały jej nogi. Wzięła więc krzesło i usiadła obok, jak gdyby chciała nakłaść mi do ucha. Ba, do serca, rozumu, do mojej zrujnowanej świątyni wiary.
– Bóg jest jeden i w tym jest Jego siła, niezniszczalność! Nie ma nic przeciw Niemu! Nic!
– Ja niczego przeciw Bogu nie szukam…
– Dziedzictwo duchowe- powtarzam- jest gorsze niż choroba genetyczna! Dopadnie Cię wszędzie, nawet w grobie, bo będą mówić- to ta, co zaprzedała Boga. Zdechła jak zwierzę!
– Babciu- podniosłam wreszcie wzrok- ja nie chcę się bać- mówiłam spokojnie, choć kręgosłup nie stanowił oparcia dla mojego rozemocjonowanego ciała. Mogłam w każdej chwili obrócić się w proch.
Położyłam nóż na wysłużonym blacie stołu. Cukinia i skrojona wcześniej cebula, już w powietrzu tworzyły całkiem ponętne danie. Patrzyłam na Nią. Była spięta i trzymała dłonie na rozedrganych kolanach. Szkicowała wzrokiem mój nagrobny portret.
– Nie boisz się, ja widzę przecież! – wybrzmiała głośno. Tym razem ona spuściła wzrok. Patrzyłam, jak rysuje palcem wskazującym esy floresy na spódnicy.
-Ale Ty to robisz, boisz się, prawda? – pytałam o to, czego byłam pewna.
-Od początku, Noe. Dziedzictwo duchowe jest…-zawahała się- dopadnie Cię wszędzie, nie pozwoli o sobie zapomnieć, wydrwi Cię w lustrze, w które spojrzysz bezbożnie, bezmyślnie. Nie ocalejesz mając je w sobie, nigdy nie sprostasz samej sobie z dala od drogi, która idzie wzdłuż Ciebie. Będziesz kukiełką innych filozofii, aktorką teatrów o których nie masz pojęcia. Wyśmieje Cię twoja własna twarz w tafli kawy. Bo porzuciłaś bogactwo, o które ludzie walczą latami!
Patrzyła teraz przed siebie. Zegar wskazywał południe, kropla gorzkiego potu wpłynęła jej po skroni. Poczułam tę gorycz w swoim gardle.
– Będziesz już zawsze dla siebie tym, kto nie poznał się na złocie i wyrzucił go jak blachę. Smak tej blachy nie wyjdzie Ci z ust, dopóki nie zgniją w ziemi- zawodziła jak ranne zwierzę.
– A dla Boga będziesz tym, który rzyga na ręcznie zdobione ołtarze. Ulituj się, Noe… nad sobą się ulituj… Współczuj swojemu sercu, temu co będzie Ci całe życie wykrzykiwać. Zmarniejesz na oczach ludzi, którzy będą dziwić się nad Tobą jak nad zamkiem, co to stał i nagle w swoje ściany wpuścił wszystkie robaki świata, by go pożarły żywcem. Życie bez świętości nie ma sensu, będziesz perzem, na którego Bóg patrzy z niecierpliwością. Jakby go zmieść albo obrócić w coś lepszego…
Nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
Jak mogła nagle zacząć płakać? Tamten język już opanowałam. Narracja żandarma stojącego nad moim duchem była mi doskonale znana. Dość szybko moje trzewia stawały na baczność, nawet gdy nie chciały się ukorzyć. Nie umiałam Jej przytulić, pogłaskać. Była moim rabinem, nauczycielem świata i światła.
– Nie musisz się bać moich pytań, babciu.
Chciałam uspokoić Sophie tonem głosu, który dałby Jej ukojenie. Ale sama wytrząsałam swoje strachy przed tym, co działo się we mnie.
– To nie tak- powiedziałam wyciągając w Jej stronę dłoń, która zawisła w powietrzu, gdy Sophie zrobiła unik głową- nigdy nie zostawię Pism, nie odbiorę sobie tego, bądź spokojna.
Babcia zamknęła twarz w dłoniach upitych sokiem z cukinii i cebuli. Spomiędzy palców wyciekały łzy. Wstała nie pokazując twarzy i bez swobodnych oczu- wyszła w stronę warsztatu.
Skończyłam sałatkę i postawiłam ją na piecu, by dojrzewała do swojego smaku.
Tego dnia nie spotkałam już Sophie. Nie wyszła ze swojej sypialni do następnego świtu.
Wieczorem zapisałam w swoim dzienniku kilka pytań:
1. Czy kiedyś będę mogła publicznie nauczać Pism?
2. Czy Bóg słyszy dokładnie to, co mówię i mam na myśli?
3. Jakiego proroctwa powinnam się trzymać dziś, by nie tracić nadziei?
4. Czy mogę modlić się tak, jakbym mówiła do człowieka?
5. Ile dla Boga znaczą moje rozterki?